Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Simon Tracy

Simon Tracy

c97e23cc-67bf-440b-b952-4c6d66ad24532.png.9fabe79757b23b3d0e4baccc3e472b04.png

 

Nie wiedziałem, że jesteś kuloodporny.

Ja też nie.

Ale widać mam grubą skórę 

i co ważniejsze głowę na karku.

Nie wychylam jej bez potrzeby.

Tętnica jest cała.

Rana jest dość płytka.

To bardziej szrama.

Odkażę ją spirytusem. 

Zaciśnij zęby.

Poczułem najpierw silną 

i gryzącą woń alkoholu

a potem płomienny ból 

po zewnętrznej stronie uda.

Nie zacisnąłem zębów.

Przeciwnie, wylał się zza nich 

potok urągań i przekleństw 

na matkę, babkę i ojca medyka.

Sam musiałem się znieczulić,

więc pociągnąłem zdrowo z bukłaka.

Wino jak ciemna krew, 

polało mi się z ust na rudą brodę 

z niej na pancerz 

i dalej ku klepisku pracowni alchemika.

Otarłem się rękawem

i splunąłem pod nogi.

 

 

Trzeba szyć?

Nie.

Ale zostanie

solidna blizna po zrośnięciu.

Demony wypaliły Ci swój znak.

Kula była bez wątpienia zatruta

jakimś pradawnym,

piekielnym zaklęciem.

Z wiekiem straciłem nie tylko 

masę sił i refleks.

Najgorsze, że 

utraciłem protekcję Najwyższych.

Teraz jestem persona non grata 

zarówno na górze jak i na dole.

A i na ziemi mało kto jest

na tyle odważny, bądź prędzej szalony by spojrzeć mi w oczy.

Nie mówiąc o rozmowie

czy podaniu ręki.

Przecież jesteś jak

pradawna, zaginiona arka,

nikt bez poniesienia 

śmiertelnych konsekwencji 

nie może Cię dotknąć.

Czyżby? 

Właśnie przemywałeś mi rany, 

gołymi rękoma 

a na przywitanie

uściskaliśmy się jak bracia.

 

 

Alchemik wybuchł

nerwowym chichotem.

Przecież to Ty sam 

przybyłeś do mnie po pomoc.

Zresztą wiesz jak jest. 

Znamy się od tysięcy lat.

Niełatwo zrobić mi krzywdę.

Nie twierdzę, że jestem nieśmiertelny.

Ale moc kamienia wystarcza

bym tak się czuł.

Wiem, wiem. Mógłbym wyrwać Ci łeb.

Rozczłąkować ciało toporem, 

wyciąć jajca i wsadzić je psu do gęby

a Ty i tak złożyłbyś się po chwili 

niczym dziecinna układanka do kupy.

Cholerna, filozoficzna esencja.

I pomyśleć, że byłem tak głupi,

że podwędziłem Ci kiedyś fiolkę 

i wypiłem z nadzieją, że nigdy nie umrę.

 

 

Cóż… podziałało. 

Całkiem przystojny z Ciebie kawaler 

jak na przeżyte lata.

Choć wiemy, że nawet pył z Ciebie 

nie powinien już nawet istnieć.

Mało tego, imię powinno przepaść 

w odmętach wieków.

A Ty nadal w świetnej formie.

Pijesz, bijesz, gwałcisz i mordujesz.

Wszystkich jak leci.

Twój miecz i honor służy temu akurat,

kto ma zasobniejszą kiesę

w danej chwili.

Gorzej gdy pieniędzy niestatek 

a Ty zarzucasz podwojenie kwoty.

Wtedy przemawia przez Ciebie

tylko śmierć.

Tylko ją kochasz i jej służysz.

Dlatego ostatnio dostajesz bęcki od każdego klanu, królestwa

czy związku państw.

A nawet Najwyższych.

