Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I. Z Księgi Hioba w świetle hagady rozumianej

 

            Na przełomie sierpnia i września, czyli w szóstym miesiącu kalendarza żydowskiego   dla Izraelitów rozpoczynają się ich najważniejsze święta. Otwiera je żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana), gdzie w jego drugim dniu, po przedwieczornych odprawionych w bóżnicy modłach, wierni wylegają nad wodę, aby tam – nadal się modląc - wytrząsać z załomków oraz kieszeni swych ubrań wszelkie nagromadzone w nich śmieci oraz paprochy, poniekąd plastycznie dokumentując profetyczną zapowiedź proroka Micheasza (7,19): Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy, do głębin morskich wrzuci wszystkie nasze grzechy… Z kolei w wigilię Jom Kippur  (Święta Przebłagania) w synagogach modli się słowami Kol-Nidre, co znaczy: czyje imię nie zostało zapisane w Księdze Życia lub Śmierci podczas Rosz ha-Szana, ten spotka się ze srogim wyrokiem w Jom Kippur, więc i też tego wieczoru głośno wyznaje się swoje grzechy, żałuje za nie, trwożnie oczekując na miłosierną sprawiedliwość Pana.


           W Biblii Rosz ha-Szana określane jest mianem Święta Trąbek, bowiem dęcie w szofar (róg barani) pobożni Żydzi utożsamiają z przyzywaniem Bożego Miłosierdzia, albowiem tuż  po Żydowskim Nowym Roku następują Straszne, gdyż Sądne Dni Pokuty, które łączą Nowy Rok ze Świętem Ekspiacji.
I w te „Przedsądne Dni” jakimś osobliwym zrządzeniem, identyfikowanej z symbolem Oka, Bożej Opatrzności rozgrywały się kolejne, z wielu po sobie następujących, epizodów holokaustu. Oto na przykład w mojej rodzimej Wieliczce, 27 sierpnia 1942 roku, jedenaście tysięcy osób spędzono na tutejszy dworzec kolejowy, ów swoisty Umschlagsplatz, w jaki zamieniły się mikroskopijne perony miejscowej stacji. Ciż pokornie stanęli w tasiemcowym szeregu wzdłuż dawnej ulicy Krzyszkowskiej, starsi i chorzy pousiadali wokół cegielnianej glinianki oraz na pobliskich boguckich łąkach niczym w sidła spętane ptaki. Następni wciąż jeszcze dochodzili.


            Według beznamiętnej relacji historyka z Muzeum Żup Krakowskich: każda taka akcja zaplanowaną została zgodnie z uprzednio (i precyzyjnie) opracowanym planem, dlatego nieistotnym jest, gdzie oraz w którym mieście i kraju miała ona miejsce; zastanawiającym jest tylko fakt, że naziści niemal zawsze wybierali sobie czas w (przed)okresie największych  żydowskich świąt.


             Czas zagłady dla Żydów wielickich (i w ogóle Żydów małopolskich) był czasem sygnowanym przesuszonym, przepalonym latem; sezonem gęstym od spływającego z niebios żaru, tego oka słonecznego barwy miodu i żywicy, źrenicy beznamiętnie bezdusznej obojętnie spoglądającej i na prześladowców, i prześladowanych. Oka, dodajmy, które na pewno nie było dobrotliwym okiem Bożej Opatrzności, ale ciekłą magmą, szklistą monstrualną gałą, lustrującą chociażby przemieniających się w kamienie i w kamienie przeobrażanych, kochanków, jak przedstawił urodzony w Czerniowcach, niemieckojęzyczny oraz kultowy poeta żydowskiego pochodzenia:

 

Żyjesz obok mnie, jak ja:
niczym kamień

w zapadniętym policzku nocy.


Kochana, to usypisko
po którym my, obracając się i tocząc
my kamienie,


Od łożyska do strugi.
Coraz krąglejsi.
Bardziej podobni. Bardziej obcy.

 

O, oko nieprzytomne,
które wokół jak my się błąka
i nas niekiedy zdumione
w jedności ogląda.

