Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    384
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. @agfka Tak, zwariowane. A ja zwariowańszy od czasów :)
  2. wiosna aż podchodzi do gardła. koty – z nosami przy kretowiskach. trwa nawąchiwanie. jak się poszczęści – będzie żarte. właśnie ukończyłem misunderstudia, dzięki którym rozumiem jeszcze mniej. jestem teraz dyplomowanym ukosem, bryzą, kawałkiem wietrzyka, co kosi na przestrzał. czasami marzę aż do świrostwa, zatapiam się w pragnieniach, jakich lepiej nie powtarzać: niech przyjdzie wyraźniejsza pora roku (maczetniczka albo taka z kosą), by odchlastać którykolwiek z łbów. i niech się rozkrzewią zielenie na dachach, woźne zapalą gromnice w salach lekcyjnych i aulach (zaparowane szkiełko i oko bez źrenicy kontra przeczucie i dzika, nie biorąca jeńców wiara, ef od iks przeciw zaklęciom). w sercu – słonecznie i duszno, aż chciałoby się zadławić nadmiarem promieni, znaleźć pojemnik z łatwym do przedawkowania specyfikiem, przypudrować dziurki. o, udało się! i patrzę na świat, którego na szczęście nie doczekam: skończyłem czytać kryminał napisany przez mikrofalówkę, mordercą okazał się android, za zabicie inteligentnej formy ognia skazano go na zsyłkę do kolonii Rozprogram. jedna z byłych dziewczyn (nie moich) poprosiła AI o zrobienie manicure. licho wie, co się stanie z dodatkowymi palcami, które wyrosły w niespodziewanych miejscach. nawet tam.
  3. niby zakazano nam istnieć, jednak odnajdujemy się w podgwarach, w absurdalnych tekstach ("Epitafium dla Kim Kardashian", "Językator", "Elegia okołocelebrycka") dostrzegamy swoje zniekształcone imiona. powinienem się cieszyć, że — bytność! koegzystencja! niestety, to idzie w złym kierunku, zaczynam sądzić, że każdy rodzaj miłości ma w sobie za dużo z gry, w zasadzie to rodzaj teatru, gdzie przypada najpośledniejsza z ról, stoi się w trzecim rzędzie Chóru Kontestatorów. że lepiej rozciąć się samemu, włożyć palce tam gdzie nie trzeba, docisnąć kulkę pełną karbów, niemal wyrwać plastikowy dżojstik i patrzeć, jak wypływają piksele, świetlne fale, szum leje się, kaskada za kaskadą. że może powinienem obrosnąć wypustkami, ponad setką brzuchów, w których przelewałoby się nie najlepiej pachnące sadło, zniekształcić się do tego stopnia, by nie móc. choćby pomyśleć. kuczę, ileż mam w sobie goryczy! normalnie jest ze mnie człowiek zaprzeszły, własny przodek, pradziadzio-słomianka, zubożały Sarmata, co patrzy na świat z wysokości strzechy, zabobonny i nieprzekonywalny szeptuch bortający poglądy na kołowrotku (czemu ciągle potwornieją, zamiast lnu obraca się coś suchego i z kolcami, materia, której nie dotknąć?), po prostu wybijak! rozświetliłbym się, na bogato i współcześnie, ale jak? okiennice same się zamykają, sneakersy, za sprawą czaru, zostają zmienione w łapcie z łyka, panele podłogowe — w polepę.
  4. Coś Ty, wydaje Ci się :D A jeśli nawet zaraz mi przejdzie :)
  5. myślę o nas. placami po powiekach. z rozbłysków, delikatnych konturząt wciąganych grawitacyjkami w głąb tuneli bez dna, wyłania się kształt. mężczyzna, choć w strzępach. samopodobny zupełnie do nikogo. postać w fosforyzującym otoku, obwiedziona tęczami. światło jest też w głębi niego. eksploduje, nasz pan rozgorzałek, wręcz zapluwa się wielobarwnymi linijkami. trę mocniej, każde słowo można spotęgować przejeżdżając paznokciem po twardniejącym płynie. ktoś w koronach, zaplątany w nimby, krzyczy nam o ognikach, co wieczne błądzą, o fałszywych majestatach, powtarza coś tam, że związek, ucieczka w zaprzeczenie, niewypełnialna przepowiednia. w zasadzie dla żartu słuchamy jego barw, prawie drwimy z karykaturalnej podniosłości. przepalają się oczka, dogasają kamyczki. ojej, tak chyba nie powinno być.
