Powietrze zimne — w księżycowej tafli skrzy.
Poczerwieniały z zimna aniołów nosy.
Odległy czas świateł mija nas.
Mienią się kałuże oczu —
dzisiaj nieco inne.
Z drogi możesz jeszcze zejść,
lub pozostać w cząstce innej.
Piętrzą się kaskady myśli szaro złotych,
a może pożółkłych liści — yellow.
Snują się kudłate werniksu myśli,
a może pandemonium szkarłatu.
Pozwól Ojcze, kochać Cię,
w granicach wszechrzeczy i przestrzeni,
Tobie tylko znanej — odczłowieczonej.
Ja jestem pustką w próżni,
w nicości zawieszony.
Jak flaga po ciemnej stronie
- wbita w księżyc.
Otchłań nie jest straszna — czuję jej spokój.
Świat odetchnął jednym z gejzerów.
Boże, ratuj nas!
Ratuj nas, niegodziwych,
jeszcze ten jeden, jedyny raz!
Świat spogląda na nas miliardem
pogardliwych oczu.
Ziemia i niebo są na styku.
Ty nie dotkniesz mnie,
ja nie dotknę Ciebie —
jak nie dotyka zmierzchu świt.
Ale pozwól się kochać,
jak noc kocha gwiazdy.
Pozwól, bym po zmroku
mógł z księżycem pobladłym,
- patrzeć w jedne,
z miliarda Twoich spojrzeń.