                                            (Paul Celan [1920-1970]: „Usypisko” (Die Halde); tłum. własne))

 

            Na pewno los samych Ofiar był losem zbiorowym biblijnego Hioba, który jest w chrześcijaństwie uosobieniem niewinnie cierpiącego Chrystusa, niemniej w judaizmie „Hiob znaczy Hiob”, czyli odpowiada on symbolowi  cierpienia i zła; zła, dodajmy, niezbadanego bezdennego, okrutnego, niby tamto rozżarzone słoneczne oko Shoah; zła przypisanego każdej jednostce ludzkiej, bądź odrzucającej ją od Boga, bądź przynaglającej do wpadnięcia w Jego ramiona, napisał w 1980 roku w przedmowie do „Księgi Hioba”( przekład: Czesław Miłosz) Ksiądz Józef Sadzik.


            Na potwierdzenie powyższych słów posłużę się tutaj trzema, w jakimś sensie zatrącającymi o legendę, przykładami, a mianowicie: w samo Święto Dnia Pierwszych Owoców (naszych Zielonych Świąt) kiedy nie jest odmawiana Modlitwa za Zmarłych (kadisz), naprzeciw Starej Bóżnicy na krakowskim Kazimierzu, w samo południe usłyszeć można rozpaczliwy lament jakby żywcem pogrzebanych. Za to w oktawie Zaduszek, i znowu, w tym samym, samiuteńkim miejscu i o tej samej porze, w powietrzu zaczyna wirować zmaltretowany przymrozkiem liść, który w momencie, gdy opadnie na ziemię zamienia się w stareńką, krasnalkowej postury, kobiecinkę. Jej pomarszczona, podobna do pestki moreli twarzyczka spogląda ślepymi źrenicami; patyczkowate rączyny owijają się szczelnie, przypominającymi zetlałą ścierkę, łachmanami, natomiast z wąskiej, na kształt ust, kreseczki, wydobywa się suchy, rozpaczliwy szloch: „Znikąd pomocy, znikąd pomocy, znikąd pomocy…”


             Lecz Sądne Dni także niosą ogromną, bo nie potrafiącą nikogo zawieść Nadzieję, ponieważ współczująco solidarny (ze swym wciąż wybranym Narodem) Bóg wciąż mu (Ludowi) okazuje swoje rozjaśnione i jaśniejące Oblicze, jak to uczynił piszącej niniejsze słowa 5 października 2003 roku w samo Święto Jom Kippur.[1]

 

            A zaczęło się bardzo prozaicznie: po bezskutecznym ratowaniu „przeplombowanego”  zęba, cierpiąca, pomimo Świętej Niedzieli, udałam się do dentysty na ul. Augustiańską.
           Wysiadłszy z busa na Starowiślnej, przejść musiałam przez Kazimierz. Szłam tak pustymi ulicami, między jednym  a drugim deszczem, bezwiednie ewokując ironię zdarzeń, gdy obserwowałam  krzątających się wokół swoich, przeważnie z chińską tandetą, sklepików  nader zapobiegliwych i równocześnie z siebie niezadowolonych  goimów!
           I wtedy niespodziewanie na zupełnie pustej ulicy spotkałam Rebe. Szedł naprzeciw mnie – niczym wyrosły spod ziemi - wysoki i smukły, około trzydziestoletni, wyjątkowej urody Pan, nader wytworny w tym swoim czarnym, z najprzedniejszego materiału uszytym palcie; wokół szyi zamotany śnieżnie biały jedwabny szal, zaś w lewej ręce – rzecz wyjątkowo charakterystyczna – trzymał nie księgę, ale ZWÓJ.
           Choć początkowo w majestatycznym Przechodniu dopatrzyłam się turystycznego pątnika, to momentalnie pomyślałam sobie też o Nim jako personifikacji zapowiedzi Proroka Izajasza: Duch Pański spoczywa na mnie / ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, / abym ubogim niósł Dobrą Nowinę, / więźniom głosił wolność, / a niewidomym przejrzenie; (…) abym obwoływał rok łaski od Pana.
            Wówczas spotkały się nasze oczy. Natomiast kiedy ON prześwietlił do głębi moje jestestwo swymi świetlanie szarobłękitnymi źrenicami i jednocześnie prawą (szczupłą i delikatną) dłonią lekko uniósł rondo swojego cylindra w geście pełnego szacunku, pozdrowienia, znieruchomiałam. Myśl pierwsza: pomylił z którąś ze swych znajomych; myśl druga  - TO przecież ON: PAN MÓJ I BÓG, Tożsamy oraz solidarny z WYBRANYM przez Siebie NARODEM, który Go nie przyjął. Mimo to wpierw należy Mu się najpiękniej odkłonić!

