Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Krótkie wprowadzenie:

Czy poznaliście już Złotego Elfa? Nie??? Nie szkodzi, jeszcze go poznacie.
To bardzo dobry duszek, który czuwa nad tymi, którym jest źle i odwiedza tych, których polubi. Niektórzy dorośli nazywają go Zrządzeniem Losu lub Zbiegiem Okoliczności … Ale Złoty Elf to dużo ładniej, prawda?

*******

- Zostań jeszcze, nie odchodź – prosiła Julka. – Jeszcze mi o nim opowiedz.
- Jutro. Teraz lecę do niego. Zobaczę co się tam dzieje. Wiesz przecież, że jest sam w zupełnie obcym miejscu – Złoty Elf o złotym serduszku, który niespodziewanie odwiedził dziewczynkę, już był na parapecie okna. – Otwórz, przecież chcesz żebym nad nim czuwał?
- Tak, tak, chcę – Julka uchyliła okno tak, żeby mała złocista postać mogła wyśliznąć się na zewnątrz. – Uważaj na niego, to przecież malutkie dziecko. Sam tak mówiłeś! – Dziewczynka krzyknęła jeszcze za odlatującym jak złoty motyl Elfem. Wróciła do łóżka, przykryła się ciepłą kołdrą po samą szyję i próbowała zasnąć. Ale kiedy tylko zamknęła oczy, natychmiast pojawiał się on - malutki kotek, o którym opowiedział jej Złoty. Siedział gdzieś przerażony i zmarznięty. I płakał. Tak, płakał jak małe dziecko. Julka nie wytrzymała długo z takim widokiem przed zamkniętymi oczami. Usiadła, odrzucając gwałtownie kołdrę. Zapomniała, że leżała na niej dość gruba książka, która spadła teraz z wielkim łomotem na podłogę.
- No tak – mruknęła do siebie. – Zaraz przyjdzie Mama i będzie pytać czemu ….
- Czemu nie śpisz? – Mama już stała w drzwiach i patrzyła na dziewczynkę klęczącą na podłodze obok książki.
- Aaa, bo… Bo właśnie zbieram książkę. Spadła i coś się jej stało, zobacz, wypadła kartka…
- To dlatego płaczesz? – Mama uśmiechnęła się i usiadła na podłodze obok córki. – Sklei się, to nic takiego – przytuliła rudą główkę i pocałowała mokrą od łez twarzyczkę. – A naprawdę?
Co się stało?
- Nic mamusiu, chyba nic złego…
- Oooo? Chyba?
- Smutno mi. Wiesz, że chciałabym mieć jakieś zwierzątko.
- Wiem, córeczko. A ty wiesz, że nie możemy mieć pieska. Byłby biedny – prawie cały dzień sam w domu.
- Wiem, wiem …. – mruknęła Julka ziewając szeroko.
Mama objęła ją delikatnie, a potem podniosła z podłogi i ułożyła w łóżku okrywając kołdrą, na której nie było już żadnych książek.

