Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To Wszystko polegało chyba na tym, że ja nic o tym Wszystkim nie miałem wiedzieć! Jednakże było inaczej, a było bardziej inaczej, niż się wszyscy tego spodziewali. Wybałuszyli oczy, kiedy dowiedzieli się, że ja o Wszystkim wiem. Opadły wszystkim gęby, twarze zbladły, wypuścili z rąk przedmioty, które akurat w nich trzymali (a to było przyjęcie, przedstawcie więc sobie, jaki był hałas bijących się talerzyków, filiżanek i kieliszków) i pośpiesznie zaczęli wychodzić. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak mi było wtedy dobrze! Pomyślałem, że zaraz uniosę się w powietrze, bowiem było mi tak lekko i swobodnie w duszy. To było coś wspaniałego. Nieodparta chęć powiedzenia im tego wszystkiego, że ja wiem o tym Wszystkim, była tak wielka, że przez cały poranek i południe nie mogłem niczego zjeść! Ta chęć była wielką bombą, która tykała.
Jakież ogarnęło ich zdziwienie, moi drodzy, kiedy dotarło do nich, że ja wszystko wiem o tym Wszystkim, wtedy, a było to na drugi dzień po wspaniałym przyjęciu, na którym zostałem do końca (nie muszę tu chyba mówić, że zostałem sam), wtedy rozdzwonił się telefon. Dzwonił od godziny szóstej rano do jedenastej wieczorem. Już po trzecim telefonie znudziło mi się tłumaczyć, skąd to ja wszystko wiem o tym Wszystkim. Niekończące się powtarzanie tego samego spowodowało, że już o godzinie piątej popołudniu byłem wycieńczony i miałem ochotę wleźć pod kołdrę i zasnąć. Niestety telefon ciągle dzwonił i ciągle musiałem opowiadać jedną i tą samą historię, do której nie mogłem ani nic dodać, ani nic ująć, bo wiedziałem, że ci, którzy wcześniej do mnie już dzwonili, zadzwonią do tych, którzy dzwonili później i wszystko będą sobie opowiadać, a jeżeli jeden usłyszy ode mnie inną wersję, to zaraz zaczną się domyślać, że ja może zmyślam, że ich okłamuję mówiąc, że ja wszystko wiem o tym Wszystkim… Dopiero byłoby ze mną krucho.
I tak w tejże historii, która opowiadała o zdobyciu wiedzy o tym Wszystkim, nie mogłem ani razu zmienić czyjegoś nazwiska, ani nie mogłem w jednym opowiadaniu tej samej historii skręcić w lewą uliczkę, a w drugim opowiadaniu tej samej historii w prawą, bowiem byłby to znak kłamstwa dla innych.
Skończyło się na tym, że zaczęto się do mnie dziwnie odnosić. Na przykład przy tradycyjnej środowej kawie w kafejce „U Doroty” nie rozmawiano już przy mnie tak, jak przed powiedzeniem im, że wiem wszystko o tym Wszystkim. Nie rozmawiali już między sobą o niezrozumiałych dla mnie niegdyś sprawach – po prostu umilkli, a na miejsce tego wszystkiego wstawili rozmowy o zamordowanej lichwiarce albo o przejechanej kobiecie z dzieckiem na plecach.
Pomyślałem, że coś im się stało, że może obawiają się mnie albo jeszcze co innego. Nie wiedziałem, co się dzieje z moimi znajomymi. Myślałem, że kiedy wreszcie będę wiedział wszystko o tym Wszystkim, to oni zechcą mnie nareszcie wciągnąć w swoje rozmowy, a oni po prostu zamilkli…
Pomimo wszystko nadal cieszyłem się z faktu, że wiem wszystko o tym Wszystkim. Postanowiłem, że jeśli moi znajomi nie chcą rozmawiać ze mną, to ja zacznę rozmawiać z nimi. Na ponownej kawie środowej w kafejce „U Doroty” zacząłem rozmowę od słów, że Wszystko polega na tym, że obejmuje cały zakres naszej ulotnej wiedzy…nie zdążyłem skończyć zdania, kiedy siedzący koło mnie kolega zakrztusił się kawą i markizą, a koleżanka siedząca naprzeciwko mnie spuściła głowę i do końca naszej środowej kawy nie podniosła jej. Oczywiście przestałem mówić, bowiem obawiałem się o zdrowie moich współtowarzyszy.
Na pewno wszyscy domyślacie się, że atmosfera – wywołana moją zdobytą wiedzą o tym Wszystkim – zaczęła mnie już denerwować. Nie mogłem zrozumieć – dlaczego? Dlaczego wszyscy nie chcą mówić o tym Wszystkim!? Próbowałem zagadywać ludzi na ulicy, ale oni nawet nie czerwienili się, a tylko pukali się w głowy odchodzili kręcąc nimi. Następne próby podjęcia rozmowy z przyjaciółmi kończyły się fiaskiem, a ja byłem coraz bardziej przygnębiony, aż owe przygnębienie przerodziło się, jak już mówiłem, w zdenerwowanie. Cóż robić?
Milczałem, bowiem doszedłem do wniosku, że jeśli nie mogę z nikim porozmawiać o tym Wszystkim, to moja paplanina o bezsensownych rzeczach nie ma większego sensu! Niektórzy zaczęli podejrzewać, że zostałem niemową, a niektórzy przestali podejmować trudu rozmowy ze mną. To była moja zemsta i najbliżsi współtowarzysze wiedzieli o tym. Czekałem. Czekałem, aż oni, moi przyjaciele, odezwą się do mnie słowami, których tak wyczekuję! Czekałem na słowa, które rozpoczną całą litanię do Wszystkiego! Milczeli. Milczeli, tylko że nie tak jak ja.
Wiedzieli, że tym bezsensownym milczeniem robią mi krzywdę. Wiedzieli o tym. Jednakże minęło już tyle lat od incydentu na przyjęciu, że może zapomnieli już o tym Wszystkim, a może nawet zapomnieli, dlaczego ja milczę!? To byłoby straszne! Milczenie bez celu…Milczenie bez celu nie ma sensu! A jaki ja miałem cel w moim milczeniu? Co chciałem im przez moje milczenie udowodnić. Moje milczenie było dla mnie Wszystkim, a oni o tym nie wiedzieli, a gdybym chciał im o tym powiedzieć, to przerwałbym swoje milczenie i wtedy…
A co było dla mnie Wszystkim przed moim milczeniem i czy teraz mam zacząć mówić?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...