Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Taka, jakiej każdy zazdrości innym, bo bardzo rzadko trafia się coś tak pięknego i niezwykłego. A jednak ta bajka wydarzyła się naprawdę.

Obie z Helką jesteśmy tzw. „pannami z dzieckiem”. To taka społeczna kategoria, przypisanie do pewnego nieakceptowanego stada. Panny z dziećmi są odrzucane, maltretowane przez ojców i matki, nietolerowane w miejscach pracy, bezrobotne, zdane na łaskę i „dobre serce” rodziny lub szefa, który czasem taką zatrudni, ale nigdy nie okaże jej szacunku. Panny z dzieckiem są też wiecznie na językach sąsiadek, a czasem także sąsiadów. Są nielubiane za nic, podejrzewane o wszystko i spychane wszędzie na margines.
Traf chciał, że akurat ja i Helka znalazłyśmy się w tej samej sytuacji na tej samej klatce schodowej. Zamieszkałyśmy w tym samym budynku z naszymi maleńkimi dziećmi. Ja miałam córeczkę, ona – synka. Ja – raczej ciemnowłosa i dość ciemnoskóra, a córeczka – jasna naturalna blondynka. Hela – jasnowłosa i bladoskóra, a syn – pół-Arab. Oboje nasze dzieci – bez względu na różnice kolorystyczne – były i są przepiękne, wyjątkowej urody (oczywiście).
Pamiętam, jak kiedyś pod dom zajechała syrenka 104 czy może już 105 i zatrąbiła, a potem ja z maleńką Kasią zjechałyśmy windą na dół i wsiadłyśmy do samochodu, upchnąwszy wcześniej do bagażnika różne kółka ratunkowe, baseniki plastikowe, wiaderka, łopatki, ręczniki, termosy itp. Później kilka starszych sąsiadek nie odpowiadało mi ani słowa na „dzień dobry”, nie poznawały mnie. Aż któregoś razu w „przymusowej” rozmowie z sąsiadką w windzie (no bo w windzie trzeba było jakoś się zachować i zamienić kilka słów ze mną) napomknęłam coś niechcący o moim ojcu, który czasami nas zabiera nad Zalew albo nad rzekę. Sąsiadka się zdziwiła: „Ojciec???” Ja odrzekłam także zdziwiona: „Tak, ojciec...(?)” Od tej pory znów sąsiadki zaczęły mi się odkłaniać…
Było nam (mnie i Helce) źle na świecie. Ale też i dobrze. Miałyśmy ukochane dzieci, piękne, podziwiane przez nieznajomych. Kobiety na ulicy piszczały na widok naszych kurczaczków w wózkach. Panie w urzędach uśmiechały się słodko na widok zdjęć naszych maleństw do paszportu czy innego dowodu tożsamości. Byłyśmy dumne, choć nie miałyśmy za bardzo co jeść i nie raz – nie dwa karmiłyśmy się suchym chlebem i wodą. Tak było, choć mało które małżeństwo w to wierzy.
Faceci na ogół wierzyli. Myśleli, że podrywamy ich głównie z tego powodu, że nasze budżetówkowe pensje nie wystarczają nam na utrzymanie dzieci. Nie wiedzieli nic o tym, że człowiekowi – oprócz pieniędzy – niezbędna jest do życia także miłość. Nie czytali książek psychologicznych na ten temat, no więc skąd mogli wiedzieć? Tak więc nie miałyśmy powodzenia. Nic dziwnego, no bo w końcu po co komu od razu miłość matki i dziecka?...
Codziennie, zwłaszcza conocnie, przyklejałyśmy policzki do zimnych poduszek i marzyłyśmy o wielkiej, życiodajnej miłości. Po wielekroć nasze poduszki były nasiąknięte łzami. Wielokrotnie nie udawało się nam zasnąć przed zapłakanym świtem.

