Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pamiętam bardzo dobrze ostatni dzień matur. Był trzydziesty maja, dzień zaczął się słonecznie, lazurowe niebo zaglądało do mego pokoju przez uchylone zasłony, oświetlając go do tego stopnia, że zbudziłem się, uprzedziwszy dzwonek budzika. „A więc ostatni dzień – myślałem – nareszcie będzie spokój”. Nieco omdlałą ręką uniosłem zeszyt z notatkami leżący na podłodze tuż przy łóżku i starałem się powtarzać najprzydatniejsze słówka. Nie trwało to jednak długo, gdyż wkrótce rozległ się dźwięk budzika, zwiastując godzinę 7:45. „Uczę się już tyle czasu, będzie, co ma być, w dziesięć minut i tak nie powtórzę materiału” - skonstatowałem. Za chwilę podniosłem się, wykonałem dla rozruszania parę wymachów ramion i skrętów bioder oraz dwadzieścia pompek, zaścieliłem łóżko i udałem się na poranną toaletę. Dopiero przemycie chłodną wodą przywróciło mi rześkość. Wyperfumowałem się i w koszuli na ramiączka poszedłem do kuchni spożyć śniadanie. Nerwy sprawiły, że nie miałem apetytu, mimo wszystko spożyłem jednak dwie bułki z mielonką i pomidora. Spożywając, patrzyłem co chwila na zegar, tak by wyjść około dziewiątej i nie spóźnić się na egzamin, bo wtedy – tragedia. „Jeszcze dwa łyki herbaty, garnitur i przed siebie”. Kiedy ubierałem się, obudził się mój młodszy brat, na szczęście dał mi lekkiego kopniaka. Mogłem wyruszyć.
Wspaniały był to dzień. Coraz bardziej świeciło słońce. W powietrzu unosiła się dziwna woń, która sprawiała, że każdy każdy oddech był niesamowitą przyjemnością. Wszystko budziło się do życia, dojrzała wiosna zazieleniła obficie liście drzew, które z lekka falowały na delikatnym wietrze. Śpiewały ptaki, a na żółtych mleczach niekiedy ukazywał się biały motyl lub włochaty bąk.
Ponieważ sprzed nosa uciekł mi tramwaj, dystans dwóch przystanków postanowiłem przejść pieszo. Przyjemnie zeszła mi droga, choć trochę się denerwowałem myślą o maturze, towarzyszyło mi jednak trochę uczucie dumy – symbolicznego wkroczenia w dorosłość oraz radości, radości, że wreszcie nadejdą wakacje.
Przed wejściem spotkałem kolegów stojących w kółku. Jak zwykle podaliśmy sobie dłonie. Nie pamiętam wszystkich szczegółów. Więc nie przytoczę dokładnie, o czym rozmawialiśmy, na pewno coś o przeciekach na maturach, bo miała być jakaś afera. Matury pisaliśmy na sali gimnastycznej, obszernej, nieco cuchnącej stęchlizną, ale wiosenną porą, przy otwartych oknach, dało się tam wytrzymać.
Losowano miejsca, mi przypadła 1, wszedłem więc do sali i usadowiłem się z przodu przy ścianie. Niepokoiło mnie tylko, że Janek, mój najlepszy kolega jeszcze z podstawówki, nie przychodził. Uspokoiłem się jednak niebawem, bo przyszedł tuż przed zamknięciem sali, przypadło mu miejsce 9, więc widzieliśmy się dosyć dobrze.
Matematykę i polski mieliśmy już za sobą, pozostał tylko francuski i dzisiejszego dnia mieliśmy go właśnie pisać. Rozdano arkusze. Tłustej, siwiejącej już wychowawczyni mojej klasy, przypadła rola opiekuna spotkania (ona właśnie uczyła francuskiego). Ostrzegła nas przed konsekwencjami ściągania, podała kilka ważnych informacji i egzamin mógł się rozpocząć. Wylałem mnóstwo potu z siebie przy pisaniu, aczkolwiek dziesięć minut przed czasem regulaminowym opuściłem salę. Za chwilę wyszedł też Janek.
i jak? - spytał mnie.
powinienem zaliczyć – odparłem – a jak Tobie poszło?
Ja też, tylko to słuchanie mnie wnerwiło, taki bełkot, że się słów nie dało odróżnić – narzekał defetystycznie.
Trzydzieści procent będzie, nie ma się co martwić,
Żebym miał jak na próbnej, to byłoby super.
