Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Samotność w wieku 22 lat na filmach nie zdarza się nigdy. W gorących Katowicach jak kto woli. Ona piła cosmopolitan, on którąśtam już whisky z lodem. Opary zdrowego rozsądku nie zdarzały się w tym pubie.

- Jedziemy do mnie?? - zapytała.

Yyyyyyy... Do mnie? Do niej? Na vespie? Już teraz?

- Jedziemy. Zadzwonię po taksówkę. Gdzie Ty w ogóle mieszkasz?
- Na ptasim osiedlu.

Za 5 minut rondo taxi, a właściwie tylko jeden ich samochód i kierowca o czystych śląskich korzeniach w zdezelowanym mercedesie zjawili się przed Incognito. Była druga nad ranem, ale całe miasto było duszne i gorące, a snopy światła z ulicznych latarń tańczyły, jeden między drugim.
W taksówce poczuł, że musi ją objąć. Musi jej dotknąć. Te kruczoczarne włosy opadające lekko na ramiona i zielone, prawie kocie oczy. Musnął jej rękę. Ona zdążyła tylko powiedzieć „Miau...” i pocałowała go. Już raz w takiej sytuacji prawie spadł z ławki, teraz to się nie mogło powtórzyć. Tamto to była licealna miłość – Alicja. Tamto było przed Strasznym Dworem w Katowicach i miał wtedy zdecydowanie zbyt mało lat. To, to była Monika i już wiedział co robić. Objął ją mocno i pocałował. Taksówkarz zerkał od czasu do czasu w tylne lusterko. Z czasem przychodziło mu to coraz łatwiej.
Dojechali – Kormoranów 15. Michał zobaczył przed sobą wielką willę z przeszkloną ścianą wychodzącą na ogród.

- To bydzie trzydzieści nowych polskich złotych – włączył się głos taksówkarza jak z synchronizatora.
- A nie wie Pan, że starych już dawno nie ma? – odpowiedział Michał.
- Jak Pan mo, to jo je biera.
- Nie mom, mom ino trzydzieści i miłej nocy.

Wysiedli. Dom był żółty, otoczony małym ogrodem z ładnie przyciętą trawą i drewnianym, brązowym płotem.

- Tu mieszkam. I jak?
- Jak z Miami Vice, tylko Katowice.

O dżizas! Sam nie czuję jak rymuję. Nie pij więcej 5 whisky pod rząd. Michał miał metr dziewięćdziesiąt pięć, więc było w co lać, ale nawet dla takiego faceta to już było trochę za dużo.

- Tylko się nie baw w Don’a Johnson’a. Śmiesznie byś wyglądał w jego marynarce. – odpowiedziała Monika i zaczęła szukać kluczy w torebce. Trochę jej to zajęło. potem okazało się, że w torebce nosiła wszystko – od gazu łzawiącego, klocków lego, tysiąców rodzajów kredek, tuszy do rzęs, perfum do słodyczy pedigree dla psa, którego zresztą nie miała. Mieli rodzice w Nowym Sączu.

Zaczęli się kochać tuż za progiem. Przytulił ją mocno i pocałował. Jęknęła... Dockersy szybko znalazły się na podłodze, jej dżinsy też. Obcasy, bluzka były następne, a za nimi koszulka polo. Jego oczom ukazał się stanik – czarny z bordowymi wstawkami i takie same stringi. Zaniósł ją do łóżka.

- Prosto i w lewo. Masz prezerwatywę?
- Mam. Ciiiiiii.

Dessous szybko skończyły obok łóżka i zobaczył piękną kobietę. Nocne powietrze muskało jej ciało. Światło z ulicy obrysowywało czule jej piersi i sutki, na które mógłby się gapić godzinami. Włosy falowały niczym Bałtyk. To wszystko było w jego głowie. To wszystko było obok. Ona była obok. Ona przez duże „O”. Dotknął jej pośladka, a jej ciało wkrótce zaczęło płynąć gdzieś nad nim. Nie pamiętał ile razy zrobili to tej nocy. Wiedział za to kim była Monika.