Aż kiedyś, gdy nasze dzieci były chyba w czwartej klasie szkoły podstawowej (i każde z nich chciało mieć ojca), dowiedziałam się czegoś tak wspaniałego, że miało to barwę cukierkowej sensacji. Nagle Hela zaprosiła mnie na wesele! Swoje własne! Coś takiego!
Okazało się, że poznała jakiś rok temu Igora. Nic mi nie mówiła wcześniej, no bo widywałyśmy się dość rzadko, a poza tym przecież tylu już było tych facetów i każdy okazywał się niewypałem – że nie było sensu powiadamiać przyjaciół o następnym. Dopóki rzecz nie zaszła aż do ślubu...
A było to tak. Igor (który ma to samo imię, co syn Heli, oraz to samo nazwisko przypadkiem, co ja i moja Kasia) został zapoznany z Helką przez jej znajomych. Zakochał się z wzajemnością. Oświadczył się dziewczynie z panieńskim synem, na którego ona nie brała nawet alimentów. Postanowił, że usynowi to arabskie dziecko, da mu ojcostwo – i tak zrobił. (A wiadomo, jak w naszym kraju patrzy się na matki nieślubnych dzieci o arabskiej urodzie).
Mały Igor był najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Nie widziałam dotąd dziecka, które tak bardzo doceniałoby posiadanie ojca i tak niewymownie byłoby z niego dumne.
Igora juniora od tej pory zaczęto nazywać Iguś albo Młody, a seniora normalnie: Igor.
Byłam na weselu (oczywiście). Bawiliśmy się wszyscy świetnie do białego rana. Polubiłam Igora jak szwagra, od razu wydał mi się bardzo porządnym człowiekiem – został zaakceptowany.
Po przyjęciu przez Igusia nazwiska Kamieński, zaczęto go w klasie łączyć z moją córką i traktować ich jak bliską rodzinę. Wielokrotnie zdarzało się, że kiedy nauczycielki zadawały pracę domową, a na lekcji nie było któregoś z nich, mówiły np.: „Kasiu, powtórz to wszystko Igusiowi” albo: „Iguś, wytłumacz to Kasi”. A nasze dzieci mówiły i powtarzały, co trzeba, oczywiście.
Moja Kasia była radosna i dumna z tego powodu, że nagle trafił jej się brat, którego zawsze pragnęła. Była zachwycona, że Iguś opiekuje się nią jak siostrą i że ma to samo nazwisko, i że panie nauczycielki każą jej pilnować, żeby Iguś odrobił lekcje. Powiększyła się jej maleńka – jak dotąd – rodzina. Dzieci zaprzyjaźniły się bardziej niż dotychczas: jeszcze częściej bywały u siebie, razem spędzały czas na przerwach, wybiegały wspólnie na boisko, odrabiały razem niektóre lekcje; Iguś uczył Kasię judo i karate, gdyż to akurat w tym czasie trenował.
Hela też była niesłychanie szczęśliwa. Mówiła, że mąż jest mądry, ma wyższe wykształcenie, pracuje w renomowanej firmie, nieźle zarabia i te de. Byli zakochani w sobie, to było widać bez okularów.
Niebawem urodziła im się córeczka. Nazwali ją Alicją. Bałam się o Igusia-juniora, czy nie będzie zazdrosny, czy rodzice go nie odepchną na boczny tor – bo takie rzeczy czasem mają miejsce w rodzinach, gdzie drugie dziecko jest dużo młodsze od pierwszego. Jednak okazało się, że Iguś przyjął tę nowinę jako dobrą – ucieszył się. Zaopiekował się nową siostrą, jakby była jego własnym dzieckiem. Radość i szczęście emanowało nadal z jego twarzy.
Po kilku latach małżeństwa Helka ciągle mówiła:
- Popatrz, to już cztery lata, jak jesteśmy razem, a ja nie żałuję. Na razie nie mam na co narzekać.
- To rzadkie i wyjątkowe! – zachwycałam się.
Kiedyś opowiadała taką historię, typową dla ich wzajemnych stosunków:
- Przyjechała teściowa na dwa tygodnie. Mówię ci, co ja miałam z tą kobietą! We wszystko mi się wtrącała, wszystko komentowała, oceniała, wszystko było źle i głupio, we wszystkim mi doradzała i nakazywała swoje mądrości! A mój Igor nie odzywał się na to, nie bronił mnie! Wiem, że był między młotem a kowadłem i nie chciał podpadać matce, ale kiedyś nie wytrzymałam, jak to ja, i wygarnęłam mu, że powinien trzymać moją stronę i bronić mnie, bo jestem jego żoną, i że co on sobie w ogóle myśli, wiesz. Na to on spokojnie, jak to Igor: „Jeśli nie podoba ci się moja postawa, to możemy się rozwieść”. Na to ja wtedy huzia na niego: „Zwariowałeś?! Rozwieść się?! Czyś ty z byka spadł?! Nie po to za ciebie wyszłam, żeby się rozwodzić! Więcej mi takich rzeczy nie gadaj! Ani się waż! Rozumiesz?!”
Uśmiałam się.
Zazdrościłam im tej miłości. Ale po przyjacielsku, z najlepszymi życzeniami na teraz i na zawsze.

