Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

L I B E R A T U R A


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

źródło: 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Termin liberatura jest swego rodzaju słowem‑walizką, łączącym w sobie znaczenie łacińskiego liber zarówno w sensie wolny jak i książka: konotuje on zatem i wolność twórczą, i znaczenie książki jako obiektu materialnego w przekazie artystycznym (ale też – od libra, waga – „pisanie‑ważenie liter”. Pojęcie to wprowadził Zenon Fajfer w opublikowanym w 1999 roku w „Dekadzie Literackiej” szkicu „Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich” 

...

obrazki skopiowane z sieci

f0c99ff7-thumb.jpg5caa09ee-thumb.jpge342d8b1-thumb.jpg

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jestem z Tobą w tym oburzeniu, lecz życie nie znosi próżni, a takich czy innych pomysłodawców nie da rady wyeliminować. Pewno są przecież i tacy, którym się podoba tego rodzaju innowacja twórcza.

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Co dla Ciebie / dla mnie jawi się bezsensem, dla innych może stanowić wartość dodaną - i odwrotnie .. takie życie - i to nie tylko literackie

Opublikowano

Jeszcze w liceum miałem napisać wypracowanie na temat: "Przytłoczeni romantyzmem. Zależność pisarzy pozytywizmu od poetyki romantycznej" i zapamiętałem je dlatego, gdyż dostałem z niego dwóję. Nie bynajmniej z powodu błędnej analizy korelacji pomiędzy oboma nurtami literackimi, ale dlatego, że pani nie podobała się konkluzja, w której kładłem nacisk na wytworzenie się pewnego infantylizmu twórczego oraz zahamowania rozwoju poetyki właśnie poprzez podległość wytycznym romantyzmu, uznania go za paradygmat zwłaszcza wśród gatunków poetyckich.

Oczywiście, że innowacyjność jest potrzebna i pożądana, bez niej woda w tym stawie nazbyt już śmierdzi i niewielu ma ochotę ją pić. Ważne, żeby za innowacyjnością nie stało to tanie nowatorstwo, które zrywa ze wzorcami, nie podejmuje z nimi dyskusji czy polemiki, ale uzurpuje sobie ów nośny slogan o byciu jedyną, prawdziwą poetyką, itd. Tak skończyli chociażby futuryści. Poza tym drodzy państwo, wspomnijcie na słynną scenę lekcji języka polskiego z "Ferdydurke" Gombrowicza (w 1937 roku!), w którym ten jeden z najwybitniejszych pisarzy polskich dokonał druzgocącej krytyki właśnie romantycznych zaszłości i postulował o zrzucenie wreszcie tego balastu.

Jak widać powyżej, nieskutecznie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Czyżbyś Ty zatem uważał z kolei, że to Gombrowicz jest wyrocznią, za której głosem należy podążać bez  względu na swoje upodobania? Bo ja na przykład bardzo cenię - ba, lubię - romantyzm ze swoją poezją. Balastem dla mnie są natomiast wytwory upstrzone - jak pisanki z wydmuszek malunkami - metaforami w wierszach tzw. białych, czy wolnych, których nawet sam autor po upływie pewnego czasu nie rozumie. A czemu? Ich środek / jądro jest bowiem puste, nie przedstawiające żadnej wartości, jak w wydmuszkach ..

Opublikowano

Podążanie za kimkolwiek, czy to literatem, politykiem lub kimś, kogo ogół uznaje za autorytet, ślepo i bez uprzedniego zapoznania się z jego dokonaniami, jest zawsze głupotą i dobrowolnym wystawieniem się na manipulację środowisk, którym zależy na otumanianiu ludzi. Nie uważam Gombrowicza za wyrocznię, ale za istotny głos w przywołanej dyskusji, głos wybrzmiały już niemal sto lat temu, z którym rzecz jasna można polemizować, ale który, jak uważam, należy brać pod uwagę. Na metaforę się nie zżymam, bo to jeden z kluczowych elementów poetyckiego wyrazu, natomiast także nie przepadam za wierszami białymi, a to z uwagi na ich nazbyt daleko posuniętą licencję formalną, rzutującą tym samym na interpretację. Wydaje mi się, że mylisz w pewnym stopniu metaforykę z symbolizmem czy też operowaniem pewnymi symbolami. To tak, jakby mylić poezję z poetyką.

No właśnie. Utwór powinien nieść pewne przesłanie, w którego zrozumieniu konstrukcja winna pomagać, tymczasem w dziełach celowo pozbawianych dyscypliny formalnej  sens jest często zatarty i niemożliwy do uchwycenia. Zjawisko nie jest bynajmniej nowe, już w starożytności grecko-rzymskiej, w okresie hellenistycznym bywali poeci, których metaforyka szła tak daleko, że porównywali okręty do sosen, co zeszły do morza, by stać się okrętami. O powodzeniu takiej poezji świadczy, iż niemalże w ogóle nie zachowała się do naszych czasów.

