Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Wszechświat

 

Poezji: milczy jak źródło - głębokiej

tajemnicy, ukrytej, tajemnicy - nagiego

życia: nektaru - życia,

 

najniższe, przeszedłem, najniższe

ścieżki - piekła i widziałem - najgorsze

ludzkie, podłości, ludzkie

 

upodlenia, hierarchia: to - nic

innego jak praktyka błędnego koła -

rutyna - śmierci...

 

Łukasz Jasiński (kwiecień 2023)

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
  • 3 miesiące temu...
Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński Łukaszu nadal tak jest, porozmawiaj szczerze z młodymi aktorami, jak to jest... gdy ktoś im proponuje przećwiczenie sceny w hotelu. Pierwsza się przyznała Magda Cielecka, bo jest odważna... Wiele dziedzin życia jest spiętych klauzulą seksualności i od wieków to trawa...

To taki rodzaj inicjacji... Kobiety też wykorzystują swoją pozycję...

Przez łóżko Dąbrowskiej przeszedłbyś, gorzej byłoby z Rodziewiczówną....

Edytowane przez Somalija (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Łukasz Jasiński Myślę, że wiesz dużo... jedynie skrzynie w piwnicach watykańskich mogą się zdawać poza Twoim zasięgiem... 

 

Sam widzisz, do czego można się zniżyć... najgorsze jednak są te inicjacje, gdy mężczyzna musi zabić... ale to wszystko jest bardzo związane z historią człowieka...

@Łukasz Jasiński A to że musi posunąć przełożoną raz na jakiś czas, to już na nikim nie robi wrażenia...

Edytowane przez Somalija (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Nie mam żadnych kompleksów i nic nie mam do ukrycia, a tematy tabu nie są dla mnie tematami tabu - zoofilia jest stara jak świat - istniała już w czasach prehistorycznych, bliżej mi do masonerii aniżeli iluminatów, właśnie: to iluminaci zjadają dzieci, jeśli chodzi o inicjacje - wszystkie mam w głębokim poważaniu, inicjacja to nic innego jak rytuał wtajemniczenia - takie zachowanie jest charakterystyczne dla dwunożnych ssaków agresywnych - hierarchicznych niewolników, uważam, że seks oralny, analny i witalny jest potrzebny i bardzo zdrowy dla Ciała i Umysłu i Duszy - CUD-u, drażnią mnie dewotki - hipokrytki i panowie w czarnych sukienkach, którzy ciągle gadają o celibacie, świętości i temu podobnych pierdołach, zresztą: według ich świętego pisma - Adam i Ewa żyli nago na dzikiej łonie natury, wiesz, że we własnym mieszkaniu chodzę sobie nago? A w jaki sposób powstał dekalog? Mojżesz był bardzo dobrym obserwatorem - posiadał zmysł obserwacyjny i na podstawie czynów własnego ludu stworzył prawo i wmówił własnemu ludowi, iż to prawo stworzył Bóg, wszystkie religie monoteistyczne robią ze człowieka Boga jak Bóg-Ojciec, Bóg-Król i Bóg-Pan, jestem pogańskim racjonalistą - libertynem i intelektualnym biseksualistą - uniwersalnym i wierzę tylko i wyłącznie Świętej Matce Natury, wiem, Agnieszko, też lubisz naturę i lubisz jeździć na rowerze, więcej informacji znajdziesz w eseju "Rozeta jako symbol", poza tym: nie mam zamiaru to samo w koło powtarzać - to nic innego jak praktyka błędnego koła - śmiertelna rutyna, zgadnij: kto to robi?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Wiesz, że jestem aborcją, karą śmierci i eutanazją? Oczywiście, wszystko musi być uregulowane prawnie i jakieś dziesięć procent patologii społecznej mielibyśmy z głowy, a tak to: większość musi utrzymywać mniejszość, otóż to: Joseph Goebbels był osobą niepełnosprawną fizycznie, chciałabyś, aby osoba z wrodzoną niepełnosprawnością - niedorozwinięta umysłowo i mająca problem z tożsamością - rozdwojenie osobowości jak Sowa - rządziła tobą? Wiesz może, że większość katolików choruje na dualizm psychofizyczny?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Łukasz Jasiński @Łukasz Jasiński Też jestem za aborcją, ponieważ tyle urodzeń, ile świętował program 500+, tyle samo aborcji dokonano dzięki fundacji ,,Aborcja bez granic" ... to jest bez sensu, że trzeba jechać do Holandii lub ba Słowację... Ale zaznaczę Ci jedno, ja bym nie usunęła swojego dziecka, nawet z gwałtu... tym pewnie ściągnę Cię na ziemię, bo masz dość górnolotne poglądy. Ja niestety jestem ziemianką, prostą kobietą, nie ma u mnie takiej myśli, że mogłabym zabić nienarodzone dziecko, nawet jak, to piszę to chce mi się płakać...

