-
Postów
384 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Florian Konrad
-
...bo i po co bawić się w ćwierćśrodki, półdotyczki? o ileż lepiej jest wleźć pełną gębą, rozgościć się ozorem w dorodnych słowach: "lepkie", "oleiście", rozlać swój mokry i meandryzujący liniami papilarnymi ogień na powierzchni nie swojej skóry! bo jeśli już pozwolić się unieść – to wyłącznie po to, by zahaczyć, rozmyślnie, bokiem o dziobate kinole łypiących zewsząd wiedźm, dać się rozedrzeć (widzieć ich oburzone miny, grymasy potępienia – równie bezcenne to, co bezecne!). chcę wkrzyczeć się w ciebie, raz a dobrze, dosadnym tonem opowiedzieć słodki sen o katafalczkach lalek zanurzanych przez dzieci w strumyku, o wyciąganych potem śrubach i kluczach imbusowych, pofałdowanych od wilgoci dokumentach, o zakończonym raz na zawsze i na szczęście, czasie dzieciństwa. chcę wszeptać na cały głos (sic!) diabelnie oznajmujące zdania. że warto pobyć niegrzeczną. bo to takie urocze i, summa summarum, niewinne.
-
my w otoczeniu płyt wiórowych, uwypuklający się na biało i czarno, rozrysowywani ogniem na półkolistym brzuchu olbrzymiej, drapieżnej ryby, nieco dzicy, wywilczeni (zapomniałem nazwiska autora sagi fantasy, z której mnie, na siłę i nieco boleśnie, wydarto), ale i pełni Teleranków, kreskówek o źle przetłumaczonych listach dialogowych. w zabawowo-martytologicznym nastroju obserwujemy, jak chemicznym światłem iskrzą się baretki na mundurze generała (nie sposób dociec, w jakim naprawdę są kolorze). znów ogłosił Stan Podwyższonego Ryzyka, zbliża się Szum, już nacieka na dwa sąsiednie kanały. aż drżą kosmate ostańce, jeden obleśnie owłosiony menhir na Discovery Chanel, aż przewrócił się parawan w Randce w ciemno, odciął głowę żałosnemu napaleńcowi i pozostałym fatygantom. zima, płatki ożywionego śniegu niemrawo przewalają się pomiędzy krwinkami. część nadziewa się na pseudo-azbestowe igiełki. lampy się palą, płoną ulotki w kozach i koksownikach. dzielimy się prądem, by na trochę odpędzić, by obronić się. aby choć przez małe teraz nie dać się zakłóceniom.
-
Niello
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Leszczym Dziękuję! -
wydostać się z użebrowanej klatki? pewnie, ale tylko po to, by wniknąć, energicznie, w inną. wstrzelić się siłą rozpędu, ledwie wypowiedzianym słowem "wieczność". a dookolni? ledwie plankton egzekucyjny,* żałośni potępiacze gotowi rozszarpać szpalerzyną nie najbielszych klisk za samo tylko bycie obok; pyłki poniewierające się między kałużami. niech cudownie razi je nasza krucha i delikatna jak lukier, równie mistyczna, co konwencjonalna, wolność, ten skromny bukiecik złożony u stóp pomnika przedstawiającego Władcę Bez Głowy, niech bawią imiona, jakie sobie nawzajem nadaliśmy (żadnego nie znajdziecie, opluwacze, w Centralnym Rejestrze Pseudonimów!). ty również wzleć. mój okopcony sufit od biedy będzie robić za niebo, ornamenty kasetonów – za strzałki warunkowego skrętu w lewo. i w dół, pod serce. widzisz ten kryty słomą stupiętrowy apartamentowiec? ma tylko jednego lokatora. rozbij którąkolwiek z nieprzeliczonych szyb, uwolnij bezludną istotę. *tak jakoś postanowiłem ponawiązywać do tytułu "Ogród koncentracyjny" Marcina Świetlickiego, pobawić się nim.
