Od czasów szkolnej ławki, tej oślej,
Ochoczo palce podnosiłem w klasie piątej „b”:
„Proszę pani, Anka ściąga, Rysiek kredę zjadł,
Baśka cycki pokazuje naokoło”
Dobry w tej profesji byłem, mistrzunio,
Aż duma mnie rozpierała, skrzydła rosły.
Na przerwie łomot srogi brałem,
Becząc, do domu gnałem pod spódnicę mamy.
Na podwórku wielbiony byłem za wyczyny,
Odznakę konfidenta mi przyznano jednogłośnie
Oraz dyplom zdrajcy nieugiętego.
Puchar wznosiłem – kolaboranta.
Z gospodarzem domu sztamę miałem,
Donosiłem na ekscesy i złodziejstwo.
Dzielnicowy klepał mnie po plecach
Za meldunki i dowody zbrodni.
Pod drzwiami zwąchałem, razu pewnego:
Sąsiad bimber pędzi, drugi kradnie prąd,
Bale urządzają do białego rana – na golasa.
Stare dzieje… szczeniak byłem głupi.
Dziś, zza biurka, w garniturze marki Gucci,
W butach wyglancowanych od Diora,
Z duszą urzędnika i poważną miną
Okiem rzucam na petenta: „Czego?”
W zębach dłubię, po brzuchu się drapię,
Wielkim jak bęben dobosza... bum! bum!
Na postrach wybijam niedowiarkom.
Oto mój życiowy sukces: skargi rozpatruję.