Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Jezioro jest dzisiaj ławą — w czerń spowitą.
Kładę nań pierścień oddechu gładki.
Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Jezioro jest dzisiaj ławą — w czerń spowitą.
Kładę nań pierścień oddechu gładki.
Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Jezioro jest dzisiaj ławą, w czerń spowitą.
Kładę nań oddech — pierścień gładki.
Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Czyli jezioro jest dzisiaj ławą,
w czerń spowitą?
Kładę nań oddech — pierścień gładki.
Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Czyli jezioro jest dzisiaj ławą,
w czerń spowitą?
Kładę nań oddech — pierścień gładki.
Wędrówka księżyca żłobi róż płatki...
Pod kładką — strumyk się gnie.
Czyli jezioro jest dzisiaj ławą,
w czerń spowitą?
Kładę nań gładki
pierścień oddechu —
Rozumiem, że to fragment czegoś dłuższego. Piszesz czytelnie i tekst płynie bez potknięć. Jest blisko życia, a przez to interesujący. Jedyne, co mogę doradzić, to byś nie wklejała jednolitego bloku i zaznaczała wyraźniej akapity tam, gdzie jest to potrzebne. Na przykład tu:
– Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.
Kochany Syneczku.
Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list.