Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

A Ty, chociaż troszeczkę wczuj się we mnie i pomyśl, że choćbym nie chciał, pewne odczucia i myśli, a właściwie kłębowisko tychże w mojej głowie zdominowało mnie. I wiem, że muszę te odczucia, te myśli jakoś w sobie przeboleć, przetrawić, ale wierz mi, nie jest łatwo od takich odczuć i myśli się uwolnić. A tu masz przykład, jakie to są odczucia, jakie myśli:

Jestem nielotem, który jest na wylocie.

Teraz dla mnie śmierć ma tę jedną wielką zaletę, że nie tak łatwo ukatrupić kogoś, kto już nie żyje.

Mnie i tak już nie ma, konwulsje tylko mną poruszają, koleiny mnie prowadzą. Oczywiście, jeżeli tylko coś, czego nie ma może być czymś.


Tak mnie miła

Tak mnie miła
słowem popieściła,
że teraz to mi wszystko
tak smakuje, jak bez soli.

Mam jednak nadzieję,
że teraz wszystko
dla mnie, to jeszcze
nie wszystko jedno.

A że, co mdłe, to mdłe,
czy powinienem, czy nie,
ale wolę już to przełknąć.

Powiedzmy, że na lepszą,
na mądrzejszą, a może i
zbawienną przyszłość.


Jak my się kochamy

Nie mam już do ciebie
bezgranicznego zaufania,
a jeśli nie mam do ciebie,
to nie mam do nikogo.

Ale chociaż (nie wiem,
czy już, czy może
jeszcze nie tak prędko)
nie żal mi umierać.

No i czy ja cię muszę
przekonywać, jakie co
jest bez jednego kogoś.

A ty mnie, że kiedy
nie ma czegoś jednego,
to tak, jakby nie było nic.


I żeby nie było, że nie wiem, że w pewnym sensie nie istnieję bez Ciebie, czego nie mogę powiedzieć o Tobie (myślę, że na szczęście) beze mnie, bo Ty jesteś obrotną, jak mało kto i zawsze się zakręcisz tak skutecznie, tak dobrze, że dla Ciebie, przez Ciebie, co to dla kogoś, co to komuś dostać zawrót głowy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...