Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Oxyvia

Użytkownicy
  • Postów

    9 152
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    18

Treść opublikowana przez Oxyvia

  1. Rozumiem, że jest to kłótnia z mężem o teściową? ;) Fajne.
  2. :-))) OK, niech Ci będzie. A ja pozostaję przy swoich odczuciach. :-)
  3. Niezupełnie autobiograficzny. Może troszkę? :) Ale wątpię, szczerze mówiąc. Tak, jak pisałam, raczej chodziło mi tu o te wszystkie wspaniałe, piękne i utalentowane kobiety o silnej osobowości, które przez całe życie są samotne, choć lubiane i uwielbiane. Kilka z nich wymieniłam z nazwiska; znam ich znacznie więcej, a nie wszystkie są sławne. Talent prozatorski? Takie tam bajdurzenie. Ale dziękuję. :)
  4. Eee, nadinterpretacja. :) Śmierć, która się oddala i myśli o kimś innym? ;) Ja również pozdrawiam.
  5. Cześć, Zosiu! Wiesz, że ta villanella okrutnie mi się podoba. A do moich też czasem mogłabyś zajrzeć... Przeniosłam się na Petkę. :) Pozdrawiam serdecznie! I do rychłego zobaczenia.
  6. Któregoś pięknego, letniego dnia – chyba gdzieś na początku sierpnia – urodziła się puchata lwiczka. Szczęśliwi rodzice nadali jej wyniosłe imię: Hellelujoannittegarda, jak przystało na arystokratyczną, królewską rodzinę. Jednak dla ułatwienia oraz okazania czułości, bliscy i przyjaciele nazywali lwiczkę po prostu: Hella, Leluja, Hel, Lel, Leja, Lea, Nitta, Joan, Garda albo najzwyczajniej Joannitta. Lwiczka była przesympatyczna: cieplutka, milutka, mięciutka, dająca się urabiać i uklepywać na dowolne kształty i modły – po prostu ideał dziecka. Wszyscy ją chwalili, że taka grzeczna i dobrze ułożona. Rodzice lwiątka chodzili rozdęci dumą po uszy, że tak dobrymi okazali się treserami. Nie wszystkim rodzicom tak świetnie się to udaje. I byłoby po prostu idealnie: rodzice byliby idealnymi wychowawcami, a lwiczka wyrosłaby na idealną żonę, gdyby nie pewna przypadłość genetyczna, która zaczęła się uwidaczniać w dobie dojrzewania maleństwa. Otóż pewnego razu królowa matka zauważyła, że jej córce zaczyna rosnąć… grzywa! Z przerażeniem zobaczyła pod słońce wyraźną, małą jeszcze, złocistą koronkę wokół głowy córki, okalającą jej miły pyszczek za uszami. Królowa matka wezwała panienkę na poważną rozmowę (zresztą wzywała ją tylko na poważne rozmowy, nigdy na nic nie dające, lekkie pogaduszki o niczym). - Spójrz na siebie! – zaczęła matka łagodnie – Bardzo mi się nie podoba to, jak ostatnio wyglądasz. Co to za nowomoda? - Jaka nowomoda, mamusiu? O czym mówisz? – niekłamanie zdziwiła się naiwna Leluja. - Nie udawaj, że nie rozumiesz! – matka przybrała ostry ton – Przecież rośnie ci grzywa! - A, grzywa… – Leli spuściła wzrok, musnąwszy pazurami złocistość czupryny nad czołem – Tak… przepraszam. Ale to nie moja wina. - Jak to: nie twoja? A niby czyja? - Nie wiem. To mi samo wyrasta. Tak mi się robi. Samo. - Przecież nie jesteś samcem! Jak ty wyglądasz z tą grzywą?! - No… Pewnie jak samica z grzywą? – Leja próbowała rozładować ciężki nastrój żartem. Ale to tylko pogorszyło sprawę: - Nie wygłupiaj się, wiesz?! – ryczała królowa matka - Robisz się uparta i krnąbrna! Aha, i buntownicza! Jeśli nadal będziesz hodować w sobie te cechy z tą… grzywą, to nigdy nie znajdziesz męża! - Mamusiu, ja po prostu dorastam. Dorastam w taki sposób. Z grzywą. Taka już jestem – próbowała tłumaczyć się Leja. - To dorastaj w inny sposób! Lwiczki powinny być potulne, posłuszne, usłużne, powinny przynosić mężowi gotowy obiad… A ty tu z tą grzywą! Wstyd, naprawdę! W tej chwili maszeruj do łazienki i zgól tę… wątpliwą ozdobę! Joannittunia potulnie poszła we wskazane miejsce i długo, długo mocowała się ze