Fakt, że niewiele mogą zrobić,

ot kilka blizn magicznych 

na Twej

muskularnej posturze niedźwiedzia.

 

 

Nie powinni się wtrącać,

już nie jestem ich dzieckiem.

Dziwisz się im?

Stworzyli Cię po to 

byś udał się do raju 

i zabił węża 

nagabującego pierworodnych

do grzechu

a Ty wszedłeś z nim w spółkę,

wymordowałeś wszystkich mężczyzn 

i w nagrodę przygarnąłeś sobie kobiety.

Stąd wszyscy są teraz

Twoimi potomkami.

Stąd w genach ludzi 

chęć mordu, przemocy i wojny.

To nigdy się nie skończy.

Tak jak Twoje życie.

A mimo to Najwyżsi przebaczyli Ci

i od czasu do czasu 

mają dla Ciebie jakąś robótkę.

Szaleńcy.

 

 

Lepiej polej mi wina.

Zostanę u Ciebie kilka dni.

Aż rany się zasklepią.

Cynowy puchar z trunkiem 

znalazł się w mojej prawicy.

Przepiłem kilka podobnych rzędem.

Alchemik opowiadał o 

ostatnich wieściach

i plotkach w księstwie.

Zrobiło się dość błogo i sennie.

Czas płynął a ja 

raczyłem się wyśmienitym winem.

 

 

Obudziło mnie walenie do drzwi.

Zerwałem się z łóżka.

Widać udało mi się

do niego jakoś dotrzeć.

Topór miałem w gotowości.

W drugiej ręce 

połyskiwał krótki i wąski sztylet.

Alchemika nigdzie nie było.

Zostawił mnie? Zdradził?

A może to on się dobijał?

Pociągnąłem za zasuwę 

tak mocno jak tylko mogłem.

Drzwi wręcz przefrunęły

tą krótką odległość. 

Gotowy do zadania cięcia 

wychynąłem do wąskiej gardzieli 

porannego światła.

 

 

To nie był alchemik.

Nie był to strażnik, żołnierz gwardii, 

najemnik ani wynajęty zabójca.

Była to dziewka, 

lecz nie taka pierwsza lepsza 

dorodna dziewoja 

spod bazarowego kramu 

czy miejskiej studni.

Nie księżna i nie murwa.

Choć to ostatnie

byłoby najbliższe prawdzie.

Bo spotkanie takiej jak ona

było gorsze 

od zarażenia się syfilisem.

A z pewnością 

równie śmiertelne dla kochanka.

 

 

Był to demon w najpiękniejszej, 

nieludzko idealnej skórze.

Kamuflaż był jej sidłami,

które nie miały w zwyczaju

wypuszczać ofiary

bez uprzedniego

zatracenia w szaleństwie 

i obłąkańczo, okrutnej śmierci.

Angelisy były pełne pożądania.

Niestety równie silnej pogardy,

zemsty i chęci mordu.

A ta była,

sądząc po masce jaką przywdziała.

Przeznaczona mi i tylko mi.

 

 

Miała długie, opalizujące,

czarne jak grudniowa noc włosy sięgające bioder.

Piersi małe acz jędrne, 

ukryte pod ciasnym gorsetem sukni.

Była wysoka i szczupła o talii gładkiej 

i symetrycznie wydłużonej.

Stalowo, błękitne oczy.

Idealnie zimne i bez wyrazu,

przeszywały spojrzeniem

lodowatej grozy.

Ciemne piegi pod nimi 

i ledwie zaróżowione usta 

pozbawione jakby 

wystarczającej ilości krwi 

budziły dzikie pożądanie.

Jej głos jedynie 

zdradzał nieludzkie pochodzenie.

Był twardy, władczy, lekko ochrypły 

i zupełnie pozbawiony emocji.

 

 

Najwyżsi wzywają Cię na audiencję.

Zapewne zlecą Ci jakieś nowe zadanie.

Mam obowiązek

sprowadzić Cię do Raju.

