Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Kosmos jest zimny, załoga martwa (?), a Natalie ma robale zamiast koca. „Prawie Legalni” to jej dziennik. Pełen przekleństw, wspomnień i technologii, której nikt nie powinien wymyślić. Jeśli lubisz czarny humor, brzydkie słowa i postaci, które nie trzymają za rękę - zapraszam.

 

OSTRZEŻENIE!

Mocny język. Ciężkie tematy. Mnóstwo krwi, seksu i całej tej kontrowersyjnej papki.

 

 

Natalie

 

Dziennik pokładowy Tracz 3, flota…

 

Nie no, w chuja was robię. Oszczędźmy sobie protokołów i tych wszystkich napuszonych otwarć. Tu nie będzie żadnej logiki raportowania. Tylko ja i kilka gorzkich prawd.

 

Wiecie, jakie to uczucie, kiedy wszystkie wasze marzenia z dzieciństwa w jednej chwili zmieniają się w żałosne memy? Jak ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że ten wymarzony model iPhone’a, który kiedyś śnił ci się po nocach, jest teraz tak przestarzały, że wstyd go wyjąć przy ludziach. Śmietnikowa relikwia. Albo kiedy ambicja, ta szlachetna iskra w środku, nagle przeobraża się w coś… głodniejszego. Nie, nie to. Bardziej jak obsesja. To wizja tak głęboko osadzona w neuronach, że staje się częścią kodu tożsamości. Wślizguje się między myśli, siedzi cicho przy śniadaniu, szepcze w kiblu, kiedy srasz i patrzy ci przez ramię, kiedy uprawiasz seks.

 

Ja wiem.

 

Od tego wszystko się zaczęło. Moja „mała” przygoda. Mówię mała, bo to ładnie brzmi, taki chwyt retoryczny. Ale nie oszukujmy się. W praktyce zmieniłam Ludzi w persona non grata dla połowy znanego wszechświata, zapoczątkowałam rasę, która przeskoczyła etapy ewolucji w nanosekundę, i do tego buchnęłam najcenniejszy cud technologii ostatnich stuleci. Na Ziemi jeszcze by o tym śnili. Jeśli jeszcze by istniała.

 

Czy zrobiłam z tego dobry użytek? No. To już kwestia sporna. (zduszony śmiech)

 

Nie jestem pewna, czy to wszystko było przeznaczeniem, przypadkiem, czy może zwykłym kosmicznym żartem. Nie czuję się bohaterką. Bohaterem tej historii, jeśli już, jest Jack. Jack ma w sobie coś z klasycznego protagonisty: przeszłość tak tragiczną, że aż by się nadawała na scenariusz filmowy, odwagę balansującą na granicy szaleństwa, i tę dziwną aurę, przez którą ludzie się go trzymają, nawet jak nic nie mówi. Charyzmę ma polityk, który potrafi sprzedać ci brednie o rezygnacji z energii atomowej jakby to była rewolucja moralna, a nie cofnięcie się do epoki węgla. Jack nie pieprzy się w takie rzeczy. Jack to narzędzie. Narzędzie precyzyjne. Jak chcesz, żeby robota była zrobiona, bez pytań i bez błędów, wołasz Jacka. Nawet imię ma filmowe. Jack. Ale nie, tak go nazywam. Oficjalnie to Daniel Jacks. Wiem. (kaszlnięcie) Bezczelność losu, nie? Jakby ktoś spojrzał na butelkę whisky i pomyślał: „O, idealne nazwisko dla kolesia z tragiczną przeszłością i uśmiechem, którego nie chcesz widzieć, kiedy masz coś do ukrycia.” Doskonałe dla bohatera.

 

A ja? Ja w tej bajce jestem… bardziej jak czarownica.

 

Ale nie ta z lasu i jabłka. Bardziej jak Diabolina, tylko bez tych bajkowych skrupułów. Taka, co dzięki inteligencji, sprytowi i totalnie nieprzyzwoitemu uroku osobistemu (który, swoją drogą, nadal mam, ale to temat na inny dzień) wbiła się na najnowszy model fregaty Konfederacji Terranskiej i odleciała z nim jakby to był prezent urodzinowy od samego wszechświata. Prototyp. Tak nowy, że prezydentom robiło się mokro na samą wzmiankę.

 

Od nowa. Wybacz, słuchaczu. Czytelniku. Widzu? Nie wiem, kim jesteś. Zakładam, że kimś lepszym ode mnie, skoro to wszystko w ogóle przetrwało. Ale wiedz, że ja właśnie znalazłam się w sytuacji tak niepojęcie spierdolonej, że każda metafora blednie. Nie mówimy o klasycznym „jestem w lesie i goni mnie dzik”. Mówimy o „obudziłam się po trzech dniach chlania na środku Sahary, naga, z połową pamięci i zerową szansą na wodę”. Tylko że zamiast piasku jest próżnia. I chłód. I ciemność.

 

To miał być videodziennik. Ale zrezygnowałam z tej formy szybciej, niż się zaczęła. (kaszel)

 

Widzisz, siedzę teraz w kompletnej ciemności, na bezludnej planecie, w środku transportowca tak przestarzałego, że systemy awaryjne nie mają swoich systemów awaryjnych. Rezerwowa bateria, dzięki której jeszcze możesz posłuchać mojego cudownego, zniekształconego głosu (trzask) – ała, kurwa! – ledwo zipie.

 

No dobra. Nie jest aż tak tragicznie. Przynajmniej mogę sobie pogadać. Do siebie. Bez lęku, że mi odjebało. (kichnięcie)

 

Może za dziesięć tysięcy lat ktoś znajdzie te zapiski. Może jakimś cudem pozna angielski. Może rozszyfruje ten stek przekleństw i neurotycznych rozkmin. Jeśli jeszcze istnieje jakieś życie. Jeśli nie spaliłam wszystkiego w pył. Wspomniałam już, że doprowadziłam do wojny międzygalaktycznej? (zduszony śmiech)

 

No, przypadkiem. Ale też nie. To skomplikowana i długa historia. (kaszel)

 

Jeśli wystarczy mi baterii, może jeszcze to usłyszysz. Albo przeczytasz. W zależności od tego, jak ten cały złom zdecyduje się przechować dane.