-
4
-
nie chcę, by w moich słowach wybrzmiała nieumyślna groteskowość, ani – o zgrozo – niezamierzona drwina. jestem jak najdalszy od jakiejkolwiek szydery. chcę się rozmarzyć, puścić wodze fantazji – i niech, wyprzęgnięta, by nie rzec: wyuzdana, cwałuje przez skute lodem grudy pól! ani trochę nie dostrzegam w tobie rysów semickich, kochanie, ale nie w tym rzecz. wyobraźmy sobie, że okazujesz się być daleką i nie w linii prostej, a w jakiejś szalenie menadrycznej linii, potomkinią... pewnego cieśli z Nazaretu; dziesiątą, ba – pięćset osiemdziesiątą szóstą wodą po kisielu, daleką prawnuczką zmarłego na krzyżu wędrownego kaznodziei, jakby to rzec, by nie zabrzmiało kuriozalnie... Jezusoidką. w jaki sposób wpłynęłoby to na nasze relacje, na miłość? czy widziałbym w tobie więcej chmur, słońc, nowe kosmosy, wymiary, skompresowane niebiosa, odchłanie.zip? skądże! jaśniałabyś tak samo, jak teraz, w równym stopniu chciałbym wyczarowywać... sama wiesz, co. takie małe, niegrzeczne, pozabiblijne cuś, na czym osadza się sól. wiesz... aż boję się przyznać, że teraz twoja krew to refugium nieskażone koszmarami lat terroru i wojen, ostoja, w której pragnę znaleźć schronienie. ale to prawda. i taką bądź. niech niewidzialny desakralizator pracuje na pełnych obrotach, kusząca czerń, która jawi się tylko przed moimi oczami, skrzy się, pełna wewnętrznych złoceń.
-
coś czuję, że tym razem muszę być pełen małpowanej zadziorności tekstów Miguela Piñero (on określał się jako Nowrykanin, no to ze mnie będzie Nowodańcowiec!). i... przejeżdżać przez wiejską poczciwość i nudę kolczastym, zardzewiałym językiem, tą podtępioną brzytwą, wywoływać z lasu narkomańskich partyzantów, uzależniać stare babiny, rozpitych rolników, ciskać im w nozdrza pył z białych gwiazdek! niech aż przewraca się garczek na fajerkach, cieknie mamałygowata zupina, z której wywróży się nowy, gęstszy wieczór. chcę walczyć ze wszystkim, co półprądowe, podmiłosne i ledwo letnie! narzygać w jakieś Hawaje i sprawić tym, by stały się Radzyniem Podlaskim albo Włodawą! niech ktoś wymyśli dyskotekę, na którą wstęp będą miały włącznie uzależnienia i patomechanizmy! porobię tam charytatywnie za didżeja, choć jestem w tym kompletnie zielony, postaram się skreczować talerzami pełnymi rozmaitych grzybków i suszów. ale... niech ta moja hedonistyczna zatrata trwa wyłącznie sekundę, absolutnie nie więcej. niech skończą się we mnie brudne ulice pełne dilerów i kloszardów, starych amerykańskich krążowników szos, zanim się na dobre zaczęły. bo tak naprawdę chcę być po właściwej stronie plastikowego lusterka. niech lecą "Bajki pana Bałagana" zamiast "Trainspotting", kwitną maki na rozrzutnikach, porastają pryzmy nieroztrzęsionego gnoju.
-
dokładnie ta, o której myślisz, głęboko ukryta w podbrzuszu. ach, jak chcę wstrzelić w nią (by nie powiedzieć: wpluć) wszystko, co przeszłe, a więc niewłaściwe i zasługujące na potraktowanie płomykami. by wszelkie zaszłości poszły na rozkurz, zostały zdeponowane w ogniu, potem – nocnym dymie. czasami potrafię jedynie podtruwać. nie wiem, ile razy w życiu uprawiałem seks. wiem, ile brałem narkotyki. jakie to znamienne, owo wybrzuszenie na plastikowej figurce przedstawiającej chłopca. aż chciałoby się je przekłuć, co nie? by sprawdzić, czy rzeczywiście jest pełne kredek ołówkowych i flamastrów, lub, jak głosi inna legenda – skamieniałych kosmyków. i korci, by przekonać się, czy jeśli w mojej okolicy doszłoby do wypadku dostawczaka przewożącego karmę dla ptaków, rozwaliłby się samochód jakiejś, kurczę, firmy Ptaszevita, to naprawdę zleciałyby się same gołąbki pokoju, by żreć rozsypane granulki – i zadziobywać się w walce o towar? ech, spalarenka, ta, o której myślimy. wiem, że jest głodna nawet moich pocieszności.
