Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena

 

 

 

Zanim światło popełniło siebie,
nicość była doskonała.

Nie czarna.
Nie pusta.
Bezbłędna.

Milczenie nie było brakiem dźwięku -
było pełnią bez potrzeby odbicia.

Czas?
Czas jest wiecznością która zaczęła się zużywać.

Nieskończoność przegryzła się
na sekundy.

Pierwsze pęknięcie
nie było wybuchem.
Było wahaniem absolutu.

Nicość spojrzała w siebie
i zobaczyła zarys twarzy.

Równowaga nie utrzymała się sama.
Powstał Błąd.
Nie słowo.
Nie myśl.
Rozszczelnienie.
Z niego wyciekła przestrzeń.

Skończoność -
zmarszczka, której nie da się wygładzić.
Z tej zmarszczki zapaliły się gwiazdy.
Nie świecą.
One się spalają,
żeby trwać chwilę dłużej.

Materia jest opóźnieniem rozpadu.

Energia - jego przyspieszeniem.

A potem otworzyło oczy coś,
co nie powinno mieć oczu.

Człowiek.

Hipoteza sensu
w świecie bez pytania.

Przypadek, który nauczył się mówić "jestem”
w próżni bez odpowiedzi.

Patrzy w niebo.
Niebo milczy,
bo milczenie jest jego naturą,
nie okrucieństwem.

Oddycha.

Ciało odmawia nicości posłuszeństwa.

Kocha.

Świadomość próbuje przeciec wolniej.

Pisze,
żeby w nieskończoności powstała rysa.

Każde zdanie
-  zakłócenie w idealnej ciszy.

Każde "ja”
- bunt pyłu, który zrozumiał, że spada.

Wszechświat nie jest świątynią.
Jest procesem.

Światło komplikuje się, żeby dłużej umierać.

A jednak
w tej maszynie przemian
pojawia się coś,
czego nie przewidziała żadna stała.

Czułość.

Dwie skończoności
uznają się za konieczne.

I w tej sekundzie
nicość traci symetrię.

Cofa się
nie o przestrzeń -
o możliwość.

To nie zbawia kosmosu.
Ale zmienia jego rachunek.

Jesteśmy jedynymi bogami, których stać na luksus umierania.

Bo wieczność
niczego nie ryzykuje.

My - wszystko.

Może więc Bóg
nie jest początkiem.

Może jest skutkiem.
Drżeniem materii,
która zbyt długo patrzyła w siebie.

Jestem.

Nie wiem.

Świat we mnie spala się,
bo tylko spalanie daje światło.

Nie szukaj sensu w neuronach.
Tam są reakcje, które nie wiedzą, że coś znaczą.

Sens powstaje
między jednym lękiem
a drugim oddechem.
Między dłońmi.
Tam, gdzie dwie kruche formy
zgadzają się umrzeć
wzajemnie rozpoznane.

I wtedy
nicość musi się cofnąć.

Nie dlatego, że przegrała.

Dlatego, że po raz pierwszy
nie jest sama.

 

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena

 

 

 

Zanim światło popełniło siebie,
nicość była doskonała.

Nie czarna.
Nie pusta.
Bezbłędna.

Milczenie nie było brakiem dźwięku -
było pełnią bez potrzeby odbicia.

Czas?
Czas jest wiecznością która zaczęła się zużywać.

Nieskończoność przegryzła się
na sekundy.

Pierwsze pęknięcie
nie było wybuchem.
Było wahaniem absolutu.

Nicość spojrzała w siebie
i zobaczyła zarys twarzy.

Równowaga nie utrzymała się sama.
Powstał Błąd.
Nie słowo.
Nie myśl.
Rozszczelnienie.
Z niego wyciekła przestrzeń.

Skończoność -
zmarszczka, której nie da się wygładzić.
Z tej zmarszczki zapaliły się gwiazdy.
Nie świecą.
One się spalają,
żeby trwać chwilę dłużej.

Materia jest opóźnieniem rozpadu.

Energia - jego przyspieszeniem.

A potem otworzyło oczy coś,
co nie powinno mieć oczu.

Człowiek.

Hipoteza sensu
w świecie bez pytania.

Przypadek, który nauczył się mówić "jestem”
w próżni bez odpowiedzi.

Patrzy w niebo.
Niebo milczy,
bo milczenie jest jego naturą,
nie okrucieństwem.

Oddycha.

Ciało odmawia nicości posłuszeństwa.

Kocha.

Świadomość próbuje przeciec wolniej.

Pisze,
żeby w nieskończoności powstała rysa.

Każde zdanie
-  zakłócenie w idealnej ciszy.

Każde "ja”
- bunt pyłu, który zrozumiał, że spada.

Wszechświat nie jest świątynią.
Jest procesem.

Światło komplikuje się, żeby dłużej umierać.

A jednak
w tej maszynie przemian
pojawia się coś,
czego nie przewidziała żadna stała.

Czułość.

Dwie skończoności
uznają się za konieczne.

I w tej sekundzie
nicość traci symetrię.

Cofa się
nie o przestrzeń -
o możliwość.

To nie zbawia kosmosu.
Ale zmienia jego rachunek.

Jesteśmy jedynymi bogami, których stać na luksus umierania.

Bo wieczność
niczego nie ryzykuje.

My - wszystko.

Może więc Bóg
nie jest początkiem.

Może jest skutkiem.
Drżeniem materii,
która zbyt długo patrzyła w siebie.

Jestem.

Nie wiem.

Świat we mnie spala się,
bo tylko spalanie daje światło.

Nie szukaj sensu w neuronach.
Tam są reakcje, które nie wiedzą, że coś znaczą.

Sens powstaje
między jednym lękiem
a drugim oddechem.
Między dłońmi.
Tam, gdzie dwie kruche formy
zgadzają się umrzeć
wzajemnie rozpoznane.

I wtedy
nicość musi się cofnąć.

Nie dlatego, że przegrała.

Dlatego, że po raz pierwszy
nie jest sama.

 

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...