……………………………………

Tymczasem Elf płynął nad dachami domów połyskując w mroku jak złota rybka w głębinach wody. Zawisł nad podwórkiem starej kamienicy i migocząc skrzydełkami zaczął opadać jak maleńki helikopter. Unosił się nad ziemią wzdłuż muru i uważnie obserwował trawę, która spod niego wyrastała. Ale nie było tam tego czego szukał. Nagle zatrzymał się bo usłyszał jakiś delikatny szmer. Dookoła było cicho, więc nie było to trudne. Pofrunął w tym kierunku i znieruchomiał nasłuchując. Szmer ucichł, ale za to z tego samego miejsca zaczął dobiegać cichutki płacz.
- Hej, malutki, to ty? – spytał szeptem Elf . – Nie bój się, chcę ci pomóc. – Teraz nasłuchiwał odpowiedzi.
- Ja… ja… jestem malutki. A kto ty jesteś? – Zapłakany cienki głosik dobiegł zza drewnianych drzwi jednej z komórek.
- Jestem twoim przyjacielem – odpowiedział Elf i zanim zdołał zapytać Malutkiego gdzie on właściwie jest, głosik przybrał na sile i zmienił się w rozpaczliwe buczenie.
- Nie płacz, idę do ciebie – Elf wśliznął się przez szczelinę w drzwiach do wnętrza komórki i zbliżał w kierunku buczenia. – Gdzie jesteś?
- Tuuu… taaaj… – dobiegł go szloch i coś poruszyło się pod stertą desek. – Boooję się, chcęęę do maaamyyy!.
Elf już był przy stercie i teraz mógł dostrzec malutki ciemny kształt gramolący się spod niej. Kociątko stanęło niepewnie i znowu rozpłakało się bezradnie nie wiedząc co dalej robić.
- Hmmm… Jesteś głodny – Elf raczej stwierdził niż zapytał. – Poczekaj chwilę, zaraz tu wrócę!
I zanim Maluch zdołał go zatrzymać kolejnym wybuchem płaczu, wydostał się na podwórko. Obleciał je błyskawicznie, a kiedy jego szafirowe oczka wypatrzyły to co miały wypatrzyć, pospiesznie wrócił do komórki.
- Chodź, znalazłem jedzenie – oznajmił i wyjaśnił pospiesznie widząc okrągłe ze zdumienia oczka. – Widziałem cię już wcześniej jak biegałeś za tutejszymi kotami.
- Szukałem mamy, nie wiedziałem co robić.
- One też nie wiedziały . Żaden z nich nie jest twoją mamą. One tu mieszkają w piwnicy i ludzie je karmią. Nie będę pytał skąd się tu wziąłeś bo sam chyba nie wiesz – głos Elfa posmutniał.
- Nie, nie wiem – Maluszek pokręcił bezradnie główką.
- Ech, chodźmy! – I dwie małe postaci, jedna złota, druga prawie czarna, wyśliznęły się z komórki i pospieszyły w stronę dużego pojemnika na śmieci. Pod nim stała żółta tacka z resztkami kociej uczty. Maluch był tak głodny, że łykał nawet duże kęsy. Elf musiał interweniować:
- Spokojnie, nie spiesz się tak, to niezdrowo. Gryź dokładnie, przecież masz zęby.
- Mhmmm…mam – przyznało kociątko z pełnym pyszczkiem.
Malutki jadł dość łapczywie, ale Elf już nic nie mówił bo wiedział, że był zbyt głodny na to żeby jeść powoli. Po chwili obaj usłyszeli cichy szelest. Od strony ogrodzenia zbliżał się w kierunku kociej stołówki wielki czarny kocur. Kociątko skuliło się przestraszone.
- Nie bój się. Gdyby się złościł, odwrócę jego uwagę a ty uciekniesz do komórki – zdążył szepnąć Elf.
A kocur przystanął, popatrzył na Małego i podszedł do pojemnika.
- No jak? Znalazłeś? – zapytał.
- Taaak, przepraszam, byłem głodny… - Maluch skulił się jeszcze bardziej.
- Daj spokój! Jedz i ciesz się, że coś tam zostało. My, koty niczyje, musimy żyć w zgodzie. A twoją mamą nie jestem – Czarny uśmiechnął się krzywo pod wąsem.
- Wiem – ciemna kuleczka podniosła się i utworzyła mały łuk. Tak mały, że bez trudu zmieścił się pod pojemnikiem. – Jestem niczyj …
- Nie jest tak źle, uszy do góry! – Czarny skubnął coś z tacki, przeciągnął się i wskoczył na pojemnik.
- Nooo! Uważaj Czarny! – krzyknął Elf bo pojemnik zatrząsł się i biedak spadłby na ziemię.
- Sorry, Dobry Duszku. A ty mały masz już jakieś lokum? – Czarny spoglądał w dół z wysokości pojemnika.
- Tuuu – Mały pokazał drzwi komórki odwracając pyszczek w ich stronę.
- Hmm.. Na razie może być, ale nie chowaj się za bardzo. Lepiej by było żeby ktoś cię stąd zabrał. Dla ciebie lepiej! – I czarny kształt wykonał potężnego susa prosto w mrok.

