Na strychu półmrok pot oblał ciało
schodzę po deskach stromą powałą
mijam kolumny w białej alkowie
wciąż jeszcze myślę o odbudowie
A w sercu boleść by czas wiekowy
nie odciął tlenu z rozgrzanej głowy
chcę go zostawić o nim nie myśleć
powrócić na dół i z dworu prysnąć
I znaną drogą szary pagórek
wchodzę po gzymsie na samą górę
szybko przechodzę przez czeluść okna
staję na ziemi ku Tobie wzrok mam
W ramiona chwytam do piersi tulę
lecz czuję tulę samą koszulę
w auto wstępuję silnik zapuszczam
prysnęła chwila w drodze wiatr ustał
Słyszę za sobą w fali popędzie
jak drzwi trzasnęły w wielkim rozpędzie
Dwór pomruk wydał w trawy zamęcie
jakby się zapadł w czarcie tąpnięcie
Z mostku wyjeżdżam a za mną stawy
są już bez wody w ten dzień plugawy
nagle deszcz lunął samochód płynie
jak tratwa wątła w rwącej kotlinie
I rzeką spływam bezwiednie tonę
wchłania mnie żywioł wodne podwoje
hamulec duszę skroni nie czuję
w otchłań spienioną zawirowuję
A rozczulenia wciąż nie pojmuję