  6. kraina jest głęboko wżarta w nas, wdrukowana w podobwodzia. straszna tam wikłanina, zdaje się, że twórcy podczas malowania rozstroiły się kolory, a włosie pędzli, drżąc niczym w febrze, kreśliło jedynie wstążyny Möbiusa, kąty nieprzyległe. to nasz deep state, deep church, bajka rządzona przez mit, obszar stoczny przez legendy, jakby były wyniszczającym choróbskiem. wieżowce o tępych iglicach leniwie trącają światełko rosnące nieco powyżej, diabelskie młyny mielą cirrusy. ludzi tam – jak na lekarstwo, ot: półdziki zwierzętostan umierający z nudów w klatkach ze szkła i plastiku. przeważnie szczekwa zamiast mowy, echo dudniące w betonowych ostępach. jest tor, na którym trwa wyścig wehikułów czasu (który pierwszy dotrze do Prakońca?), są puszcze, głuche i ślepe bory, gdzie wychwala się Brak, oddaje cześć wyrżniętym w żywicznym drewnie smolnym bożkom, ponurakom z brodami po kostki, zaś przybyszów raczy się miłymi słowami kończącymi się na -rniczać, -erdalaj, sa hordy dzieciaków bawiące się w resztkach złota płatkowego (kaleczą dłonie do krwi, ale najwyraźniej to lubią), klinicyści wszczepiający grudki, od których przechodzi wszelki ból. jest śmiech, choć głupi i bez powodu. warstwy wykruszają się i widzę miejsca łączenia, ślady prucia i ponownego zszywania, dziurki po igle. dostrzegam płócienko, materiał otwarty o relikwie. wyglądający tanio, ale nie na sprzedaż nawet za miliony. przedarłby się, jakby tylko skrobnąć paznokciem. nie mam odwagi. trochę boję się tego, co zakrywa. ...no dobrze, jutro odsłonię. uwierz.
  7. @Leszczym Dziękuję serdecznie!
  8. pomysł na bezbajkę: Polska jest wielkim organizmem. to kobieta. zgadnij, czym będzie morał, gdzie i jakiego rodzaju ruchami dodrapię, dodrę się do ostatnich słów. pomyśl razem ze mną o samochodzie Schrödingera. zawsze, gdy jadę na parafialny cmentarz zastanawiam się, czy jeszcze drzemie za pomalowanymi na orzechowo drzwiami garażu, które wtedy mijam, ukryty pod jednym, drugim kocem. czy może wytargał go handlarzyna, za psie pieniądze kupił od właściciela-staruszka albo jego spadkobierców. a jeśli rozpłynął się w mrokach złomowiska, nie została po nim ani jedna śrubka? w zasadzie nie powinno mnie to obchodzić, nie mój cyrk, nie mój merc "beczka" (no, chyba, że niedokładnie się przyjrzałem, tak naprawdę był/jest to escort z lat osiemdziesiątych, albo ascona). jednak myślmy dalej. o nieodkrytym. zdejmujmy koce, zdmuchujmy tumany kurzu, by udać się na przejażdżkę po cielsku wielkiej Polski, przez skórę w pozycji horyzontalnej. niech pisze się powieść drogi, z radia safari leci przyblakły hicior "Stroiciel wszy, karmiciel fortepianów" (nie ma takiego? nie szkodzi! i tak znasz go na pamięć, nucisz codziennie podczas sprzątania), jasnobrązowe psisko kiwa durnym łbem z plastiku. zwiedzajmy zalane miasteczka, pytajmy nie mniej zalanych ludzi o drogę do wiosek duchów. istniejemy tylko po to, by zatapiać się w marzeniach, zatracać w nich. nigdy nie próbuj w to wątpić.
