@Migrena To jest tekst z bardzo wysoką temperaturą emocji i celowo przerysowanym, niemal groteskowym obrazem relacji. To nie jest opowieść o teściowej” w sensie realistycznym
- zbudowałeś Potwór z języka, żeby pokazać przeciążenie, lęk, kontrolę, duszenie w relacji rodzinnej.
Bardzo mocna groteska i językowa intensywność - aż trudno złapać oddech między obrazami :)
@Berenika97
To dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca.
Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością.
Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy.
Wiersz ma klimat i ciężar.
Ja tak nie potrafię.
U mnie chaos - usprawiedliwia mnie tylko to, że jestem mężczyzną - archaicznym.
Zobaczyłem dzisiaj kota
W towarzystwie z kociętami
Leżącego na środku drogi
Ich wnętrzności były czarne
Padły na piekący asfalt
A ich koniec był ubogi
Przy zapachu jajecznicy
Odór smażonego truchła
Przywołuje czarną dziurę
Postać jej zagina światło
Jakby czernią emanuje
Kiedy wzrokiem ją świdruję
Białe oczy niewzruszone
Dwa to punkty w jej sylwetce
Pusto patrzą na kocięta
Kiedy dusze ich wysysa
Ścierwo gnije i rozkłada
Lecz czerń nie jest tym przejęta
I po chwili gdy już skończy
Każdy chce by sobie poszła
By zniknęła każdy prosi
Lecz ta ciemność nie zanika
Tylko wciąż dalej żeruje
I na innych się przenosi
A ja stałem tak ciągle otępiony
Gdy widziałem kolejne to demony
Przyczepione do każdej tak istoty
Miały ludzi, rośliny, nawet koty
Te od spodu kwiaty już wąchały
Czarne byty wszystko rozkładały
Gdy na głowie poczułem to ciążenie
Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie
Śmierć - panowie rozkładu
To oni nas hodują
Mija krótki żywot
Oni wciąż żerują
Mam nadzieję, że umrę
Choć nie jestem gotowy
Ot małe marzenie
Dawno ściętej głowy
Nabitej na kark.
w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem
który ktoś próbował uratować dolewką wody
stoi ona
królowa klamek które same się naciskają
i drzwi które przestają należeć do was
Pelagia
wchodzi jak rachunek za cudze życie
z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu
wchodzi z reklamówką
która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki
które nigdy nie zaznały wybaczenia
jej włosy to tłuste kable pod napięciem
gdyby je dotknąć
można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy
i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów
twarz ma jak garnek po bigosie
niby umyty
ale zapach zostaje na zawsze
wygląda jak protokół powypadkowy
każda zmarszczka
to paragraf na waszą radość
a usta zaciśnięte tak mocno
że mogłyby prostować gwoździe.
Pelagia
arcykapłanka domowego porządku
odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem
jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym
głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń
a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem
i polać Domestosem
aż zacznie skrzypieć z czystości
jej głos to łyżka stukająca o zęby
to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia
suchy rytmiczny i ostateczny
mówi długo
jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać
bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia
po trzech zdaniach nie oddychasz
po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś
po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość
Pelagia nie pyta o zdrowie
ona jest patomorfologiem waszej niedzieli
w różowym fartuchu w bratki
przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu
wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić
czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph
i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności
którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek
w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz
aż lądujecie w kącie
z rękami za głową
przepraszając za to
że wasz ślub nie był
mszą żałobną za jej młodość
wypluwa waszą radość na spodeczek
bo twierdzi że jest niedopieczona
i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce
które według niej powinny być już dawno ścięte
fileciarka relacji
bierze wasz dzień
kładzie go na desce
i tnie w poprzek sensu
aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu
i co da się łatwo przełknąć bez myślenia
wasze plany lądują w misce jak odpadki
a ona robi z nich "na szybko coś dobrego”
co smakuje jak dożywotni obowiązek
i zostaje w żołądku na zawsze
wchodzi do waszej sypialni z licznikem Geigera na grzechy;
sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą
i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną
żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną
wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga
na którym rozgrywa mecz o waszą uległość
dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem
żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia
wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową
wyciska z niego powietrze i sens
i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -
w razie braku innych atrakcji
potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt
żebyście nie mogli się do siebie przytulić
bez poślizgu winy i lekkiego wstydu
klienci czyli wy
kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie
pękacie powoli od środka
bo już nie macie siły się nie ugotować
a ona bierze to za wdzięczność
i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja
jej spojrzenie
jak ręka wkładana do szuflady z nożami
niby nic się nie stało
a jednak krwawisz i nie wiesz skąd
i zaczynasz podejrzewać siebie
przesuwa talerze
żeby głód miał odpowiednią hierarchię
i wiedział gdzie jest jego miejsce
a kiedy siada na kanapie
meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki
i proszą o skrócenie wyroku
jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka
sygnał że właśnie zjadła wasze
wolne popołudnie
kiedy mówi "synku”
powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste
i nie do odrzucenia
oddychasz tym
i zaczynasz smakować jak ktoś inny
kto już dawno przestał mieć wybór
otwiera okno i wpuszcza do środka
zaduch z klatek schodowych
roku osiemdziesiątego drugiego
w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu
Pelagia
magazyn przeterminowanych prawd
ma w torebce zamrażarkę turystyczną
która buczy cicho jak wyrzut sumienia
trzyma tam wasze odcięte pępowiny
z datą ważności: nigdy!
żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić
gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody
jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej
zwiedzanie obowiązkowe
rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów
które osobiście zabiła ścierką do naczyń
i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością
kiedy w końcu wychodzi
nie zostawia pustki
zostawia po sobie galaretę
która tężeje na waszych twarzach
to nie jest już dom
to inkubator jej racji
gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny
po której wspina się
by napluć Bogu w okno
za zbyt małą ilość octu w waszej krwi
zostajecie w tym rosole po kostki
pływacie jak oka tłuszczu
które nie mogą się połączyć
bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań
wieczorami
gdy próbujecie się dotknąć
skóra schodzi wam płatami
odsłaniając jej inicjały
wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim
Pelagia nie wraca do siebie
Pelagia po prostu zmienia formę skupienia
teraz jest waszą zgagą
waszym bezdechem
jest tym szarym nalotem na waszych językach
który sprawia
że każde wasze "kocham”
smakuje jak stara ścierka do podłogi
siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach
patrzycie w talerze
gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie
a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki
już dawno was wypatroszyła
wypchała trocinami waszych kompleksów
i postawiła na meblościance swojego życia
jesteście martwą naturą
jej najsmaczniejszą
bo podaną na żywca
niedzielną ofiarą całopalną