MICHAŁ

„Och jo…” – powiedziałaby teraz moja przyjaciółka, dla której kiedyś byłem kimś więcej niż przyjacielem i która też błądzi po stronach onetu w poszukiwaniu czegoś, kogoś, chyba sama nie wie czego. A czy ja wiem? Nie. Przyjaźnie, romanse, przygody, seks to tylko atrybuty stosunków międzyludzkich. A czym jest miłość??? Nędzną próbą syntezy wyżej wymienionych przez bożka głupoty. Nie twierdzę, że miłości nie ma, że jest „niebywała”. Miłość jest po prostu umową nienazwaną w kodeksie ludzkich spraw – i na tym polega całe popapranie życia. Sami możemy miłość kształtować i nie wiemy kiedy przyjdzie, czasami chcemy tylko jej bez jej atrybutów, a Bogowie na górze wypinają brzuszyska i śmieją się w głos. Inna piękna pani twierdzi, że mnie zrani jak tylko mnie pozna. Fatalistka powiedziałby ktoś. Pewnie fatalistka. Przewrotność tego życia polega na tym, że najbarzdiej znaną piosenkę o Warszawie napisał facet z Częstochowy, ktoś taki jak ja studiuje finanse, a pani wymieniona powyżej szukając czegoś zamyka sama siebie w klatce.
Bywałem na tym świecie zdradzany, zostawiany, raniony ale to nie jest powód do dzielnego marudzenia, czyż nie?? Czasami po prostu ktoś włączając lewy kierunkowskaz skręca w prawo. Ot, cała filozofia, całe życie. Mam coś w psychice tak ohydnego, co nie pozwala mi czynić powyższych rzeczy wobec kobiet. W związkach więc jestem niespełniony. Jeśli kiedyś mi się to zdarzy, przysięgam napisać książkę o całym moim życiu (to się chyba nazywa autobiografia), napiętnować haniebne samobójstwa po czym zabić się z chwilą postawienia ostatniej kropki. Zupełnie jak pewien Francuz odznaczony w czasie II wojny orderem wszelkiej szcęśliwości czy podobnym badziewiem, wybitny pisarz, zabił się w 1980 roku, po napisaniu książki ku pochwale życia. Może to on był bożkiem głupoty??? Jeśli myślicie, że to jest powód do radości, nic bardziej błędnego, Bożki głupoty rodzą się wciąż i stale. Kiedy patrzysz na Romana G. wybałuszającego swe oczy w prokuratorskim pożądaniu bycia wielkim (bez obaw - nie uda się) czy wybitnego ekonomistę polskiego pana W., oni wciąż tam są i szczerzą zęby, podczas kiedy my chcemy tu znaleźć lek na wszystkie troski w postaci jednego słowa.
Może się uda??? Never say never albo „nunca” jak mówią Hiszpanie (a na Majorce wciąż więcej Niemców…) Pewnie siedzicie teraz przed tym i zastanawiacie się – co ten facet bazgroli???(jeśli to właściwe słowo). Nudzę się… Śpiewa Muniek Staszczyk. Czekam.

PIĘKNY WIERSZYK NA DOBRANOC

A deszcz pada i pada dzwoniąc o szyby
i budząc ze snu ciepłe marzenia…
Ciekawe co by było gdyby nagle przestał?
Nowe lalki, małe misie, niewinne zabawki…

Cyk! I już ich nie ma…
Bo deszcz przestał i przestały marzenia…
A co gdyby, wcale nie, proszę pana, deszcz przestał padać, a dzwoneczki dzwoniłyby dalej o szyby?

Co by pan zrobił? Pańskie marzenia?
Nowe lalki, przytulanki, takie pluszowe, zwykłe misie ze sklepu z zabawkami czekają za szybami, a deszcz – kap! kap!

Rozmazuje im świat…
A właściwie to co wiesz o pluszowych marzeniach?
Czy to deszcz, czy to ty?
Nieważne. One zawsze tam są, za szybą…

***
Muchowiec w lipcu rozkwita zielenią, pyłkami traw i milionem os. Słońce nie daje im wszystkim żyć, windując rtęć w termometrach gdzieś w okolice czterdziestej kreseczki. Czekał na nią obok jednej z budek z lodami. W końcu zjawiła się jak zwykle ubrana ubrana w jego marzenia. Obok niej maszerował dzielnie chłopiec, na oko dziesięcioletni z blond czupryną.

- To jest Grześ, mój syn, ma 9 lat. – powiedziała kiedy tylko znalazła się w zasięgu słuchu michała.
- Cześć, Grześ.
- Cześć.
- Oooo! Widzę, że masz piłkę. Zagramy?

Chłopiec lekko zmieszany i niepewny swojej sytuacji zaczął wodzić po drzewach wzrokiem. Uśmiech falował na jego twarzy,

- Zagramy. – odpowiedział w końcu po paru sekundach ostrego namysłu.

Obok było boisko z bramkami jak do hokeja na trawie, co zdziwiło Michała. Od 12 lat uprawiał ten sport w Siemianowicach i nie spodziewał się takiego widoku tutaj – Na Muchowcu. Grześ miał wyraźne problemy z koordynacją, normalna przypadłość dziesięciolatka.

- Połóż nogę na piłce i wsuń ją pod siebie, a potem drugą nogą kopnij ją do przodu. obrońcę masz za sobą – Michał w drużynie znany był z tego, że oddawał piłkę koledze po dobrych 5 minutach kiwania, co wprowadzało wszystkich w szał. W piłce nożnej było podobnie.