A ile miałeś?
45%, a ty?
79%
Ty kujonie – powiedział do mnie, skromnego zgrywasz.
Hehe, zaliczymy, pomyśl, że mamy odtąd wolne.

Ponarzekaliśmy jeszcze trochę wespół z kilkoma innymi kolegami pod szkołą. Cieszyliśmy się bardzo, że wreszcie kończy się szkoła, ale był w nas też element nostalgii, że już nigdy tu nie wrócimy, rozpoczniemy całkiem nowe życie. Niektóre dziewczyny płakały, robiły sobie pamiątkowe zdjęcia z przystojniejszymi z chłopaków.
Nie wiem, chyba pierwszy wpadłem na ten pomysł, ale w drodze powrotnej chcieliśmy jakoś uczcić ten dzień. Padło na wycieczkę rowerową.
Dawaj nad jeziorko – powiedziałem
Ok. browca po drodze się wypije
Musowo
To za ile wychodzimy? Ja mogę już właściwie – niecierpliwiłem się.
Ja też, jak najszybciej!
Ok. to za pół godziny na placu
Podaliśmy sobie zwyczajnie ręce, choć mieliśmy widzieć się niebawem. Janek skręcił na na prawo, mieszkał kilka uliczek za mną w kilkupiętrowym bloku. Ja poszedłem prosto do swojego nieco wyższego budynku. Spieszyłem się, by jak najszybciej chwycić rower w swoje ręce. Byłem uradowany, poranne napięcie, całkowicie ustąpiło rozluźnieniu. Kwestia zaliczenia była dla mnie oczywista, chciałem kontynuować naukę na studiach, ale na razie myśl tę odrzuciłem od siebie. „Wolność” – chodziło mi po głowie i znów zaczerpnąłem powietrza pełną piersią, czując niewypowiedzianą rozkosz.
W domu wypiłem tylko szklankę wody mineralnej, zagryzłem suchą kiełbasą. Tak posiliwszy się, sięgnąłem do starego plastykowego pojemnika, w którym trzymałem drobne i długo grzebałem pośród miedziaków o groszowym nominale nim wydobyłem pięciozłotówkę. „To na browar, a może nawet dwa – powiedziałem do siebie – w końcu taki dzień zdarza się tylko raz w życiu”. Garnitur rzuciłem na łóżko, wdziałem letnią koszulkę i spodenki, czarne pantofle zamieniłem na adidasy i wziąłem rower z balkonu. Czas na wycieczkę. Bardzo lubiłem jazdę na rowerze i często z Jankiem robiliśmy tego rodzaju wypady. Raz do lasu, kiedy indziej w miasto, było jak spędzać wolny czas.
W windzie zorientowałem się, że zapomniałem gazu pieprzowego, który miałem w zwyczaju zabierać ze sobą na dłuższe wycieczki po przygodach, jakie spotkały mnie minionych wakacji na wsi. „Chrzanić to, nie będę tchórzem ani nie będę wracał się dziesięć razy jak Miałczyński do domu” - pomyślałem. Wkrótce byłem już na betonowym placu – boisku do koszykówki, gdzie przywitał mnie czekający na mnie Janek.
Masz speeda – wykrzyczałem, ja właściwie od razu z chaty lecę z rowerem
ja tylko ciuchy zrzuciłem i nie było mnie,
no, ja jeszcze zjadłem
A po co? Mniej browarów wypijesz
Heh, idziemy po Rudego?
Można iść
To dawaj – krótko zakończyłem dialog.
Rudy był to nasz wspólny kolega z podstawówki, kiedyś częściej się spotykaliśmy, obecnie trochę rzadziej, gdyż wszedł w szemrane towarzystwo i często palił zielsko, na rowerze był jednak niezastąpiony.
Pod jakim on mieszka? - zapytał mnie kumpel.
Chyba 49, ja zadzwonię
ok.
Po kilku minutach dosyć szybkiej jazdy, zatrzymaliśmy się przy klatce odrapanej kamienicy. Wcisnąłem okopcony przycisk, za chwilę odpowiedział mi ochrypły głos kobiecy:
Halo!
Dzień dobry, czy zastałem Rafała? (tak miał na imię, Rudym nazywano go z uwagi na gęste rude włosy i piegi, które żółtą plamą kładły się na jego bladej, trójkątnej twarzy).
Nie ma! W szkole.
Rozumiem, dziękuję, do widzenia.