sztywnymi drutami swej niesfornej grzywy za pomocą ojcowskiej maszynki do golenia, którą król lew usuwał codziennie zbyt rosochatą, niepoważną kitkę w zakończeniu swego dystyngowanego ogona. Przez jakiś czas był spokój. Lwiczka zaczęła podobać się chłopcom, niektórzy nawet pozwalali się zapraszać na rodzinne obiadki, co było już przygrywką do przyjęcia zaproszenia na zawsze, bo Lea była niezwykle śliczna. Niestety po jakimś czasie grzywa zaczęła odrastać. Wystraszeni kandydaci na narzeczonych odsunęli się od panny na bezpieczny dystans, tłumacząc się, że przecież niczego nie obiecywali i nie mają wobec niej żadnych zobowiązań. A ponieważ Hella była naprawdę piękna, wielu z nich proponowało jej seks kumpelski (wraz z kumpelstwem, oczywiście). Gdy jednak nie chciała tych usług przyjąć, kumpelstwa także jej nie dawano - fatyganci odpływali w siną dal. Tym razem więc król ojciec postanowił poważnie porozmawiać z córką. Co prawda nie wiedział, czy dziewczyna już dorosła do poważnych rozmów i bardzo się bał, że mu się to nie uda. (Król ojciec nigdy dotąd nie rozmawiał z córką poważnie, co najwyżej o dziecinnych bzdurkach, czyli o niczym). - Słuchaj no! – zaczął ojciec delikatnie – Jak ty się nosisz? Czy tak wyglądają młode dziewczyny? Czy tak chodzą twoje koleżanki? - Tatusiu! – zamiauczała płaczliwie lwiczka – Dlaczego wy się mnie czepiacie? Ta grzywa mi sama rośnie! Ja już taka jestem! - To ją gól! Gól, na litość boską! Jak się jest lwicą, to się nie nosi grzywy! - Golę! Golę i golę! Ale ona mi coraz szybciej odrasta! I coraz bujniej! Nie nadążam! – tłumaczyła się Nitta, wybuchając wreszcie niepohamowanym płaczem - Sam masz grzywę, to spróbuj ją sobie golić codziennie! Ja mam to po tobie! Właśnie po tobie! - Ja jestem lwem! – ryknął król i tak huknął pazurami w pochyłą akację, że runęła z trzaskiem w suchą trawę sawanny – Jesteś bezczelna! Odkąd zaczęłaś dorastać, nie da się z tobą rozmawiać! Wyjdź mi stąd! Wyjdź z mojej sawanny! Kiedy skruszejesz i zmądrzejesz, to wrócisz! - Jak sobie życzysz! – ryknęła po raz pierwszy Joannitta i wybiegła z sawanny. Mijając matkę, zatrzymała się na chwilę i ośmieliła się spojrzeć jej w oczy; ale zamiast cienia współczucia - zobaczyła w nich błysk wściekłości i wstydu. Wobec tego biegła bardzo długo, coraz głośniej szlochając i płacząc, ale nikt tego nie słyszał; a jeśli nawet ktoś usłyszał, to nie chciał sobie tym zawracać głowy, bo w końcu każdy ma własne kłopoty. Więc biegła i biegła, szukając dla siebie miejsca i coraz bardziej dorastając. W końcu jej płacz przerodził się we lwi ryk, a sztywna koronka wokół łebka – w olbrzymią, gęstą, krzaczastą grzywę. Jej oczy nabrały przenikliwego, badawczego wyrazu, a sposób bycia – hardości, stanowczości, królewskiej wyniosłości i dumy. Hella była coraz piękniejsza. I silniejsza. I dziksza. I coraz bardziej samotna. Niezależna. Kręciły się wokół niej lwy różnej maści, sortu i kalibru. Podobała się właściwie wszystkim. Ale ciągle – idiotka! – nie mogła zrozumieć, że oni nie szukali w niej żony, bo przecież nie wyglądała na żonę. Lubili ją, chcieli, żeby była ich kumpelką, przyjaciółką, powiernicą, nawet przewodniczką (bo dobrze wszystkich rozumiała, nawet samców). No, oczywiście, chcieli z nią także… Przecież byli normalnymi lwami, a ona była taka piękna i wyjątkowa. No, ale na żonę nie szuka się wyjątkowych lwic. Na żonę to się bierze zwykłe kotki, niewyróżniające się specjalnie, niebrzydkie może, ale i nie za ładne, no bo te piękne mają za duże powodzenie i kiedyś mogłyby sobie wybrać kogoś lepszego, zwłaszcza jeśli są wyniosłe i dumne, i nie pozwalają sobą rządzić ani z siebie kpić, i jeszcze jawnie wyrażają