-
śnijmy niedorzeczną śmiesznostkę o Morzu Balowym, na środek którego, tuż przed północą, spływają się drakkary, karawele, brzuchate galeony. na pokładzie każdego – fioki, dystynkcje, tiurniury, pośród nich – mości państwo śmiertelnie zakochani we własnych odbiciach. i gra muzyka, w takt której ślepi egoiści tańczą, wirują nierozważnie. wpadają do wody. a gdzież my? tulimy się na ubożuchnej i stareńkiej krypie ledwie widząc siebie nawzajem w porannych mgłach. przepływamy bezszelestnie pomiędzy ziejącymi pustką olbrzymami. niedługo zjawią się odprowadzacze statków. kolejni ślepcy, baronessy i lejtnanci, właśnie szykują się, zakładają stroje. dziel też ze mną psi sen o strażniku komnat Pani, który, gdy nikt nie widzi, zakrada się, by mieć choć szczątkowy kontakt – z atłasem i jedwabiem, jaki dotykał ciała Zakazanej Mu. o resztkach ciepła przenikających na wargi, o języku na zaschniętych kropelkach. uśmiechnij się na wspomnienie snu o mężczyźnie stojącym przy bryle soli. i jego usilnych próbach odlizania z (przyznaj – nieprzyjemnej) przestrzeni krągłych kształtów. o radości, jaka zwieńczyła dzieło.
-
tekturostwo bez ciebie, tak zwany świat? – swego rodzaju Piekło, gdzie wszystko jest Ameryką czy innym mocarstwem atomowo-elizejskim gdzie wszystko urokliwie skrzy się lekko unosząc nad ziemią i na odwrót: krajek lat dziecinnych przebiedowanych pod okiem strzelistych mord, kopulastych posągów, połatana Arkadia, gdzie każdy z mieszkańców nosi nazwisko Ratoń albo bardziej z polska – Szczuroń, i nie da się załatwić prostych spraw, na przykład kupić masła. zamiast tego otrzyma się tułów do samokroczącego posągu, czy zaproszenie na żniwowanie z Moabitami, którzy jednak za żadne skarby świata nie będą chcieli pożyczyć snopowiązałki. gdzie każda muzyka, nawet disco polo, wywołuje, niczym dźwięki czarodziejskiego fletu, wypełzanie z uszu warczących manuli. a chromolić taką groteskę – zamykam oczy, by ujrzeć kontury skryte w podświetle. i dzieje się dzikie, ma miejsce visio beatifica, jakiej doświadcza potępieniec. błysk w jego oku, przepełzający między zębami (nie posiada wszystkich, więc zbłąkana iskra wystrzela jak z procy i, zakosami, płynie sobie w noc).
-
3
-
syndrom masy upadłościowej: leży przeziębiedak poskładany gorączką w czternaścioro albo i lepiej i pragnie zasłużyć na najwyższy wymiar nagrody: dotyk na parującej powierzchni. poparz się o promieniującą skórę a stanę się państwem opiekuńczym o często niepewnych granicach (tu się wylewa, tam przerasta, tutaj zaś – trzeba dobić gwoździkiem, by całkiem się nie urwało), którego czasami to ty będziesz musiała strzec (słodki obowiązek). będę jak ten dobrze znany szelest za oknem (to tylko kiciul-obrońca jak co noc chroni nas przed wilkołakami, odgania zjawidła, czy też czarnoskrzydłe nieloty podskakują, by z uporem maniaka roztrzaskiwać się o szyby?) albo niczym mój niedawny, jakże "udany" żart o zakonnicy, która to, krótko po zrobieniu sobie depilacji intymnej skończyła pijana w burdelu, bo razem z kłaczkami usunęła z siebie Ducha Świętego, lub też budynek w kształcie lamerstwa, co wyrasta z permanentnej niedojrzałości (trudne do wyobrażenia), którego ściany są pomazane świecówkami (niedźwiedzie strzelający z blasterów do latającego spodka – to najpoważniejsze, co tam widnieje). wejdź w tę chorobę.