No tak, chłopaczyna dopiero w drugiej klasie, nie zdał przecież – zwróciłem się do Janka.
A do której ma zajęcia?
Nie wiem, nie ma co czekać pod budą, jedźmy! Puszczę mu smsa to najwyżej dołączy nad jeziorko.
Spoko, jedziemy.
I puściliśmy się asfaltową aleją otoczoną starymi dębami. Za chwilę ukazała się szersza ulica, po której dość często przejeżdżały samochody. Tędy trzeba było dojechać do mostu, a po przekroczeniu rzeki zjechać na dół z wzniesienia na wąską ziemną ścieżkę. Przed zjazdem pojechaliśmy jednak jeszcze trochę prosto, gdzie przy niewielkim kościele był dosyć dobrze nam znany sklep monopolowy. Niestety, te czterysta metrów zrobiliśmy na próżno, bo nie wiedzieć czemu, zastaliśmy tam zasunięte palety. Trzeba było się wrócić.
Cholera gdzie teraz browca dostaniemy?
Tam po drugiej stronie jeziorka też coś chyba jest, poszuka się.
Zjechaliśmy. Dokoła rosły wysokie trawy, krzaki, czasami ukazywał się rozleglejszy teren. Szum samochodów ustał całkowicie.
Fajnie się jedzie – milczenie przerwał wyraźnie zadowolony Janek.
No, zajebista pogoda, ścigasz się?
Nic nie mówiąc, zaczęliśmy przyspieszać, raz wysuwałem się do przodu, innym razem mój kolega, żadnemu z nas nie udało się jednak osiągnąć wyraźnej przewagi. Gdy maksymalnym wysiłkiem mięśni ud, aż do uczucia bolesnego pulsowania, doścignąłem Janka, spytałem (bo miał licznik prędkości):
Ile?!
35!
Fuck! Jechałem już 40
Tu piaszczysta ścieżka, na asfalcie co innego
Racja odrzekłem lakonicznie, gdyż ból w udach wzmógł się nie do zniesienia.
Zaczęliśmy hamować, bowiem ścieżka kończyła się, a na skrzyżowaniu – polance, ukazały się 2 drogi.
Teraz chyba w prawo – powiedziałem, tam za tymi drzewami powinno być jeziorko.
A co tam jest? Spytał mnie Janek, pokazując palcem drogę na wprost.
Nie wiem.
Sprawdzę
ok.
I pojechaliśmy. Okolica rzeczywiście była malownicza: na szerokiej przestrzeni bujnie rosła trawa, wysokie drzewa porozrzucane w nieładzie, likwidowały monotonię terenu. Słońce świeciło bardzo mocno, przez chwilę tylko lżej dawało się we znaki, kiedy nieliczne cirrocumulusy zaszły mu drogę. W pobliskich krzakach coś zaszeleściło i ukazał się dziwny ptak.
Popatrz tam!
Co to? Kuropatwa?
Zdaje się, że bażant.
Jechaliśmy dalej. Kolega wysunął się do przodu. Ja nie podzielałem jego entuzjazmu. Zaczęła mi dokuczać ta droga, bo w głębi stała się strasznie wyboista i kręta. Wiła się pomiędzy pagórkami i kępami krzaków. Z trudem utrzymywałem kierownicę, trzęsąc się i podskakując.
Ja tam nie jadę, tam nic nie ma – wyraziłem swoje niezadowolenie.
Odpowiedziało mi milczenie, toteż z niechęcią, aczkolwiek pokierowałem się dalej. Spotkaliśmy się przy kolejnym rozwidleniu dróg. Na miejscu była udeptana trawa. Zdumiony nieoczekiwanym zjawiskiem spytałem:
A to co u licha? Kręgi zbożowe?
Fajnie byłoby zobaczyć to z góry.
Znajdując się na tym pustkowiu, teraz po raz pierwszy poczułem niepokój. Włosy zjeżyły mi się na głowie.
Ale tam i tak nic nie ma, powtórzyłem swoją wątpliwość. Nie jadę.
Spójrz tam daleko, samochody!
Istotnie w oddali pomiędzy lukami w szpalerze drzew ukazywały się z rzadka pojazdy.
Tamtędy pewnie też można dojechać! - ucieszył się Janek
Nie wiem – odparłem bez przekonania.