własne zdanie – przy takich lwicach lwy czują się bardzo niepewnie. A Garda miała ponadto sporo innych wad nie do przyjęcia. Jej badawczy wzrok powodował, że lwy w chwilach kłamstwa lub ukrywania prawdy czuły się rozebrane do naga i prześwietlone na wylot (a przecież to one miały być rozbieraczami lwic - tak je uczono!) – dlatego często bywały dla Nit agresywne i zgryźliwe, jak to lwy. Poza tym jej grzywa emitowała jakieś dziwne ciepło, które przyciągało i zniewalało, rozbrajało drapieżniki. Żadna inna grzywa nie była taka ciepła jak czupryna Helli. Lwy czuły, że ich grzywy nie dorównują jej grzywie i że ich ciepło nie dostaje do pięt ciepłu Hel. W mroźne noce afrykańskie pragnęły grzać się w ochronnych promieniach jej korony, a jednocześnie bały się jej przemożnego przyciągania. Ta grzywa powodowała, że Lea miała władzę nad stadem. Dlatego lwy zawsze szły za nią, ale nigdy razem z nią – grzywiasta lwica biegła na czele zawsze sama. Powiadano, że powodem tego wszystkiego była data narodzin lwicy – początek sierpnia. Wtedy to dalekie gwiazdy akurat tak wpływają na lwice, rodzące się na pyłku kurzu o nazwie Ziemia, że rosną im potem grzywy oraz inne cechy, jakich nie mają pozostałe lwice. Dlatego wszyscy się boją lwic urodzonych na początku sierpnia. Dlatego Garda wciąż biegła sama. Dalej i dalej. I dalej padała ofiarą własnych złudzeń, usiłując dać kolejnym adoratorom swoją niespełnioną, rodzinną miłość, lwi temperament, przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa i takie tam idealistyczne głupstwa, jakich nikt przecież od niej nie oczekiwał (poza lwim temperamentem). Padała także ofiarą zazdrosnych lwic, które nie miały takiego powodzenia jak ona, więc nieraz pokąsały Gardę do żywego lub wygryzły ją ze stada intrygami – wygadywały, że jest łatwa i że się lekko prowadzi, i że nic niewarta, bo lubi samców i seks. To straszne wady, których nie tolerują z kolei porządne lwice (czyli takie, które nie znoszą seksu i samczego towarzystwa), ale też i większość lwów, nawet jeśli im się to podoba. Więc Garda znowu szła dalej sama, dalej i dalej, szukając ciepłego, bezpiecznego domu i silnego jak ona lwa. Nigdy go nie znalazła. Nigdy żaden lew nie zrozumiał, że tylko taka lwica – wolna, dzika i z grzywą – może naprawdę pokochać, całą duszą, z własnego wyboru – może pokochać lwa dla samego lwa, nie zważając na jego majątek czy pozycję w stadzie, czy opinię społeczną – bo takie głupstwa po prostu nie są jej potrzebne, leżą dużo poniżej dróg, po których ona chodzi. Nikt nigdy nie zrozumiał, że tylko prawdziwa niezależność potrafi wykrzesać z siebie prawdziwą miłość, bez oddawania się w niewolę i zapędzania w nią bliskich. Lea wędrowała więc samotnie po sawannie, a jej grzywa rosła i rosła, i stawała się coraz cieplejsza, i coraz bardziej płowa, wręcz ognista. Aż zaczęła parzyć lwicę w głowę. Bolało ją to, stawało się nie do wytrzymania. Ale nikt nie chciał wziąć od niej ani odrobiny tego gorąca. Doszło do tego, że Joan biegała po sawannie, rycząc z bólu. Wreszcie grzywa zamieniła się w żywy, rudy ogień, jaki czasem samorzutnie zajmuje suche trawy. Strach było patrzeć, jak bardzo cierpiała w tym żarze stara lwica. W nocy ogień zgasł – grzywa spaliła się całkowicie na głowie Nitty. Dopiero wtedy, o świcie, wszystkie lwy zobaczyły, że jest zwykłą lwicą, która niczym się nie różni od innych lwic. Bez grzywy wyglądała jak normalna żona, matka, babcia. Tyle tylko, że mroźną, afrykańską nocą umarła z zimna. Zamarzła na kamień. I chyba stopniowo zamieniła się w jedną z żółtawych skał Afryki. Od innych lwic różniło ją tylko to, że bez grzywy nie nauczyła się walczyć z chłodem sawanny.
