Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pory roku - Spojrzenie na zimę

Spokój i cisza otacza świat cały,
Puszysty, sypki, błyszczący i biały.
Mała śnieżynko, lodu odrobinko,
Jedna od drugiej inna i wspaniała,
Gwiazdek miliony tworzysz okruszynko,
Nieodgadnionej myśli Boga, chwała.
Jesienne piękno ślesz zimową szatą,
Niby jednaką, a jakże bogatą.
Złotego słońca odbijasz promienie,
Wzbudzasz wciąż we mnie zachwyt i zdumienie,
Jak Wszechmogącym jest jej Stwórca, Świata,
Że dla mnie stworzył, dał mi głębię, duszę,
Niech dusza moja do Niego ulata,
Za wszystko chwała, dziękować Ci muszę,
W ostoi leśnej świerków i jedliny,
Śniegiem pokryte niby wielkie czapy,
Z rzadka rozdziela je drzewo brzeziny,
Tworząc jak niby pojedyncze chałupy,
To leśnych stworzeń, dzikich legowisko,
Jeleni, saren i dzików gromada,
Przez lata z igieł powstało klepisko,
Bo od złych ludzi głów bronić wypada.
W świerkach krzyżodziób wije gniazdko małe,
By przed lutowym zimnem je ochronić,
Popatrz syneczku jak stworzenie całe,
Umie o dzieci swe dbać i je bronić.
W wiekowych sosnach dzięcioł w drzewo puka,
Jak dobry lekarz, drzewo opatruje,
Nic mu nie umknie i wszystko wyszuka,
To dzięki niemu wiele nie choruje,
W oddali widać ,na tle śniegu bieli,
Czerwone brzuszki gili, dwóch kochanków,
Jeden i drugi coś piskliwie kwili,
Kłaniają sobie, dwóch zgodnych wybranków,
Ruchliwe stadko sikorek, bogatki,
Wespół z modrymi sikorki z siostrami,
Zgrabne przemyka z gałęzi na kwiatki,
Gdzie trzeba zwisa, do góry łapkami.
W szczerym zaś polu, widoczne na śniegu,
Jak szare plamki, ciche w swym bezruchu,
To kuropatwy, rodzina w przebiegu,
Wstrzymana, nagłym zamieci podmuchu,
Złocisty bażant krokiem swym poważnym,
Kroczy po polu i okiem odważnym,
Lustruje teren, kury swoje chroniąc,
Przed głodnym psiakiem i lisem je broniąc,
Bliżej domostwa na niedużej łące,
Kucają w zaspie dwa szare zające,
Strzegom uszami, przyszły na śniadanie,
Trudne to czasy, będzie suche danie.
Kwaki i wrony, w przydomowym sadzie,
Obsiadły drzewa, przewodzą gromadzie.
Kruki, gawrony, wielkie jak owoce,
Spędzają ranki i zmierzchy , i noce,
By za dnia w dalszym terenie buszować,
Wszczynając burdy, intrygi swe knować.

Niech ten świat cudny przez Boga stworzony,
Będzie przykładem piękna i harmonii,
Nie chciej człowieku z Boga go okradać,
Nigdy nie będziesz dobrze ziemią władać,
Daj spokój duszy przez Boga stworzonej,
Niech hołdy niesie w podzięce dozgonnej,
Ty który sądzisz, że z małpy powstałeś,
I nigdy w życiu Boga się nie bałeś,
Niech twej rodziny, małp będą bratanki,
Małpy koledzy, małpie koleżanki.