Opublikowano

Uczciwie przyznaję, że sam wątek LIBERATURY jest mi całkowicie obcy. Więc tylko dlatego umieściłem go tutaj, aby się dowiedzieć / sprawdzić, co o nim myślą inni.

Dziękuję za odwiedziny i owe, merytoryczne wywody.

Pozdrawiam z bardzo słonecznego Szczecinka.

Opublikowano

A ja rzeknę jedno Archetyp. Bez tego nie byłoby niczego, żadnej myśli, żadnej kontynuacji. Cześć należy oddać tym, o których zapomniano - tkwią w podświadomości ludzkości. 

 

I obojętnie, czy wydmuszki, czy, książeczki, czy grecka, czy rzymska, czy jakakolwiek inna kultura. 

 

Można nie tolerowac, mozna nie cierpieć, ale to jest i będzie oraz kiedyś się narodziło. Jak wszystko, tylko, ze nie umrze... 

 

 

Opublikowano

Justyno, oczywiście. Cała trudność leży w tym, że nie sposób dociec archetypu poszczególnych dziedzin kultury: literatury, malarstwa, rzeźby, podobnie jak płonne są poszukiwania jednego, wspólnego ludzkości prajęzyka. Można za to wskazywać poszczególne kamienie milowe dla tychże dziedzin, dla literatury byłyby to na przykład eposy Homera w Europie, "Szahname" Firdausiego w świecie arabskim lub "Heichū Monogatari" w Japonii, nie zapominając przy tym, że wszystkie one same są uwikłane w zależności od dzieł poprzedników, stanowiąc z kolei inspirację dla następców. Uważam przeto, że w prawie jest rzec, iż literatura jako całokształt twórczości istoty ludzkiej jest archetypem dla siebie oraz, by posłużyć się systemem pojęciowym Arystotelesa, wiecznie aktualizującym się archetypem, niejako otwartym, możliwym do wprowadzania w nim zmian i przekształceń. Wspomniany przez Ciebie, emocjonalny stosunek doń odbiorców jest już rzeczą wtórną i choć natura ludzka skłonna jest do ewaluacji, która zwłaszcza dawniej wpływała na stan materialny zasobów literackich (zachować i skopiować lub nie), nie oznacza, że poszczególne dzieła w ogóle nie istniały, mamy bowiem o nich wiedzę negatywną, czyli w formie odpowiedzi na nią w innych. 

Zgadzam się, że działalność literacka nie przeminie, pomimo różnorodnych perturbacji na przestrzeni dziejów. Zbyt silna jest w człowieku potrzeba przekształcania zastanej rzeczywistości i dzielenia się owymi własnymi wizjami odmiennego status quo z innymi, aby mógł on definitywnie z niej zrezygnować. To w gruncie rzeczy oglądanie jednego i tego samego przedmiotu z różnych perspektyw, bez lub w okularach, przy dobrym albo niedostatecznym oświetleniu, wzrokiem wyostrzonym bądź obciążonym wadą. W moim przekonaniu należałoby się raczej obawiać, że oglądana przez nas doskonałość kuli zatraca się często w planimetrii.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jaka trudność? Stanisławie? Trudność, jeżeli jet jakaś w ogóle, to jest do pokonania. Ludzkość potrafi pokonywać trudności - jak dotąd. Fakt, ze trwamy przez sekund parę na tym świecie, czy trwać będzemy? No to my pewnie, przynajmniej ja, tego nie będę świadkiem. 

 

Tu racja:

 

Ale, juz z tym dzieleniem się:

 

To nie jestem pewna. 

 

Ludzie są egoistami. Ktoś coś wymyślił, wynalazł - nie dzieli się z reguły, tylko sprzedaje, tak, tak sprzedaje, a jeśli umrze, to inni to zabierają, on nie ma na to wpływu. Z ARCHETYPEM tak jest. 

 

Trzeba tylko policzyć zyski i straty , rozważyć, wyważyć... i czy korzystać. A korzystać i tak musimy, bo nie mamy wyjscia, wiec rozpatrywanie kwestii przemijania bez cienia, który pozostawiamy po sobie jest bez sensu. 

 

Może chaos w mej wypowiedzi zagościł, ale cóż jak wiemy wszyscy "Na początku był Chaos" - fr. "Mity greckie", sam o tej kulturze pisałeś:

 

Na razie tyle. Pozdrawiam J. 

 

Dziękuję za tak piękna wypowiedź. @Stanisław Prewecki   @Justyna Adamczewska

Opublikowano

Justyno, archetypu literackiego sensu stricto nie sposób odnaleźć, bo kryją go mroki czasów dawnych, gdy ludzie dopiero nabyli umiejętność zapisywania czegokolwiek, nie była to zresztą wówczas literatura, by tak się wyrazić, wysoka, lecz zwykłe zapiski transakcji handlowych, spisy ludności, itp., czyli piśmiennictwo typowo użytkowe. Ogromny wolumen literatury starożytnej zaginął dla nas bezpowrotnie, stąd więc napisałem o trudności, jaką niesie ze sobą dociekanie prawzorca literackiego. W lepszej sytuacji jest pod tym względem malarstwo, gdzie można uznawać za archetypiczne geoglify i petroglify, czy jednak uznawać je za przejaw jakiejś techniki malarskiej, nie odbierając im przy tym miana dzieła sztuki, nie sposób dziś orzec. 