Od ich ślubu minęło ze dwanaście lat.
Któregoś dnia Helka naraz obwieściła mi, że się rozwodzą. Powiedziała mi to równie nagle i niespodziewanie, jak kiedyś to, że biorą ślub. Nie mogłam uwierzyć, w pierwszej chwili myślałam, że żartuje! Niestety nie żartowała.
- Wiesz, Igor dochrapał się funkcji kierowniczej, jest dyrektorem apartamentu, więc znika w pracy na całe dnie, wraca późną nocą, czasami po wódce, kiedy w pracy mają jakąś imprezkę... Mówiłam mu wiele razy, że ja tego nie mogę tolerować. Albo jest moim mężem i ojcem dzieci, albo go nie ma w domu. Mówiłam, że w takim układzie rozwiodę się z nim, bo nie wytrzymam tego. Ale on mi nie wierzył. W końcu wniosłam sprawę rozwodową...
Poszło błyskawicznie. To była moja ostatnia rozmowa z Helką w cztery oczy. Później wyprowadziła się wraz z Alusią do innego miasta, do swojego dawnego przyjaciela. A „mały” Iguś zamieszkał ze swoją narzeczoną.
Kiedyś minęłam w bramie domu „dużego” Igora. Przywitał się ze mną z dobrodusznym uśmiechem, jak zwykle. Przystanął, jakby chciał mi coś powiedzieć... ale zrezygnował i odszedł w swoją stronę. Więcej go nie spotkałam. Pewnie i on już tu nie mieszka – to było mieszkanie Helki.
Tak się często kończą prawdziwe bajki. Dlaczego? Kto temu winien? Kto tu zrobił błąd? Komu pierwszemu się znudziło? Kto kogo skrzywdził? Dlaczego ludzie muszą zepsuć nawet najpiękniejsze historie, jakie im się przytrafiają? Takie pytania mimowolnie same pchają się do głowy. Niepotrzebne i skazane na wieczny brak odpowiedzi. Bezradne, jak postronni obserwatorzy. I jak dzieci.
Mimo wszystko ta historia jest dla mnie optymistyczna i budująca. Tak. Bo udowadnia, że jednak bajeczne historie zdarzają się w życiu. I przecież wcale niekoniecznie musimy je sobie zepsuć.

Opublikowano

A gdzie "żyli długo i szczęśliwie"?
Kilka uwag:
1. "Miałyśmy ukochane dzieci, piękne, podziwiane przez nieznajomych. Kobiety na ulicy piszczały na widok naszych dzieciątek w wózkach." - może lepiej "naszych pociech".

2. "Dopóki nie zaszło do ślubu..." - "doszło".

3. "Pół-Arab" - raczej "półarab". Z łącznikiem odbieram znaczenie, jakby od pasa w górę był Arabem, a może w dół :)

4. Skąd się wzięła Dorota?

5. "Tak. Bo udowadnia, że jednak bajeczne historie zdarzają się w życiu." - lepiej będzie: "Tak, bo...".

6. Na jakiej podstawie ten dowód? Równie dobrze mogłabyś zakończyć: "I dlatego nie powinno się, moi drodzy, tak dużo palić". Żartuję, oczywiście.

