Nie wiedziałem, że jesteś kuloodporny.
Ja też nie.
Ale widać mam grubą skórę
i co ważniejsze głowę na karku.
Nie wychylam jej bez potrzeby.
Tętnica jest cała.
Rana jest dość płytka.
To bardziej szrama.
Odkażę ją spirytusem.
Zaciśnij zęby.
Poczułem najpierw silną
i gryzącą woń alkoholu
a potem płomienny ból
po zewnętrznej stronie uda.
Nie zacisnąłem zębów.
Przeciwnie, wylał się zza nich
potok urągań i przekleństw
na matkę, babkę i ojca medyka.
Sam musiałem się znieczulić,
więc pociągnąłem zdrowo z bukłaka.
Wino jak ciemna krew,
polało mi się z ust na rudą brodę
z niej na pancerz
i dalej ku klepisku pracowni alchemika.
Otarłem się rękawem
i splunąłem pod nogi.
Trzeba szyć?
Nie.
Ale zostanie
solidna blizna po zrośnięciu.
Demony wypaliły Ci swój znak.
Kula była bez wątpienia zatruta
jakimś pradawnym,
piekielnym zaklęciem.
Z wiekiem straciłem nie tylko
masę sił i refleks.
Najgorsze, że
utraciłem protekcję Najwyższych.
Teraz jestem persona non grata
zarówno na górze jak i na dole.
A i na ziemi mało kto jest
na tyle odważny, bądź prędzej szalony by spojrzeć mi w oczy.
Nie mówiąc o rozmowie
czy podaniu ręki.
Przecież jesteś jak
pradawna, zaginiona arka,
nikt bez poniesienia
śmiertelnych konsekwencji
nie może Cię dotknąć.
Czyżby?
Właśnie przemywałeś mi rany,
gołymi rękoma
a na przywitanie
uściskaliśmy się jak bracia.
Alchemik wybuchł
nerwowym chichotem.
Przecież to Ty sam
przybyłeś do mnie po pomoc.
Zresztą wiesz jak jest.
Znamy się od tysięcy lat.
Niełatwo zrobić mi krzywdę.
Nie twierdzę, że jestem nieśmiertelny.
Ale moc kamienia wystarcza
bym tak się czuł.
Wiem, wiem. Mógłbym wyrwać Ci łeb.
Rozczłąkować ciało toporem,
wyciąć jajca i wsadzić je psu do gęby
a Ty i tak złożyłbyś się po chwili
niczym dziecinna układanka do kupy.
Cholerna, filozoficzna esencja.
I pomyśleć, że byłem tak głupi,
że podwędziłem Ci kiedyś fiolkę
i wypiłem z nadzieją, że nigdy nie umrę.
Cóż… podziałało.
Całkiem przystojny z Ciebie kawaler
jak na przeżyte lata.
Choć wiemy, że nawet pył z Ciebie
nie powinien już nawet istnieć.
Mało tego, imię powinno przepaść
w odmętach wieków.
A Ty nadal w świetnej formie.
Pijesz, bijesz, gwałcisz i mordujesz.
Wszystkich jak leci.
Twój miecz i honor służy temu akurat,
kto ma zasobniejszą kiesę
w danej chwili.
Gorzej gdy pieniędzy niestatek
a Ty zarzucasz podwojenie kwoty.
Wtedy przemawia przez Ciebie
tylko śmierć.
Tylko ją kochasz i jej służysz.
Dlatego ostatnio dostajesz bęcki od każdego klanu, królestwa
czy związku państw.
A nawet Najwyższych.
Fakt, że niewiele mogą zrobić,
ot kilka blizn magicznych
na Twej
muskularnej posturze niedźwiedzia.
Nie powinni się wtrącać,
już nie jestem ich dzieckiem.
Dziwisz się im?
Stworzyli Cię po to
byś udał się do raju
i zabił węża
nagabującego pierworodnych
do grzechu
a Ty wszedłeś z nim w spółkę,
wymordowałeś wszystkich mężczyzn
i w nagrodę przygarnąłeś sobie kobiety.
Stąd wszyscy są teraz
Twoimi potomkami.
Stąd w genach ludzi
chęć mordu, przemocy i wojny.
To nigdy się nie skończy.
Tak jak Twoje życie.
A mimo to Najwyżsi przebaczyli Ci
i od czasu do czasu
mają dla Ciebie jakąś robótkę.
Szaleńcy.
Lepiej polej mi wina.
Zostanę u Ciebie kilka dni.
Aż rany się zasklepią.
Cynowy puchar z trunkiem
znalazł się w mojej prawicy.