-
witaj na kartach książki Moje Przygody w Krainie Plot Twistów, gdzie ciągle mieszają się formy, po bohaterów przylatują ptaszyskokształtne idee, by schwycić w szponiaste grabska, zatargać na wiece i pola walk. tu zachodzą cudowne łamane na cudaczne wypadki, dajmy na to okazuje się, że laska, która przyniosła do naprawy smartfona, czy przylazła do salonu, w którym pracuję, by kupić kolczyki do nauki języka tigrinia, zestaw designerskich maczet-thermomixów lub cokolwiek innego i zaczyna wydzierać się na mnie, pracującego w usługach biedaczynę z wiecznie doklejonym, służbowym uśmiechem, że co to za porządki, jak to: "nie ma" albo "czemu, kurwa, tak drogo", ta samonakręcająca się sprężyna, co krzyczy że jak śmiem jej nie znać, ona jest przecież Fagata, co ja, pod kamieniem żyję, ta andydama, która po ledwie chwili od wejścia już nie tyle pulta się, co zapluwa jadem, wpada we wściekłość dziką i nie do okiełznania, po czym, chcąc mi wymierzyć siarczysty policzek za samo tylko nieodzywanie się i niereagowanie na wrzask, traci równowagę, wpada na szklany stolik, roztrzaskuje głową jego blat, po czym wstaje z rozoranym policzkiem i jeszcze głośniej wyje, że została oszpecona, okazuje się nie być żadną Fagatą (ktokolwiek to jest), tylko otyłym pięćdziesięcioośmiolatkiem spod Małkini, Grzegorzem Dragstoriewem, bezrobotnym frustratem, którego za notoryczne pijaństwo wylano z huty szkła "Cementeks". zabawnie w mojej książce, prawda? co rozdział to jak nie ucieczka wartburgiem przed hordami snycerzy zombie, to smok z lechowałęsowskim wąsem, który wygłasza odczyt o partenogenezie Hatifnatów. powieki nasuwające się na gałki zamykanych oczu nie są kartkami. jest nimi czysta czerń, która dzięki temu powstaje. czytaj dalej. nie chcę spoilerować, ale za dwa rozdziały z rozharatanego policzka pseufoFagaty zaczną wychodzić światłowodowe robale. oblezą cię, oplotą. zacznie się transmisja danych o szczególnym znaczeniu.
-
Constat de non supernaturalitate*
Florian Konrad opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
ambiwalencja, z jednej strony – wściekły romantyzm plus muślinowość męskiej skóry, doznawanie komplementów, fantazje na otwartym sercu, z drugiej zaś mańki – łagodność modlitwy adwentowej albo pawia na kacu, samą śliną. nic tu nadnaturalnego, ot: jedynie węzełek zaplatany na samym sobie, ja – prosty jak budowa ENIAC'a. nawet w przeszłość nie przeskakuję, choć doskonale umiem. takiego mnie kochaj i opierniczaj, gdy zasłużę (para-indiańskie tańce rytualne wokół flaszki to chyba jedyne, czego się wstydzę i chcę zdusić w sobie, odpetować). przyjmij te lewackie patriotyzmy, godła z kotami w koronach, jakimi cię raczę. nadpisz mój jedyny plik. ** wyrażenie kościelne używane po zbadaniu rzekomych objawień i nieuznaniu ich przez KRK, dosł. "jest pewne, że to nie jest nadprzyrodzone"-
3
-
Zniszowiały
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aff Dziękuję i również pozdrawiam. @FaLcorN Trudno się mówi. Również pozdrawiam. -
gdy się spotkamy udowodnię, że najwięksi fajterzy to de facto frajerzy, bo jedyna sensowna walka, jaką trzeba podejmować, to ta o szczęście. przytulaski zamiast referendów i partii politycznych, nagość wzniesiona na barykady, lizanie zamiast papierów wartościowych! tak, kochana, tylko to się liczy: mizianie. każdy, kto twierdzi inaczej, jest ciężkim idiotą. no dobrze, jeszcze neologizmy są istotne, grzebanie językiem we własnym języku, te wszystkie cudaczne wygrzebiny typu wychucić, minetransport, łechtango. ty w moich ramionach. i niech płoną miasta, walą się w gruzy Ukrainy i Kremle, krwiożercze ogry Putina gwałcą co się da, nawet telewizory i fotele biurowe! nic nie ma znaczenia, poza rozkosznie zdrowym hedonizmem, chwilami wykrojenia siebie z entropijnej, wszystkoniszczącej pustyni arktycznej. nie chcę pieniędzy, forda bronco, nawet Mony Lisy na rykowisku. ty jesteś dziełem... tfu - całą sztuką. jej najwłaściwszą odmianą. ups, chyba przepanegirykowałem. ale co zrobić, jak tak czuję, w moim sercu zagnieździły się piksele twoich selficząt. niewydzieralna jesteś, nieodsklepialna. jakie to piękne.