Dziwiło mnie, że mimo kilku odbytych już wycieczek nad jeziorko, okazało się, że tak mało znam tę okolicę. Nie chciałem tam jechać i byłbym pewnie mocno zaprotestował, ale
majaczące na horyzoncie samochody pobudziły moją ciekawość. Pozostałem jednak w tyle, nie spiesząc się. Wjechaliśmy teraz na pustą przestrzeń, kończyła się ona krzakami, dziko rosnącymi drzewami owocowymi, coś jakby nieużytkowane ogródki działkowe. Droga wiodła prosto, na końcu tonąc w gęstych zaroślach. Janek wyprzedził mnie już dosyć znacznie. Celowo przemieszczałem się pomału. „Po co on tam jedzie – myślałem – jeszcze jakieś psy wyskoczą”.
I w tym momencie, kiedy tak rozważałem, może z dziesięć sekund później, usłyszałem agresywne szczekanie. Zatrzymałem rower, gdy mój kolega dojeżdżał właśnie do tego zakończenia drogi, z chaszczy wybiegły dwa masywne rottweilery. Ciarki przeszły mnie po całym ciele. Zimny pot w okamgnieniu pokrył czoło.
– Uciekaj! – wykrzyczałem szybko i zawróciłem nerwowym szarpnięciem rower.
Kiedy jechałem już w odwrotnym kierunku, Janek dopiero zawracał. Psy były coraz bliżej niego. „Boże, zaraz się zacznie” – przemknęło mi przez myśli i mimo martwienia się o przyjaciela obudziła się we mnie egoistyczna żądza przetrwania. Paraliżował mnie strach, jednak ze wszystkich sił naciskałem pedały, by osiągnąć jak największą prędkość. Rower strasznie podskakiwał na wybojach. „Trzymaj kierownicę, trzymaj ją, kurwa” – powtarzałem. Odwróciłem się jeszcze raz, wtedy to widziałem ostatni raz Janka. Bestie były tuż przy nim. Biegły, charcząc straszliwe, rozwierając ogromne paszcze. „Może nic mu nie zrobią” – łudziłem się nadzieją. Lecz za moment straciłem ją, bo usłyszałem przeraźliwy krzyk, podobny słyszałem chyba tylko raz w życiu, kiedy widziałem samobójczynię skaczącą przez okno, wołanie ratunku. Potem dołączył upadek roweru i odgłosy okrutnej walki człowieka z psem. Co to były za straszne dźwięki, do końca życia ich nie zapomnę! Świdrują moją głowę. Po chwili słychać było tylko już tylko psy. Człowiek umilkł. Odtąd myślałem już tylko o sobie. Czułem zatapiające się kły w moim ciele. Jechałem na oślep, jak najszybciej by uciec z feralnego miejsca.
Ratunku, ludzie, psy człowieka zagryzają, pomocy! - krzyczałem tak głośno jak tylko potrafiłem.
Nie odpowiedział mi nikt. W nerwowym amoku nie mogłem znaleźć drogi powrotnej. Droga zarosła wysoką trawą ciągnęła się prosto nie wiadomo dokąd. Zabłądziłem. Chciałem zadzwonić na policję, lewą ręką dotknąłem kieszeni – okazało się, że była pusta. Prz gwałtownej ucieczce telefon musiał wypaść mi gdzieś na drogę, ale niemożliwym wydawało się cofnięcie.
Ratunku – krzyknąłem znowu i tym razem nikt nie odpowiedział.
Jechałem wciąż prosto. Po paru minutach błądzenia dotarłem na wysypisko śmieci. Tam spotkałem pierwszych ludzi. Mieli telefon.

Janek nie przeżył. Okropna musiała być jego śmierć, podobno zostały z niego tylko strzępy. Dużo po tym wypadku chorowałem. Matury poszły nam świetnie, jednak ja wiem, że nie zaliczyłem egzaminu dojrzałości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena  Dobry wiersz. Pozdrawiam.    