Grześ próbując wykonać cały manewr poplątał nogi, wykonał malowniczy obrót wokół własnej osi po czym zajął się łapaniem zająca.

- O matko! Grześ! Nic Ci nie jest?! – Monika pędziła już z drugiego końca boiska, a Michał wiedział, że to nie znaczy nic dobrego.
- Mówiłam ci, żebyś uważał. On jest najważniejszy w moim życiu. On i tylko on. Chodźmy lepiej na lody. – wyrwało się tylko z jej ust, które nie mówiły już tak pewnie jak wtedy, kiedy spotkali się po raz pierwszy.

Usiedli przy jednej z obleśnych budek. W asortymencie piwo, piwo, piwo, piwo, wino spod lady i wszelkie mini słodycze poparte lodami nestle. Grześ zapodał jednego z lodów, który był o mało co większy niż on sam. Michał tradycyjnie piwo, a Monika niegazowaną wodę mineralną. Usiedli przy stole z desek.

- Wiesz już, że jestem w separacji. Grześ to jedyne co mam. Mój mąż jest dilerem mercedesa w Katowicach.
- Jak to się stało, ta separacja?
- Separacja stała się bardzo prosto. Zakładaliśmy ten salon razem. Paweł mieszkał w Katowicach. Jeździł do Nowego Sącza na wakacje z kuzynem na jakieś obozy harcerskie. My z siostrą zawsze się tam kręciłyśmy. Wiesz, małe gówniary. Zawsze bardziej podobał mi się jego kuzyn – Adam. Ale Adamowi podobała się moja przyjaciółka, a Paweł kiedyś zaprosił mnie na spacer wokół jeziora. Nie wiem ile miałam lat – 18? Potem przyjeżdżał już nie tylko na wakacje, ja zaczęłam studia na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Spotykaliśmy się coraz częściej. W końcu zakochałam się. Nie, nie zakochałam się. Tak mi się tylko wydawało. Gnój!
- Ale co się stało?
- Co się stało? Otworzyliśmy salon. Salon zresztą dalej funkcjonuje. Robiłam całą rachunkowość, mimo że mam znacznie większą wiedzę z Barei. Kiedyś przyszła do nas słodka blondynka, wiesz – lalunia barbie, potrzebowaliśmy sekretarki. Przyjęłam ją do pracy. Kilka miesięcy potem zaszłam w ciążę, a Pawła zaczęło ubywać w domu. Coraz rzadziej się kochaliśmy... Siedział w salonie i załatwiał to jedno, to drugie. Czasami dzwonił, że musi jeszcze zostać, wracał następnego dnia. Wiesz, kobiety są głupie, śmieszne dwudziestki myślą, że będą miały domek, psa, dziecko i samochód kombi!!!
- A faceci?
- Faceci to chuje!
- No nie da się ukryć, ktoś na górze to tak wymyślił.

Monika roześmiała się.
- Skąd Ty się człowieku wziąłeś?
- Z macicy. Chyba....

O mało nie spadła z ławki. Śmiała się chyba z trzy minuty zanim zdołała wykrztusić z siebie następne słowo.

- Och jo... W końcu się połapałam, że coś jest nie tak, ale miałam nadzieję, że jakoś się mylę, nie wiem na co liczyłam, po co i dlaczego. Miesiąc po urodzeniu Grzesia Paweł powiedział, że odchodzi, że nie wie, że nie jest pewien, źle się czuje. A ja ją przyjęłam do pracy. Głupią paniusię z cosmopolitan i tipsami! Poszłam do adwokata i ot, cała historia separacji. Tak to ludzie robią.
- Przykro mi. Nie rozumiem faceta, patrzę na ciebie w tej sukience z rozwianymi włosami i nie rozumiem faceta.
- Mnie nie jest przykro, mnie jest głupio.
- Klipuś bajduś, don’t be przykro. – Michał mrugnął lewym okiem i dotknął jej policzka. Lubiła, kiedy dotykał ją dłońmi własnie tam, czuła się jakoś bezpiecznie.
- Spadawszy nach Hause? –zapytał.
- Spadawszy, chodziwszy.