-
Darkslide
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Uwielbiam Kaczmarskiego -
książka jest czytana we mnie. nie mam najbledszego pojęcia, kto może być lektorem, co do autorstwa – również brak podejrzeń. ale liczy się treść, nasze spotkanie w gęstwie, pomiędzy setkami palców, milionem włosów mijających ludzi. my okrążani przez ople i hundaie, w otoczeniu cegieł i pustaków z suporeksu, popadający w stany nieważkie i ponadkosmiczne (dziś jestem ledwie sterowiną, skup się, postaraj nie rozdronić porcelanowego mechanizmu o pierwszy lepszy budynek). niech na kartkach ma miejsce zderzenie światów! wiesz, jak marzy mi się, by przejechać czarną i szorstką powierzchnią mojej niepokornawej natury po delikatnym i tak czule unerwionym, jak śnią mi się martwe kryjówki w oceanie żywego zła i przeciwnie: oazki dobroci pośród spalonej ziemi, labirynty pełne kryjówek, i by kapitulować przed majestatem, odrzucać precz pistolecik z patyka, katapultować się w głąb innych rozdzialąt. z solnej pustyni – w twoją, łagodnie porośniętą płatkami.
-
Insynuatorium
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aff Dziękuję.@Leszczym Dzięki. -
posądzaj mnie o wszystko co najlepsze, pomawiaj o zalety! nie jestem takim szkaradeuszem, jak sam się maluję. w tej klatce mieszka ciemne i rozgestykulowane dobrzulo, co każdą z tysiąca rąk mówi o czułości. niech moje uczucia dotrą, z mózgu do ust, perlustrowane. przeglądaj zasoby, zanurz się w archiwa. pozwalam, proszę, wręcz domagam się tego. śmiej się widząc, że jestem pełen pluszowych kotków, że brzoskwinki tu, nie kowadła i sierp. przyznam się do czegoś, ale zachowaj to dla siebie. na nazwisko mam Prawdziarz, pozostałe personalia to jedynie ksywy dla nieoświeceńców. nocami, jak nikt nie widzi, odwracam się twarzą do szczebli i wyszywam cię na czarnych płótnach. cóż tam powstaje! ty gromiąca wzrokiem za szczeniackie żarty, intarsjowana złotem i żywicą, uśmiechnięta i w kwiecistych smugach, z liliowym otokiem, ubrana w suknię o średniowiecznym kroju, międzygalaktyczna i dwudziestodrugowieczna, przyszła, ty roztrzaskująca mi na głowie teorban, gdy znów przesadzę z wygłupami. oglądaj twoje portreciki. nawet te jeszcze niepowstałe. wszystkie są tworzone w takim samym skupieniu (aby bardziej się skoncentrować nucę cicho przy igle, szorstkim głosem, lovesongi). przytulanki we mnie, lusterka w kształcie serc ukryte w zakamarkach.
-
Nieracjonalcio
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Łukasz Jasiński A ja czytywałem swego czasu. -
feerie zimowe dobiegają końca. zły blask wytraca się, rzednie, niczym mina człowieka, który spodziewał się, że zostanie oszukany – i pomylił się, wszystko, co mu ziszczono zgadza się co do kropelki, jest we właściwym kształcie, smakuje zgodnie z zapowiedzią. wraz z nastaniem nowej, dzikszej atmosfery kończy się pewien rodzaj pustki, niechciana pora roku. nasze latarnie świecą tylko w dzień, by przepełnić bure, wczesnowiosenne światło wyraźniejszym, choć bardziej zdrożnym blaskiem. niestety, zdarza się jeszcze, że moje serducho to kanał oczystkowy gdzie wcieka brzydkie. ze mnie samego. leczę się jednak z pesymizmu, okręcam pikawę rozgrzaną do czerwoności spiralą z farelki (jestem szczęśliwy – więc gdzie mi tu się pcha, czarnowidztwo przebrzydłe!). skupiam się na tym, co ma cechy zwierzęce, co cieknie strużkami, naciera, impuls za impulsem, wprost z moich kamiennych zarośli, przez palce – z ostrężyn, co wystawia język spod igliwia.
