Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Stoję przed bramą Auschwitz. Znad bramy szyderczo skandują do mnie duchy nazistowskich zbrodniarzy: „Arbeit macht frei” – „Praca czyni wolnym”. Tylko jeden fakt pozwala mi na przejście bez obawy obok zwojów drutu kolczastego. Fakt, że żyję te siedemdziesiąt lat później…
Czas, moja Beatrycze z „Boskiej komedii”, pozwoli mi bezpiecznie przejść jak Dantemu, przez bramę, której sarkastyczne motto równe jest dantejskiemu zawołaniu znad Piekła: „Porzućcie wszelką nadzieję – wy, którzy tu wstępujecie”.
Faszystowska kpina boli. Boli jeszcze bardziej z każdą kolejną myślą. Rozum na przekór czasowi podejmuje próby powrotu do lat 1940-45 – czasów „świetności” tego miejsca. Na jego zawołanie przed bramą ustawiają się grupy ludzi. Przemęczeni, zziębnięci, niektórzy chorzy i kalecy. W wysłużonych walizkach niosą całe swoje życie. W ich miastach i wioskach hitlerowcy wcisnęli im jak zgniły owoc nieudacznikowi na bazarze nadzieję na lepsze jutro. Była w opłakanym stanie, ale pomagała przetrwać koszmarną przeprawę z domu do obiecywanego lepszego świata. Przechodzą ze mną przez bramę Auschwitz. Wraz z dorobkiem całego życia, mieszczącym się w paru centymetrach sześciennych walizki, nazistowscy fanatycy wyrywają im resztki obumarłej nadziei. Potem zabierają im ubrania, biżuterię, włosy, rodzinę, godność, wiarę, poczucie bezpieczeństwa i odrębności. Nie mają już nic i są nikim. Są tylko numerem.
Mój Wergiliusz – współczesny Przewodnik po przerażających czeluściach tego, na szczęście już wygasłego, piekła na ziemi. Wykonuje rzetelnie swoją pracę. Słowa, które wypowiada dzisiaj do mnie, wychodziły z jej ust wiele razy. Ciągle jednak słychać gdzieś w dźwiękach jej mowy echo pierwszego wstrząsu, którego doświadczyła, widząc po raz pierwszy to miejsce. Przeprowadza grupę znaną jej trasą.
Idziemy do pierwszych baraków. Naznaczona piętnem czasu czerwona cegła, jakieś drzwi, okna… Przygotowani na inwazje ze strony najrozmaitszych wrażeń w milczeniu wchodzimy do pierwszego z nich.
Wrażenie znośnej normalności zaciera się wraz z zatrzaśnięciem drzwi. Wnętrze poraża grozą. Czuje się na plecach oddechy dawnych mieszkańców tego miejsca. Pomieszczenia są puste i przestronne. Odczuwam niemalże samotność, której towarzyszą tylko szepty zwiedzających. Sam na sam z historią. W wyobraźni dodaję sobie do odpychających ścian i gołych podłóg rzesze egzystujących w tych strasznych warunkach więźniów. Brak środków do życia, brud, fetor, dantejskie sceny… Robi się ciasno.
Widok kolejnych baraków jest jak kolejny bolesny zastrzyk. Z każdą iniekcją podwyższa się poziom niezbadanej mieszaniny w organizmie. Mieszaniny przerażenia, wstrętu, złości, współczucia, niedowierzania i miliona innych „oświęcimskich” doznań.
W kolejnych budynkach przechowywane są przedmioty po zamordowanych więźniach – niemi świadkowie tamtych wydarzeń. Jedno z pomieszczeń zajmuje kłębowisko włosów. Niegdyś każdy pukiel miał inną barwę. Dziś wszystkie solidarnie przyjmują kolory wyblakłej czerni lub ohydnej białości. Te włosy sprawiają, że ich dawne właścicielki jednoczą się nawet wtedy, gdy nie ma ich już na tym świecie. Kiedyś każda była kimś innym: jedna była pielęgniarką, inna gospodynią domową czy nauczycielką, a dziś wszystkie stanowią jedną grupę: więźniarki obozu Auschwitz.
W oceanie pofalowanych włosów utonął zapewne niejeden piękny warkocz. Jeden z nich nie został nawet rozpleciony za pomocą pozbawionych człowieczeństwa hitlerowców – maszyn, pracujących dla tej fabryki śmierci. Duszę rozdziera bezsensowne wołanie: „Przecież on do kogoś należał!” Nigdy nie dowiemy się, do kogo. Nigdy nie znajdziemy właściciela połamanych binokli, zaplątanych w drucianym gąszczu mnóstwa innych. Może był nim światły profesor albo niespełniony poeta, topiący w morzu alegorii żałość nad śmiercią swej ukochanej? A może zwykły, szary człowiek, który codziennie odprawiał przy łóżku błagalne modły, by ręka Boska uchroniła go przed uliczną łapanką? Czym zajmowała się kobieta, która była właścicielką eleganckich białych bucików? Może żołnierze zgarnęli ją z ulicy zaraz po jakimś uroczystym przyjęciu? A może została jej tylko ta jedna para butów, bo wszystkie inne zaginęły w zgliszczach wojny? Jak wyglądał mężczyzna, który koślawo nakreślił swoje nazwisko na starej teczce? A może przytargała ją tutaj jakaś samotna kobieta? Pytania przytłaczają do omiecionej milionami stóp podłogi.