Angelisy władają szczególnie okrutną, demoniczną magią, 

której my mężczyźni 

nie możemy się oprzeć.

Mi również jej wpływ 

mieszał delikatnie zmysły.

Choć widywałem te demony często 

to jednak i ja

musiałem się wreszcie złamać

i ponieść zwierzęcemu instynktowi.

 

 

Z dwuznacznym uśmieszkiem 

objąłem ją wzrokiem

i nonszalancko dodałem.

Wejdź demonie i rozgość się.

Wszystko w swoim czasie.

Pójdę do Raju za Tobą,

jeśli Ty sprawisz staremu wojownikowi nieopisaną radość 

i udasz się ze mną na górę.

Obiecuję,

że nie spadnie Ci włos z głowy

i nie uszkodzę tego 

ponętnego ciała ostrzem broni.

Ale pozwól, że to najpierw ja 

zaprowadzę Cię do Raju 

i to nie raz i nie dwa.

Akurat my mamy całą wieczność.

Oddasz mi się posłusznie 

a pójdę i za Tobą na śmierć.

Spełnię fantazję którymi mnie kusisz

a potem przekażesz mnie Najwyższym.

 

 

Przeczuwała taki obrót spraw.

Gardziła męska, prostą chucią.

Ale wiedziała że droga do Raju 

w tym przypadku 

wiedzie jedynie przez łoże.

A ona zawsze wykonywała rozkazy.

I zamierzała sprowadzić go do celu.

Nie bacząc na cenę oddania.

Postąpiła przed nim na schody

a potem do alkowy.

Niedługo potem ciche domostwo 

wypełniło się jej jękami i krzykiem.

Zamierzałem dokładnie wykorzystać 

prezent od Najwyższych.

Mając z tyłu głowy jedynie to 

by Alchemik nie wracał zbyt szybko 

stamtąd gdzie przebywał.

 

A Bogowie, byli zmuszeni zaczekać

na swego krwawego wybawcę.

 

 

 

 

 

 

Simon Tracy

Simon Tracy

Nie wiedziałem, że jesteś kuloodporny.

Ja też nie.

Ale widać mam grubą skórę 

i co ważniejsze głowę na karku.

Nie wychylam jej bez potrzeby.

Tętnica jest cała.

Rana jest dość płytka.

To bardziej szrama.

Odkażę ją spirytusem. 

Zaciśnij zęby.

Poczułem najpierw silną 

i gryzącą woń alkoholu

a potem płomienny ból 

po zewnętrznej stronie uda.

Nie zacisnąłem zębów.

Przeciwnie, wylał się zza nich 

potok urągań i przekleństw 

na matkę, babkę i ojca medyka.

Sam musiałem się znieczulić,

więc pociągnąłem zdrowo z bukłaka.

Wino jak ciemna krew, 

polało mi się z ust na rudą brodę 

z niej na pancerz 

i dalej ku klepisku pracowni alchemika.

Otarłem się rękawem

i splunąłem pod nogi.

 

 

Trzeba szyć?

Nie.

Ale zostanie

solidna blizna po zrośnięciu.

Demony wypaliły Ci swój znak.

Kula była bez wątpienia zatruta

jakimś pradawnym,

piekielnym zaklęciem.

Z wiekiem straciłem nie tylko 

masę sił i refleks.

Najgorsze, że 

utraciłem protekcję Najwyższych.

Teraz jestem persona non grata 

zarówno na górze jak i na dole.

A i na ziemi mało kto jest

na tyle odważny, bądź prędzej szalony by spojrzeć mi w oczy.

Nie mówiąc o rozmowie

czy podaniu ręki.

Przecież jesteś jak

pradawna, zaginiona arka,

nikt bez poniesienia 

śmiertelnych konsekwencji 

nie może Cię dotknąć.

Czyżby? 