  7. Nie, Marek, ja się nie oburzam, to nie o to chodzi. Wprawdzie złości mnie, ilekroć słyszę jakieś zgeneralizowane a fałszywe "poglądy" mężczyzn o kobietach, ale wiem i pamiętam, że "kłócę się z Peelem", nie z Tobą - bądź spokojny. :) Po prostu opowiadanie zalatuje banałem i kiczem, jak przytoczona przeze mnie piosenka, parodiowana już przez kabarety. Opowiadanie sprawia wrażenie, jakby Autor chciał umocnić niemądrych i przesądnych mężczyzn w przeświadczeniu, że każda kobieta jest materialistką (a nie brakuje facetów o takim przeświadczeniu). Nic w opowiadaniu nie wskazuje na to, że taki bohater miał być np. obsesjonistą, paranoikiem albo żałośnie śmiesznym idiotą. Nic takiego tam nie ma. A szkoda. Może czytałeś "Szatańskie wersety" Salmana Rushdi? Jeden z głównych bohaterów jest schizofrenikiem. Jego choroba początkowo przejawia się tym, że zaczyna być obsesyjnie zazdrosny o swoją kobietę. Później paranoja wchodzi w coraz głębsze fazy i przejawia się w różnych postaciach (działaniach i rojeniach) bohatera, ale bezpodstawna zazdrość i ciągłe śledzenie kobiety, urządzanie jej dzikich awantur i scen bez realnego powodu - to trwa nadal i nasila się. W końcu ona go porzuca - wiesz, kiedy? - kiedy on rozbija jej ulubioną rzecz, pamiątkę (miniaturkę jakiejś góry himalajskiej, którą zdobyła w ekstremalnych warunkach). Czy to znaczy, że go nie kochała? Bo opuściła go, kiedy ten zniszczył jej przedmiot? Oczywiście, że nie - i choć Rushdi tego nigdzie nie mówi, dla czytelnika jest całkowicie jasne, że rozbicie figurki po prostu było kroplą przepełniającą dzban. Dziewczyna nie wytrzymała narastającej paranoi ukochanego. Bo tego się nie da wytrzymać. I w książce Rushdiego widać doskonale, dlaczego, chociaż on tego nie mówi ani nikogo z bohaterów nie ocenia. A na samym końcu książki facet z zazdrości zrzuca dziewczynę z dachu wieżowca. Po czym przytomnieje i strzela sobie w łeb. Ale nie ma w tym wszystkim ani krzty kiczu - sama wstrząsająca prawda psychologiczna, czy raczej psychiatryczna. Może to czytałeś? A jeśli nie, to bardzo gorąco polecam (szczególnie, że jest to tylko jeden z wielu wątków powieści, i wcale nie najważniejszy - bardzo bogaty utwór, jak zwykle Rushdiego; no, w końcu byle kogo arabscy fundamentaliści nie skazują zaocznie na śmierć). I pamiętaj, że to, iż nie lubię jednego Twojego bohatera, to nie znaczy, że nie lubię Ciebie. :)
