Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie

rozmawiamy od lat. Od 2 lat

 

włóczę się, drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk –

bez znaczenia, przypomina Ciebie – paplasz,  

dlatego nie odbieram: wyjdziemy, czy dziś, 

teraz? Twoja impulsywność męczy mnie. Wolę,

gdy piszesz. Twoja pojedynczość jak u O’Hary,

twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham 

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka, ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie

rozmawiamy od lat. Od 2 lat

 

włóczę się. Drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk –

bez znaczenia, przypomina Ciebie – paplasz,  

dlatego nie odbieram: wyjdziemy, czy dziś, 

teraz? Twoja impulsywność męczy mnie. Wolę,

gdy piszesz. Twoja pojedynczość jak u O’Hary,

twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham 

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę, dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka, ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie

rozmawiamy od lat. Od 2 lat

 

włóczę się. Drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk –

bez znaczenia, przypomina Ciebie – paplasz,  

dlatego nie odbieram: wyjdziemy, czy dziś, 

teraz? Twoja impulsywność męczy mnie. Wolę,

gdy piszesz. Twoja pojedynczość jak u O’Hary,

twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham 

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę, dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie

rozmawiamy od lat. Od 2 lat

 

włóczę się. Drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk –

bez znaczenia, przypomina Ciebie – paplasz,  

dlatego nie odbieram: wyjdziemy, czy dziś, 

teraz? Twoja impulsywność męczy mnie. Wolę,

gdy piszesz. Twoja pojedynczość jak u O’Hary,

twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham 

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę, dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie

rozmawiamy od lat. Od 2 lat

 

włóczę się. Drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk – bez znaczenia,

przypomina Ciebie – paplasz,  dlatego nie odbieram:

wyjdziemy, czy dziś, teraz? Twoja impulsywność

męczy mnie. Wolę, gdy piszesz. Twoja pojedynczość

jak u O’Hary, twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę, dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Przeczytałem sześć wierszy – każdy dobry,
lepszy od mojego.
„Rozbiorę się całkiem i przejdę przez zimny trawnik”.

Telefon oznajmił – umarł. Nosowym głosem,

jak mówił literat - pisał o kocie -  

słabo znałem człowieka, mniejsza z nim.

Poszedłem słuchać Dat Dere. Co to takiego?

Ta śmierć.

 

Widziałem wiele – w Lizbonie strach,

mimo tabletek, szklanki whisky – irlandzki torf

mam na języku, żaden ptak nie siada

z podwiniętym skrzydłem. Lizbono, wielki prysznicu!

Błądziłem, nie mogąc znaleźć Ginjinhy z shot-glass,

chociaż zjechałem windą.

 

Żadnego pisania! Cierpię na anhedonię.
Nie ma na to leków, w każdym razie niewiele.

Nie słyszę rymów, rytmu, nut. Bach jest Händlem

Ginsberg Sosnowskim – mylę postaci, rytm, rym,

bez dwóch zdań – Gefühllosigkeit! Potrzebny

wam tłumacz – ins Polnische?

 

Okres latencji snu, i snu REM wydłużyłem

do granic, za nimi nic – urwisko.

Małe statki zasypiają na Tagu, kołysząc

fado na bakburtach.

 

Kto wymyślił wyliczanie wstecz, jakby dni

przed miały znaczenie? Przedwczoraj

i jeszcze przed

widziałem cię - niosłaś torby pełne szmat.
Miałem podejść, zapytać, co słychać. Nie rozmawiamy

od lat. Od 2 lat

 

włóczę się. Drażni mnie kolor – ta zima, zgasły liście

i ptaki na drzewach, ślisko. Czasami myślę, że tutaj

od zawsze i przede mną – wieczna zmarzlina, ludzie

zamknięci na cztery spusty, dwie apteki – zwykłe

„dzień dobry” jest obojętną grzecznością.

Nic,

 

chociaż w radiu każdy ma coś do powiedzenia.

Zaprzyjaźniłem się z lokalną polityk – bez znaczenia,

przypomina Ciebie – paplasz,  dlatego nie odbieram:

wyjdziemy, czy dziś, teraz? Twoja impulsywność

męczy mnie. Wolę, gdy piszesz. Twoja pojedynczość

jak u O’Hary, twoja mnogość. Wciąż Ty. Kocham

obrazy,

 

teatr, sztukę – przez jakiekolwiek s czy k, Kicz

za 200 zł u kosmetyczki,

nie ma Strzemińskiego, w muzeum

dwie rzeźby Kobro pośrodku czegoś,

co też jest suprematyzmem. Postawiłem lampkę

na grobie obok upiornych, solarnych zniczy,

potem u rodziców. Tli się, ostatkiem sił

 

piszę, dat dere, dat dere - jak u dziecka

w głowie. Idę

w kierunku trawnika zasypanego śniegiem.

Zima.

Słabo znałem człowieka ktoś powie, grzebiąc

nogą dołek. Możesz wziąć tamtego dużego słonia

(you can have dat big elephant over dere). Możesz

go wziąć, potem.

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...