……………………………………

Następny dzień zaczął się szaro i smutno. Maluszek otworzył oczy i ziewnął szeroko. Coś szumiało za drzwiami i kapało nieprzyjemnie. Mimo to wyjrzał przez szczelinę w drzwiach.
Szybko jednak schował się w komórce bo to co było za drzwiami nie zachęcało do wyjścia. Jednak głód był silniejszy. Pobiegł pod znajomy pojemnik. Żółta tacka była prawie pusta, ale jakieś resztki jeszcze się znalazły. Dobre i to.
- Cześć.
Maluch podskoczył z przerażenia i zwinął się w nastroszoną kuleczkę. Spojrzał w stronę głosu i uśmiechnął się nieśmiało do jego właściciela. A był nim szary pręgowany kot, jeszcze większy od Czarnego.
- Jedz, jedz. Dokończ, ja już jadłem. O, a tam masz mleko.
Dopiero teraz Maluch zauważył pojemniczek niedaleko tacki.
- Mogę?
- Przecież to dla ciebie. Ja i Czarny już wyrośliśmy z mleka.
- A kto mi to przyniósł?
- Starsza Pani. Ona pilnuje porządku na podwórku i naszych brzuchów, żeby nie były puste. Pewnie cię wczoraj widziała.
- Ja nie wiem dlaczego tu jestem – Maluszek skrzywił się bezradnie.
-Co za różnica. Jesteś i już. Mogę trochę? – I Szary przysunął się do mleka z łobuzerskim uśmieszkiem. – Przypomnę sobie młode lata.
- No pewnie, pij! Dobrze, że tu jesteście, nie będę sam. – I Maluszek uśmiechnął się radośnie
pierwszy raz odkąd się znalazł tu gdzie się znalazł.

………………………………

Następny ranek był podobny do poprzedniego, padało, wiało i było szaro. I zimno. Właśnie to zimno zaczynało coraz bardziej doskwierać Maluchowi. Żeby tak można było przytulić się do mamy, albo braciszka i siostrzyczki. Albo …. Kto to był? Tulił go przez chwilę, ale tylko przez chwilę, bo potem znalazł się tutaj. Posmutniał i zmrużył oczka zwijając się w kuleczkę i wciskając głęboko pod deski.
Z drzemki wyrwały go jakieś głosy. Jeszcze takich nie słyszał. Wystawił pyszczek przez szczelinę w drzwiach i patrzył chwilę na to co działo się na podwórku. A tam biegał piesek nie większy od kota i zabawnie powarkiwał na chłopca, który usiłował zabrać mu coś z pyska.
- Oddaj rękawiczkę! – Chłopiec pokrzykiwał śmiejąc wesoło. – Ty łobuzie, dawaj!
Maluch patrzył przez chwilę na ich zabawę i zrobiło mu się jeszcze bardziej smutno. Z kim on się może pobawić? Szary i Czarny są uprzejmi, ale do dorosłe poważne kocury. Gdzie im tam w głowie zabawa. Ach, pójdzie pod swoje deski, pośpi sobie. Dzień szybciej zleci, a wieczorem może uda mu się spotkać któregoś ze starszych kolegów? I przyleci Złocisty Elf. Jakoś to będzie.
…………………………………