    • @KOBIETA  Wieża Eiffela to matematyczna ekspresja miłości, wygrywa siłą ducha, toczy się pomiędzy kochankami, jak błyskawica. Pozdrawiam serdecznie :)
    • Tam gdzie milczące aniołów posągi, Obejmują spojrzeniem swym dumnym, Rozległe panoramy miast średniowiecznych, Spoglądając wymownie ku horyzontowi,   Tam gdzie przecudne aniołów twarze, Wykute w drewnie, piaskowcu, marmurze, Niekiedy szczerym złotem pokryte, Niekiedy miejscami nadkruszone…   Nad krajami Grupy Wyszehradzkiej, Niosą się niesłyszalne szepty anielskie, Rozbudzając nasze uśpione emocje, Czule dotykając naszych serc,   A każdy taki anielski szept, Dla wielowiekowych tradycji jest hołdem, Przez niezliczone hufce niebiańskie, Z nabożnością złożonym ufnie…   Gdy w samym sercu Europy, Ludzie z dziada pradziada pobożni, pracowici, Składając wieczorami ręce do modlitwy, Ofiarowują Bogu ufnie trudy codziennych dni   W czterech krajów zacisznych zakątkach, Gdzie z każdego kąta spogląda historia, Da się posłyszeć i szept anioła, Mówiący o tym co zatarł czas.   W sercu Europy cztery dumne narody, Wierne pozostając swych ojców tradycji, Dla świata całego przykładem są wymownym, Szacunku do ojczystych korzeni,   Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Dumni, szlachetni, niezłomni, Przez dziesięciolecia sowietyzacji się oparli, Przykładem dziś będąc dla całej ludzkości…   Dziś gdy w mroku globalnego bezprawia, Tli się Grupy Wyszehradzkiej idea, Niczym z jednego złoconego świecznika Czterech świec płomieni jasny blask,   Niegasnącemu zacieśnianiu więzi, Pomiędzy czterema bliskimi sobie narodami, W cieniu wielowiekowej pobożności, Z niebios błogosławią dziś anioły…   I od piaszczystych plaż Pomorza, Poprzez tonące w chmurach szczyty Tatr, Przez zabytkowe rynki czeskich miast, Po urokliwe kawiarnie w budapesztańskich zaułkach,   W każdym z krajów Grupy Wyszehradzkiej, Pośród zwyczajnej codzienności szarej, Szepty anielskie da się posłyszeć, Wlewające w serca otuchę…   Gdy w starych drewnianych kościołach Podlasia, Przesuwają rozmodlone staruszki paciorki różańca, Wyszeptując cicho modlitw swych słowa, Wypraszając swym rodzinom obfitych łask,   Bacznie przysłuchujące im się anioły, Gdy mrok ziemię otuli, Zanoszą je wszystkie przed tron Boży, By wysłuchania i spełnienia doczekały…   Gdy pośród licznych mazowieckich wiosek, Gdzie od lat wciąż niezmiennie Przeszłość z przyszłością nierozerwalnie splecione, Wyznaczają kolejnych dni bieg,   Stare pobożne gospodynie, Swych prababek zwyczajem, Starannie naostrzonym nożem, Czynią znak Krzyża na chlebie,   Także identyczny Krzyża znak, W blasku jasnego poranka, Kreśli niewidzialna dłoń anioła, Błogosławiąc wierne Bogu domostwa,   By codzienny prosty posiłek, Okraszony anielskim błogosławieństwem, Smakował niczym dania najwyszukańsze, Na niejednym królewskim dworze…   Gdy o poranku krakowskie kwiaciarki, Zaplatając kolejne bukietów wiązanki, Wymieniają między sobą uprzejmości, Często przyodziane w ciepłe uśmiechy,   Pośród trzepotu gołębich skrzydeł, Gdy w skupieniu wsłuchamy się w ciszę, Da się czasem słyszeć anielski śmiech, Strun naszej wrażliwości dotykający czule.   A gdy z wieży gotyckiego Kościoła, Pośród gwaru Starego Miasta, Ku wszystkim czterem stronom świata, Hejnału Mariackiego niesie się melodia,   Czasem i podniebne anioły, Pod nieboskłonem skrzydła rozpostarłszy, W skupieniu wsłuchają się w jej dźwięki, Skrycie roniąc niewidzialne swe łzy…   Gdy w skupieniu prascy zegarmistrzowie, Z pieczołowitością reperują zegary stare, Od lat niezmiennie całe swe serce, Wkładając z czcią w codzienną pracę,   Niekiedy niewidzialne anioły, Uważnie przypatrując się ich pracy, Zamyślone oddają się refleksji, Nad dziejami całej ludzkości.   