  8. Bardzo mi to przypomina film Koterskiego pt. "Porno" - widziałeś go? Film świetny moim zdaniem, tyle że ta sama treść co u Ciebie podana jest bardziej pikantnie. Są ludzie, od których zawsze wszyscy odchodzą. Są i tacy, do których nigdy nikt nie przychodzi. I ja do tych drugich należę. Dlaczego tak jest? Nie wiem, choć naczytałam się książek psychologicznych od zarąbania. Nie wiem. I nikt nigdy nie umiał mi odpowiedzieć na to pytanie: ani ludzie życzliwi, ani złośliwcy, ani szczerzy do bólu, ani pochlebcy, ani zgorzknialcy. Nikt nie wie. Mam swoją baśń na ten temat, ale niekoniecznie o mnie - raczej pisałam to z myślą o sławnych i wspaniałych kobietach, zawsze samotnych i nigdy niekochanych, takich jak Marilyn Monroe czy Rita Hayworth, albo jak Agnieszka Osiecka. Ale po Twoim tekście o Zofii chyba tę baśń wkleję jako część dialogu kulturowego. ;) Budujące jest to, że zdarzają się ostatnie miłości w każdym wieku, czasem w bardzo podeszłym. Ostatnio dowiedziałam się, że para znajomych po sześćdziesiątce wzięła ślub. Wcześniej Fanaberka pisała o swoim wujku, który po siedemdziesiątce odnalazł swoją szkolną miłość i zamieszkali razem. Jeszcze wcześniej znałam mamę mojej koleżanki z bloku, która w okolicach sześćdziesiątki znalazła swoją wielką miłość. Chyba nawet coraz częściej ludzie tworzą prawdziwe związki dopiero w wieku "dojrzałym". W każdym razie dziękuję za ten tekst - jakoś mi ulżył. :) Dobrze wiedzieć, że ktoś rozumie takich jak ja (czy podobnych).
  9. Gratuluję i wszystko fajnie, ale myślę, że publikacje w prasie nie są tu niczym nadzwyczajnym - chyba większość orgowiczów gdzieś tam czasami coś publikuje. Natomiast wiersza Ali uwielbiam - ale nie dlatego, że jeden z nich jest w Angorze. :)
  10. A ja niestety muszę trochę chyba zepsuć nastrój, jeśli mam być szczera. Z wierszyka nic nie wynika. Nie jest nawet historyjką. Ot, tylko gadanie-kuszenie jakiejś tirówki na szosie. Zrymowane sprawnie - i nic więcej. Gdyby do tego dorobić jakąś krótką a dowcipną fabułę z mocnym, nawet pikantnym zakończeniem - z dowcipną (mhm-hm!) płońtą - o, to mogłoby być bardzo fajne! A widzę, że Henryk ma talent balladzisty i humorysty, więc na pewno dałby radę to fajnie dopracować. Pozdrawiam Autora i Pozostałych.
  11. Fajny tekst. Czytając go widzę taki obrazek: ktoś gada jak nakręcony, jest nabuzowany, przewraca błyszczącymi z podniecenia oczami, nie dopuszcza do głosu drugiej osoby, przerywa jej ciągle w pół zdania, nie słucha, zmusza do słuchania siebie i pewnie do podziwiania jego erudycji - a rozmówca (czy też z konieczności tylko słuchacz) myśli sobie to, co powiedziane w wierszu i postanawia już nigdy nie próbować nawet podjąć rozmowy z tym bałwanem, któremu się zdaje, że cały świat go musi słuchać z wypiekami. Znam takich scenek i ludzi na kopy. :) Pozdrawiam Noworocznie.