            Nie odkłoniłam  (właściwie powinnam była upaść przed Nim na kolana) gdyż pusta i mokra ulica odpowiedziała mi tylko echem mych własnych kroków. Nikt mnie nie mijał, nie nadchodził, nie przeszedł ani nie przechodził.
            W domu spojrzawszy na Oblicze Człowieka z Całunu Turyńskiego, upewniłam się KOGO podczas Dnia Pojednania spotkałam w prastarej żydowskiej dzielnicy Kazimierz królewskiego Miasta Krakowa. I znowu przypomniały mi się już nie tyle słowa Micheasza, co
słowa Jana Pawła II, wypowiedziane jesienią 1980 roku w Moguncji podczas papieskiej pielgrzymki do Republiki Federalnej Niemiec: „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”: Szema Israel, Adonaj Elochenu, Adonaj Ehad!

 

II. Czaszka

 

           Znaleziono ją podczas remontu jednego z bloków na wielickim osiedlu Boża Wola, pierwotnie imienia Aleksandra Zawadzkiego[2] jako że pobudowano je w dobie radośnie realnego socjalizmu, aby dopiero po roku 1990 powrócić do wcześniejszej nazwy ulicy i tym samym do miana, zwanego osiedlem, zespołu siedmiu jednopiętrowych domów wielorodzinnych sąsiadujących czy nawet stojących w pobliżu  byłego szybu o identycznej, co dawniej ulica, nazwie.

 

            Gdyby nie nadmierne zagęszczenie mieszkań można by określić je „elitarnym”. Położone w tarasowato wznoszącej się kotlinie, zewsząd otulone zielenią jeszcze do tej pory przypomina nieco zapomniane miasteczko z pogodnych snów, w których zawsze z wielką radością spotyka się naszych wszystkich drogich Zmarłych...

 

            Lecz idylliczność opisanego miejsca bynajmniej nie szła w parze z panującą tam atmosferą sąsiedzkich kontaktów. Zwłaszcza pod tym numerem, gdzie natrafiono na nią podczas osuszania permanentnie zalewanych piwnic.

 

            Relacjonujący  to zdarzenie, Administrator wymienionego osiedla niemal rwał sobie resztki ze swej i tak nader mizernej czupryny. Bo oto w związku z tym makabrycznym odkryciem, prawie pod koniec bardzo mokrego listopada, wciąż fundamenty odsłonięte oraz awanturujący się ze wszystkimi i o wszystko lokatorzy, na korytarzach wszechobecny mokry brud i wreszcie ta - zatrącająca o kryminał  – niespodzianka.

 

            Kiedy jako członek Zarządu mojej Wspólnoty Mieszkaniowej wysłuchawszy tego, co   miał mi do zakomunikowania Pan Administrator (przy okazji podpisywania mu naszych wszystkich koniecznych do realizacji świstków i czeków) i równocześnie pomna na własną dziennikarsko publicystyczną przeszłość, postawiłam Panu inżynierowi parę –  już po trosze przeze mnie zapomnianych -  reporterskich pytań typu:


            położenia czaszki, bo jeżeli zwrócona oczodołami do fasady, czyli umownego wejścia do domostwa, to nie może być mowy o jakimś zatajonym morderstwie, ale posiada ścisły związek z czarną magią.


            Po drugie: czy przypadkiem w pechowym bloku nie wybuchają ni stąd ni zowąd karczemne kłótnie lub inne konflikty?


            Pytanie trzecie dotyczyło zdrowotności mieszkańców feralnego budynku oraz częstotliwości i rodzajów śmierci byłych (pod)najemców.
Żeby wszak oszczędzić Panu Administratorowi niepotrzebnego wytrzeszczu oczu (ze zdumienia i niedowierzania)  jako że on z Wieliczki nie pochodzi, opowiedziałam mu pokrótce historię jego seryjnego miejsca pracy.

