Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

żywe kwiaty dla zmarłych
jak zwodzone podniesione mosty
spieszą na spotkanie
nie oczekując nikogo

targują każdy wycyzelowany rys
w wysrebrzonych precjozach słońca
grają w skojarzenia od wczoraj do jutra
z rozdwojeniem czasu i przestrzeni
dziania się dźwiękoszczelnych ścian
na ranne słowa zorzy pieśni nad pieśniami

opium jest święte jasne jak piorun
w zamknięciu siebie własnym dźwiękiem
przepołowionym nieomylnym smutkiem
gdy chwile dogasają w opuszczeniu
zacierając abstrakcyjną akwarelę duszy
monochromatyczną fotografią w sepii

drzewa stygnące na przestrzał gwiaździstego nieba
i ścieżki pamiętające zapach deszczu na kamieniu
onyksowe mosty nad wezbraną rzeką by nigdy
nie wejść do tej samej wody ale iść nie dać się pominąć
i czuwać by nas nic nie ominęło w śnie ogniem podszytym
gdy chodzić będziemy za sobą ze świecą
wśród żywych kwiatów dla zmarłych









Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Janku , kiedyś ktoś mądry (dosłownie) pisał mi , choćby jeden czytelnik odniósł się ze zrozumieniem -pisz bo ,warto!
A ja nie wierzyłam , po czasie się przekonałam , ze warto!
Pisz!
Warto!
Pozdrawiam serdecznie !

Hania
Opublikowano

Niektórzy tutaj zachowują się jak gimnazjaliści na portalach społecznościowych.Jest to bardzo smutne, gdyż myślałem, że jest to portal dla ludzi dojrzałych, a nie zakompleksionych szaraków z mentalnością trzynastolatka

Opublikowano

takie mam wrażenie jakbym tam był i wszystko było o wiele prostsze, nie było zwodzonych mostów i tych wszystkich metafor, może cmentarze które odwiedzam są inne, może panuje tam inna atmosfera, ale tutaj w tym wierszu jest coś nadmiernie udziwnione
takie moje marudzenie po przeczytaniu wiersza

pozdr

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...