Oboje uśmiechnęli się. Trzeba było jeszcze przekonać Grzesia, żeby przestał łazić po drzewach i zapakował się z nimi do czarnego megane. Prowadziła Monika, Michał nie miał prawa jazdy. W ogóle motoryzacja go brzydziła. Czasami myślał, że nie jest stuprocentowym facetem. Wszyscy faceci mieli skóry, fury i komóry. Skórę i komórę miał, ale nie jeździł nawet na rowerze, tylko na boisku między obrońcami i to też nie zawsze. Nawet Chudy – jego najlepszy kumpel jeździł skodą favorit, która tak naprawdę przypominała T-34 po trafieniu pociskiem, ale jednak jeździła. Na gazie, bo na gazie i przy prędkości sto czterdzieści na godzinę Chudy trzymał przednią szybę, żeby pęd powietrza nie wcisnął jej do środka, a Michał dach i lusterka, żeby wiatr ich nie oberwał. W ogóle skoda jeździła sto czterdzieści tylko z przepaści. To było auto z historią. To w niej dojechali do Warszawy na turniej Prohokej Cup, wygrali wszystkie mecze, Michał strzelił 14 bramek z akcji, a potem jeszcze wrócili do Siemianowic ze srebrnym pucharem za pierwsze miejsce. Teraz Michał wracał do Katowic, Kormoranów 15.

MICHAŁ


Jimmie on the vocals!!! Jedziemy!!! Myślicie że są jeszcze anioły na tym świecie? Albo nie „jeszcze” – czy w ogóle są? Myślę, że zdarzają się tylko dobrzy i źli ludzie. I jeśli spotykamy tych pierwszych, nazywa się taki ewenement „szczęście”. A jeśli tych drugich… No na to jest już cała masa rzeczowników i przymiotników, więc chwała tym, którzy to kiedyś spiszą. Tylko po co? Lepiej pisać o rzeczach dobrych. W najnowszej książce Osieckiej, która jakby nie było jest próbą wskrzeszenia tego, co było, a nie wróci – tęsknota polska rodzinna i beznadziejna, pisze tak (albo jest napisane): „Dobrze będzie. „Wydeo” jak wszystko co się toczy, nie będze przecież po wieki wieków kanciaste. Wygładzą się rysy, zbieleją dłonie, a serca zkwitną na słońcu jak małe, czerwone peonie. I pewnego dnia popielaty z subtelności młodzieniec przeprowadzi mnie na drugą stronę jezdni, deklamując sagę norweską. Ale jakie my będziemy już przeraźliwie stare.” I pani Agnieszka miała rację dziś mijam jeszcze na ulicy takiego Philips’a albo Sony. Niektórzy z nalepką DVD na czole. Tylko sagi nie deklamuję, ale robią to za mnie w pewnej reklamie herbaty w ti – wi. To „wydeo”, to są Ci źli ludzie, czarne anioły. Rysy mają wygładzone przez solarium i kosmetyki sygnowane znaczkiem CD (wcale nie płyty kompaktowe, ale do wątku pasuje) i ciągle żyją w rezygnacji. Zrezygnowali już ze swoich studenckich ideałów, zrezygnowali już ze swojej godności. Na palcach noszą złote sygnety, żeby nie zapomnieć, kogo skosić w następnej kolejności. Debilizm czasów polega na tym, że my dajemy się nabierać wciąż i w koło. A potem dostajemy esemesy o naszej małości (względnie o małości niektórych narządów, o których nie będę się rozpisywał – chodzi o to, co nam w głowie gra). I tak….
Refleksja świąteczna. W ogole święta w tym roku były „original” i powinno się temu całemu przedsięwzięciu doczepić jakąś metkę. Deszcz leje jak w październiku, w tiwi jak to w tiwi nie ma nic ( a abonamencik płacić każą!). Karp na stole nic nie mówi, bo się okazało że akurat jest jesiotrem i jest mu widocznie głupio. No i ja w środku tego bajzlu. Na HBO można zobaczyć serial pt. „Anioły w Ameryce” – bajeczną opowieść o homoseksualiźmie i potrzebie tolerancji jak najbardziej w amerykańskim „stajl”, gdzie podobno ta tolerancja jest, ale kręcą filmy. Baran by osłupiał. Radzę nie oglądać (albo nie radzę oglądać) bo film jest marny, a będzie jeszcze 5 odcinków. Znam jednego geja, fajny facet, żeby sobie nikt nie pomyślał, że jestem nietolerancyjny. Ale założę się, ze po obejrzeniu rzeczonego arcydzieła kinematografii zaoceanicznej ów gej padłby trupem.
Świat się stacza i zatacza. Ja więc nie będę tu stał i patrzył na to trzeźwo. Glenfiddich, 15 lat, szklaneczkę???

Opublikowano

Z góry przepraszam za te znaczki w stylu –, nie wiem co jest grane. Jesli ktoś ma jakąś sugestię jak to poprawić, chętnie skorzystam.

Bardzo długo mnie tu nie było. Niedawno znalazłem "Science Fiction"(roboczy tytuł) w moich dokumentach. pierwsza część jest tutaj: http://www.poezja.org/wiersz,3,19166.html . Co o tym myślicie? Warto to ciągnąć?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...