Czasami odwiedzam starych znajomych
pijemy słabsze piwa, niesłodzoną herbatę i opowiadamy
to co wiemy najlepiej o sobie samych. Siadamy
w tym czy tamtym ogrodzie, przed domem, albo
w domu, którego pilnują kulawe psy
na nocną zmianę z papilotami pożerającymi
ich żony od samej głowy.
Gwiazdy te same świecą dla nas do późnej nocy.
Stopy były tam i ówdzie, gdzieś pod
palmami, w jaskini, na szczytach ogólnodostępnych gór.
Przewracają się kartki w kalendarzach.
Staramy się nie przypominać co tam komu kto,
wybił ząb, dziewczynę, albo odbił żonę
która wróciła potem z głową
na której rośnie jeszcze więcej papilotów
nie dał ściągać na kartkówce z pasożytów.
Tak siedzimy patrząc w podłogę
gdzie teraz, gdzie następne spotkanie
gdzie zagra złota trąba na apel.