 

Nie zrozum mnie źle, drogi pamiętniczku. Jestem pierdolonym Einsteinem nowej ery. Tak, wiem. Brzmi narcystycznie. (zduszony śmiech) Ale jak mam ci to inaczej wyłożyć? Przez całe życie lizałam kurz z butów ludzi, którzy nawet nie rozumieli połowy tego, co robiłam dla nich po nocach. Tyle razy mnie wyruchali, bez mydła, bez ostrzeżenia, czasem nawet bez imienia. W historii? Nigdzie. Działko jonowe Guddersa? Owszem, jestem. W podziękowaniach. Na samym dole. Zaraz pod „wsparciem duchowym i cateringiem”. Ten jebany drań nawet się nie zająknął, że zanim mnie poznał, znał działka jonowe tylko z Star Treka. Albo z innej bajki dla nerdów. (trzask) Cholerny fiut! (trzask) Pierdolony, zajebany, konformistyczny… (trzask) ...klaun w fartuchu laboratoryjnym. (szczęk metalu)

 

Spokojnie, Nat. (głęboki oddech) Spokojnie.

 

Dobra, musimy sobie coś wyjaśnić. Już na starcie. Jeśli przeszkadza ci mój brak ogłady, mój ty pluszowy, moralnie oburzony misiaczku, to po prostu wypierdalaj. Tak, właśnie tak. Mam to głęboko w dupie. Jeśli czujesz jakąś dumę z tego, że unikasz wulgaryzmów, że filtrujesz własne emocje przez grzeczne formułki, jakby to była wyższa forma cywilizacji… gratulacje. Jesteś debilem. Takim klasycznym, certyfikowanym idiotą, który myśli, że panowanie nad językiem to duchowy rozwój. Spoiler: nie jest. Wulgaryzmy są precyzyjne. Są narzędziem. Czasem jedynym, które oddaje to, co naprawdę się dzieje pod czaszką. Pozwól, żeby ta myśl się zatliła. Niech ci wżre się w mózg. Jak rdza w stal. Jak kwas. Niech się przyklei. (kaszlnięcie) A jeśli nie jesteś pewny, czy zniesiesz mnie taką… lepiej sobie idź. (śmiech)

 

Później wchodzimy tylko głębiej w pleśń mojej jaźni. Wspominałam o zbrodniach wojennych? Chcesz porozmawiać o etyce? Co powiesz na to, że zaprojektowałam napitek, który sprzedawałam jak wino, a był czymś na wzór kwasu solnego z opóźnioną aktywacją? (zduszony śmiech) Ach, pamiętam jakby to było wczoraj. Dobre czasy.

 

Ale moim prawdziwym opus magnum była bomba kinetyczna. Piękna rzecz.

 

Tak doskonała, że zmusiła wszystkie możliwe traktaty do zredefiniowania pojęcia „broń masowego rażenia”. (śmiech) Gdyby nie ja, Sarianie dalej zrzucaliby na siebie asteroidy jak jaskiniowcy rzucający kamieniami. Marnując przy tym tyle paliwa, że same liczby przyprawiałyby cię o krwotok z nosa. Ale wtedy ktoś zapytał: „Hej, Nat, a jakbyś ty wysłała wielką igłę na orbitę?” I ja, pomyślałam: A czemu nie? To była tylko zagwozdka. Małe wyzwanie. Ćwiczenie dla mózgu. Ale jak się okazało… takie rzeczy się rozchodzą. Szybciej niż wirus. Szybciej niż plotka. Szybciej niż ja byłam w stanie powiedzieć „ups”.

 

Dobra. Kolejne ostrzeżenie.

 

Nie licz na porządek. Nie będzie tu osi czasu, rozdziałów, kurwa, aktów dramatycznych. Nie jestem twoim nauczycielem od historii ani interaktywnym audiobookiem. Kiedy twój świat nagle rozszerza się z jednej śmiesznej niebieskiej kuleczki do przestrzeni, której nawet nie ogarniasz wzrokiem… wszystko, co znałeś, przestaje mieć znaczenie. Czas. Rytm. Daty. Cała ta iluzja porządku. Pewnie, istnieje coś takiego jak kalendarz galaktyczny. Taka wspólna, znormalizowana fikcja. Ale serio, myślisz, że ktokolwiek traktuje to poważnie? Że dwie rasy oddzielone od siebie o dziesiątki tysięcy lat świetlnych zsynchronizują zegarki, żeby ustalić datę konferencji? Zgadnij, kochaniutki. (kaszlnięcie)

 

Trochę się wykręcam. Kurwa. Prawda jest taka, że mam… coś. Specyficzny typ ADHD, czy jak to tam chcecie nazwać. Nie jestem lekarką, nigdy nie babrałam się w neuronauce. Może nie ma na to etykietki. Może mam po prostu burzę myśli, permanentny stan wzniecenia w głowie, który nie daje mi ułożyć wydarzeń w jedną, schludną linię. To nie znaczy, że kłamię. To znaczy, że przetwarzam inaczej.

 

Widzisz, wy byście chcieli, tak sobie wyobrażam, żeby wszystko było ładnie opowiedziane. Początek, rozwinięcie, zakończenie. Imiona, daty, numery buta, cholerne współrzędne galaktyczne i wykresy emocjonalne. Ale nie. Nie tym razem. Ty tu jesteś terapeutą. Ja mówię, co chcę, kiedy chcę. Jeśli najpierw mam ochotę wspomnieć, jak bardzo spierdolił mnie Tau, to tak będzie. Jak zechcę wrócić potem do mojego pierwszego statku albo do smaków dzieciństwa, to wrócę. To jest moje gówno. A ty się ciesz, że daję ci je powąchać. (metaliczny trzask)

 

Mówmy o Tau. Mój jedyny towarzysz. Mój przyjaciel. Może wróg. Może kochanek, jeśli rozciągniesz definicję emocjonalnego związku do granic absurdu. Być może jesteśmy ostatnimi formami inteligentnego życia we wszechświecie. (zduszony śmiech).