Pory roku - Spojrzenie na wiosnę

Brzaskiem się budzi, piękna polska wiosna,
Złotym promieniem, dźwięcznym śpiewem kosa,
Strząsa czas zimy, świeża i radosna,
Brylantem błyszczy w drzewach ranna rosa.
Śnieżyczki przebiśniegi spod śniegu strzelają,
Odkryte łachy, kwieciem swoim bielą,
Jak za dar życia do Nieba wołają,
Idącej Pani Wiośnie,drogą sobą ścielą,
Stokrotek kosze, podobne rumiankom,
Uśmiechem radość , obok polne bratki,
W urodzie umkną subtelnym sasankom,
Foremny kielich, w fioletowe płatki,
Pierwiosnka urodna i zawsze wyniosła,
Słabe zapachy kwiatów w łąkę niesie,
Wśród miłków wiosny rodziny wyrosła,
Żółci złotawo na tle sosen w lesie,
Opodal stawy porosłe kaczeńcem,
Brzegi wokoło, niby żółtym wieńcem,
Które w ciepełku, spokojne wieczory,
Żabie koncerty, jakby ludzkie chóry,
Chwalą Boga i wszystko co rośnie,
Skacze i pływa lub śpiewa radośnie,
Perkozy piękne razem z krzyżówkami,
Zwinne igrają w grupie z cyrankami,
A boćki kroczą po podmokłej łące,
Okiem rzucając na klucze lecące,
Żurawi, w wodzie żaby wpatrują,
Mają żal wielki, że ciszę im psują,
Przylaszczki, ostróżeczki rosną tu obficie,
Niosą raz piękno dla owadów życie,
Wonne fiołki, podbiał pospolity,
Tworzą kobierce mleczami spowity,
Ściągną na łąki wielkie ich gromady,
Zapachem kwiatów, przeróżne owady,
Pierwszy bielinek, jest wiosny zwiastunem,
Zapowiedzią spokoju, ludzi opiekunem,
Kto go zobaczy roczek spędzi w zdrowiu,
Z buzią uśmiechu, jak księżyc na nowiu.
Raju ozdobą jest motyli grono,
Tak cudnie piększą w każdym roku łono,
Są fruwającym kwiatem, barwnym w różne wzory,
Przyrody mienią pomnoża w kolory,
Wiele rusałek krąży nad łąkami,
Z paziem królowej, razem z cytrynkami,
Spijają ranną rosę i kwiatów nektary,
Za czas pylenia to są kwiatów dary,
Trzmiele z osami i pszczół roje całe,
Zaspokajają w nie rodziny całe,
Pracowicie z kwiatuszka na kwiatek,
Nektar i pyłki znoszą dla dziatek,
Łąki porosłe kwieciem, trawami różnymi,
Są tu jak lasy , drzewami dużymi,
Które obszarem terenu ogromem,
Dla tych owadów spiżarnią i domem,
Kryją w ostępach ich całe gromady,
Pluskwiaki, prostoskrzydłe, chrząszcze i cykady,
One też w lesie radość z wiosny głoszą,
W świat ptasi grania dziękczynne zanoszą,
Las wielce czuły na wiosny powroty,
Szumem namawia ptactwo do roboty,
Budowy gniazd i dziupli sprzątanie,
Połączy w parki, w dozgonne oddanie,
Niżej przy norze stoi jak na warcie,
Mama lisica, szum słucha uparcie,
Dzieciom zapewni kolejne śniadanie,
Ważne rozpoznać zwierząt różne granie,
Z głębi zaś słychać, z gęstwin zagajnika,
Chrząkanie lochy, kwik małych przenika,
Rodzinka świnek po krzakach buszuje,
Bulwy owoców, z mamą poszukuje,
W każdym dniu z nimi terenu obchody,
Z obejściem pozna póki jeszcze młody,
Gronostaj smukły, borsuk, leśna kuna,
Dzieci swe karmią, prócz leśnego runa,
Którego z wiosną wielki niedostatek,
Znak wiosny, dobry, na runo zadatek,
Każdy z nas czeka na początek wiosny,
Wierzył, że dzień ten, świeży i radosny,
Świat znów spowije szatą swą- młodością,
Węzłem połączy, zgodą i miłością,
Marzenia naraz wszystkich się spełniły,
Przepiękną wiosną tu nam powróciły.

Pory roku- Wiosenne kwiaty

Śnieżyczki, przebiśniegi, razem z krokusami,
Są zwiastunem, że wiosna zawitała z nami.
Kwiaty śnieżyc, dzwonkami chętnie podzwaniają,
Zapach siejąc wokoło, owady ściągają.

Już kaczeńce po brzegach strumyka obsiadły,
Kwiatu buzie otwarte, jakby nic nie jadły.
Obok w lesie ziarnopłon klombami się kładzie,
Tworzy małe dywany, na wiosny paradzie.

Sasanka w bukiecie, wielkimi oczami,
Zdziwiona patrzy, w słoneczko nad nami.
Nie chce wierzyć, że już trzeba wstawać,
I chwalić Boga, piękno światu dawać.
Żółta pierwiosnka, wokoło się złoci,
Życie podkreśla, w tle starej paproci.
W drodze szafirki, kolor ich błękitny,
W niebie odbite, lekko aksamitny.
Wilkomlecz z babka, są we wąskie liście,
I w rannej rosie , błyskają perliście.