To prawda, egoizm wpisany jest w człowieczeństwo, niemniej nie sprowadzałbym całego procesu twórczego do transakcji handlowej, której celem jest zysk, przynajmniej gdy idzie o literaturę. Tu raczej rywalizacja, polemika, naśladownictwo i deskrypcja mają prawo głosu przed względami materialnymi, kiedy zaś te biorą górę, wówczas dość łatwo zauważyć taśmę i nie twórczość, a produkcję literacką. Czy natomiast fakt, że inni pisarze wykorzystują dorobek zmarłego twórcy, winien być powodem do zmartwień, nie sądzę. Wręcz przeciwnie, właśnie akces owego twórcy poprzez własną schedę do uniwersum piśmiennictwa światowego stanowi o pięknie zjawiska, bo choć istnieją prawa autorskie, zakazujące bezpośredniego czerpania z jego dorobku, to nie ma takich praw, które mogłyby ograniczyć potencję ludzkiego umysłu i wyobraźni, pęd do interpretacji i przeobrażania go w zupełnie inną jakość, która z kolei dla przyszłych pisarzy stanowi bazę do podobnych zabiegów. Bywają twórcy w ogóle niezauważeni albo docenieni później, ale jeśli poprzez pracę twórczą zdołali spełnić się w życiu, to nie uważam, żeby pomniejszać tym samym ich znaczenie. Popularność przecież nierówna jest jakości. 

Niesłusznie wypominasz sobie chaos wypowiedzi, wszak słowo to pochodzi od greckiego czasownika χαίνειν [khainen], który oznacza tyle, co "być szeroko otwartym", stąd uznaję i cieszy mnie, że jesteś szeroko otwarta na powyższe zagadnienie, jak i na dyskusję o nim.

Pozdrawiam również.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ale i w czasach niemal nam współczesnych nie pozostaje to bez znaczenia dla życia i twórczości (dla tych, którzy to rozdzielają). W "Jądrze ciemności" chyba jedyną osobą, która nie uległa rozwydrzeniu, zdziczeniu czy melancholii pozostał ten księgowy, który w wykrochmalonym kołnierzyku zasiadał do  swojej pracy, a i wychodząc z niej, zachowywał się w sercu dżungli, jakby wychodził na przechadzkę po kawiarniach Brukseli. Księgowy. Nie literat ani artysta ale jednak kronikarz, skrupulatnie notujący zapis dziejów za pomocą liczb. Dziwne? Niekoniecznie bo mogło to być dla niego kontaktem z pięknem. Skądinąd wiemy też, że jakieś skomplikowane równanie matematyczne może być rozwiązane skutecznie różnymi sposobami, o różnym poziomie piękna. Rozwiązanie jakiegoś problemu szachowego, wybierane przez szachistę ruchy, de facto notacja tego procesu też bywa nazywana piękną lub brzydką. Każdy zaawansowany szachista potrafi to subiektywnie ocenić, a w swoim gronie przeważnie bywają zgodni.

Załączam zdjęcie mojej półki znad biurka w pracy. Między obrazem "g" Zenona Moskwy (1980), a moim poematem haptycznym "f" (2019) stoi książka, część pracy dyplomowej Aleksandry Szlęk. Tytuł jest liczbą dni, tygodni, miesięcy, lat życia statystycznego, a zawartość... piktogramy, najczystsza liberatura.

No tak, 78 lat... Ktoś ma, powiedzmy, 74 lata i jeszcze próbuje zawracać Wisłę kijem i jeszcze próbuje wierzgać. Sensy po prostu kapią mu na twarz, a on tylko tym swoim kijem macha.

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Edytowane przez Witold Szwedkowski (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A propos #zerowaste - wczoraj nie spuściłem wody po klocku dla Planety, a i tak pewnie znajdą się tacy, co pod tym postem napiszą:

a) Bączek ty wuju, nielegalną kozą palisz w mieszkaniu
b) weź se lepiej jajca utnij debilu
c) Swoje ego byś spuścił w kiblu
d) Jakbyś do japy sobie nasrał, to dopiero byłoby #zerowaste
e) Ja chciałbym tylko powiedzieć, że szanuję i przeczytałem wszystkie tomiki i też nie spuszczam

Wiem, że to odejście od tematu, ale od razu przypomniał mi się ten wpis - strasznie mierzi mnie ta polska, nowoczesna lewica, której snobizm czuć już w samym tonie.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

- a ja się cieszę, że temat - w którym osobiście mam niewiele do powiedzenia - znalazł jednak swoich czytelników i komentatorów.

Pozdrawiam - dziękuję - i proszę o jeszcze ...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...