-
Przestrzennik
Florian Konrad odpowiedział(a) na Florian Konrad utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aff No, dała się lubić. -
odziedziczyłem po mamie zamiłowanie do czytania kryminałów. bywają prawdziwie maniakalne tygodnie, gdy pochłaniam jeden dziennie. czasami bawią mnie (łamane na: żenują) grube nici, jakimi w akcję wplątywany jest główny bohater/bohaterka. jak autorzy doszywają tymi dratwami przypadkowych ludzi, żadnych tam detektywów czy policjantów, do zagadki popełnionej zbrodni, a ci, z sobie tylko znanych powodów, postanawiają ją rozwikłać, pomścić kompletnie obcą osobę, ot, tak sobie stać się zamieszanymi w kryminalną aferę. a może... zróbmy tak samo? zabiorę cię w rejony, gdzie nawet sumienie nie dociera. aby badać, czyja była ta amfa, kastet, kto pchnął nożem, zastrzelił, próbował wymusić. będziemy podsłuchiwać konferujących gangusów, śledzić agresywnych karków, nagrywać dilujących gówniarzy. przylepimy się do morderstwa jakiegoś Wasyla czy Jewgienija. aby przegrać. chcę tego. bo jeśli miałbym głupio zatracić się w czymkolwiek (a wbrew temu, co podpowiada hedonizm – każda zatrata jest równie durna) – to jedynie z tobą. nie pragnę, oczywiście, leżeć razem w dole, zastrzelony i obsypany wapnem, wżerać się trupio głębiej i głębiej w twoje ciało. ale marzą mi się punkty kulminacyjne, te zjazdy na linie. te runięcia w bezkres.
-
urwanie duszy z tobą! i bardzo dobrze. co zbyt grzecznie, to niezdrowo – splatam rym ze zdjęć, włosów, łagodnych myśli. wiedziemy się za rączki. diabeł w szalenie kolorowym płaszczu, który śnił mi się wirujący piruety na kominie domu, nie chciał robić za przewodnika. idziemy do krain małych i niesakralnych, pięknych, bo rzeczywistych. tu kończy się wszelaki mit, legenda zwija się z gorąca, słowa sonetu ścierają na popiół. tu każdy błąd jest na korzyść, pomyłka skutkuje superatą. tutaj da się kupić złoto w cenie rdzy, zamiast zamówionej blachy kurier przywozi platynę. w tych stronach otrzymuje się z naddatkiem i w koronkach, ze wstążką i w ozdobnym papierze. jeśli występuje tu dzikość – jest jak nakładanie makijażu na meble, jeśli zdrada – to jest nią wyrzeknięcie się błędnych przekonań. tu nie ma fałszu. jest lakierowanie zabawek. w okopach. strach? jakiś się znajdzie. ale dziecięcy i retro: przed zbyt wczesnym powrotem dorosłych, zanim zdążyło się obejrzeć do końca na wideo naprawdę niegrzeczny film.
-
1
-
ta wieś to stare sirocco przerobione na deloreana. jeśli możesz tym skoczyć w przeszłość – to wyłącznie do czasów licealnych. a byłeś gnębiony w tej szkole. przyszłość też nie będzie w różowych barwach: zawitasz jedynie w takiej, w której już nie żyjesz. a po co ci oglądanie piszczeli i larw? zabili mnie w tej wsi za podszywanie się pod sołtysa. próbuję się odrodzić, za każdym razem dzięki innej kobiecie. niestety, tytłam je i trawię od środka, zamiast różowiutkiego bobasa umazanego płynami ustrojowymi – wychodzą kiszki "nosicielek". to brzydka Wieprzorynka, jedynie dla niegrzecznych dzieci. tłuszcz na haftach i wewnątrz krytych strzechą smartfonów, telewizory ogacone słomą.
-
tak się boję odrzucenia. nie, żebym wtedy poczuł się jak u Stachury: "woda to nie będzie woda Nie będzie Cię chłodzić". ale byłoby słabo. rigor mortis papugi ze skeczu Monty Pythona. puk, puk, skostniałą głową o kontuar. głuchy odgłos dobywający się z obu stron. zjadliwy deszcz zacinałby w nowym rozdziale komiksu. zygzaki przez kompletnie zszarzałe niebo. wrzask pomiędzy błyskawicami. zwierzę, wysoko. mały miś uwieszony u ramienia gargulca patrzyłby w dół na tłumy wchodzące do katedry. ostra kreska rysownika. na szczęście jestem wolny od tego. uśmiechnięty wymyślam nowe przygody księdza-seryjniaka, kardynałów zmieniających się nocami w wampiry. wesoło mi w tej mgle.
-
2