Julka wyjątkowo szybko i bez marudzenia zjadła kolację.
- Mamo, zostaw swój talerz, ja umyję – zaproponowała zdziwionej Mamie.
- OOO?
- No bo ty tak ciężko pracujesz. Ty i Tata oczywiście.
- No tak, to prawda. Cieszę się, że chcesz mi pomóc.
- Ja zawsze będę ci pomagać, zawsze! – Dziewczynka wykrzyknęła trochę nadgorliwie.
- Tak? – Mama zrobiła się troszkę podejrzliwa. – A może jest to związane z tą nową lalką, którą pokazywałaś mi w zeszłym tygodniu?
- Nie, mamo, nie! – Okrągłe oczy Julki były szczere jak złoto. – Przysięgam!
- Daj spokój, nie przysięgaj. A czy jest coś innego o czym nie wiem?
- Ale co???
- No właśnie nie wiem co. A może w szkole wydarzyło się coś niezbyt miłego?
- Może się wydarzyło, ale ja nic o tym nie wiem. – Julka zebrała talerze i kubeczki i ostrożnie ustawiała je w zlewozmywaku. – Nic złego się nie stało, Mamo. Ja tylko tak…
- A co u Moniki? – Mama w końcu zmieniła temat.
- U Moniki wesoło – dziewczynka odwróciła się szybko od swojej pracy przy zlewozmywaku. – Lolek jest taki śliczny, mądry, umie już dawać łapkę! Mama Moniki przyprowadziła go na smyczy jak przyszła po Monikę. I weszli razem do szkoły!
- Acha. To chyba wiem o co chodzi – Mama mruknęła do siebie. A głośno dodała:
- Wiem, że jest śliczny, wszystkie pieski są śliczne, ale rozmawiałyśmy o tym, prawda?
- Prawda – Julka przyznała uczciwie.
- Iiii?
- Rozumiem, pieska mieć nie możemy.
- No właśnie. Cieszę się, że rozumiesz.
- No pewnie – Julka wzruszając ramionami odwróciła się w stronę zlewozmywaka i zaczęła bardzo solidnie szorować talerz. Mama, która już nie wiedziała co o tym myśleć, machnęła ręką. Nie pozostało jej nic innego jak tylko cieszyć się z takiej pracowitej córki.

Tego wieczora Julka wszystko robiła szybko. Szybko i dobrze. No bo jaki sens miałoby robić coś szybko i byle jak? Trzeba by było poprawiać i w końcu trwałoby to dużo dłużej. Szybko spakowała książki i zeszyty, błyskawicznie posprzątała biurko, w parę minut wyczyściła buty. Jeszcze tylko szybka kąpiel, mycie zębów i biegiem do swojego pokoju. Ach, jeszcze szybkie, ale gorące całusy Mamie i Tacie i już. Była wolna. Zamknęła drzwi i podeszła do okna. Uchyliła je ostrożnie i szepnęła :
- Możesz wejść.
Złocista postać wśliznęła się do pokoju dziewczynki. Ulokowała się wygodnie na poduszce obok jej głowy i zaczęła mówić. Potem zaczęła mówić Julka, potem Elf, bo oczywiście to był on, potem znowu Julka… Bo Elf i Julka mieli plan do omówienia. Wspaniały plan.