Tekst bardzo mi się podobał. Zgrabnie prowadzona akcja, wciągająca czytelnika. Tytuł i podtytuł trochę zwodniczy.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Niku, bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz.
Spróbuję odpowiedzieć punkt po punkcie:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Pociechy są strasznie konwencjonalne i wyświechtane. Ale poprawiłam dzieciątka na kurczaczki. Lepiej?

Tu też próbowałam być trochę bardziej oryginalna, ale widocznie nie wyszło. Poprawiłam na: "dopóki rzecz nie zaszła aż do ślubu". Może być?

Pisownia, którą tu zastosowałam, jest prawidłowa. Nie może być to jedno słowo bez myślnika lub bez odstępu i nie można napisać "arab" z małej litery.

Sorry, w trakcie pisania rozmawiałam przez telefon z moją kumpelką Dorotą i utrwaliło mi się imię w czaszce... ;-) Poprawiłam.

Wiesz, wolę jednak pozostawić tak, jak było. Bo wtedy owo "Tak" brzmi bardziej dobitnie i z przekonaniem.

Dowód na takiej podstawie, że po prostu ta "bajka" się wydarzyła - to jest dowodem, że takie bajeczne historie się zdarzają.

Bardzo mnie cieszy, że tekst podoba Ci się! Dziękuję serdecznie jeszcze raz i pozdrawiam. :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję Ci jeszcze raz - za pochwałę i za uwagi.
Jeszcze poprawiłam podtytuł na krótkie wprowadzenie - bo w świetle tego, co mi poprzednio napisałeś, stwierdziłam, że chyba nie do końca widać, że wszystko to są fakty - prawdziwa do cna opowieść. ;-)
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena fajne te przemyślenia, czytam i odkrywam że życie nie może zniknąć
    • @Maciej Szwengielski Panie Macieju, to nie tak: 1. Pisze mi Pan, że KK mordował milionami po to, by przeżyć i zachować podstawowe nauki Mesjasza. A przecież podstawową ideą Jezusa było niezabijanie. No to jak to tak? ;) Przecież sam Pan sobie przeczy. A poza tym, to nie prawda. Ekspansja KK nie wynikała ani z obrony czegokolwiek, ani z woli przeżycia.  2. Nie ludy "barbarzyńskie" i "pogańskie", bo to są określenia pejoratywne i wręcz niestosowne, tylko ludy żyjące przed chrześcijaństwem, które chrześcijanie wymordowali. Razem z ich świątyniami, kulturą, wierzeniami, tradycjami, pomnikami etc.  To taka formalna uwaga. 3. Nic tu nie mają do rzeczy Kaligula łącznie ze Stalinem, Hitlerem i współczesnym poetą. Pan mnie  nie zagada, nie zarzuci historycznymi nazwiskami, bo nie rozmawiamy  relatywistycznie, tylko bezwzględnie. Jeśli na ścianie wisi czarny obraz, to bez względu na to, jaki kolor ma ściana, ten obraz jest czarny.  4. KK jest organizacją stricte polityczną. Czy tego chce, czy nie chce. Taki ma profil swojej działalności. Oczywiście jest jednocześnie organizacją religijną. Kiedyś na ten temat przegadałem pewnie dobrą godzinę ze śp. red. Turowiczem. I mimo, że hasaliśmy po wielu aspektach dot. KK, we wszystkim zgadzaliśmy się do do joty.  5. Dziś w obronie swojej ciemnej zaszłości KK stosuje retorykę, która sprawdzała się w średniowieczu, a nawet później. Niestety, podobne metody jedynie ten Kościół ośmieszają. 