  12. pierwsza strofa poprawiona a odnośnie zwrotu z wieczora pewnie najprościej powiedzieć wieczorem ale forma z wieczora nie jest błędna np coś stanie się z rana a coś z wieczora tego wieczora była w kinie (słownik języka polskiego) nie bardzo wiem o co wam idzie poprawiam nie do końca przekonany o słuszności pozdrawiam Chodzi o to, że w tym konkretnym zdaniu - jeśli zostawisz "z wieczora" - brzmi to niezręcznie: że gwiazdy powinny spadać dokądś tam z tego wieczora. :) Nie tyle błąd, ile niezręczność stylistyczna. Licentia poetica? Dozwolona, oczywiście. Ale kiedy ktoś Ci dobrze radzi, to masz prawo posłuchać, bo Ci się to opłaci. ;)))
  13. Bardzo Ci dziękuję za uwagi i sugestie. Przemyślę.
  14. Powiem szczerze: nie podoba mi się to opowiadanie. Stać Cię na znacznie większą klasę i dalece dojrzalszą dociekliwość w ocenie ludzi (kobiet). Z tej pospolitej opowiastki wynika, że jakoby wszystkie - czy niemal wszystkie - kobiety są materialistkami, niezdolnymi do miłości dla mężczyzny, nawet jeśli same nie zdają sobie z tego sprawy! Czyli - kobiety to idiotki bez serc i bez duszy, w przeciwieństwie do bogaczy. ;-) Takie generalizowanie jest infantylne (wybacz). Opowieść przypomina mi naiwną piosenkę pt. "Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam" - obecnie przedmiot kpin już nie tylko moich, ale nawet najlepszych w Polsce kabaretów, które parodiowały jej wykonanie już kilkakrotnie, stylizując wykonawcę na paranoika. ;-D Nie, nie uważam Cię za wariata ani za niedojrzałego głuptasa; tym bardziej jestem zdziwiona tym opowiadankiem. Banał jakich mało, w dodatku przedstawiający fałszywą "rzeczywistość". Równie dobrze można by twierdzić, że wszyscy mężczyźni usiłują kupić sobie kobietę, uzależnić ją od siebie finansowo i mieć nad nią władzę - nawet jeśli wydaje im się, że to właśnie jest prawdziwa miłość. ;-) A poza tym - wystawianie uczuć bliskich na próbę dowodzi braku zaufania dla szczerości tych uczuć, a taki brak zaufania z kolei dowodzi nieszczerości własnych uczuć do bliskich lub niedowierzanie własnym uczuciom. Zresztą co to za miłość, kiedy ktoś chce sprawdzić jej prawdziwość? Toż to jest zwykły egoizm, a nie chęć życia dla bliskiej osoby i pragnienie dawania jej szczęścia, bycia jej potrzebnym! I jeszcze jedno: spróbuj sobie odpowiedzieć, co mogłoby Cię ostatecznie przekonać o prawdziwości uczuć bliskiej kobiety? Czy rzeczywiście istnieje jakiś dowód? A gdyby ta kobieta z Twojej bajeczki została jednak przy ukochanym - czy to by znaczyło, że go naprawdę kocha? A może zostałaby tylko dlatego, że on ma wysoką pozycję społeczną i prestiż? A może dlatego, że potrafi zarabiać duże pieniądze i prędzej czy później znów się ich dorobi? A może po prostu zostałaby z nim na razie - z braku innego, bogatszego kochasia? A może... Możliwości jest jeszcze wiele. Taką bajkę z próbą miłości można powtarzać w nieskończoność, o ile wreszcie wypróbowywana strona nie straci cierpliwości i nie ucieknie od obsesjonisty. Ja bym na pewno uciekła najdalej w momencie, kiedy zobaczyłabym, że on podmienia moje osobiste rzeczy (np. szczoteczki do zębów) na tańsze i gorsze, żeby mnie sprawdzić. Wtedy już na pewno wzięłaby mnie ostateczna cholera. A także przerażenie. (Takie obsesyjne sprawdzanie uczuć jest taką samą paranoją, jak maniakalna zazdrość i ustawiczne kontrolowanie ukochanej na każdym kroku, i wieczne podejrzewanie jej o zdrady z tysiącami gachów - nie da się tego wytrzymać; poza tym takie manie - jeśli nie są leczone - muszą się źle kończyć, niestety). Tyle. A inne Twoje opowiadania lubię. (Najlepsze są te z cyklu "Zadupuk Ościanek" - wrzuć je tutaj, to naprawdę warto!).
  15. ;-))) Rzuciłbyś fachowym okiem na moją piosneczkę "Po Wigilii" na 2-giej już stronie? (Ale niekoniecznie, jeśli Ci się nie chce).