Wiem jednak, że takie zabiegi są potrzebne...  A @sowa cóż, nie tacy tu byli na forum, pamiętasz Marcina możliwe, że to jego kolejne zagranie... a może chłopakowi w przerwach między ciągami wydaje się, że jest poetką... Nie myśl o nim i nie reaguj...

Opublikowano

@sowa @sowa Nie można tak dokładać ludziom, nawet przez internet, to boli. Ja jestem z kamienia, mnie nie obrazisz, ale są ludzie, którzy się zaczynają bardzo denerwować, popadają w histerię i zaczyna się kłótnia...

 

Nie jesteś tu od reagowania na głupotę... Nie jesteś tu nauczycielem... i nie wolno Ci mierzyć ludzi swoim widzimisie... 

Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Chyba jasno powiedziałem, że jestem za uregulowaniem prawnie aborcją, karą śmierci i eutanazją? Aborcja powinna dotyczyć osób zniekształconych fizycznie, umysłowo niedorozwiniętych i martwych, wiesz, że moja mama miała aborcję? Nosiła w brzuchu martwe dziecko, oczywiście: aborcja powinna dotyczyć również wtedy, kiedy dziecko zagraża życiu matki, serdecznie zapraszam na esej "Recenzja" - tam opisałem mój punkt widzenia, więc: nie będę po raz kolejny to samo w koło powtarzał - ręce opadają... Dodam przy okazji: jeszcze w dziewiętnastym wieku istniała naturalna aborcja, matki instynktownie wyczuwały, że narodzone dziecko będzie słabe i nie przetrwa samodzielnie na tym okrutnym padole ziemskim i chodziły nad rzekę - zaraz po urodzeniu topiły niemowlaków, którzy nawet nie płakali - myśleli, że wciąż są w łonie matki, to, oczywiście: czarownice - według średniowiecznej instytucji - czarnej mafii - kościoła. Kara śmierci powinna dotyczyć morderców, gwałcicieli, pedofilów i wszelkiej maści złodziei, natomiast: eutanazja - przymusowa powinna być dla alkoholików i narkomanów, a na życzenie: śmiertelnie chorych, jeśli chodzi o Sowę - zablokowałem go, podobnie jak dwóch innych prowokatorów i twoją koleżankę - Wiolettę, kończąc: nie znam żadnego Marcina...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@sowa Jesteś bardzo niegrzeczny, umiesz tylko obrażać, więc to nie jest dyskusja... 

Hejtowałam Cię, ale mi się znudziłeś

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

, nie bardzo mnie babochłopy interesują... Do hejtu trzeba mnie pałer, pazur, wyobraźnię a u Ciebie bieda i nędza...

Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

On po prostu nie wie z kim tak naprawdę ma do czynienia, gdyby został wyrzucony na bruk bez niczego - tak jak ja - nie przeżyłby trzech godzin, miałem kiedyś wojskowy nóż i gazowy pistolet - w celach samoobronnych kupiłem w Militariach na warszawskiej Tamce, pistolet dałem socjalnej Emilce Wesołowskiej, jeśli raz kupiłem pistolet, to...

 

Łukasz Jasiński 

 

@Somalija

 

Obraziła mnie pod wierszem "Somalia" w sposób szyderczy, przykro mi... Zbyt długo pozwalałem na to, aby mnie atakowano personalnie, jednakże: nie jestem Jezusem Chrystusem - nie będę nastawiał drugiego policzka, ci, którzy nic nie mają ciekawego do powiedzenia - powinni z pokorą usiąść na dupę!

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Jest, opublikowałem z powrotem, po prostu poszukaj, a tego jegomościa mam gdzieś i wiem co to jest nadprogowa psychomanipulacja, najłatwiej jest manipulować niekontrolowanymi emocjami, pomyśl, najdroższa, on teraz nic nie może zrobić, jakby walił w zamknięte drzwi, więc: o kim on teraz myśli?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Somalija masz sama dzieci, a jesteś za aborcją? Za niedługo w Polsce będzie starzejące się społeczeństwo, za mało dzieci się rodzi. Polski rząd będzie musiał ludzi z zagranicy ściągać. Za parę lat będą musiały być mieszane związki.

Opublikowano

@violetta Uważam, że kobiety powinny mieć dostęp do zdobyczy medycyny, bo podziemie aborcji istnieje...

 

Chyba nie doczytałaś mojej wypowiedzi, ponieważ ja nie usunęłabym dziecka, wyraźnie to napisałam.... Czytaj ze zrozumieniem, bo siejesz tylko zamieszanie...

 

Są plany przesiedlenia ludzi z Kazachstanu, Brazylii, RPA i USA do kraju...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...