Właśnie przemywałeś mi rany, 

gołymi rękoma 

a na przywitanie

uściskaliśmy się jak bracia.

 

 

Alchemik wybuchł

nerwowym chichotem.

Przecież to Ty sam 

przybyłeś do mnie po pomoc.

Zresztą wiesz jak jest. 

Znamy się od tysięcy lat.

Niełatwo zrobić mi krzywdę.

Nie twierdzę, że jestem nieśmiertelny.

Ale moc kamienia wystarcza

bym tak się czuł.

Wiem, wiem. Mógłbym wyrwać Ci łeb.

Rozczłąkować ciało toporem, 

wyciąć jajca i wsadzić je psu do gęby

a Ty i tak złożyłbyś się po chwili 

niczym dziecinna układanka do kupy.

Cholerna, filozoficzna esencja.

I pomyśleć, że byłem tak głupi,

że podwędziłem Ci kiedyś fiolkę 

i wypiłem z nadzieją, że nigdy nie umrę.

 

 

Cóż… podziałało. 

Całkiem przystojny z Ciebie kawaler 

jak na przeżyte lata.

Choć wiemy, że nawet pył z Ciebie 

nie powinien już nawet istnieć.

Mało tego, imię powinno przepaść 

w odmętach wieków.

A Ty nadal w świetnej formie.

Pijesz, bijesz, gwałcisz i mordujesz.

Wszystkich jak leci.

Twój miecz i honor służy temu akurat,

kto ma zasobniejszą kiesę

w danej chwili.

Gorzej gdy pieniędzy niestatek 

a Ty zarzucasz podwojenie kwoty.

Wtedy przemawia przez Ciebie

tylko śmierć.

Tylko ją kochasz i jej służysz.

Dlatego ostatnio dostajesz bęcki od każdego klanu, królestwa

czy związku państw.

A nawet Najwyższych.

Fakt, że niewiele mogą zrobić,

ot kilka blizn magicznych 

na Twej

muskularnej posturze niedźwiedzia.

 

 

Nie powinni się wtrącać,

już nie jestem ich dzieckiem.

Dziwisz się im?

Stworzyli Cię po to 

byś udał się do raju 

i zabił węża 

nagabującego pierworodnych

do grzechu

a Ty wszedłeś z nim w spółkę,

wymordowałeś wszystkich mężczyzn 

i w nagrodę przygarnąłeś sobie kobiety.

Stąd wszyscy są teraz

Twoimi potomkami.

Stąd w genach ludzi 

chęć mordu, przemocy i wojny.

To nigdy się nie skończy.

Tak jak Twoje życie.

A mimo to Najwyżsi przebaczyli Ci

i od czasu do czasu 

mają dla Ciebie jakąś robótkę.

Szaleńcy.

 

 

Lepiej polej mi wina.

Zostanę u Ciebie kilka dni.

Aż rany się zasklepią.

Cynowy puchar z trunkiem 

znalazł się w mojej prawicy.

Przepiłem kilka podobnych rzędem.

Alchemik opowiadał o 

ostatnich wieściach

i plotkach w księstwie.

Zrobiło się dość błogo i sennie.

Czas płynął a ja 

raczyłem się wyśmienitym winem.

 

 

Obudziło mnie walenie do drzwi.

Zerwałem się z łóżka.

Widać udało mi się

do niego jakoś dotrzeć.

Topór miałem w gotowości.

W drugiej ręce 

połyskiwał krótki i wąski sztylet.

Alchemika nigdzie nie było.

Zostawił mnie? Zdradził?

A może to on się dobijał?

Pociągnąłem za zasuwę 

tak mocno jak tylko mogłem.

Drzwi wręcz przefrunęły

tą krótką odległość. 

Gotowy do zadania cięcia 

wychynąłem do wąskiej gardzieli 

porannego światła.

 

 

To nie był alchemik.

Nie był to strażnik, żołnierz gwardii, 

najemnik ani wynajęty zabójca.

