Starzeję się. Wieczory spędzam samotnie w kasynie,
obstawiając życie. Kim jesteś Tetragramie, czemu milczysz, komu palę
sandałowe drzewo w podzięce. I za co. Nutmeg, który
śmierdzi.
I ja - jak Pound - opiewałem kobiety. Nie w trzech miastach, lecz
w każdym. Twoje bycie, Cino, mój mały, jest śladem palców
na ustach, resztką szminki, którą kryła uśmiech na wargach,
swój niepokój.
Lała pornografię na ulice - niczym Henry Miller -
krocząc.
Wyjmij broń i strzelaj, jak mówi Azazel, w łeb, w dowolną
komorę serca, by nikt nie narzekał, że umarło -
wysyłasz powidok w oku, feerię barw na dyżurze,
i głos, głos w głowie - po lekach.
Starzeję się, moja panno. Układam stos z kilku, tak,
butelek piwa, niemytych garów, słów – bez znaczenia,
skreślonych na drzwiach kredą. Stos. W kasynie - karta do karty,
kier kryje kier, kir całopalny - tobie, Tetragramowi -
kim jesteś, do cholery. Kim byłem?
I sobie.