Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozdział 1


O świcie zdecydowałam się . Nareszcie. Długo trwałam w wahaniu odczuwając chęć i przymus. Tak, nie było innego wyjścia i dobrze o tym wiedząc od początku zdawałam sobie sprawę , że trzeba podjąć ostateczną decyzję. Ale za nią szła konieczność działania, bo myśleć ,kombinować , rozważać od różnej strony ,czasem , gdy znajdzie się wiernego słuchacza mówić o tym, jest o wiele łatwiej niż zacząć działać. O tym świcie,kiedy tylko przetarłam oczy i spojrzałam w kierunku okna rozświetlonego brzaskiem, mechanicznie, bez pośpiechu ubrałam się i nic ze sobą nie zabrawszy, prócz nieco jadła i picia, wyszłam za bramy Miasta Beznadziei. Nic ze sobą nie zabrałam i nic też za sobą , po sobie nie zostawiłam . Wszystko było przeszłością ,a przeszłość ta nie miała już mocy , teraźniejszość zaś pozbawiona była szans na nowe.
Zanim przekroczyłam granicę murów, kątem oka dostrzegałam inne nieliczne postaci rzucające długie cienie przełamujące się wpół , część na ulicy część na murze, by za chwilę wejść na którąś z dróg i stać się jednym długim cieniem , który miał nam towarzyszyć, aż do końca jako jedyny , a może nie ?
Tymczasem rzut oka na okolicę . Cóż za pustka ogromna, aż po horyzont . Płaskie pola, siwe i zrudziałe jak broda starca . Dróg było wiele . Ja wybrałam swoją i wiedziałam , że końca jej szybko nie dostrzegę , a przynajmniej tak mi się wydawało. I rzeczywiście szłam i szłam , słońce przypiekało coraz bardziej, a tu ani jednego drzewa , ruczaju bodaj małego stawiku, w którym można by zakosztować ochłody. Nic tylko droga i pola. Bezkres. Zaczęłam żałować wyboru , ale przecież w punkcie wyjścia wszystkie drogi zaczynały się tak samo i tak samo wyglądały . Jakąż miałam gwarancję , że tamte były lepsze? Zaczęłam , bardzo już zmordowana , spierzchłymi wargami wymawiać bezgłośnie modlitwy do wszystkich bogów , jakich znałam . Do wszystkich świętych o których mi mówiono. Uparcie w tym bezgłośnym szemraniu dostrzec pragnęłam tego jednego , jedynego , który mógłby, powinien był mi pomóc , bo słyszałam o tym , że niektórym pomógł . Zapewniali nawet o tym solennie. Nie było podstaw by temu nie wierzyć. Teraz jednak chodziło o mnie. To ja potrzebowałam pomocy , ale nie wiedziałam do kogo mam się modlić. Nie znałam tego jednego jedynego imienia , które by zadziałało jak zaklęcie i przynosiło ulgę wyzwolenia. Szepcząc więc modlitwę bez większej nadziei i uniesienia jaka zapewne powinna temu aktowi towarzyszyć zrazu nieznacznie , a potem coraz intensywniej nozdrzom dał się odczuć straszliwy fetor. Umiałam go rozpoznać i to od razu , gdyż już go przedtem znałam . Padlina. Gdzieś tu była , niedaleko. Czas jakiś fetor szedł przede mną , a właściwie to już we mnie przeniknąwszy mnie i wszystko dokoła. Zdawało się , że świat cały cuchnie i niebo i słońce , które wyżej stawało i prażyło niemiłosiernie. Ścierwo leżało na poboczu. Masywne rozdarte i wstrętne. Było to ścierwo dzika , odyńca. Nie miał jednej szabli , była wyrwana , wnętrzności wydarte i wyjedzone. Zagarniając poły sukni przytknęłam je do twarzy zasłaniając nos i usta. Nic to jednak nie dało. Przeciwnie, dusząc się własnym oddechem, po fali torsji, zwymiotowałam resztką płynu , który dawno wypiłam i kwasem żołądkowym palącym teraz przełyk i gardło. Wymiotując wdychałam fetor pełnymi płucami , tak że nie było już w nich śladu zdrowego powietrza. Pić , ach pić. Palenie kwasu stało się nie do wytrzymania. Rozejrzałam się bezradnie dookoła i nagle dostrzegłam to, czego nie mogłam dostrzec wcześniej, uwagę mając skupioną na padlinie a myśl zmąconą smrodem, gdyż i w umyśle zagnieździł się na dobre. Rosła trawa . Na tym ugorze zielona, bujna, tuż obok padliny. Zajrzałam za nią i dostrzegłam przyczynę jej bytu. Woda. Małe oko wody jak oko wielkiej ropuchy, zielone i modre zarazem, gdyż odbijało niebo. Rzuciłam się ku niej, a szklane oczy dzika wpatrywały się tępo w przestrzeń. To mnie zatrzymało. Ta woda jest z pewnością zatruta. Sygnał ostrzegawczy przyszedł nagle , ale poprzedzony był doświadczeniem pokoleń. One wiedziały , że padlina jest trucizną od której się umiera. Rozpoczęła się straszliwa walka pomiędzy pragnieniem, a rozsądkiem. Żeby choćby jedna podpowiedź , najmniejsza wskazówka. A jakby postąpiło zwierzę , ptak może? Zwierzęta obdarzone węchem , instynktem silniejszym niż ludzie wiedzą, co mają robić. Ja nie wiedziałam. Mózg prawie eksplodował, a oczy nieprzytomnie rozglądały się dookoła , to spoglądały w niebo , jakby tam szukały ratunku , to znów błądziły po polach, gdy wtem z jednego miejsca od horyzontu jeszcze bardzo daleko wzrok spostrzegać zaczął ruch jakiś nieokreślony, coś jakby kilka ciemnych punktów posuwało się naprzód wyraźnie w moim kierunku. Od razu poczułam niepokój , choć jeszcze pojęcia nie miałam , co to może być. Zapomniałam o pragnieniu i uwagę mą skupiło to niespodziewane wydarzenie. Nad szybko przemieszczającymi się punkcikami ukazywały się tumany pyłu, ziemia bowiem sucha była jak pieprz. Nagle doznałam olśnienia. To psy, wściekła sfora z pyskami wietrzącymi powietrze, pędziła w moją stronę. Dzik , ten dzik co tu leży też został przez nie rozszarpany , to nie ulegało wątpliwości jak i to , że i mnie spotka wkrótce ten sam los. Nie było czasu do stracenia. Uciekać i to jak najszybciej, tylko dokąd?
Droga, czego przedtem nie zauważyłam, wyraźnie zaczęła piąć się pod górę. Wzniesienie terenu było na tyle duże, że nie widziałam jej dalszego biegu. Rzuciłam się przed siebie ile sił w nogach ,a sfora przybliżała się z wściekłym ujadaniem. Moja ucieczka dodawała im impetu tak jak mi dodawał go strach pierwotny , głuchy i tępy , gdy niczego się nie dostrzega prócz śmierci co pędzi za tobą, tuż za plecami . Wzniesienie opadło nieoczekiwanie i oczom moim ukazał się dziwny tunel z drzew rosnących po obu stronach drogi. Drzewa splatały się gałęziami tak szczelnie , że w tunelu tym panował prawie całkowity mrok .Ten niezwykły widok zatrzymał mnie na moment, ale nie był to dobry moment na zastanawianie się . Tylko tu mogłam się schronić i choć psy też mogły wbiec tu za mną, ogarnęła mnie dziwna pewność , że tego nie uczynią, że jest to granica , której nie wolno im przekroczyć. Pewność zamieniała się w fakt. Psy po spazmie wściekłego ujadania w którym słychać było jak bardzo są rozczarowane , zaskomliły jeszcze trochę żałośnie i poszły sobie nie wiadomo dokąd . Może tam skąd przyszły , ale skąd ? Co było za horyzontem ? Jakie zło je tu przygnało i gdzie ja teraz jestem ?
Drzewa rosiły. Z każdego liścia, listka i listeczka spadała co chwilę kropla. Rosiło nieustannie. Po spiekocie i pragnieniu jakich jeszcze tak niedawno doznałam , dawało to olbrzymie uczucie ulgi. Mogłam też napić się do woli, gdyż z większych zwisających gałęzi woda ściekała cienką lecz nieustanną strużką. Teraz przypomniał o sobie głód. W spiekocie zupełnie go nie czułam , ale tu w mroku i chłodzie , po doznanych emocjach przyszedł ze zdwojoną siłą. Byłam na to przygotowana i za chwilę wyciągnięte z torby, przewieszonej przez ramię, dwie pajdy chleba, grubo posmarowane masłem, zasiliły mój skurczony żołądek. Życie prawie stało się znośne , a droga, choć dalej nosiła znamiona niewiadomej, wydała mi się łatwą do pokonania. Pełna więc optymizmu ruszyłam naprzód.
cdn.



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...