Każdy poeta napisał w swoim życiu
jeden wiersz,
którego szczerze nienawidzi,
najmocniej ze wszystkich.
Też mam taki.
Kunsztowny, piękny, z krwi i kości.
Czytelnicy byli zachwyceni,
lecz ja co wieczór próbuję go unicestwić,
zasypać krater w sercu otwarty słowami.
Daremnie strącam litery
jak meteory w limbus - sens trwa,
niezniszczalny.
Nie cofnę już ruchów pióra.
Ten wiersz rozciął pełnię na dwie połowy -
- jasną i ciemną. Jasna: noce,
gdy płakałem ze szczęścia.
Ciemna: to wszystko, co przyszło
a posteriori.
Oczy, dwa Jeziora Aralskie,
pieką rdzą i solą.
Później stworzyłem jeszcze
dziesiątki innych wierszy. Jestem w nich
zaledwie barwnym hologramem, przemierzającym
sterylne przestrzenie twojej obecności.
Wiem, że tamte wersy
już się nie odstaną.
Rzeczywistość została poruszona.
Karmię łąki czerwienią, fioletem;
mogę być motylem, kwiatostanem, morską falą,
a ludzką skórę zakopałem
pod jabłonką w ogrodzie.
Tylko w drżeniu kropel rosy
na liściach macierzanek pod twoimi stopami
nadal żyje mój oddech.
08.02.2026.