 

            „Bolszewickim” względnie „(zd)radzieckim” określał mój Tata „Zawadzkiego”. I to „Zawadzkiego” naprawdę, ponieważ całkiem niedawno na tym około szybowym siedlisku kołysało się zboże i jedynie wznosząca się pod górkę (na poły wiejska) ulica wzięła swoją nazwę od nieczynnego szybu „Boża Wola”. Budowane osiedle dopiero czekało na patrona.
             Niemniej, gdyby status owego honorowego (zależy dla kogo) opiekuna starać się  przełożyć na przekonania jego mieszkańców, to towarzysz Zawadzki przynajmniej połowę z nich zaraz by zesłał na resocjalizację. Tata jednak o tym wówczas nie wiedział.

            Oczywiście oprócz wymienionych lokatorów o nie zawsze prostych i bezpiecznych życiorysach, znaleźli się też inni,  gminno-miejskiej proweniencji politrucy, przed którymi należało mieć się na baczności. I to przypuszczalnie przez któregoś z nich, ktoś mściwie złośliwy zakopał pod stojącym na mokrzyźnie blokiem tę nieszczęsną czaszkę.

            Bo gdy odwołamy się do staropolskich przesądów i zabobonów, to wśród nich znanym powszechnie było zadawanie czarów polegające na przykład na tym, że pod progami domów inkryminowanych osób zakopywano rozmaite paskudztwa[3]. Zdarzało się wszak, iż zeznania torturowanych czarownic nie były jedynie czystą fantazją: protokolant  skrzętnie notował, iż zgodnie ze wskazówkami urocznej baby, pod rozgrzebaną ziemię znajdowano czary, z których środkiem najstraszliwszym był tak zwany kobyli łeb (czaszka końska) czasem cielaka[4]. Z pewnością w sytuacjach ówczesnych ludzka czaszka stanowiła skarb nie do ocenienia, zaś dla erygowanego osiedla im. Aleksandra Zawadzkiego przedmiot ów, mało że (bez)cenny,  to dodatkowo był wtedy stosunkowo łatwy do pozyskania. Łatwy dlatego, gdyż niedaleko szybu Boża Wola, wzdłuż ulicy Sandrowskiej znajdowało się tak zwane getto, informowała w 1992 roku Pani Celina Tadanier uściślając topografię moich cyklicznie sennych koszmarów[5].

            A że czaszka nie bibelot, więc i ten do kogo ona należała miał pełne prawo by domagać się od następnych pokoleń modlitewnej (dla siebie) pamięci. Zwłaszcza od (przypadkowych) znalazców swego cielesnego szczątka. Wobec niniejszego, po długiej oraz nieprzespanej nocy, w dniu następnym  pomaszerowałam do mojego Księdza Proboszcza. Opowiedziałam co miałam do opowiedzenia, po czym zapytałam Monsignore jak należy sformułować mszalną intencję.

 

            W 36 godzin po odprawionej za niego wieczornej Mszy Świętej w parafialnym kościele św. Klemensa Papieża i Męczennika, nad ranem przystanął przede mną z lękliwie nieśmiałym uśmiechem. I stał tak przez chwilę w trudnym do opisania perłowo srebrnym, emanującym łagodnym ciepłem Świetle. Za nim – niczym promienna fototapeta – ściana migotliwie liściastej zieleni. Ubrany w jasno popielate ubranie z jedwabistej popeliny, przez prawe ramię przerzucona marynarka, u idealnie białej koszuli podwinięte rękawy. Leciutki zapach wody kolońskiej No 4711. Krępy.  Przysadziście niskawy. Miły ryżawy blondas o różowej karnacji prosiaczka z cukru.
Powiedział, że jest lekarzem (dokładniej: „doktorem [zapewne wszech]nauk medycznych”). Mieszkał na Podgórzu, w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Limanowskiego i Lwowskiej.  Pojawił się w Wieliczce z początkiem lipca 1942, bowiem – podobnie jak inni jego towarzysze współniedoli -  naiwnie sądził, że tu może być ciut bezpieczniej.[6]
Zastrzelił go bez powodu wychodzący z budynku Straży Pożarnej esesman w pochmurnie ciepłe lipcowe, niedzielne przedpołudnie. Doktor w chwili śmierci liczył lat 45.