Po barakach błądzi wielu ludzi. Słychać tu mnóstwo języków z całego świata. Przewodniczka obok zwraca się do swojej grupy w jakimś innym słowiańskim języku. Z piętra schodzi gromada skośnookich Azjatów. Gdzieś ktoś mówi po niemiecku. Swoją drogą, co oni mogą czuć, zwiedzając to muzeum?
Muzeum – ta nazwa zupełnie odbiega od ludzkich wyobrażeń tego miejsca. Próżno tu szukać sterylnie czystych gablot, w których eksponaty błyszczą się od progu. Nikt nie przyszedł tu oglądać dzieł sztuki. Wszyscy przyszli tu oglądać „produkty uboczne” z fabryki śmierci. Rzeczy, która należały do osób straconych w tym miejscu za irracjonalną ideologię jednego człowieka, który swoją charyzmą potrafił zarazić innych śmiercionośną bakterią. Bakterią nienawiści.
Ostatni barak ukazuje mroczną prawdę. Prawdę o smutnej wegetacji więźniów. Pokoje… Czy to są pokoje? Nie. To parę ohydnych ścian skleconych na kształt pomieszczenia, którego obrzeża zaznaczają odrapane ściany. W każdym z nich po kolei przedstawiane są jak sceny z niemego filmu o życiu codziennym tamtych ludzi. Jeden z nich szczególnie się wyróżnia. To wnętrze, w którym stacjonował hitlerowski „opiekun” baraku. Nie odznacza się specjalną wytwornością: jakieś łóżko, biurko, krzesło… Jednak gdy porównamy je ze skrajnie ubogim w wygody lokum więźniów, do organizmu napływa kolejna dawka pogardy dla tamtych „ludzi”. I jeszcze ta myśl, że na tym krześle kiedyś siedział „człowiek”, mający na rękach krew tylu niewinnych ludzi, którym śmierć zadano tylko dlatego, że nie dane im było urodzić się rodakami Hitlera… Teraz to nawet lepiej. Jak powiedziała Marlena Dietrich „Można urodzić się w Niemczech, ale niekiedy przykro się przyznać do tego”. Mentalność człowiecza nie zmienia się tak szybko. Jeszcze przez wiele lat świat będzie miał Austriakom za złe, że wydali na świat istnego artystę zbrodni, malującego gorzkie obrazy szeroką paletą barw, złożoną z najbardziej wyszukanych odcieni śmierci i nienawiści – Adolfa Hitlera.
Ileż radości mógł przynieść więźniowi chorej ideologii widok wyczerpanego obozowymi rygorami człowieka, którego wyniszcza fizjologia własnego ciała? Samotna śmierć głodowa w brudnej celi – jedna z najgorszych egzekucji w hitlerowskim piekle.
Tak między innymi skończył święty Maksymilian Maria Kolbe – światły i niesamowicie odważny franciszkanin, który sam zdecydował o charakterze swojej śmierci, dobrowolnie zgłaszając się na przerażającą agonię w bunkrze głodowym za swego współwięźnia. Dziś w miejscu, gdzie poniósł męczeńską śmierć, oddaje mu cześć wielu ludzi. Modlił się tutaj także papież Benedykt XVI, który w tym roku odwiedził Polskę i podjął duchowy trud pielgrzymki w to miejsce kaźni.
Najbardziej „przytulne” miejsce obozu Auschwitz: metr kwadratowy powierzchni, ciemność i… trzech współwięźniów – nazistowscy fanatycy desperacko szukali coraz efektowniejszych sposobów zabijania i poniżania swoich „podopiecznych”. Przez organizm przepływa kolejna dawka pogardy.
Koniec „zwiedzania” baraków. Pani Przewodnik z każdym punktem planu wymaga od nas większego zaangażowania, coraz to większej wytrzymałości na ogrom myśli, rodzących się z każdą chwilą pobytu w obozie. Przy jednym z metalowych słupów, wyrastających wzdłuż „alei” opowiada wstrząsającą historię o kolejnej potwornej karze. Uciekam na chwilę myślą od toku zdarzeń w świat refleksji. Za co można było karać tamtych ludzi? Za wymaganie tego, co się należy: godności, wolności, szacunku? Mimochodem słyszę słowo „nieposłuszeństwo”. Nieposłuszeństwo?!? To było raczej posłuszeństwo wobec właściwym zasadom! W tym miejscu jednak wszystko ma inne miano…
Ściana Śmierci – tu hitlerowska maszyneria pochłonęła miliony istnień ludzkich. Patrząc ludziom w oczy trybiki tego mechanizmu beznamiętnie naciskały na spust. Nie trzeba chyba nic więcej mówić…
Idziemy w stronę krematorium. Nad nami Pan Bóg rozesłał żałobną szatę nieba. Nawet komuś z tak dużą imaginacją jak moja trudno wyobrazić sobie, że kiedykolwiek świeci tu słońce. Żałosna ironia…
Piece krematoryjne przerażają samym widokiem. Obrzydliwe, żelazne zdają się nadal wydawać skrzypiące dźwięki. W pewnym momencie odczuwam potrzebę pobycia tutaj samej. Szybko jednak to dziwne pragnienie zostaje wyrzucone z tego umysłu i zastąpione irracjonalną myślą, że nigdy w życiu nie chciałabym znaleźć się tu bez towarzyszy. Zwala się na mnie miliony najróżniejszych uczuć: współczucie dla ludzi, poniekąd przyczyniających się do takiego losu zamordowanych przez nazistów współwięźniów, czyli tych, którzy „pracowali” w tym miejscu, ubolewanie nad losem rodzin, które nawet nie miały możliwości pochować swoich bliskich, którzy z tego piekła wyszli „przez komin”, odrazę do istot, dla których przez barbarzyńską nienawiść i oddanie dla nieludzkiej ideologii nie mam nazwy.