Skrajem lasu fiołki, też posiane rosą,
Piękną lasu ozdobą, tylko wczesną wiosną.
W głębi czosnek niedźwiedzi, zapachem i kwieciem,
Nic wspólnego nie łączy, kwiatuszka z niedźwiedziem.
Za to ścielą się zgrabnie, pod drzewami łachy,
Rozsiewając wokoło czosnkowe zapachy.

Podbiał – koszyczki do słońca otwiera,
Kiedy tylko zachodzi, natychmiast zawiera.
Zaś na szerokiej łące, jak perskie dywany,
Każdy inny i piękny, kwiatem ubierany.
Do słońca się uśmiechają, stokrotko- radosne,
Miłki, storczyk, jasnota, tak witając wiosnę.


Pory roku – Spojrzenie na lato

Swoją kolej ma lato, więc też zawitało,
Po roślinkach to widać, wzrastać im kazało,
W pszenicy która w żółć wpada, czerwieni się, złoci,
Żyta w kolorze rosy, gdy się rankiem poci,
Letnim kwiatem przeplata, błękitne chabrami,
Kąkolem i makiem, na miedzach wykami,
Te wchodzą w zagony, nieporządek wnoszą,
Kiedy przyjdzie czas zbioru w ogień rzucić proszą.
Lato w bogactwie polan i też łąki widać,
Może się każdemu tak z daleka wydać,
Niepozorne, że tylko w zieleni skąpane,
One tymczasem w żółciem, fioletem ubrane,
Czerwienią nie gardzi i niebieskim kwiatem,
Tu rodziny storczyków są budziszka bratem,
Który piękne niebieskie bukiety układa,
Obok szałwii, bluszczyka- babka również rada,
I chabrem łąkowym, koniczyn czerwieni,
Pachnąca macierzanką, naparstnica mieni,
Wszystkie te kolory trawy ubierają,
Razem bogactwo tworzą, urody dodają,
A nad tym wszystkim, jak w wielkiej paradzie,
Muzyki wszelkie słychać, to granie owadzie,
Te w trawie skrzypki stroją, pięknie wygrywają,
W powietrzu i na kwiatach, wcale nie odstają,
Trzmiel, pszczoła, podobne tonami,
Jak trąby, wyżej ważka, przygrywa fletami,
Wiele innych pomniejszych, już tutaj nie wspomnę,
Niepodobne wyliczać, bo mnóstwo ogromne,
Nad nimi z góry, król muzyki, śpiewu,
Skowronek, dość często skorawy do gniewu,
Pionowo, na dół , jak jastrząb pikuje,
Lub szybowcem płynie, terenu pilnuje.
W czasie tego czuwania wyśpiewuje nutki,
Wroga straszy, z czasu robiąc krótki.

Kiedy słońce w południe, znajdzie się w zenicie,
Wszystko jakby zamiera, inaczej niż w świcie,
Przycicha, krótko drzemie, by znów rozbudzone,
Chwalić Boga, że było przez Niego stworzone,
W takim dniu życie toczy się rytmem podwójnym,
W końcu kończy dzień piękny, jasny i bezchmurny,
Daje upust zmęczeniu.
Już w oddali widać słonko zachodzące,
Jakby nie chciało odejść, po niebie brodzące,
Czepia się lasu, wierzchołków promieniem,
Życie bierze odchodząc, pozostawia cieniem.
Nim to jednak nastąpi, omiata blaskami,
Robi tysiące złoceń, między gałęziami,
Przez nie patrząc na niebo, na ciemnym błękicie,
Rozchwiane widać liście, drganie, ciągłe życie,
Dębu, wiązu, klonu, urodziwej brzozy,
Pojedyncze wierzby, gdzie ptaki na łozy,
Prowadzą z sobą swary, zawzięcie się kłócą,
Inne nutki swe grają, końcem dnia się smucą,
Wśród traw w polu, przepiórka, daje okrzyk krótki,
By w końcu z dziećmi ukryć, przed wrogami,
W trawie dużej lub liści, zwanych łopianami,
Wiewiórka wśród gałęzi zwinnie się obraca,
Połyskując rudawo niby złota raca,
Dziupla, gałąź, znów dziupla, to znów na dół spada,
Znów do góry, gałąź, do dziupli dopada,
I tak wokoło,
W górze nad drzewami z wiatrem się zmagają,
Ptaki do nocnych gniazdowań zmierzają.
Po koronach drzew i po całym lesie,
Letni wieczorny wiater, polny zapach niesie,
Dojrzałego zboża, siana i kwiecia polnego,
Jakby chciał ukoić do snu wieczornego,
Z zapachem pól, leśne się mieszają,
Dzikiej róży, mchu, paproci i leśnego runa,
Oduża i usypia, anioł – noc zwiastuna.
Zanim przyjdą ciemności ptaki spać położą,
Cienie jednego drzewa, w całość lasu złożą,
Półcienie rządzą lasem, w przedsionku ciemności,
Wszystko powoli cichnie, zmęczon dniem radości!