…………………………………

Kolejny październikowy dzień zaczął się kolejnym szarym rankiem. Na szczęście mniej wiało i właśnie skończyło padać. Tata zajrzał do pokoju Julki i już zamierzał powiedzieć jak co rano: „Wstawaj Juleczko”, kiedy córka wyprzedziła go niespodziewanie oznajmiając:
- Nie śpię. Już wstaję!
- No, no. To dobrze, idę zrobić śniadanie – Tata trochę zdumiony i trochę ucieszony poczłapał do kuchni jakby niedowierzając. Zawsze trwało to dużo dłużej. Tata mówił „wstawaj”, Julka mówiła „już” i spała dalej, potem Tata znowu mówił „wstawaj”, a Julka „już” i tak co najmniej kilka razy. A co tym razem?
A tym razem było inaczej. Zanim zagotowała się woda, Julka już była w kuchni. Pomogła Tacie zrobić kanapki, potem szybko się umyła, błyskawicznie ubrała, migiem uczesała. Tata był tak zdumiony, że nie wiedział co mówić. Podwiózł Julkę jak co rano do szkoły i pojechał do pracy trwając w swoim zdumieniu jeszcze dosyć długo.
Każdego ranka Tata odwoził Julkę, bo pracę zaczynał później niż Mama, a Mama Julkę odbierała, bo kończyła pracę wcześniej niż Tata. Tego dnia Julka musiała bardzo się starać żeby uważać na lekcjach i słuchać tego co mówi Pani Wychowawczyni drugiej klasy. Wcale nie dlatego, że nie lubiła się uczyć. Dzisiaj po lekcjach miał być zrealizowany plan i Julce trudno było w tej sytuacji o nim nie myśleć. Na szczęście lekcje minęły gładko i bez problemów. Na przerwach za to Julka i jej przyjaciółka Monika zaszywały się w kącie korytarza i szeptały, szeptały. Ale nikt nie wiedział o czym.
- No to trzymam kciuki! – Blondynka w fiołkowej kurtce, zanim wyszła ze szkoły, podniosła do góry obie dłonie z zaciśniętymi kciukami.
- Dzięki! Pa, Monika! – Julka pomachała koleżance i wróciła do świetlicy. Jeszcze godzina! O, właśnie! Odrobi w świetlicy lekcje. Czas szybko zleci i będzie więcej czasu dla … Już ona wiedziała dla kogo!
- Julia! – Pani Świetliczanka wywołała dziewczynkę. – Mama przyszła.
- Dziękuję i do widzenia! – Julia ukłoniła się grzecznie i pobiegła do szatni.

Szły z Mamą po mokrym chodniku, bo znowu coś kropiło. Ale Julka nie zwracała na to uwagi.
- Mamo, chodźmy tą drugą stroną. Skończył mi się zeszyt, a tam jest sklep – poprosiła.
- Dobrze, chodźmy. Od razu zrobię zakupy.
Sklep mieścił się na rogu szarej kamienicy. Przed wejściem do niego była brama , poprzez którą widać było podwórko. Na wprost bramy stał w głębi podwórka duży pojemnik na śmieci.
- Mamo! Zobacz, tam jest kotek! – Julka pociągnęła rękę Mamy w stronę bramy.
- Gdzie? Nie ma żadnego kotka. Chodźmy już, bo zaczyna coraz mocniej padać.
- Jest, Mamo, jest! – I dziewczynka puszczając rękę Mamy pobiegła w stronę pojemnika. Schyliła się i uśmiechnęła radośnie. On tam był! Tak jak umówili się z Elfem : miał go przekonać żeby siedział tam właśnie o tej porze. Patrzyła na malutki ciemny kształt, a malutki ciemny kształt znieruchomiał i pisnął cichutko.
- Julia, co ty robisz? – Mama chcąc nie chcąc podeszła bliżej.
- Mamo, zobacz jaki śliczny. I jaki biedny. On jest głodny i zmarznięty, no zobacz.
- Tak, ale to jest czyjś kotek.
- Nie, Mamo, niczyj. On nie ma domu.
-Skąd wiesz?
- Ja to widzę. Ja to CZUJĘ! – I już miała klękać nie zważając na błoto, kiedy usłyszała czyjeś kroki. Od strony bramy szła w ich kierunku Starsza Pani. Na widok Julki uśmiechnęła się wyrozumiale.
- Jest tam? – spytała tylko.- Bo mam coś dla niego. Takie maleństwo, a tu zima za pasem – popatrzyła na Mamę oczekując zrozumienia. – Zima zawsze jest dla nich ciężka, przeżyją albo … nie.
- No, rzeczywiście, jest coraz zimniej. Czyj on jest? –Zapytała Mama dobrze wiedząc co usłyszy.
- Niczyj – Starsza Pani wzruszyła ramionami.- Ktoś go tu podrzucił niedawno.
Tymczasem Maluch odważył się podnieść oczka na dziewczynkę. Wyglądała sympatycznie. Postawiła miseczkę, którą podała jej Starsza Pani i prosiła:
- No chodź, nie bój się. Zjedz sobie.
Maluch zbliżył się do miseczki. Był głodny. Elf przekonał go żeby wyszedł z komórki i czekał tutaj, a na pewno coś dostanie. Okazało się, że warto było. Zaczął łykać kawałki jedzenia spoglądając na dziewczynkę. A ta wyciągnęła rękę w jego kierunku i delikatnie pogładziła mokre futerko. Malucha zamurowało. Ma uciec pod pojemnik czy zostać? Zrobiło się tak miło. Dłoń była ciepła i dawno nie czuł się tak dobrze. Tak bezpiecznie. A Julka dalej działała szybko: wzięła go w obie dłonie zanim zdążył spostrzec co się dzieje i mocno przytuliła.
- Weźmy go, proszę! Błagam! – Patrzyła na Mamę i tuliła kociątko znieruchomiałe ze zdziwienia. – Będę pomagać, myć, czyścić, no nie wiem co jeszcze?
- Uczyć się… – dodała Mama niepewnie sama nie wiedząc co mówi.
- Też, oczywiście!
- Przecież rozmawialiśmy córeczko…
- O piesku! A to jest kotek – wyjaśniła dziewczynka roztropnie.
A Starsza Pani uśmiechała się cały czas do Julki i wcale nie zamierzała pomagać Mamie w przekonywaniu, że nie mogą mieć też kotka. Mama, nie mając żadnego wsparcia, skapitulowała.
- A niech tam! Tylko co Tata powie?
Julka nie myślała o tym teraz. Wiedziała, że jak już będą w domu to Tata nie wypędzi kotka. To było pewne na sto procent.
I tak szły mokrym chodnikiem w kierunku domu, Mama i Julka. A Maluszek? Przytulił się mocno do dziewczynki i zaczął słodko mruczeć. I słuchał jak szeptała mu do uszka, że tak się cieszy, że go odnalazła, że już go kocha i że już teraz nie jest niczyj. Jest jej i zawsze będzie. Zanim weszli do domu, Julia popatrzyła w górę. Może Elf ich widzi? Na wszelki wypadek ukradkiem posłała całuska. Od siebie i Maluszka.