Przepiłem kilka podobnych rzędem.
Alchemik opowiadał o
ostatnich wieściach
i plotkach w księstwie.
Zrobiło się dość błogo i sennie.
Czas płynął a ja
raczyłem się wyśmienitym winem.
Obudziło mnie walenie do drzwi.
Zerwałem się z łóżka.
Widać udało mi się
do niego jakoś dotrzeć.
Topór miałem w gotowości.
W drugiej ręce
połyskiwał krótki i wąski sztylet.
Alchemika nigdzie nie było.
Zostawił mnie? Zdradził?
A może to on się dobijał?
Pociągnąłem za zasuwę
tak mocno jak tylko mogłem.
Drzwi wręcz przefrunęły
tą krótką odległość.
Gotowy do zadania cięcia
wychynąłem do wąskiej gardzieli
porannego światła.
To nie był alchemik.
Nie był to strażnik, żołnierz gwardii,
najemnik ani wynajęty zabójca.
Była to dziewka,
lecz nie taka pierwsza lepsza
dorodna dziewoja
spod bazarowego kramu
czy miejskiej studni.
Nie księżna i nie murwa.
Choć to ostatnie
byłoby najbliższe prawdzie.
Bo spotkanie takiej jak ona
było gorsze
od zarażenia się syfilisem.
A z pewnością
równie śmiertelne dla kochanka.
Był to demon w najpiękniejszej,
nieludzko idealnej skórze.
Kamuflaż był jej sidłami,
które nie miały w zwyczaju
wypuszczać ofiary
bez uprzedniego
zatracenia w szaleństwie
i obłąkańczo, okrutnej śmierci.
Angelisy były pełne pożądania.
Niestety równie silnej pogardy,
zemsty i chęci mordu.
A ta była,
sądząc po masce jaką przywdziała.
Przeznaczona mi i tylko mi.
Miała długie, opalizujące,
czarne jak grudniowa noc włosy sięgające bioder.
Piersi małe acz jędrne,
ukryte pod ciasnym gorsetem sukni.
Była wysoka i szczupła o talii gładkiej
i symetrycznie wydłużonej.
Stalowo, błękitne oczy.
Idealnie zimne i bez wyrazu,
przeszywały spojrzeniem
lodowatej grozy.
Ciemne piegi pod nimi
i ledwie zaróżowione usta
pozbawione jakby
wystarczającej ilości krwi
budziły dzikie pożądanie.
Jej głos jedynie
zdradzał nieludzkie pochodzenie.
Był twardy, władczy, lekko ochrypły
i zupełnie pozbawiony emocji.
Najwyżsi wzywają Cię na audiencję.
Zapewne zlecą Ci jakieś nowe zadanie.
Mam obowiązek
sprowadzić Cię do Raju.
Angelisy władają szczególnie okrutną, demoniczną magią,
której my mężczyźni
nie możemy się oprzeć.
Mi również jej wpływ
mieszał delikatnie zmysły.
Choć widywałem te demony często
to jednak i ja
musiałem się wreszcie złamać
i ponieść zwierzęcemu instynktowi.
Z dwuznacznym uśmieszkiem
objąłem ją wzrokiem
i nonszalancko dodałem.
Wejdź demonie i rozgość się.
Wszystko w swoim czasie.
Pójdę do Raju za Tobą,
jeśli Ty sprawisz staremu wojownikowi nieopisaną radość
i udasz się ze mną na górę.
Obiecuję,
że nie spadnie Ci włos z głowy
i nie uszkodzę tego
ponętnego ciała ostrzem broni.
Ale pozwól, że to najpierw ja
zaprowadzę Cię do Raju
i to nie raz i nie dwa.
Akurat my mamy całą wieczność.
Oddasz mi się posłusznie
a pójdę i za Tobą na śmierć.
Spełnię fantazję którymi mnie kusisz
a potem przekażesz mnie Najwyższym.
Przeczuwała taki obrót spraw.
Gardziła męska, prostą chucią.
Ale wiedziała że droga do Raju
w tym przypadku
wiedzie jedynie przez łoże.
A ona zawsze wykonywała rozkazy.
I zamierzała sprowadzić go do celu.
Nie bacząc na cenę oddania.
Postąpiła przed nim na schody
a potem do alkowy.
Niedługo potem ciche domostwo
wypełniło się jej jękami i krzykiem.
Zamierzałem dokładnie wykorzystać
prezent od Najwyższych.
Mając z tyłu głowy jedynie to
by Alchemik nie wracał zbyt szybko
stamtąd gdzie przebywał.
A Bogowie, byli zmuszeni zaczekać
na swego krwawego wybawcę.