Gdy czasem stary siwowłosy Czech, Przytykając do ust złocistego piwa kufel Z rozrzewnieniem rozmarzy się tęsknie, Wspominając lata swe młode,   Niekiedy niewidzialny anioł, Kładąc na ramieniu jego swą dłoń, Poruszony jego tęsknotą, Zanuci mu do ucha pieśń swą anielską…   Gdy w cieniu słowackich Tatr, Na wiejskich zacisznych plebaniach, Przy drewnianych kościołach i cerkwiach, Gdzie dawno temu zatrzymał się czas,   Oddani Bogu słowaccy księża, Biorąc wieczorami do ręki brewiarz, Z nabożnością czyniąc znak Krzyża, Składając wieczorami ręce do pacierza,   O pomyślność narodu słowackiego, Przodków swych powierzone im dziedzictwo, W ciszy i w skupieniu się modlą, Okraszając swe modlitwy niejedną łzą,   Zasłuchane w nie za oknami anioły, Gorące z oczu ich łzy, Nanizują na złote swe nici, Niczym kryształowych różańców paciorki,   By na szczycie Krywania, Gdy rozproszy mroki nocy świtu blask, Przed obliczem samego Boga, Ofiarować Mu je niczym najwyszukańszy dar…   Gdy wraz z złotego słońca wschodem, Starzy słowaccy górale, Wypasając bladym świtem liczne stada owiec, Snują gawędy swe barwne,   Niekiedy anioł świetlisty, Choć ludzkim okiem niewidzialny, Na porośniętym mchem głazie polnym, Przysiądzie w zadumie w nie zasłuchany…   Gdy węgierscy uliczni muzycy, Przytykając do ust złote saksofony, Delikatnymi ruchami dłoni, Najcudowniejsze wyczarowują z nich dźwięki,   Niekiedy zasłuchane w nie anioły, Przystanąwszy na rogach ulic, Pięknem ich poruszone do głębi Niebiańskie do nich nucą swe piosnki.   Gdy dostojne węgierskie damy, Gotyckich katedr przekraczają progi, By do mosiężnych skarbon kościelnych Z oddaniem wrzucić hojne swe datki,   Czasem wsłuchując się w siebie, Przed bogato zdobionym ołtarzem, Posłyszą jakby anioła szept, Chwalący dobre ich serce…   Wypraszajcie anioły niebiańskie, Łask obfitych narodom Grupy Wyszehradzkiej, By zawsze odznaczały się odwagą i męstwem, Do wielowiekowych tradycji przywiązaniem,   By wielowiekowe pradziadów dziedzictwo, Cenniejszym im było niż całego świata złoto, Zawsze więcej dla nich znaczyło, Niż złudna pogoń za nowoczesnością,   By w godzinie próby nieubłaganej, Gdy wicher historii zawieje, Zakulisowym knowaniom nie dali się zwieść, Dumni Polak, Czech, Słowak i Węgier.   By w milionów ludzi sercach, Ten sam płonął nieugaszony żar Co na dawnych bitew polach, Co w narodowowyzwoleńczych powstaniach,   By na współczesności bezdrożach Także i dziś drogowskazem im była Prastara odwieczna ta prawda, Niegdyś na kartach kronik spisana,   Iż poszanowaniem historii i ducha niezłomnością, Wierne Bogu narody wciąż trwają, Gdy inne stopniowo wymierając, Z biegiem wieków obracają się w proch,   By Polacy, Czesi, Słowacy i Węgrzy, Zawsze honorowi, lojalni i solidarni, Jak bracia pozostali sobie wierni, Co w jednym domu byli wychowani…   Wiersz opublikowany w dniu 15 lutego w międzynarodowy dzień Grupy Wyszehradzkiej.     Idea zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej zawsze zajmowała szczególnie ważne miejsce w moim światopoglądzie… Z czasem jednak zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby dobrym pomysłem spróbować włożyć w tę ideę pierwiastek duchowy...  I tak narodził się pomysł tego wiersza...       Wiersz ten jest próbą włożenia pierwiastka duchowego (motywu opiekuńczego anioła) w ideę zacieśniania więzi pomiędzy narodami Grupy Wyszehradzkiej.      

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Anioł Stróż autorstwa Romana Stańczaka w Parku Rzeźby na Bródnie w Warszawie.     Anioł na kandelabrze przed frontem audytorium muzycznego Rudolfinum w Pradze.     Rzeźba św. Michała Archanioła w niszy barokowego mostu przy Bramie Michała Archanioła w Bratysławie.     Posąg Archanioła Gabriela na Placu Bohaterów w Budapeszcie.
    • @Berenika97 Dziękuję Ci z całego serca!...  Pozdrawiam Najserdeczniej!!!
    • Meta, leżeli ileże latem?    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...