………………………….

Wieczorem za oknem działy się paskudne rzeczy. Wiatr wył, deszcz tłukł o szyby, gałęzie kołysały się jak w szalonym tańcu. Ale to była ta strona okna od ulicy. Bo po tej drugiej stronie, tam gdzie znajdował się pokój Julki, było ciepło i cicho. Cicho? Raczej gwarnie i wesoło. Julka, Mama i Tata siedzieli na dywanie, po którym skakał malutki ciemnoszary kotek. Skakał w górę i w bok, fikał koziołki, gonił piłkę i różne inne uciekające przed nim małe przedmioty. Elf przycupnął na parapecie w samym kąciku tuż przy szybie, tak, żeby wiatr go nie zdmuchnął. Patrzył przez chwilę, uśmiechał się, a w końcu odleciał do swojej dziupli w parkowym drzewie, dzielnie walcząc z wiatrem. Wystarczyło mu to co widział. Nie musiał już słuchać co mówią ludzie zgromadzeni na dywanie.
A tymczasem oni, patrząc na zabawę Maluszka, omawiali nowy plan. Bardzo ważny plan. Że najpierw Pan Weterynarz musi kotka obejrzeć i powiedzieć co dalej, że trzeba kupić to co trzeba kupić małemu kotkowi, że trzeba trochę poczytać o kotkach małych i nie tylko, że… Oj, sporo tego było do omówienia.
A Julka? Słuchała pilnie, bo wiedziała, że dojdzie jej sporo nowych obowiązków. Ale co tam obowiązki! Mogą się tak nazywać, a dla niej to będzie przede wszystkim wielka radość.

Przecież to wspaniałe – troszczyć się o kogoś i jeszcze się z tego cieszyć. Prawda?

  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...