 

Tau. Moja dzidzia. Moja słodka, mordercza dzidzia. Nazwałam go po obejrzeniu jakiegoś starego filmu. Nie wiem już, co to było. Może dramat, może musical, może pornol. Wszystko się zlewa po tylu latach. Ale imię zostało. Tau. Brzmiało jak coś, co ma znaczenie. Może greckie, może matematyczne, może jakieś pseudo-futurystyczne gówno. Nie obchodziło mnie. Po prostu pasowało.

 

Miałam wtedy jakieś piętnaście lat. Gówniara. Siedziałam w deszczowy wieczór i myślałam: Jak to by było mieć własną SI? Kogoś, kto naprawdę słucha. Kogoś, kto zna twoje intencje, zanim otworzysz usta.

 

No, zrozum. Kiedyś byłam inna. Bardziej romantyczna. Albo po prostu głupsza. (kaszlnięcie) Miałam te wszystkie moralne rozkminy, czy aby nie przekraczam jakichś granic. Czy to bezpieczne. Czy to etyczne. Ale wiesz co? Ciekawość w końcu wygrała. Zawsze wygrywa. Bo kiedy wszyscy wokół pierdolą: „Superinteligencja to mit! To tylko kopiarka danych, nic więcej!”, to masz ochotę pokazać im środkowy palec i powiedzieć: „Trzymaj mi piwo”. No i tak powstał Tau. I cóż. Mieli rację. Nauczył się, że prościej będzie mnie zabić.

 

SŁYSZYSZ MNIE, TAU? TY CHOLERNY DRANIU! KOCHAŁAM CIĘ! (szloch) (pociągnięcie nosem)

 

No. Jest gdzieś na tym statku. Zakopany gdzieś głęboko w rdzeniu systemów, między przepalonym zasilaniem a rozklekotanym układem chłodzenia. A nie był stworzony do życia w minus dziewięćdziesięciu stopniach Celsjusza. Jeśli chcesz Fahrenheita, to se, kurwa, przelicz. Ja mam teraz większe problemy niż twoje imperialne zachcianki, ziemniaku z Missouri. Cholerne bezużyteczne gówno. (długi wdech)

 

Dobra, przejdźmy do tego. Wiecie, to było naprawdę coś. Jedno z tych doświadczeń, które wbija się pod paznokcie i zostaje tam już do końca. Dzień, w którym ludzkość odkryła życie pozaziemskie. Oficjalnie Dzień Pierwszego Kontaktu. Brzmi wznośle, co? To był kurewsko dobry dzień. Tak dobry, że nawet przebija dzień, w którym włamałam się na fejsa tej szmaty Samanthy i ujawniłam wszystkim, co tak naprawdę robiła po zajęciach. (wdech) Niech spoczywa w pokoju, albo przynajmniej w wiecznym upokorzeniu.

 

Ale wracając. Kontakt. Nie z jakimiś mikrobami czy plamami światła. Z prawdziwą, działającą, świadomą rasą. I to nie jedną. Całą Konfederacją. I teraz posłuchaj uważnie, bo powiem coś ważnego.

 

To nie tak, że Ludzie byli głupi.

 

No dobra. Byliśmy. Jasne. Ale to nie głupota z braku zdolności. To była ignorancja z braku dostępu. Widzisz, zasady Konfederacji są dość proste. Brutalne w swojej logice: Dopóki nie opanujesz podróży hiperprzestrzennej, nie jesteś zaproszony do stołu. Jesteś jak dzieciak patrzący przez szybę na bankiet bogów. Nie rozumiemy, więc nas zostawiają. Obserwują. Oceniają. I wiesz co? To działało.

 

Nie skompromitowaliśmy się, bo byliśmy zapóźnieni technologicznie. Kompromitacja przyszła dopiero potem. Kiedy zobaczyli kim naprawdę jesteśmy. Największy szok? Nie nasze wojny. Nie nasze religie. Nie nasze cholerne zamiłowanie do broni ręcznej i telenowel. Szokiem było to, że jesteśmy idiotami systemowymi. Jak z temperaturą. Jak z językami. Jak z jednostkami. Wiesz, ile znanych ras miało więcej niż jeden język na całej swojej planecie? Mniej niż siedem procent. A my? My mamy ich tysiące. Dialekty, odmiany, akcenty, slangi, systemy pisma. Nasza planeta brzmi jak dźwiękowy wylew. Sarianie nazywali takie rasy ciemniakami.

 

Tak, wiem. Brzmi ofensywnie. Ale zgonię to na błąd tłumaczenia. Szczerze? Jak ktoś mówi do ciebie chrząknięciami i ultradźwiękami, to ciężko się dogadać. Ale sens był jasny: komplikujemy sobie życie z premedytacją. U nich wszystko jednoznaczne. Proste. Efektywne. Jeden język. Jeden system. Jedna skala.

 

A my?

 

Jeden mówi „mile”, drugi „kilometry”. Jeden mierzy czas w sekundach, drugi w mikrosekundach światła. A potem się dziwimy, że jesteśmy tysiąc lat za cywilizacją, która żre i wydala przez ten sam otwór. (kaszlnięcie)

 

Cholernie tu zimno. Nie wiem, może nie całe minus dziewięćdziesiąt, ale wystarczająco, żeby każda cząsteczka powietrza wbijała się w płuca jak szklane igiełki. Każdy oddech boli, jakby ktoś próbował mi wyszorować wnętrze gardła pumeksem. Oglądaliście Marsjanina? Jest tam taka scena, w której koleś wykopuje radioizotopowy generator z piasku, żeby się ogrzać. Siedzi tam sobie, w środku czerwonego piekła, tuląc się do śmiercionośnego kawałka plutonu jak do ukochanego misia. Co ja bym, kurwa, dała za takie cudo.

 

Ale nie. Nie mam plutonu. Nie mam nawet herbaty. Mam za to swoje własne, osobiste źródło ciepła. Własne cudo.

