Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

przekonasz się za późno
że prawda tkwi w obłędzie
niech Ci i będzie dozowanym też

zobaczysz usłyszysz poczujesz
jak znika czas przestrzeń grawitacja
bezkolizyjnie jak we śnie

w odcieniach barwach fantastycznych
Wszechświata i wieczności
podejdzie śmierć

to jedyne pewne

dojdziesz i Ty do tego
że ratunek tkwi w obłędzie
dozowanym niech Ci będzie

w zawilcu śrubie zajobie
pierdolcu zakręconym sprzecznie
tylko i jedynie w tym to pewne

jak niepewne ciągle i wątpiące
że powstaniemy do nowego
przyobiecanego bez pokrycia

w bezwymiarowymym tle

nie będziemy wtedy widzieć
i pamiętać co było i co dalej
w kalendarzu z mgły

jak nie wiedzą tego dziś
błogosławieni których królestwo
jest w odcieniu nieba

poprawdzie i do jasnej sprawy
super błogosławieni to Szurnięci
bo już tu na Ziemi żyją w Raju

dozowanym niech Ci będzie
bo prawda tkwi w swym błędzie
w sztuce jak zadra tkwi

szum to czy nieszum pora cięcie..

Opublikowano

Ciekawa ekspresja, ale brak rytmu sprawia że czyta się to raz jak wiersz a raz czyta się to jak niewiadomoco [sic!].
Ciężko mi cokolwiek o tym powiedzieć, bo ma to swoje momenty i to nawet dobre, więc jedyne co powiem to, to że można by to było zrobić lepiej.

Opublikowano

-do takich dum dum.. z reguły nie wracam traktując to jako szkic,
a upiększanie chropawości w tym przypadku niewiele pogorszy..
rytmiki trochę też w tym widzę..
dzięki za wgląd i uwagę Ran

ps.jako ballada do recytowanego śpiewania..

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...