  16. O, lepiej. Tylko że teraz... Przepraszam za czepialstwo (nauczycielki tak mają), ale teraz jest powtórzenie, a więc błąd językowy: ciągle biegniemy obok siebie miarowe tempo oddech równy on wraz ze słońcem stale biegnie a ja się nieraz chwilę spóźnię Może: "ciągle zdążamy obok siebie"? Albo: "zmierzamy"? Są jeszcze inne możliwości. A co do spadania gwiazd - owszem, widać je spadające wieczorem. Razi mnie sformułowanie "z wieczora" w tym kontekście: "gwiazdy powinny spaść (z kogo? z czego?) z wieczora". Nieodpowiednia jest tu forma dopełniacza, poprawny byłby narzędnik: "gwiazdy powinny spaść (kim? czym?) wieczorem". I też by się rymowało. Pozdrawiam Noworocznie. Joaśka.
  17. Do tej pory Cię popierałam! POPIERAŁAM, rozumiesz? Dopiero po Twoim ostatnim poście zrozumiałam, że NAPRAWDĘ segregujesz ludzi! Rany, jakie to niskie! Napisałam o swojej rodzinie, żeby było wiadomo, że pochodzę ze WSZYSTKICH grup społecznych, z RÓŻNYCH kast, i że NIE JESTEM TAKA ALBO SIAKA lub że właśnie JESTEM Z TYCH I Z TAMTYCH! A Ty mi piszesz, że pochodzenie ma znaczenie dla osobowości i że czerwoni są wszyscy BE! Nie, no teraz już żadna dyskusja nie ma sensu! Pa! Dobranoc! I życzę wesołego sylwestra oraz szczęścia w Nowym Roku w swojej zamkniętej kaście rodowitych warszawian bez domieszki błękitnej oraz czerwonej.
  18. tym razem ja nie wiem o co Ci idzie - czas ziemski określamy wg. słońca - spadające roje gwiazd zwłaszcza w sierpniu meteoryty ponoć spełniają życzenia najprościej jak może być - dawno zapanowałem nad rymami pozdrawiam jacek Nie. Naprawdę niepotrzebna jest tu informacja, że słońce jest na niebie - to wiedzą najmniejsze dzieci, kiedy tylko nauczą się mówić, a może i wcześniej. A gwiazdy spadają nie tylko z wieczora. Prawda? Te wyrazy: "na niebie " i " z wieczora" są Ci potrzebne WYŁĄCZNIE do zrymowania. Nie byłoby tych informacji, gdyby nie rymy. Przyznajk się. Bo i tak widać. :) Pozdrówka. :)
  19. O, nowa wersja - z inicjałami! Zabieram i zamieniam sobie starą wersję na nową. Bardzo fajne te literki! Wiersz też, ale to wiadomo.
  20. O, następny z cyklu o Słodkiej! Piękny. A jeszcze jakieś półtora roku temu nie chciałeś jej poznać i zamknąłeś przed nią okno... Pamiętasz? ;) Jak to się wszystko na tym świecie zmienia, panie dzieju. Ten wiersz o Słodkiej jest ładniejszy niż ten z góry, choć górny porusza sprawy bardziej górnolotne: sami jesteśmy własnym złudzeniem i złudzeniem świata, który sobie tworzymy, bo prawdziwego nie rozumiemy i nie jesteśmy w stanie go ogarnąć zmysłami. Tak go zrozumiałam. Zabieram sobie oba, oczywiście. :) Edit - zapomniałam! Jest chyba błąd: nie nas tak się szczerzy Czy nie powinno być: nie na nas tak się szczerzy?
  21. Dlaczego? A może myślisz, że handel ciałem nie wymaga umiejętności intelektualnych? No to spróbuj nagle być dobrą tancerką czy aktorką. I zapewne zbieracze, rolnicy, łowcy itd. porzucali trupy przodków na podwórku?