Nowy w niebo wkracza, właściciel przestworzy,
Skłon srebrem jaśni, a na ziemi tworzy,
Różne znaki i kształty, przestrachem serwuje,
W innych wzruszenie, patos, miłość prowokuje.
Tym światłem, nocne życie lasu pobudzone,
Inne wprawdzie, lecz życie, dla nocy stworzone,
Towarzyszy hukanie, puszczyka czy sowy,
Niesie ich nocne śpiewy, po lesie, dąbrowy,
Przerywane czasami matek loch, chrząkaniem,
Rykiem jelenia lub lisa szczekaniem,
Nocne życie ucieka, kiedy dzień się budzi,
Wszystko co nocy własność, obawia się ludzi,
I przechodzi w spoczynek.


Wczesnym rankiem ptactwo obudzone,
Jako dzieci wesołe, nowonarodzone,
Tworzą ze swego życia znów początek wiosny,
Dlatego każdy ranek dla nich radosny,
I ze śpiewem witają, Bogu tak dziękują,
Za następny dzień życia, pieśniami hołdują.

Późne lato rozpoznasz, że od wioski niesie,
Kucie kos, które dźwięcznie odbiją po lesie,
Wczesnym rankiem nim uschnie wód poranna rosa,
Pierwsze pokosy kosi pracowita kosa,
Przed południem i za dnia, gdy zdatna pogoda,
Wiozą chłopskie furmanki tam gdzie ich zagroda,
Płody ziemi, co Bóg dał tego roku hojnie,
A ich ręce w mordęce urobiły znojne.

Pory roku – Kwiaty lata

Czerwcem lato zawita i wzbogaci kwiecie,
Las i łąki w najpiękniejsze w świecie,
Bo tym kwieciem są polskie, kwiaty wszelkie zioła,
Każdy z nich w tym języku coś do siebie woła.
I podkreśla urodę, tej Ojczystej ziemi,
Jeden dom i rodzinę, skarbami wszystkimi.
Oto pola koniczyn, z wiosną siane, nowe,
Tworzą w swoich kolorach, barwy narodowe.
To lucerna się żółci. Pomiędzy zbożami,
Chabry w błękitne płatki, mrugają oczkami,
Makom ślą swoje perski, które wraz z kąkolem,
Poczerwienił łan zboża, rozrastając polem.
Między lasem, a polem, w dużym zakrzaczeniu,
Trochę w słońcu, w większości lesistego cieniu,
Powój polny wraz z groszkiem, podąża po krzakach,
Wisi zgrabnie w tarninie, jak niby na hakach.
Dziewięciosił przykucnie i korony kwiatem,
W słońce hardo wpatrzony, wespół z swoim bratem,
Pewny siebie, bo kolcem piękna swego broni,
Oprócz tego i prawem, które prawnie chroni,
Wśród lasu, na polanie, kwiatem, który górą,
Naparstnicy kolonia, pokryta purpurą,
Piękne grona kielichów, których tu tak wiele,
Odwiedzają gromadnie przyjaciele – trzmiele.

Zaś obrzeżą przyleśne, piaskiem wyłysiałe,
Rozchodnikiem plecione, są łysiny całe.

Rzednie las, mchem porosłe tu całe podłoże,
Wrzosów wielkie wysepki, niby polem zboże,
Wśród kwiecia ich kłosów, ciągle się ugania,
Owadów wielka mnogość smakosz – miodobrania.

