Opadły maski bladych twarzy,
śmierdzi na dystans rozkład trupi,
znów na krawędzi los się waży
prostych, normalnych, biednych ludzi.
Płonące szyby trują niebo,
rany śmiertelne już zadane,
pomnik przeszłości, choć daleko,
grozi tragedią i rozpadem.
W układzie naczyń połączonych
podąża skutek za przyczyną,
w salonach bawią się panowie,
a zwykli ludzie w polu giną.
Nie zbawi świata żadna przemoc,
zbrodnią pisany świt pokoju
jest tylko mżonką, gdyż wiadomo,
zło złem się karmi, w kłamstwa stroi.
Lecą rakiety, lecą drony,
gdzieś, ktoś uczciwie przebiegł metę
i okrzyknięty, że szalony,
przypadkiem dostał rykoszetem.
Z rozdartej siatki mi wypadła
zgniła od środka pomarańcza,
po pochyłości w dół się toczy
i zarodniki w krąg roztacza.
Czy nie za późno to się stało?
A może doszło do skażenia?
Jednym wystarczy, innym mało,
pomarańczowa drży już Ziemia.