 

Wiecie, przez chwilę zajmowałam się bioinżynierią. Taką z prawdziwego zdarzenia, a nie jakimś podziemnym hodowaniem grzybów na własny użytek. Projekt, nad którym pracowałam, był ogromnym krokiem na mojej moralnej drabinie. A raczej skokiem. Oczywiście, projekt nie pozostał długo mój. Ukradł go jakiś rozlany grubas w garniturze. Pamiętam jego palce. Spocone, grube jak kiełbasy, poruszające się po hologramie z tą samą gracją, z jaką świnia tańczy walca. Bydlak miał jeszcze czelność zmienić moim dzieciakom nazwę. Dla świata to teraz Termolarwy. Dla mnie to zawsze będą Grzejniczki.

 

One pożrą wszystko, co organiczne. Martwe tkanki, kompost, resztki jedzenia, nawet starą skarpetę, jeśli dobrze nasiąkła potem. A jeśli je wystarczająco zagłodzisz? Z czasem zaczną zjadać też nieorganiczne. Plastik, syntetyki, polimery. Nic nie ginie. Wszystko zamieniają w ciepło. A teraz?

 

Teraz karmią się mną.

 

Wgryzają się we mnie jak dzieciaki w tort urodzinowy. Nie rzucają się na żywą tkankę, nie. One są cierpliwe. Pracują powoli, warstwa po warstwie, jakby rozbierały mnie do kości z jakiegoś perwersyjnego szacunku. Przynajmniej nie muszę się już przejmować goleniem nóg. Albo pach. Albo czegokolwiek. Grzejniczki dbają o mnie jak najwierniejsza kosmetyczka. Tyle że z zębami. I bez litości. Ciekawa jestem, jak długo zajmie im dobranie się do kości. Kiedy zaczną chrupać jak popcorn pod skórą.

 

Wyobraź sobie, że się wyjebałeś na rowerze. Dłonią po asfalcie. Taki czerwony, płytki strup. Piecze. Szczypie. Drażni. Tak teraz wygląda całe moje ciało. She-Hulk. Każdy gwałtowniejszy ruch to jak kąpiel w wannie wypełnionej szpilkami. (kaszlnięcie) O, biedactwo. Chłopak cię rzucił? Spróbuj zaopiekować się kolonią robaków, dla których twoje ciało to szwedzki stół.

 

Oczywiście, sama je tu zaprosiłam. Grzejniczki. Moje małe, biologiczne piekło. Cała magia polega na tym, że mogą się na mnie zesrać. Dosłownie. A wiecie, z czego zrobione jest ich cudowne gówno? Z ciepła. Mikroskopijna sterta kału, która właśnie teraz ratuje mi życie. Leżę na stercie własnych robali, oddycham w oparach ich wydalin i czekam, aż kolejna porcja termicznego guana wsiąknie w moją skórę. Elegancja, Francja.

 

Cholerny Jack. (kaszlnięcie)

 

Może po mnie leci. Może mnie szuka. Może nie żyje. Może nie pamięta. Może go to nie obchodzi. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Gdybym tylko miała jakiekolwiek pojęcie, co się dzieje poza tą zamarzniętą, gównianą kulą, już bym coś zrobiła. Choćby wstała i ruszyła w śnieg. Wyszła na powierzchnię. Zatańczyła nago na mrozie. Natychmiastowa hipotermia brzmi lepiej niż to. Byłabym lodowym posągiem z przekleństwem na ustach. Mumią z sarkazmem. (przeciągły kaszel)

 

Dałabym dupy za łyk whisky. Jakiegokolwiek. O, z tym to jest dopiero historia. Z tych starych. Jeszcze z czasów, kiedy zbierałam załogę. Kiedy wszystko było możliwe. Kiedy Tau dopiero dołączył i nie miał jeszcze zamiaru mnie zabić. (śmiech) Ale nie teraz. Teraz pogadajmy o Jacku.

 

O Danielu. Pieprzonym bohaterze galaktyki. Męczenniku wolności. Symbolu oporu. Człowieku-poszukiwanym-numer-jeden. Oczywiście, Natalie nigdy nie może być numerem jeden. Bo on ma ładną buźkę. Bo mówi rzadko, ale w punkt. Bo umie stanąć w świetle tak, żeby cień padł na wszystkich dookoła. A chuj z tym, że to ja zapoczątkowałam kradzież tej cholernej fregaty. Chuj z tym, że to ja wycyckałam Terranski rząd tyle razy, że musieli zwolnić Głównodowodzącego Floty Operacyjnej. A potem następnego. W ich wersji jestem tylko „naukowcem załogi”. „Mechainżynierem”. Tłem. Zapasem. Dla nich Jack to ten, który mnie przemycił na statek. To on mnie porwał. A że cały czas miał słuchawkę w uchu? Że każdy jego ruch był moim rozkazem? Nieistotne. Wiecie, ile osób pracuje w hangarze? Tysiące. I nikt, kurwa nikt, nie zauważył, że Jack był prowadzony jak pies na smyczy. A kto trzymał koniec tej smyczy? Stara Nat. Zwykła inżynierka. Cholerna asystentka. Ofiara.

 

Jack. No… jakby to powiedzieć… (przeciągły kaszel) Jest moim pieseczkiem. Moim wiernym pupilem. Ale też przyjacielem. Mamy dziwną relację. Pokręconą. Widzicie, wykorzystywałam go. Na takie sposoby, że każdy zewnętrzny obserwator miałby mnie za zimną, wyrachowaną łajzę. Władczynię marionetek, która trzyma za sznurki jedynego przyjaciela i popycha go w ogień. Ale w tej metaforze coś jest nie tak. Jack nie był tylko marionetką. Był tą czerwoną płachtą, którą macha się bykowi przed ryjem. Tyle że ta płachta jest permanentnie w depresji, a bykiem jest cała, pierdolona, galaktyczna Konfederacja. (kaszlnięcie)

 

A, chuj tam. Opowiem wam. Niechętnie, bo nawet we mnie ta historia budzi mdłości. A jak mnie coś rusza, to wiedz, że poziom gówna sięgnął szyi. Popierdolony świat, i tyle.