Pory roku – Spojrzenie na jesień

Zmęczone jakby, kończącym się latem,
Kładą się liściem, usychają kwiatem,
Złoconym pięknem, ubierają liście,
Czerwienią, żółcią, wilgocią się szkliście,
Purpurą, w różne ubierają wzory,
Tworzą na ziemi, upiększając bory,
Kolcem kasztanów, czerwienią się główki,
Z białawą plamką, niby Boże Krówki,
Dąb swe owoce też rozsiewa wszędzie,
W szarych czapeczkach, to właśnie żołędzie,
Leszczyny, jarząb, owoce buczyny,
Tworzą na drzewach, ziemi, magazyny,
Które dla zwierząt we dnie i wieczory,
Są w lesie sklepem, jak na wsi komory.

Po sennych polach srebrną nicią wzlata,
Ostatnią przędzą, pajęczego lata,
Od dawien dawna, zwane babim latem,
Są dla tej ziemi jej ostatnim kwiatem,
Które przyciąga każdego spojrzenie,
I przypomina, że polskie jesienie,
Zwane złotymi nie kończą nim życie,
Ale są przejściem, do ranka, o świcie.

Kartoflisk pola, orane tamtędy,
Tutaj koszone, badyle, ich pędy,
Złożone, potem palone ich kupki,
Niosą do góry dymu gęste słupki,
Kopiącym mówią o dobrej pogodzie,
Pięknym poranku, o pięknym zachodzie,
Czasem zaś wiater, leciutkim swym chuchem,
Snuje po ziemi niosąc swym podmuchem,
Zapachy ziemi, palonej zieleni,
Wspomina wszystkim o późnej jesieni.
Zapach pieczonych w ogniskach ziemniaków,
Też do jesieni należy zapachów,
To ze wsi dzieci, pasąc na ścierniskach,
Jedzą ze smakiem, siedząc przy ogniskach.

Na mokrych łąkach, gdzie się kończą sady,
Boćków klekoty, rodzinne narady,
Któryś podskoczy, inne znów lądują,
Są w ciągłym ruchu, sił swoich próbują,
Przed długim lotem gdzie będą zimować,
Teraz wciąż ćwiczą by szyków nie psować,
Te ich powroty, duże ich ilości,
Mówią o ziemi, ciągłej jej czystości,
Są ich oazą, cieszą gościnnością,
Każde powroty wiosenną radością.

Tam zaś u góry, ku dzieci uciesze,
Płyną kluczami gęsi całe rzesze,
Rzędy żurawi, płyną hen po niebie,
Równo jak liście jesiona na drzewie,
Jedne śpiewają równo, swym krakaniem,
Drugie na zmiany króciutkim gęganiem,
Z krótkich tych pieśni można wywnioskować,
Że chcą pozostać, lecz muszą żeglować,
Pieśni żałosne, jak i smutna pora,
Smutkiem powiewa, poddanie, pokora.

Już często rankiem, po polach się ścieli,
Szroni przyrodę, śnieżynkami bieli,
I dzień jest krótki i często szarugą,
Z krótkiej i letniej, zrobi nockę długą,
Jest coś w jesieni, choć pokryta złotem,
Coś wciąż smutnego, związane z odlotem,
Lecz patrząc na nią, nadziei oczami,
Coś się wywiąże, między nią, a nami,
Bo chociaż smutne bywają odejścia,
Nie do powtórzeń każde wiosny wzejścia,
I słonko dziennie w zachodzie zapada,
Gdy znowu wzejdzie, każda dusza rada.

Tam w gęstym lesie, kolorowe liście,
Chociaż przymglone, żółcią się złociście,
I we tle lasu zielonej jedliny,
Słońcem mrugają wiekowej buczyny,
Im też spoczynek od czasu należy,
Jak człowiekowi, kiedy nocą leży,
Zimową porą, pomaż znów o wiośnie,
Zaraz też wróci, będzie znów radośnie.

Józef Bieniecki

Opublikowano

Proponuję skrócić tytuł do - "Pory roku"
i już w pod tytułach go nie powtarzać,
albo z takim tytułem ograniczyć się tylko do zimy
a jutro poczęstować nas wiosną ) itd.
i czytelnik by się nie nudził, lub znudził ).

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
    • Oklej Eli lej, Elko   Oklej, umilaj, ukop. A pokój Ali mój, Elko!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...