Zanim światło popełniło siebie,
nicość była doskonała.
Nie czarna.
Nie pusta.
Bezbłędna.
Milczenie nie było brakiem dźwięku -
było pełnią bez potrzeby odbicia.
Czas?
Czas jest wiecznością która zaczęła się zużywać.
Nieskończoność przegryzła się
na sekundy.
Pierwsze pęknięcie
nie było wybuchem.
Było wahaniem absolutu.
Nicość spojrzała w siebie
i zobaczyła zarys twarzy.
Równowaga nie utrzymała się sama.
Powstał Błąd.
Nie słowo.
Nie myśl.
Rozszczelnienie.
Z niego wyciekła przestrzeń.
Skończoność -
zmarszczka, której nie da się wygładzić.
Z tej zmarszczki zapaliły się gwiazdy.
Nie świecą.
One się spalają,
żeby trwać chwilę dłużej.
Materia jest opóźnieniem rozpadu.
Energia - jego przyspieszeniem.
A potem otworzyło oczy coś,
co nie powinno mieć oczu.
Człowiek.
Hipoteza sensu
w świecie bez pytania.
Przypadek, który nauczył się mówić "jestem”
w próżni bez odpowiedzi.
Patrzy w niebo.
Niebo milczy,
bo milczenie jest jego naturą,
nie okrucieństwem.
Oddycha.
Ciało odmawia nicości posłuszeństwa.
Kocha.
Świadomość próbuje przeciec wolniej.
Pisze,
żeby w nieskończoności powstała rysa.
Każde zdanie
- zakłócenie w idealnej ciszy.
Każde "ja”
- bunt pyłu, który zrozumiał, że spada.
Wszechświat nie jest świątynią.
Jest procesem.
Światło komplikuje się, żeby dłużej umierać.
A jednak
w tej maszynie przemian
pojawia się coś,
czego nie przewidziała żadna stała.
Czułość.
Dwie skończoności
uznają się za konieczne.
I w tej sekundzie
nicość traci symetrię.
Cofa się
nie o przestrzeń -
o możliwość.
To nie zbawia kosmosu.
Ale zmienia jego rachunek.
Jesteśmy jedynymi bogami, których stać na luksus umierania.
Bo wieczność
niczego nie ryzykuje.
My - wszystko.
Może więc Bóg
nie jest początkiem.
Może jest skutkiem.
Drżeniem materii,
która zbyt długo patrzyła w siebie.
Jestem.
Nie wiem.
Świat we mnie spala się,
bo tylko spalanie daje światło.
Nie szukaj sensu w neuronach.
Tam są reakcje, które nie wiedzą, że coś znaczą.
Sens powstaje
między jednym lękiem
a drugim oddechem.
Między dłońmi.
Tam, gdzie dwie kruche formy
zgadzają się umrzeć
wzajemnie rozpoznane.
I wtedy
nicość musi się cofnąć.
Nie dlatego, że przegrała.
Dlatego, że po raz pierwszy
nie jest sama.