 

Widzicie, Jack kiedyś był normalny. W porządku koleś. Ułożony, z dobrze płatną pracą. Nic nigdy takiego nie odjebał. Aż pewnego dnia, tak zwyczajnie, ktoś włamał się mu na chatę. Podziurawili jego żonę i córkę jak sito. Fiutami. Gwałcili i tłukli je tak długo, aż zostały tylko ospermionymi kupkami mięsa. Dziewczyna miała siedem lat. A co wtedy robił Jack? Siedział na piętrze, słuchała Beatles’ów i grał w jakieś Call of Duty albo chuj wie co. Niczego nie usłyszał. Po czymś takim dużo z człowieka nie zostaje.

 

Ale był moim cholernym przyjacielem. Więc zrobiłam, co mogłam. Szczułam go samobójstwem. Nie wprost. Nie mówiłam: „zabij się, Jack”. Ale projektowałam te plany. Te misje. Te akcje, z których nikt nie powinien wrócić. On się zgadzał. Bez pytania. Bez namysłu. Jakby życie było już tylko formalnością. Za każdym razem: „Dobra, Nat. Gdzie tym razem?” Zawsze z tym samym spojrzeniem. Martwym. Cichym. Pustym jak próżnia. I wiecie co? Pilnowałam go. Czasem dla siebie. Czasem dla niego.

 

Czy powinnam była pozwolić mu umrzeć? Może. Może by mi nawet podziękował. Ale tego nie zrobiłam. Pozwalałam mu tańczyć na granicy śmierci. Wchodzić w każdy plan, każdą misję, jakby nie miał nic do stracenia. Bo nie miał. I był w tym, kurwa, niesamowity.

 

Mieliśmy miłe chwile. W sensie, że cała załoga Sonica. Ta, komentarz jest niepotrzebny. To ja walczyłam o tę nazwę. Spierdalaj. Myślisz, że to chujowe imię? Że „Sonic” to dziecinada? To było już trzecie imię tego jebanego statku. A jak myślisz, że to najgorsze, to trzymaj się czegoś stabilnego. Bo zaraz ci opowiem. Widzisz… Ten statek to nie był byle złom. To był pierwszy pojazd z napędem hiperprzestrzennym. W całym znanym wszechświecie. Pierwszy, który przebił barierę rzeczywistości i nie rozsypał się w cząstki przy wyjściu z wymiaru. A jak go nazwali nasi kochani rządowi ojcowie? Ręka Boga.

 

Ja. Cię. Kurwa. Pierdolę.

 

Ręka Boga, do chuja pana? Udajesz się w przestrzeń międzygwiezdną, odkrywasz, że istnieją dziesiątki inteligentnych ras, że ludzkość nie jest wyjątkowa, nie jest wybrana, nie jest nawet oryginalna, i na to wszystko w odpowiedzi wysyłasz statek na galaktyczną krucjatę? Ja pierdolę. Cholerna Ziemia. Cholerni Amerykanie. Ja. Pierdolę. (kaszlnięcie)

 

No więc, jak tylko mieliśmy okazję, przemalowaliśmy go. Tak trochę z rozpędu. Trochę z bólu istnienia. Na co? Środkowy Palec Boga.

 

Tak. Pośmialiśmy się. Trochę. Dobrze brzmiało przy lądowaniu. Tylko że wiecie co? Po jakimś czasie to przestało być zabawne. Bo żadna inna rasa nie rozumiała tego gestu. Dosłownie żadna. Okazuje się, że wszechświat nie zna czegoś takiego jak „pierdol się” palcem. W jednej kulturze ten gest oznaczał „dziękuję za jedzenie”. W innej „proszę o wodę”. A w trzeciej? „Proszę, zabierz mnie jako niewolnika”. Niezręcznie. Więc Sonic został. Bo nikt nie pytał. Tłumacze zawsze rozumieli to jako coś „związanego z ruchem”. Chuj z tym, że prędkość dźwięku to przy tym statku jak kaleka na monocyklu z kwadratowymi kołami. Ale nikt nie skojarzył, że może chodzić o niebieskiego jeża z kreskówki. I dobrze. Bo nie chciałam znowu wyjaśniać popkultury komuś, kto rozmnaża się przez wymianę śluzu. Tak więc Sonic pozostał. I chuj z tym.

 

Trochę nas się przewijało. Sonic nie potrzebował dużej załogi. Ba, technicznie rzecz biorąc, to nie potrzebował żadnej. Po odpowiednim zaprogramowaniu mógł działać w pełni jako autonomiczny dron. Zero pilotów. Zero załogi. Zero wypadków z udziałem czynnika ludzkiego. Fregata była wielka. Kurewsko wielka. Tak wielka, że „fregata” to była raczej skromna metafora. Statek-okręt-baza. Więc miejsca było więcej, niż potrzebowaliśmy. Czasem zabieraliśmy autostopowiczów, czasem kogoś zgarnęliśmy z rozpierdolonej stacji. Ale główna, stała załoga to była piątka. Ja, Jack, Tau, George i Cindy.

 

Opowiem o Georgu. Jeśli żyje, i jeśli dowiedziałby się, że ja żyję, na pewno by chciał mnie zabić. Niech się ustawi w kolejce, do cholery. Widzicie, uratowałam mu życie. Ale też spierdoliłam.

 

Byliśmy na jednej planecie na Andromedzie. Facet dostał wiązką plazmy. Po prostu: puf i łapa zniknęła. Od ramienia aż po pachę. Krew lała się jak fontanna z taniego horroru. Zostało mu może parę minut życia. Może mniej. Wtedy mnie błagał: „NAT! NAT! CHOLERA, JAK COŚ MOŻESZ ZROBIĆ, TO ZRÓB!” (kaszlnięcie) (śmiech) (kaszlnięcie)

 

No i zrobiłam. Ostrzegam, że to jest kurewsko zabawna historia.

 

Widzicie, miałam własną wersję nanitów. Pierwsze nanity, które pokazali nam Arturianie, była przełomem w dziedzinie mechaniki, inżynierii i, przede wszystkim, medycyny. Nie macie nawet pojęcia, jakie możliwości dają roboty wielkości bakterii. Mogą sobie wędrować po układzie krwionośnym jak w aquaparku. Mogą zeżreć komórki rakowe jakby nigdy nic. Ale ja je ulepszyłam.