Była to dziewka, 

lecz nie taka pierwsza lepsza 

dorodna dziewoja 

spod bazarowego kramu 

czy miejskiej studni.

Nie księżna i nie murwa.

Choć to ostatnie

byłoby najbliższe prawdzie.

Bo spotkanie takiej jak ona

było gorsze 

od zarażenia się syfilisem.

A z pewnością 

równie śmiertelne dla kochanka.

 

 

Był to demon w najpiękniejszej, 

nieludzko idealnej skórze.

Kamuflaż był jej sidłami,

które nie miały w zwyczaju

wypuszczać ofiary

bez uprzedniego

zatracenia w szaleństwie 

i obłąkańczo, okrutnej śmierci.

Angelisy były pełne pożądania.

Niestety równie silnej pogardy,

zemsty i chęci mordu.

A ta była,

sądząc po masce jaką przywdziała.

Przeznaczona mi i tylko mi.

 

 

Miała długie, opalizujące,

czarne jak grudniowa noc włosy sięgające bioder.

Piersi małe acz jędrne, 

ukryte pod ciasnym gorsetem sukni.

Była wysoka i szczupła o talii gładkiej 

i symetrycznie wydłużonej.

Stalowo, błękitne oczy.

Idealnie zimne i bez wyrazu,

przeszywały spojrzeniem

lodowatej grozy.

Ciemne piegi pod nimi 

i ledwie zaróżowione usta 

pozbawione jakby 

wystarczającej ilości krwi 

budziły dzikie pożądanie.

Jej głos jedynie 

zdradzał nieludzkie pochodzenie.

Był twardy, władczy, lekko ochrypły 

i zupełnie pozbawiony emocji.

 

 

Najwyżsi wzywają Cię na audiencję.

Zapewne zlecą Ci jakieś nowe zadanie.

Mam obowiązek

sprowadzić Cię do Raju.

Angelisy władają szczególnie okrutną, demoniczną magią, 

której my mężczyźni 

nie możemy się oprzeć.

Mi również jej wpływ 

mieszał delikatnie zmysły.

Choć widywałem te demony często 

to jednak i ja

musiałem się wreszcie złamać

i ponieść zwierzęcemu instynktowi.

 

 

Z dwuznacznym uśmieszkiem 

objąłem ją wzrokiem

i nonszalancko dodałem.

Wejdź demonie i rozgość się.

Wszystko w swoim czasie.

Pójdę do Raju za Tobą,

jeśli Ty sprawisz staremu wojownikowi nieopisaną radość 

i udasz się ze mną na górę.

Obiecuję,

że nie spadnie Ci włos z głowy

i nie uszkodzę tego 

ponętnego ciała ostrzem broni.

Ale pozwól, że to najpierw ja 

zaprowadzę Cię do Raju 

i to nie raz i nie dwa.

Akurat my mamy całą wieczność.

Oddasz mi się posłusznie 

a pójdę i za Tobą na śmierć.

Spełnię fantazję którymi mnie kusisz

a potem przekażesz mnie Najwyższym.

 

 

Przeczuwała taki obrót spraw.

Gardziła męska, prostą chucią.

Ale wiedziała że droga do Raju 

w tym przypadku 

wiedzie jedynie przez łoże.

A ona zawsze wykonywała rozkazy.

I zamierzała sprowadzić go do celu.

Nie bacząc na cenę oddania.

Postąpiła przed nim na schody

a potem do alkowy.

Niedługo potem ciche domostwo 

wypełniło się jej jękami i krzykiem.

Zamierzałem dokładnie wykorzystać 

prezent od Najwyższych.

Mając z tyłu głowy jedynie to 

by Alchemik nie wracał zbyt szybko 

stamtąd gdzie przebywał.

 

A Bogowie, byli zmuszeni zaczekać

na swego krwawego wybawcę.

 

 

 

 

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...