    • Cierpienie   Dlaczego cierpienie wpisane jest w człowieczą egzystencję? Niektórzy, dawni miłośnicy mądrości mówili, że brak cierpienia (bólu) jest już pełnią szczęścia. Współcześni poeci śpiewają: „Po to by radość móc docenić; po to cierpienie; po to by dostrzec piękno Ziemi; po to cierpienie; po to by siebie w sobie zmienić; po to cierpienie; po to by w jasność wstąpić z cienia; po to cierpienie; po to by pojąć i docenić; po to cierpienie; po to by krzyż mógł świat odmienić; po to cierpienie”.   Pewien myśliciel powiedział: „Zło składa się na różnorodność, a więc i bogactwo świata; ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości.”. Inny filozof mówił: „Opatrzność Boża ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienie”. Jeszcze inny filozof rzekł: „Źródłem większości cierpień jest nasze oddalenie się od natury.”. Był też i taki myśliciel, który postawił tezę: „Nawet głęboki ból (…) owiany jest specyficzną słodyczą.”. Dzięki cierpieniu można się czegoś nauczyć. Kto raz się sparzy ten na zimne dmucha. Kto doznał cierpienia w relacjach interpersonalnych, w uczuciach, ten będzie wiedział czego w przyszłości unikać.   Wielki poeta niemiecki pisał w swoim opowiadaniu o cierpieniach młodego człowieka (patrz. „Cierpienia młodego Wertera”) spowodowanych konwenansami i układami towarzyskimi. Nie mógł zrealizować w całej pełni swoich szlachetnych uczuć względem wybranki swego serca, ponieważ był niskiego stanu urodzenia, w przeciwieństwie do obiektu swoich uczuć. Czy i w dzisiejszych czasach takie cierpienie nie ma racji bytu? „Nie wyjdziesz za mąż za tego człowieka, ponieważ on jest pozbawiony jakiegokolwiek majątku...” - mawiają zatroskani rodzice panny na wydaniu. „Ale ja go kocham!” - protestuje córka. „A z czego będziecie żyli?” - pada riposta - „Gdzie będziecie mieszkać?”.   Cierpienie „niewinnych” dzieci często bywa argumentem w dialogu tzw. „ateizmu cierpiącego” z chrześcijanami. Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego dopuszcza cierpienie „Bogu ducha winnych” dzieciaków? Argumentacja, że to odziedziczona konsekwencja „grzechu pierworodnego” (a więc szatana) jakoś nie trafia do przekonania. Ale cierpienie nienarodzonych dzieci podczas „zabiegu aborcji”, jak go eufemistycznie nazywają współcześni bojownicy złej sprawy, nie stanowi żadnego problemu.   Inną formą cierpienia było cierpienie ludzi w obozach koncentracyjnych, w czasie drugiej wojny światowej. „Po Auschwitz nie ma już Boga!” - krzyczą oponenci. A tymczasem Bóg cierpiał wraz z więźniami tych obozów zagłady. Ten Bóg miał niejedno imię i nazwisko! Na przykład ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Zginął w bunkrze skazany na śmierć głodową. Ponieważ przeżył, dobito go zastrzykiem trucizny. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, głowy wielodzietnej rodziny. Dobrowolnie zgłosił się za niego na apelu obozowym.   W najważniejszej księdze ludzkości zwanej Biblią, jedną z sztandarowych postaci cierpiętniczych jest Hiob. To człowiek „prawy”, pobożny i taki, któremu dobrze się w życiu wiedzie. Miał żonę, dzieci, przyjaciół, liczne stada bydła. Jak mówi natchniony pisarz, Szatan nie mógł znieść Hioba i postanowił go zniszczyć. Zasugerował Bogu, że na pewno nie będzie czcił Stwórcy, jeśli ten pozbawi go rodziny, majątku, a wtedy ten będzie złorzeczył Omnipotentowi. Nie wiadomo dlaczego Bóg dopuścił cierpienie względem Hioba. Zginęła jego rodzina (dzieci), zginęło stado bydła. Hiob jednak przyjął cierpienie z pokorą i nie złorzeczył Absolutowi tak, jak spodziewał się tego Szatan. Wtedy diabeł zwrócił się do Boga i zaproponował dopuszczenie dalszego doświadczenia względem Hioba. Tym razem ciężką chorobą. Tą chorobą był trąd. I tak się stało, Hiob został dotknięty trądem. Żona Hioba była bliska obłędu: „Składałeś ofiary swemu Bogu, wielbiłeś go, a ten dobry Bóg doprowadził ciebie do takiego stanu”. Nawet wtedy biblijny bohater nie złorzeczył Bogu. Przeklinał jedynie dzień swoich narodzin. Jego cierpienie stało się cierpieniem ponad ludzką miarę, a wtedy człowiek ma prawo do takiego przekleństwa. Gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o tym co spotkało Hioba, przybyli do miejsca jego odosobnienia i … zapłakali z bezsilności.   