  

            Konwojowana przez Policję - błogosławionej (czy może bardziej, gdyż za staraniem wierzącej i praktykującej katoliczki - świętej pamięci) czaszka Doktora znalazła się w Zakładzie Medycyny Sądowej krakowskiej Akademii Medycznej. Po przeprowadzeniu stosownych analiz ustalono, iż pochodzi ona z okresu drugiej wojny światowej i należy do mężczyzny w średnim wieku.
Szczęśliwie też zakończył się remont w pechowym bloku. Nawet uspokoili się swarliwi sąsiedzi.

 

[1] Powyższą historię, jedynie w nieco zmienionej wersji opisałam – w wysłanym do „Dziennika Polskiego – wspomnieniu 3 maja 2009 roku. Treść wszelako pozostaje ta sama, zaś wspomnienie nosi tytuł „Najważniejszy dzień w moim życiu”.

[2] Lata życia: 1899-1964; działacz komunistyczny. W PRL-u wpierw wicepremier, później (do śmierci) Przewodniczący Rady Państwa.

[3] Zob.: Bohdan Baranowski: Życie codzienne małego miasteczka w XVII i XVIII wieku. Warszawa 1975. – s. 230 - 231

[4] j.w.

[5] A. Birecka: „Druga jesień” – Refleksje o pamiętnym 27 sierpnia Anno Domini 1942w dawnym galicyjskim mieście Wieliczce… W: „Echo Krakowa” nr 176 z 8. 09. 1992. – s. 9

[6] Pisze Stanisław Gawęda w artykule „Wieliczka pod okupacją niemiecką” (W: „Wieliczka – dzieje miasta”). Kraków 1990. – s.257: „Od końca 1940 roku zaczęli przybywać do Wieliczki  masowo Żydzi z Krakowa, by nie dostać się do organizowanego tam getta, w związku z czym liczba ich stale wzrastała, przekraczając w lipcu 1942 r. 8000 osób”.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To dziwne, bo nikt w tym tekście nie dopatrzył się ani "ironiczno-szyderczego odcienia", ani tym bardziej nie nadał mu etykietki pt. "rozrywkowe walory".

Nie trzeba było go czytać do końca, nie mówiąc o jakimkolwiek komentowaniu.

Inni, zwłaszcza Ocaleni, po lekturze zaprezentowanej tu prozy, nazwali ją więcej niż empatyczną. No ale to kwestia gustu, obycia w temacie plus innych nie mniej ważnych emocjonalnie etycznych czynników. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To przychodzi znienacka ;) A myślowych koncepcji mam aż nadto. Oraz własne wewnętrzne (bogate) życie.

Czy może jednak nie należałoby zakończyć tego bicia piany? Oczywiście z pańskiej śliny, bo pana komentarze  to często jak ten zabytkowy pociąg towarowy? ;) 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jest taka zasada: nie rozumiem / nie podoba (mi) się / nie jestem przekonany, więc milczę. Milczenie nie dotyka, nie uraża.

Przepatrzyłam te swoje dwa szkice: cóż publicystyczna eseistyka typowa dla kulturalno-społeczno-literackich tygodników, która nie każdemu się musi podobać i nie każdy ją musi sobie przyswajać. Zaś w moich relacjach: zwykły "Totentanz" z holokaustem w bliższej oraz dalszej perspektywie. Samo życie na tyle jednak okrutne, że przyschniętych ran raczej nie powinno się na nowo drapać jak uczynił to pan w swoim komentarzu.

A wystarczyło tego pisania nie zauważyć.  