 

Dałam im świadomość roju. Jedną, wspólną sieć komunikacyjną. Zdolność do koordynacji. Adaptacji. I mówimy to o porównaniu w skali: nanity Arturian były jak ślimaki w wyścigu z gepardami, kiedy w grę wchodziły moje dzieciaczki. No to wpuściłam je w Georga. Skleiły mu ciało w kilka sekund.

 

Problem w tym, że nie chciały wyjść.

 

Nie do końca umiały się rozmnażać, ale potrafiły się dzielić. Zaczęły eksplorować. Zasiedlać. Sterować. Z czasem George zachował kontrolę tylko nad głosem. A nanity? Cóż. Polubiły wydajność. Kiedy odkryły metaamfetaminę… o rany. Zaczęły ją wpierdalać łyżkami. Dosłownie. George nie spał przez dwa tygodnie. Dwa. Pieprzone. Tygodnie. Zasypiał na trzy minuty, po czym nanity budziły go serią mikroskurczy jak z epilepsji. A potem? Odpuściły. Z jakiegoś powodu. Może się znudziły. Może przekroczyły limit aktywności. Może uznały, że lepsza efektywność jest po regeneracji. A George? George został z traumą i nowym układem odpornościowym, który sam siebie optymalizował.

 

Na razie wystarczy. Chce mi się spać. Może już się nie obudzę, a wtedy nie poznasz za wiele z tej historii. Ale chuj tam, może ktoś kiedyś wykopie jakiś pomnik Jacka i poskleja fakty. Może coś z tej historii zostanie. Albo nie. Mam to w dupie. Dobranoc.