Najbardziej gorzką kartą literatury sakralnej przedstawiającą cierpienie, moim zdaniem, jest mord sądowy, jakiego dopuścili się ludzie na Jezusie z Nazaretu, zwanego Mesjaszem. Całe swoje dojrzałe życie głosił ludziom doskonałe nauki etyczne poprzez przypowieści, proste (ale niełatwe) analogie. Głosił miłość, pokój, braterstwo, szczęście możliwe do osiągnięcia jeszcze na tym świecie. Wskazywał na drogę, jaką musi przejść każdy mieszkaniec tej ziemi aby dojść do „niebieskiej ojczyzny”. Dokonywał cudów (rozmnażał chleby, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chromych). Okrzyknięto go nawet królem! I nagle nastąpiła zmiana nastrojów społecznych. Tego spokojnego i niewinnego człowieka pojmano, jak pospolitego przestępcę. Nauczyciela, mistrza, króla... . Jak bardzo musiał cierpieć z powodu utraty dobrego imienia? Został fałszywie oskarżony o niesubordynacje względem rzymskiego cesarza i bluźnierstwo. Uznano go za wichrzyciela społecznego, naruszającego ład społeczny. Zmanipulowane nastroje społeczne doprowadzono do zenitu. Toteż kara za rzekome zbrodnie Chrystusa była niewspółmierna do rzeczywistych czynów. Rzymski namiestnik, prokurator, Poncjusz Piłat nakazał wychłostać „samozwańczego” króla i chciał go puścić wolno, jako nieszkodliwego szaleńca. Chłostano jego wedle rzymskiej tradycji katowskiej specjalnymi biczami zwanymi „flagellum”. Wyrok wykonano tak skrupulatnie, że skazany ledwie uszedł z życiem. I było tak, że cierpienie niewinnego Boga-Człowieka sprawiało tłumowi ogromną przyjemność. Kiedy Poncjusz Piłat, zgodnie z niepisanym prawem, chciał uwolnić jednego ze skazańców, ludzie wybrali Barabasza, znanego wszem i wobec złoczyńcę, dobrego Człowieka posłali na okrutną śmierć krzyżową. Piłat umył ręce z krwi tego niewinnego, jak sam go określił. Rozochocony tłum zawył: „Krew jego na nas i na syny nasze!”. Ubrano skazanego na śmierć krzyżową w odpowiednią do tej tortury szatę. Włożono poprzeczną belkę krzyża na jego ramiona i rozpoczęto kaźń drogą wiodącą przez miasto, aż na wzgórze położone opodal zwane Golgotą. Pośród szyderstw i złorzeczenia szedł ten, który sam był Miłością, który tak ukochał ludzi, iż z rozkoszą podjął się nieść „krzyż”, dając tym samym miłości naukę. Upadał pod ciężarem „krzyża” aż trzykrotnie, zanim dotarł na miejsce męczeńskiej śmierci. Tam przybito jego do krzyża, a krzyż postawiono do pionu, aby konał w męczarniach. Szyderstwom i kpinom nie było końca, gdy umierał: „Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie!”. Gdy wreszcie skonał, żołnierz rzymski przebił jego bok, z którego natychmiast wypłynęła krew i woda, wymowny znak śmierci „skazańca”.    
    • @andrewDziękuję Ci, od razu się uśmiechnęłam, a potem to skrobnęłam:   dziekuję za kawkę i deserek założe odświętny sweterk i wyjdę na spacerek   niech wiersze same się pisza ukołysane ciszą
    • @Alicja_Wysocka przeglądaj, ranking, cały czas, popularne
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...