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  Dobry wiersz. Pozdrawiam.    
    • @KOBIETA  Wieża Eiffela to matematyczna ekspresja miłości, wygrywa siłą ducha, toczy się pomiędzy kochankami, jak błyskawica. Pozdrawiam serdecznie :)
    • Tam gdzie milczące aniołów posągi, Obejmują spojrzeniem swym dumnym, Rozległe panoramy miast średniowiecznych, Spoglądając wymownie ku horyzontowi,   Tam gdzie przecudne aniołów twarze, Wykute w drewnie, piaskowcu, marmurze, Niekiedy szczerym złotem pokryte, Niekiedy miejscami nadkruszone…   Nad krajami Grupy Wyszehradzkiej, Niosą się niesłyszalne szepty anielskie, Rozbudzając nasze uśpione emocje, Czule dotykając naszych serc,   A każdy taki anielski szept, Dla wielowiekowych tradycji jest hołdem, Przez niezliczone hufce niebiańskie, Z nabożnością złożonym ufnie…   Gdy w samym sercu Europy, Ludzie z dziada pradziada pobożni, pracowici, Składając wieczorami ręce do modlitwy, Ofiarowują Bogu ufnie trudy codziennych dni   W czterech krajów zacisznych zakątkach, Gdzie z każdego kąta spogląda historia, Da się posłyszeć i szept anioła, Mówiący o tym co zatarł czas.   W sercu Europy cztery dumne narody, Wierne pozostając swych ojców tradycji, Dla świata całego przykładem są wymownym, Szacunku do ojczystych korzeni,   Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Dumni, szlachetni, niezłomni, Przez dziesięciolecia sowietyzacji się oparli, Przykładem dziś będąc dla całej ludzkości…   Dziś gdy w mroku globalnego bezprawia, Tli się Grupy Wyszehradzkiej idea, Niczym z jednego złoconego świecznika Czterech świec płomieni jasny blask,   Niegasnącemu zacieśnianiu więzi, Pomiędzy czterema bliskimi sobie narodami, W cieniu wielowiekowej pobożności, Z niebios błogosławią dziś anioły…   I od piaszczystych plaż Pomorza, Poprzez tonące w chmurach szczyty Tatr, Przez zabytkowe rynki czeskich miast, Po urokliwe kawiarnie w budapesztańskich zaułkach,   W każdym z krajów Grupy Wyszehradzkiej, Pośród zwyczajnej codzienności szarej, Szepty anielskie da się posłyszeć, Wlewające w serca otuchę…   Gdy w starych drewnianych kościołach Podlasia, Przesuwają rozmodlone staruszki paciorki różańca, Wyszeptując cicho modlitw swych słowa, Wypraszając swym rodzinom obfitych łask,   Bacznie przysłuchujące im się anioły, Gdy mrok ziemię otuli, Zanoszą je wszystkie przed tron Boży, By wysłuchania i spełnienia doczekały…   Gdy pośród licznych mazowieckich wiosek, Gdzie od lat wciąż niezmiennie Przeszłość z przyszłością nierozerwalnie splecione, Wyznaczają kolejnych dni bieg,   Stare pobożne gospodynie, Swych prababek zwyczajem, Starannie naostrzonym nożem, Czynią znak Krzyża na chlebie,   Także identyczny Krzyża znak, W blasku jasnego poranka, Kreśli niewidzialna dłoń anioła, Błogosławiąc wierne Bogu domostwa,   By codzienny prosty posiłek, Okraszony anielskim błogosławieństwem, Smakował niczym dania najwyszukańsze, Na niejednym królewskim dworze…   Gdy o poranku krakowskie kwiaciarki, Zaplatając kolejne bukietów wiązanki, Wymieniają między sobą uprzejmości, Często przyodziane w ciepłe uśmiechy,   Pośród trzepotu gołębich skrzydeł, Gdy w skupieniu wsłuchamy się w ciszę, Da się czasem słyszeć anielski śmiech, Strun naszej wrażliwości dotykający czule.   A gdy z wieży gotyckiego Kościoła, Pośród gwaru Starego Miasta, Ku wszystkim czterem stronom świata, Hejnału Mariackiego niesie się melodia,   Czasem i podniebne anioły, Pod nieboskłonem skrzydła rozpostarłszy, W skupieniu wsłuchają się w jej dźwięki, Skrycie roniąc niewidzialne swe łzy…   Gdy w skupieniu prascy zegarmistrzowie, Z pieczołowitością reperują zegary stare, Od lat niezmiennie całe swe serce, Wkładając z czcią w codzienną pracę,   Niekiedy niewidzialne anioły, Uważnie przypatrując się ich pracy, Zamyślone oddają się refleksji, Nad dziejami całej ludzkości.   