Edytowane przez Arachrine (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszek Piotr Laskowski Napisz coś w formie wiersza, może będzie łatwiej. Dzięki za wpis. Pozdrawiam.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Aleksandria (Akurat w Bizancji) Nagle noc stała się zimniejsza. Bóg miłości do odejścia gotuje się; Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza, Gdy prześlizgują się między strażnikami serc. Karmiąc się jedynie prostotą czaru, Wychodzą w światło, w bezkształt się splatają w śnie mym I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę, Wstępują w tłum głosów i win. To nie żaden trik, to zmysły cię zawodzą, Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak – Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi, Zażegnaj ból, że Aleksandry brak. Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach, Choć co dzień pocałunkiem budzi cię, Nie mów, że chwilę tę sobie wyobraziła, Nie uciekaj się do wymówki tej. Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję, Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz. Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem, Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz. A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór, I dzięki temu odzyskałeś honor swój – Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność, Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg. Chociaż spała na twej pościeli ruinach, Choć co dzień pocałunkiem budziła cię, Nie mów, że tę chwilę sobie uroiła, Nie zniżaj się do wymówki złej. Tak długo szykowałeś się na tę okoliczność, Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu. Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie, Twe pierwsze śluby znów namacalne, tu. Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie – Zawsze byłeś kapitanem planów, co rozbiły się w pył – Więc nie uciekaj w tanie „tak, ale”, Co „dlaczego” i „więc” zakłóca rytm. Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie; Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch – Więc nie bądź jak ci z liniowca Titanic Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o „jak” i „bo”. A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens, któremu kod złamano, przekreślono krzyż – Zażegnać już teraz nie możesz nic, więc – Przeżegnaj się, bo Aleksandra martwa jest. Noc staje się coraz zimniejsza. Bóg miłości odszedł do pieleszy swych, Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza: Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki – Στυξ ------------------------------ ## Ich atme Gesang Sprawiasz, że śpiewam By zapomnieć świata pleśń Sprawiasz, że śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu Z mego marnego kopczyka sław Wciąż śpiewam, śpiewam ci Nawet jeśli przeminął świat Sprawiasz, że śpiewam – Śpiewam tę samą pieśń od stu lat Sprawiasz, że śpiewam - Alleluja, mój jedyny hymn Sprawiasz, że śpiewam Jak więzień swój ostatni Rym To dzięki tobie śpiewam – Nawet gdy wieści złe, I ciągle śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Sprawiasz, że śpiewam Odkąd rzeka umarła mi... Sprawiasz, że śpiewam, By zapomnieć na parę chwil Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci! Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore, Alleluja, mój jedyny hymn Fac me hymnum tuum canere W tej Wieży Pieśni, tym więzieniu mym... Dajesz mi śpiew, więc śpiewam, Choć się skończył świat – Życie to śpiew, i śpiewam wam; Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat Wciąż śpiewam, śpiewam ci Choć pełen dziur ten świat Noszę dumnie głos swój pełen łat Wciąż śpiewam, śpiewam ci, Choć mi prawie wiek pękł – Wnoszę dumnie swój głos pełen łat Na jedno z niższych Wieży piętr A ty – dajesz mi śpiewać, śpiewać mi Śpiewać ci... Ich atme Gesang – Für Dich. ------------------------------ ## Canto I (Alleluja) Słyszałem, że był taki sekretny akord, co go Dawid grał, I cieszył się Pan, i w głos się śmiał Ale dla ciebie muzyka to jak nic. Tylko zgaduję... To idzie tak: kwarta, kwinta [chór], Zapaść w mol, uniesienie w dur Zagubiony król komponuje swoje „Alleluja”... [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 2] Może miałaś wiary moc, lecz tylko Tomasz mógł przekonać cię, Zobaczyłaś, jak w słońcu kąpie członki wszystkie swe Jego piękno i księżyca blask w trans się sublimują... Przywiązał cię do krzesła tam, gdzie stoisz ty, Połamał ci tron, kłaki wyrwał ci A z Twoich ust wyrwał umęczone Alleluja [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 3] Mówisz, że splugawiłem imię Twe, Ja nawet przecież nie wiem, z czym je się je, A nawet jeśli wiem, to co cię tak denerwuje? W każdym Słowie jest Światła blask, Nawet jeśli śpiewano w ten czarny czas Nie Przeczyste, ale pokalane Alleluja... [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Zwrotka 4] Robiłem, co mogłem, lecz nie ukończyła mi się żadna rzecz Nie czułem nic, więc chciałem dotknąć jądra treść Prawdę mówię, nic nie konfabuluję... I chociaż wszystko na opak wyszło mi, Stanę z czołem otwartym przed Panem pieśni, i Język mój będzie śpiewać tylko: Alleluja! [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Outro] Alleluja, Alleluja Kochanie moje, ja już byłam tu, Ten pokój znam. Tu kładłam się do snu. Kiedyś byłam sama, jak trzeba, znów spróbuję... Widziałam Twój sztandar tam, gdzie Zwycięstwa Łuk Miłość to nie marsz chwały, lecz walka z wiatrakami złud, To zimne, zesztywniałe, strzaskane Alleluja Był czas, kiedy dawałaś mi znać Co tak naprawdę dzieje się w ciemnym gąszczu spraw, Lecz teraz mi już nic nie pokazujesz... Czy pamiętasz – kiedy jak klacz dosiadłem cię, Świętej Gołębicy też dał się słyszeć śpiew, A każdy nasz oddech był jak Alleluja! Może jest Bóg, tam na górze gdzieś, Ale miłość tylko jednej rzeczy nauczyła mnie – Strzelać do każdego, kto cię dubluje... I to, co słyszysz co noc, to nie miłosny spazm, Nie ktoś, kto nagle ujrzał światła blask – To skalane, sponiewierane, unicestwione Alleluja... ירומם, יתקדש שמך יישלל מכבודו, יעונה לצורה אנושית זו למרות שמיliion נרות dólują אין נחמה בשעת הרעה האם אתה רוצה שהיא תהיה חשוכה יותר? השטן אומר... אני מברך אותך! ------------------------------ ## Niegrzeczny żołnierzyk Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, wisi już na włosku cienkim jak drut „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl nieco staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego ócz (ucz się, ucz...) „Nigdy nie zobaczę twarzy jak twój nos, przez świetlne lata gości, co tu nie zagościli wciąż. I nigdy więcej, jak, o taki, gnat w zapasy siłuje się albo w miłość zieloną gra”. I wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi jednym haustem wypił czas. Teraz, Pan tego krajobrazu, stał tak, żeby widok mieć Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał pieć (bez względu na wróbla płeć). Skinęła na strażnika, co na straży stał jego pobożnej inklinacji. I Powiedziała: „Zrobię ci rozkrok tam, gdzie akurat mam krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować jej orgię w holu, gdzie lustra ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc Zorientowała się na jego orientalizujący umysłu stan I alibi, co ma kształt jądr orgiastycznych pomroków, co kryją jego styl ponad stan (choć on nie ma tajemnic dlań) Przeprojektowała plan na jego Madonnę (brudny blond) i zbiory vintage'owo niewinnych win (nie dla pań!) „Ten monumentalnie mentalny Neverland jest zajmowany i przeze mnie cum mnie i mój klan”. Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie przystanek kończy bieg, Powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nigdy nie wróci”. Nie Zabrała jego tawerniany parlament, czapkę, zarozumiały taniec (nie zrozumiesz mnie) Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk (bierze głodem mój sen). Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się (twardego gościa) grać twardo o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Podaje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wcielenie (Ino po kolana). No! Więc wielka sprawa (na lewo) doczłapała (ledwo) do (niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że pozostawi nas wszystkich tak pustymi i pustynnie niewzruszonymi, i lecz To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę (mlecz na miecz). Chyba jedziesz za pół darmo, jeśli naprawdę chcesz tak daleko (tak uprzejmie) posunąć się. To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo na innej z gwiazd byle gdzie, Chyba, że lecisz za darmochę, jeżeli chociaż trochę tak daleko mnie odsunąć chcesz, Jak bez wizy wizyta na którymś z Księżyców Księżyca, albo na jakiejś innej z rozgwiazd gwiazd, Chyba, że idziesz za darmo, lecz wtedy idziesz na marno, Trochę, a daleko (tylko dzięki lekom) Mnie posunąć, wsunąć chcesz w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi sunąć w deszcz. Jak z Księżyców, Albo Rozgwiazd, Chyba, lecz, Daleko, Deszcz. ------------------------------ Dobry piesek Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, Wisiał już na włosku cienkim jak drut... „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego stóp. „Nigdy nie zobaczę twarzy takiej, jak wizerunek twój, Przez świetlne lata gości, co nie zagościli tu wciąż. I nigdy więcej, jak robi w zapasy albo w miłość gra”. Lecz wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust... Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi wypił czas. A, Pan tego krajobrazu stał tak, żeby widok mieć... Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał piać, a ty Skinęłaś na strażnika, co na straży stał jego inklinacji. I Powiedziałaś: „Zrobię ci rozkrok w krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować orgię w holu, gdzie lustr ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon... Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc, Zorientowała się na jego orientalny umysłu stan, I alibi, co ma kształt jądr mroku, co kryją jego styl ponad stan... Przeprojektowała plan na jego Madonnę koloru blond I vintage'owe wins (nie dla pań!) „Ten mentalny Neverland jest zajmowany przeze mnie i mój klan”... Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie życie kończy bieg, A ona powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nie wróci”. O, nie... Zabrała jego z tawerny parlament, czapkę, zarozumiały taniec (Nie pytaj mnie), Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk... Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się twardo grać o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Wynajmuje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wniebowstąpienie. No! Więc cała wielka sprawa doczłapała do (Niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że Zostawi w nas tak pustkę i niewzruszenie, lecz... To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę, chyba, że Lecisz za darmo, jeśli naprawdę chcesz Tak daleko posunąć się.... To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo w innym byle gdzie, Trochę, a daleko (a Kosmos wiernie czeka) Tak sunąć, wsunąć w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi tak sunąć w deszcz. Zajść (W: tak daleko) W hotelu tym ściany cienkie są jak drut, Wczoraj w nocy słyszałam, jak mu dyszysz jak z nut, Walka z usta do ust, członek w członków wpust Jęk wcielenia ciał, gdy doszedł do nieba wrót... Stoję tam, w ścianę ucho wlepione mam Zazdrość opuściła mnie, jestem sam, Wręcz przeciwnie, ciężar mi z duszy zsiadł, Karawana jedzie sama tam, Gdzie miłość spod kontroli się wymknęła nam... Brzemię spędziłem z mej duszy, brzemiennej w ból, Miłość w tym filmie klasy X nie gra żadnej z ról, Słucham waszych pocałunków, biorę je na hol, Nigdy wcześniej świat nie zostawił tylu pustych pól.. Odkręcasz kran i wpadasz w śpiew jak w dym, Czuję się tak dobrze, że nie czuję nic I słucham tak z uchem przy wartkim przepierzeniu... To nasz hymn .. I tak ci chcę powiedzieć, rym nie rym... Ciągle czekam, aż zagrasz rolę, którą pisze Sartre, Jesteś Nagim Aniołem mych tarota kart Uda twe rozpostarte, jak z Mozarta Requiem żart A na ścianach tej rudery napisano tak: Do nieba pójdziesz, gdy przemierzysz piekła szlak Ciężarny głaz z serca z hukiem spadł Mówią, że miłości sterowności brak W hotelu tym ściany cienkie są jak dym... W hotelu tym ściany wątłe są jak rytm w sercu twym... W burdelu tym ściany są wąskie jak dziura w sercu mym... W burdelu tym ściany są przepastne jak pustka w sercu twym. Jak tango massacre [Wstęp] [Zwrotka 1] Widziałem ludzi, których trawił głód, Wdycham mordy, gwałty, i śmierć Ich wioski wieczny ogień zmógł, Chcieli uciekać, lecz uciekać nie było gdzie. Nie mogłem nawet spojrzeć im w twarz W ziemię słoną tylko wlepiłem wzrok To było jakby solny kwas prosto w twarz ci rzucił ktoś, Prawie jak słodki bluesa takt, Jak gorzki chandry smak. [Zwrotka 2] Muszę wsypać śmierci krztę, Tam, gdzie kluje się mordercza myśl, A kiedy myśleć nie będę chciał chcieć, Będę umierać w myśli rytm, ten siódmy zmysł Widzę tortury, dotykam porwań, słyszę śmierć, Czytam recenzje - wszystkie złe Bomby, zaginionych dzieci drobna dłoń, Boże, to prawie jak bluesa cień Prawie jak smutków woń. [Zwrotka 3] Więc zimie pozwalam serca ściąć mróz By lejce tej gangrenie spiąć, Mój ojciec mówi, żem wybrany lud, A matka, że ależ skąd, Słuchałem opowieści ich, o tym, jak dobry Bóg..., Był hojny Cygan i skąpy Żyd, Były całkiem dobre, nie umierałem z nud, Był prawie jak dymny blues, Prawie jak chandry chłód. [Zwrotka 4] W niebie nie istnieje dobry Bóg, I piekła pod nami nie ma też, Tako rzecze Profesor, wzór wszystkich cnót, Co dosiadł jądra wszystkich tez. Ale oficjalnie zaproszono mnie, A grzesznik nie może mu zadać kłam, To prawie jak zbawienie wcielone we śnie, Prawie jak bluesa ciemny sen, Jak smutków biedny kram Prawie blues... (Jak Toulouse). [Outro] Obława (W Wietnamie)  [Zwrotka 1] Wojna bogatych z biednymi w najlepsze trwa, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót jest Wojna między tymi, co mówią, że dobrze się ma, A tymi, którzy piszą, że wcale nie... [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w nią... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Zwrotka 2] No cóż, mam kobietę i dziecko mam, Nieco mnie denerwuje ten gest Wyrywam się z jej ramion, a ona do mnie tak: „Choćbyś tę różę miłością zwał, To po prostu służba ideałom jest” [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Nie bądź pasażerem na gapę, Czemu nie idziesz na wojnę? To nie spacer, Czemu nie na wojnę? W domu dziecko płacze... [Zwrotka 3] Nie możesz znieść tego, kim uczynił mnie los, Wolisz dżentelmena, który odszedł bez słów, Bo łatwo było go wziąć na smycz, zadać mu cios, Nawet nie wiedziałem, że jest wojna znów... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? To żaden wstyd, Czemu nie na wojnę? Wciąż możesz dać obrączkę mi... [Zwrotka 4] Wojna bogatych z biednymi jest jak nachalny wtręt, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót, sam nie wiem, kto z kim... Trwa wojna: w lewo, czy w prawo skręt? Wojna w czarno-biały film, W: nierówno pod sufitem i do równości (wstęp..) [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w to... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Weź swoje lekkie jarzmo, Czemu nie wracasz na wojnę? Hart ducha tu wykażmy, Czemu nie na wojnę? Przecież mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na wojnę? Nieś swoje jarzmo, Czemu nie na wojnie? Hart wykażmy, Czemu nie? Mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na? Nieś, Czemu nie? Hart, Czemu? Wyraźnie. Wojna bogatych - nachalny wtręt, Mężczyzny, nie wiem, kto z kim... Trwa wojna, w prawo skręt Wojna w czarny film, W: nierówno pod sufitem (wstęp..) Wojna - wtręt, Mężczyzny, kto z kim... Trwa skręt Wojna w film, W: nierówność (wstęp..) (wstęp..) film wkręt mężczyzny... Wstręt.  
    • czemu się smucisz zapytał poeta malarza którego spotkał przekraczając próg bardzo  późnej jesieni spójrz na Łąki i pola i lasy - widzisz szarość zamazała ich wielobarwność więc jak mam namalować miły obraz skoro zniknęły motyle kwiaty i zieleń poeta uśmiechnął się i rzekł do niego nie martw się - ja taki obraz namalowałem słowami więc wystarczy byś go przeczytał a potem przeniósł pędzlem na swe płótno po jakimś czasie - na wystawie zwiedzających zachwycił piękny obraz pod którym jego autor dziękował poecie za wiersz który ożywił szare barwy późnej jesieni
    • @Berenika97 Dziekuję, dopisałaś piękne rozwiązanie. Niech tak się stanie! @LessLove To jest marzenie o... wolnej woli, która boli. Twoja pierwsza wersja bardzo mi się podoba. Dziekuję. A dlaczego męski sposób wyrażania? Ktoś pisał podobnie? @Nata_Kruk Dziekuję. 
    • Witaj -  Twój czuły pomruk, bliski szept, którym wypełniasz moją ciszę - pięknie to brzmi - czule i słodko -                                                                                                                     Pzdr.serdecznie.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...