  22. Ani nie przyszło mi do głowy, że chciałbyś kogokolwiek obrazić, ani ja nie chciałam obrazić Ciebie. Dlaczego poczułeś się urażony? Nie bardzo rozumiem. Słowem "kompleks" bynajmniej nie zamierzałam Cię dotknąć - kompleksy nie są niczym wstydliwym ani obraźliwym. Ja sama je mam jako warszawianka, bo nieraz czuję niechęć otoczenia do mnie z tego powodu. "Wyliczanka" z większymi połowami ;-) miała na celu wykazanie, że moja rodzina jest wymieszana dokładnie, jeśli chodzi o "rodowody" ("czysto" warszawskie oraz "nieczysto" warszawskie). ;-))) To wymieszanie właśnie sprawia, że nie mam żadnych uprzedzeń ani do warszawiaków "rodowitych", ani do "napływowych". Skoro tak obcesowo napisałeś: "nikogo to nie obchodzi", to myślę, że coś tu źle zrozumiałeś. Co do "błękitnokrwistych", nie wypowiadam się, bo nie mam zdania na ten temat. Wydaje mi się, że też nie należy mieć uprzedzeń co do ludzi, których rodziny dawniej były szlacheckie - szlachta również bywała rozmaita, dobra i zła, patriotyczna sprzedajna, pracowita i warcholska - tak samo jak wszystkie inne kasty w Polsce (i nie tylko). Ja nawet co do osławionej "czerwonej szlachty" nie mam uprzedzeń. Wiem, że i w PZPR byli ludzie dobrej woli. Wiem, bo takich akurat znam kilku. Po prostu były takie czasy, kiedy każdy, ktokolwiek chciał coś zdziałać dla dobra publicznego, musiał to robić w ramach partii komunistycznej - nie miał innej możliwości działania na społecznej niwie. Pozdrawiam i zapewniam, że nie zamierzałam Cię urazić. Oxy. Nic nie jest czarne ani białe. Dlatego staram się unikać uogólnień, jeżeli chodzi o grupy społeczne.
  23. Określenie słońca - "co na niebie" - jest Ci potrzebne tylko po to, żeby się rymowało - nie pełni tu żadnej innej roli, niczego nie pogłębia ani o niczym nie informuje. Taki zabieg nazywa się, że rymy prowadzą autora, a nie autor rymy. :-) Nadal nie wiem (naprawdę!), co to znaczy, że "gwiazdy muszą spaść z wieczora"? Możliwe, że to przez moją niegramotność.
  24. Jacku, bardzo fajny wiersz i sprawnie sklecony, ale mam kilka drobnych uwag. Po pierwsze, w wersie: on wraz ze słońcem co na niebie - niepotrzebna jest informacja, że słońce jest na niebie, bo to oczywistość; aby się rymowało, można by to zmienić np. tak: on wraz ze słońcem, gwiazdą, niebem - wtedy także unikniemy pospolitego rymu dokładnego, "wytartego" przez pokolenia poetów; po drugie - strofa: zdenerwowany już doganiam [u]sprawami[/u] które są na wczoraj a on z księżycem ma spotkanie [u]gwiazdy powinny spaść z wieczora[/u] - "doganiam sprawami" - błąd gramatyczny; mogłoby być np. "zdenerwowany już doganiam / te sprawy które są na wczoraj"; co to znaczy (w tym kontekście), że "gwiazdy powinny spaść z wieczora"? - zmieniłabym tu coś, choć nie wiem, co , bo nie rozumiem dokładnie Twojej intencji w tym wersie; słowo "wieczór" nie musi tutaj mieć takiej formy gramatycznej, żeby rymował się bardzo dokładnie z "wczoraj" - może być "wieczorem", "wieczoru" - to też się rymuje ze względu na dużą ilość podobnych głosek w obu wyrazach; po trzecie - wers: prośby popłyną milionami - kiedy popłyną? - czy nie powinien tu być raczej czas teraźniejszy? prośby wciąż płyną milionami i chociaż żadna się nie spełni teraz go ludzie mają za nic snują marzenia bo przyjemnie - w ten sposób masz zgodność form gramatycnych w całym zdaniu. Reszta moim zdaniem bardzo dobra i bezbłędna. Pozdrawiam Cię serdecznie. :) PS. Jak się podoba tomik Boskiego?
  25. Ireneuszu-Lulku, dziękuję!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Latawcu, dwa kółka same - bardziej wymowne? Ale sam piszesz, że te dwa kółka wywołały u Ciebie wyobrażenie roweru. Z samymi kółkami wiersz mógłby być nie do końca zrozumiały. Nieprawdaż?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...