Gdy czasem stary siwowłosy Czech, Przytykając do ust złocistego piwa kufel Z rozrzewnieniem rozmarzy się tęsknie, Wspominając lata swe młode,   Niekiedy niewidzialny anioł, Kładąc na ramieniu jego swą dłoń, Poruszony jego tęsknotą, Zanuci mu do ucha pieśń swą anielską…   Gdy w cieniu słowackich Tatr, Na wiejskich zacisznych plebaniach, Przy drewnianych kościołach i cerkwiach, Gdzie dawno temu zatrzymał się czas,   Oddani Bogu słowaccy księża, Biorąc wieczorami do ręki brewiarz, Z nabożnością czyniąc znak Krzyża, Składając wieczorami ręce do pacierza,   O pomyślność narodu słowackiego, Przodków swych powierzone im dziedzictwo, W ciszy i w skupieniu się modlą, Okraszając swe modlitwy niejedną łzą,   Zasłuchane w nie za oknami anioły, Gorące z oczu ich łzy, Nanizują na złote swe nici, Niczym kryształowych różańców paciorki,   By na szczycie Krywania, Gdy rozproszy mroki nocy świtu blask, Przed obliczem samego Boga, Ofiarować Mu je niczym najwyszukańszy dar…   Gdy wraz z złotego słońca wschodem, Starzy słowaccy górale, Wypasając bladym świtem liczne stada owiec, Snują gawędy swe barwne,   Niekiedy anioł świetlisty, Choć ludzkim okiem niewidzialny, Na porośniętym mchem głazie polnym, Przysiądzie w zadumie w nie zasłuchany…   Gdy węgierscy uliczni muzycy, Przytykając do ust złote saksofony, Delikatnymi ruchami dłoni, Najcudowniejsze wyczarowują z nich dźwięki,   Niekiedy zasłuchane w nie anioły, Przystanąwszy na rogach ulic, Pięknem ich poruszone do głębi Niebiańskie do nich nucą swe piosnki.   Gdy dostojne węgierskie damy, Gotyckich katedr przekraczają progi, By do mosiężnych skarbon kościelnych Z oddaniem wrzucić hojne swe datki,   Czasem wsłuchując się w siebie, Przed bogato zdobionym ołtarzem, Posłyszą jakby anioła szept, Chwalący dobre ich serce…   Wypraszajcie anioły niebiańskie, Łask obfitych narodom Grupy Wyszehradzkiej, By zawsze odznaczały się odwagą i męstwem, Do wielowiekowych tradycji przywiązaniem,   By wielowiekowe pradziadów dziedzictwo, Cenniejszym im było niż całego świata złoto, Zawsze więcej dla nich znaczyło, Niż złudna pogoń za nowoczesnością,   By w godzinie próby nieubłaganej, Gdy wicher historii zawieje, Zakulisowym knowaniom nie dali się zwieść, Dumni Polak, Czech, Słowak i Węgier.   By w milionów ludzi sercach, Ten sam płonął nieugaszony żar Co na dawnych bitew polach, Co w narodowowyzwoleńczych powstaniach,   By na współczesności bezdrożach Także i dziś drogowskazem im była Prastara odwieczna ta prawda, Niegdyś na kartach kronik spisana,   Iż poszanowaniem historii i ducha niezłomnością, Wierne Bogu narody wciąż trwają, Gdy inne stopniowo wymierając, Z biegiem wieków obracają się w proch,   By Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Zawsze honorowi, lojalni i solidarni, Jak bracia pozostali sobie wierni, Co w jednym domu byli wychowani…   Wiersz opublikowany w dniu 15 lutego w międzynarodowy dzień Grupy Wyszehradzkiej.     Idea zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej zawsze zajmowała szczególnie ważne miejsce w moim światopoglądzie… Z czasem jednak zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby dobrym pomysłem spróbować włożyć w tę ideę pierwiastek duchowy...  I tak narodził się pomysł tego wiersza...       Wiersz ten jest próbą włożenia pierwiastka duchowego (motywu opiekuńczego anioła) w ideę zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej.      

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Anioł Stróż autorstwa Romana Stańczaka w Parku Rzeźby na Bródnie w Warszawie.     Anioł na kandelabrze przed frontem audytorium muzycznego Rudolfinum w Pradze.     Rzeźba św. Michała Archanioła w niszy barokowego mostu przy Bramie Michała Archanioła w Bratysławie.     Posąg Archanioła Gabriela na Placu Bohaterów w Budapeszcie.
    • @Berenika97 Dziękuję Ci z całego serca!...  Pozdrawiam Najserdeczniej!!!
    • Meta, leżeli ileże latem?    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...