Przemieszczamy się do Birkenau – części kompleksu obozowego Auschwitz.
Pada deszcz. Nawet pogoda użala się nad żenującą mentalnością hitlerowskich fanatyków…
Widząc lokum więźniów Birkenau – drewniane, przeciekające szopy, nasuwa mi się na myśl obrzydliwe porównanie ludzi do zwierząt. Czuję odrazę dla istot, które podsuwają mi takie porównania – bezlitośni naziści... Postanawiam nie rozwijać tego nieludzkiego zestawienia.
Patrząc z góry, z obozowej wieży na kolosalną skalę tego wydarzenia oddalam od siebie ostatnimi zdawkowymi myślami jakiekolwiek próby znalezienia odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”…

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta nie, jakoś nie widzę tego
    • @Berenika97 Dziękuję bardzo za analizę i docenienie obrazów rozkwitania :). Bardzo dobrze to opisałaś.  To poczucie wyobcowania połączone z tym, że świat dalej płynie i obecność tych zwłok pod krzakiem nie ma żadnego znaczenia.   @Charismafilos No, rozbawiłeś mnie :) Nie pod UJ, ale tam to pewnie faktycznie może być tak brutalnie :)     @APM Dziękuję za te piękne słowa, dodają otuchy. Mam nadzieję, że ten krzew nie jest wysuszony, a jedynie jeszcze nie zdążył otrząsnąć się z mrozów zimy :) 

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To mnie poruszyło, cieszę się, że do ciebie trafiłam, ale z drugiej, ściskam mocno :)
    • A więc dziś marcowa pełnia, tu wojny, bessy i hossy; A tam pełni Robaczego Księżyca z zaćmieniem losy. – Zaćmienia Księżyca z natury swej towarzyszą pełni, Księżyc się zaćmi, gdy drogi do swego węzła dopełni. Węzły są dwa: „Rahu” – północny – wstępujący, w tym dziś I „Ketu” – południowy – zstępujący. Nazwy zda się mi Bardziej fantastyczne to: „Caput Draconis” – „Głowa Smoka” Oraz przeciwna do niej „Cauda Draconis” – „Ogon Smoka”. I to coś znaczy? Podobno tak, i ja myślę, że anioł wie. Bo wbrew astrologom człowiek, choćby uczony, raczej nie. Nie, nie obserwowałem, bo zasłoniła jasność słońca I szare kotary kłębiących się smutnych chmur tysiąca. Lecz myślę, że szkoda, bo tu cichy kryzys, gdzieś naloty; Ktoś coś powiedział, lub gestem zrobił przykrość i co po tym? Gdy Księżyc Robaczy, i istotnie ziemia odetchnęła. Wciąż się sukniami zieleni i kwiatów nie ogarnęła, Lecz już ptacy w poranki pobudkami jej szczebiocą, Już jejś Marsie z towarzystwem górował, choć poza nocą. Myślę, że prócz ludzkich inne wpływy, osoby i moce Toczą cię ma części globu za wiosenne równonoce. A tam, chociam dziś niezdrów – sił u mnie tak skrajnie niewiele, Jak bywało znów przypłyną i się z Wami podzielę…! . . . Na koniec, przez noc, żeby nie było mi smętnie i łzawo, Przez gałęzie zajrzał mi Księżyc jak Słońce złotem żwawo.   Ilustracja: „Perchance”, pod dyktando Marcina Tarnowskiego „Księżyc zagląda przez okno”.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Annie   a może to nie ludzie chcą być jak czaty, Annie - tylko czaty uczą się być coraz bardziej ludzkie?    Twój wiersz lekko, ironicznie, ale bardzo celnie dotyka naszej epoki.     i tu tkwi jego moc !!!   super :)   pozdrawiam :)
    • Tak dla relacji  opartej na wzajemnym poszanowaniu   dla  melisy w kubku dla unikania cukru.   Dla  poezji po zmierzchu; rapującej dziewczyny z przedmieścia    Dla milczenia takiego, że  nie odpowiadamy na głupie pytania bo człowiek ma prawo do błędu     
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...