Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chciałbym dożyć czasów, kiedy będę mógł pójść do klubu jakiejś partii tylko dlatego, że dyskutowany będzie problem istotny dla mojego kraju, Polski, ważny dla jego mieszkańców i nikt mnie nie wyzwie od pisiora, platformersa czy jakkolwiek inaczej. Obecni zechcą mnie wysłuchać, będą polemizowali lub się ze mną zgodzą, a po spotkaniu prowadzący wszystkim podziękuje za głos w dyskusji. Wnioski zostaną zapisane, by po wielu takich spotkaniach dokonać kompilacji i przedstawić propozycje rozwiązań na najwyższym forum. Aby nikt nikogo nie opluł, nie wyzwał, nikomu nie naurągał. Aby powstała jakaś wersja rozwiązania pewnego problemu. Z innego klubu, innej partii pojawi się inna wersja. Będę wiedział, że społeczeństwo zostało zapytane o opinię, a nie posłane do przedszkola.

Przez to, że mój sąsiad ma odmienne spojrzenie na jakąś kwestię to nie staje się moim wrogiem. To byłby absurd. Ja go lubię i nie chce się z nim kłócić, ale nie chcę też zmieniać swoich poglądów. Po prostu on inaczej myśli o wystawianiu recept niż ja, ale razem pójdziemy na spacer, na kawę czy piwo, nasze dzieci będą wspólnie się bawić w jego lub naszym mieszkaniu. Nie stajemy się wrogami, bo nie jesteśmy. Nie może nas poróżnić długość recepty, bowiem i on i ja chcemy tego samego czyli dobrej ochrony zdrowia i to jest wspólnym celem. Podobnie traktować należy każde zagadnienie. Proste?

Tylko w dyskusji można znaleźć dobre rozwiązania. Cóż z tego, że wnosi dany temat ta czy inna partia. Pytanie ma brzmieć czy jest to dobre rozwiązanie, czy może być lepsze, czy służy społeczeństwu, czy jest dobre dla Polski? Złe pytania? Przecież pora skończyć pokazywać gest Kozakiewicza tylko dlatego, że propozycja pochodzi od chłopców w krótkich, czerwonych majteczkach, a nie od chłopców, też w krótkich majteczkach, ale zielonych. Można by znaleźć jeszcze chłopców w majteczkach innego koloru. Obserwując aktualny sposób prowadzenia dyskusji można odnieść wrażenie, że chłopcy już dawno wyrośli z tych kolorowych gaci, ale zachowania nie zmienili. Niektórym brzuchy porosły jak bębny, innym już prawie wypadły zęby od wykłócania się, a nadal zachowują się jak chłopcy. Po takich dyskusjach tylko zajadłość pozostaje i zaniedbane kwestie do rozwiązania, do naprawienia, do uratowania, do uproszczenia, potanienia.
Powtarzam pytanie: Dlaczego nie potrafimy dyskutować jak dojrzali ludzie, a nie jak młokosy lub stetryczali starcy, uparte osły lub przesiąknięci nienawiścią funkcjonariusze partyjni lub bezpieki?
Dwie odpowiedzi znam. Dla nich nie jest istotna polska racja stanu. Ważne są inne cele.

Drugą odpowiedzią jest, że nie umiemy. Nikt nas tego nigdy nie nauczył w całym okresie kształcenia. Nie nauczył również w okresie działalności społecznej, politycznej czy jakiejkolwiek innej. Przez dziesiątki lat była jedna racja, jedna „prawda”, jedna gazeta, jedna telewizja, jedna partia, jedna tajna bezpieka.

Nie czuliśmy się upodmiotowieni jako społeczeństwo. Nadal się nie czujemy. To nie chodzi o władzę. Nie chodzi o poczucie sprawowania władzy. To nie jest upodmiotowienie. To jest patologia. Z jednej strony poczucie przewagi nad innymi, z drugiej odczucie zagrożenia. To jest poczucie siły i strachu. Upodmiotowienie to poczucie wolności, możliwości wypowiadania się, nieograniczonego wyboru, przynależności do społeczności, kraju, narodu. To brak odczuwania zagrożenia. Nie boję się!!!

Przez lata wisiało nad nami zagrożenie, niepewność. Dominowała propaganda i propagandyści. Karmiono ludzi czymś nierealnym. Nie dyskutowano z ludźmi tylko narzucano rozwiązania. Tak ma być, a wy się i tak nie znacie. Wasza wola się nie liczyła i nie liczy. Tu jest przepis, procedura, ustawa. Wykonać! Tak było za czasów niemieckiego okupanta, potem NKWD, UB czy SB. Teraz też nie widać dyskusji tylko dyktat. Tak ma być, bo tak ma być.

Dyskusji nie ma. Koalicjanci dyskutują bez dyskusji. Zresztą nie wiadomo o czym. Przedmiot hipotetycznej dyskusji ich personalnie nie dotyczy, bo układającym się stronom nie będzie na przykład groziło 850zł emerytury. Przykładów można mnożyć.

Nie umiemy jako społeczeństwo dyskutować. Jak zazwyczaj bywa do celu można dojść różnymi drogami. Są drogi dłuższe i krótsze, wygodne i trudne, bezpieczne lub nie. Należy wybrać drogę najbardziej optymalną. Tymczasem proponowanie rozwiązania nawet niewiele odbiegającego od strony przeciwnej jest uważane jako obraza majestatu. Skąd ten majestat się bierze, jeżeli najczęściej nie ma żadnych podstaw, by nawet mieć jakiekolwiek doń pretensje?

Brak rzeczowości, brak dyskusji umieszcza nas gorzej niż w epoce kamienia łupanego. Brak wiedzy, rozeznania, brak dojrzałych koncepcji rozwiązania trudnych problemów. Pojawia się za to jakże często wykrztałciuch z zdegenerowaną wiedzą, z zaliczonymi etapami kształcenia z woli niekompetentnych biurokratów. Pamiętacie może ten kawał, który nie był kawałem. Telefonuje do rektora I sekretarz PZPR i pyta: Towarzyszu rektorze, a na którym to jestem już roku?
W takich warunkach nie dyskutuje się nigdzie na świecie. Nigdzie na święcie nie dyskutuje się tam, gdzie nie ma wolności lub jest bardzo ograniczona wolność słowa. Nie ma dyskusji tam, gdzie jedyna racja jest racją propagandy – zmanipulowana informacja. Lata całe taka koncepcja dominowała. W jaki sposób ludzie, nawet ci pozytywnie aktywni, nauczą się właściwych wzorców? Nie ma takiej możliwości.

A może jest zupełnie inaczej. A może jest to celowy brak przejrzystości polityki, co nam nasuwa uzasadnione podejrzenie, że tu chodzi o zupełnie coś innego niż jest prezentowane w publicznej dyskusji. Może jest to dyskusja na pozorowany temat, temat atrapę, parawan przeznaczona dla mnie tak, aby spowodować we mnie wytworzenie określonej reakcji? Bo przecież dyskusja na pozorny temat musi być dyskusją pozorowaną, a więc kompletnie niewiarygodną. A może przyczyną mojej nieufności jest stale odczuwany brak upodmiotowienia mojej osoby.

Pora rozpocząć kreować nowe, pożyteczne społecznie wzorce. Pora nauczyć się dyskutować, wymieniać myśli, tworzyć wspólne rozwiązania dla dobra nas wszystkich. Różnica poglądów nie może być powodem wrogości. Nie może dominować argument siły, a siła argumentu. Jakże to wydaje się łatwe i uczciwe!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...