Gdy w ucho mróz cię uszczypnie,
A za kołnierz wpadnie sopel lodu,
Zachowaj spokój, bądź twardzielem
I idź dalej, udając Greka, pogwizdując
Nieświadom, że na oblodzonych schodach
Własnego domu wywiniesz pięknego
Orła, co w chmury się nie wzbija, lecz
Pada na plecy z jękiem: ałaa, ratunku!
Czeka cię dzwonienie zębami i pociąganie nosem,
Póki w piecu kaflowym nie napalisz,
Stóp nie zanurzysz w ciepłej wodzie, a mleko
Z czosnkiem i herbata z malin uratują ci życie.
Niestety, to tylko poradnik survivalowy.
Świat za oknem przykrywa puchowa pierzyna,
A ty, niczym badacz koła podbiegunowego,
Grzebiesz w szafie za drugą parą skarpet
I czapką uszanką; przeklinasz pod nosem biel,
Co tak perfidnie błyszczy za szybą i drwi.
Brak prądu i wody, a telefony milczą,
Jak schwytany zbój na przesłuchaniu.
Miasto milknie, zapada w zimowy sen,
A w środku nocy, gdy mróz puka do okien
I wiatr wyje: „jam zamieć stulecia!”
Z zimna i strachu chwytasz za kredki
I w rysunkowym bloku, przy świetle świecy,
Malujesz wymarzony, słoneczny, ciepły kraj,
Tak realny, że w łóżku przebierasz nogami,
Jakbyś biegł na boso po piaskach Sahary…