Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W pewnej szkole, pani nauczycielka, potknęła się o genialny pomysł. Zapragnęła obeznać dzieci z niechybną kwestią śmierci. Dla ich dobra oczywiście. Tak z głębi serca zrobić ostatecznie, dobry uczynek. Zgodnie z postanowieniem, na lekcji wychowania obywatelskiego, rzekła co następuje:

 

–– Drogie dzieci. Chyba wiecie, co to znaczy być martwym.

–– Proszę pani, proszę pani. Jasiu już wie, bo się nie rusza!

–– Jasiu nie wie. Jasiu śpi jak zwykle.

 

Po tych słowach, pani nauczycielka stuknęła jasia w ucho, które wystawało między pochyloną ku ławce głową, a ramieniem. A łaj! – dało się słyszeć.

 

–– Widzicie dzieci kochane. Wasz kolega żyje.

–– Niekoniecznie, proszę pani. Może tylko ucho.

–– No tak… racja… zadanie które dla was przygotowałam, nie dotyczy Jasia…

–– Jasia wszystko dotyczy. On już taki jest.

 

Pani chwilę krąży po klasie, niczym grabarz na cmentarzu i wreszcie mówi:

 

–– Chciałabym, aby każde z was, na następną taką lekcję, która odbędzie się za tydzień, zrobiło makietę kostnicy.

–– Co to jest makieta?

–– Takie małe coś, dużego czegoś. O czym to ja mówiłam?

–– O makiecie.

–– Właśnie. Może być z czegokolwiek. Z kartonu, włóczki i co tam w domu macie. Tylko pamiętajcie. W środku musi być trumna, z odpowiednim wypełnieniem wnętrza.

 

W klasie daje się słyszeć odgłos szacunku.

 

–– Proszę pani, ale pani mądrze mówi. Fajowo.

–– Szkielet może być, taki bez skóry i mięsa?

–– A jak wygląda kostnica?

 

Na wspomnianej pani, uwidoczniają się pewne symptomy zniecierpliwienia.

 

–– Drogie dzieci. Pytajcie, popatrujcie, idźcie na cmentarz, guglajcie… no sami wiecie. Od czego macie rozumki?

–– Od myślenia?

–– Tak dziecko. Tak.

–– Proszę pani. A Jasiu powiedział, że wszystkie rozumy pojadł. Nasze też? Bo jak co, to mu przywalę.

–– Co wy za głupoty opowiadacie.

 

W tej właśnie chwili, zabrzęczał dzwonek na przerwę.

 

–– A zatem wiecie, co macie przynieść za tydzień? Jaki to domek z wkładką, macie przygotować. Żebym nie musiała wam codziennie przypominać.

 

Po tygodniu.

 

— Ależ Zuzia. Spójrz na makiety, które zrobiły inne dzieci. Nawet Jasiu coś zmajstrował. A wszystkie wewnątrz mają co? No pytam się?

–– Trupka, proszę pani.

–– Właśnie. A w twoim nic. Pusto w trumience. Tylko jakieś czerwonawe kłaczki… skrawek parówki… czy czegoś tam… mazidło jakieś. Naprawdę nie mogłaś powiedzieć rodzicom, zęby ci leguminę kupili, żebyś mogła z niej ulepić…

–– Modelinę jak już, proszę pani.

— Ty się Jasiu nie wtrącaj przez sen. No tak… mniejsza z tym. Gdzie jest trupek, pytam się. Gdzie on jest? Może uciekł, co?

–– Nie uciekł, ale chociaż malutki, cały się nie zmieścił. A pani zamiast docenić moje zaangażowanie, to jeszcze na mnie krzyczy.

 

–– Nie zmieścił? Mogłaś zrobić mniejszego. Dopasować do warunków mieszkaniowych M1. I nie krzyczę, tylko mówię podniesionym głosem. Chyba zdajesz sobie sprawę, że będę musiała ocenę obniżyć. Nie jest ci wstyd? Tak na ciebie liczyłam. Twój mały braciszek, by się bardziej wywiązał.

–– Ja nie mam braciszka, proszę pani.

–– Jak to nie masz. A rodziców pytałaś?

–– Rodzice jeszcze nie wiedzą, że nie mam.

–– Dziecko. Co ty pleciesz. No cóż. Zmusiłaś mnie do wpisania uwagi w dzienniczku.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...