  9. @Wiesław J.K. Dziękuję i również pozdrawiam.
  10. @et cetera Ja w żadną nie wierzę :D
  11. @Stary_Kredens Tu się mogę zgodzić, ze nieco nawet nie narcystyczny, ale wręcz egotyczny :D Również pozdrawiam.
  12. @Stary_Kredens Gdzie napisane, że wszyscy? :)
  13. tak mi wpadło do głowy, że jeśli już miałbym zostawić list pożegnalny — to jak najabsurdalniejszy lub mylący tropy. może właśnie zrobienie z siebie zabójcy, zboka, czy osoby chorej mentalnie, tak wielkie nieliczenie się z opinią pozostałych, stanowiłoby ostateczny rozbrat ze światem, społeczeństwem? niech ostańcowi, niezmyci jeszcze z pokładu, gubią się w domysłach, jaka była przyczyna. — myślałem przez lata. koniec! podrwię z sytuacji, z was, panie i panowie, wydrenuję opinię o sobie, na której mi już, ekhm, raczej nie będzie zależeć. tak! ostateczne zszarganie reputacji, przyznanie się do niepopełnionego przestępstwa, do parszywych skłonności, których de facto się nie miało, albo nabredzenie paru zdań na kartce (to smutne i straszne, w jak wielu środowiskach ciągle stygmatyzuje się ludzi z problemami psychicznymi) — i nie tyle odchodzę, ile odgniwam stąd. finalny żart, nieśmieszny i z siebie: drucianą miotełką zacieram ślady, udaję ropę w ranie. "chlebem, dziadziusiu, trwaj w lodówce czinar. musiałem odbiec, bo statek się rwie, nadziubdział mi dwie garści Pan Kolorowaczek. nie próbujcie nas z powrotem wielogębnić w sakwojaż, o piątej, zamiast do Lichenia, uderzajmy w kondukty. sprute to, jakby wystawiać operę w stawach skokowych." "wybaczcie, nie mogłem dłużej tego taić. to ja ją zabiłem (i niech mundurowi szukają - kogo, gdzie, kiedy)". "wiem, że żadne społeczeństwo nie zaakceptowałoby moich skłonności. a nie dało się ich ciągle tłamsić. chyba tylko farmakoterapia tłumiąca popęd mogłaby utrzymać mnie dalej w ryzach. nie płaczcie." albo choćby lapidarnie: "brzemię, jakim zostałem obarczony, okazało się nie do udźwignięcia". ...i rechot spod szarf, słyszalny aż w sąsiednim powiecie.
  14. nie wszystkich, oczywiście! zacznij od tych, co siedzą w mniejszym, nieoficjalnym sercu, w mikroskopijnej pikawce, gdzie kiśnie żółć i tętni ciemna galaretka. rozpraw się też z tymi, co na wątrobie, co zagnieździli się we wspomnieniach, skolonizowali umiejętności (potrafisz stwierdzić, kto zalęgł się w twoim czesaniu, zdolności mówienia komplementów, kto w utracie panowania nad sobą po dobrym kielichu, jaka szuja posiadła patrzenie, płukanie ust po umyciu zębów, kto mieszka w akomodacji, ilu jest dzikich lokatorów niedostrzegania?). chalstaj! na przestrzał i oślep! są z szybkopokoleniowych rodzin, mnożą się jak opętani! ledwie zgładzisz jakiegoś — zaraz trzeba będzie dźgać prawnuczęta w fazie pokwitania. zrób to możliwie szybko, inaczej zostanie ci resztka ledwie sięgająca innej resztki, słuchanie Radia Podzwonne, kompletna wtórność, czwarty (i do tego krzywy!) plan, zszywanie dziewczyn, zamiast brać się, ciąć je jako pierwszy, ostrym, ale miło brzmiącym słowem. bo przypadną ci ciągłe stany wskazujące. na kompletne rozstrojenie. styl, w którym będziesz niknąć. choć z głową jedynie ciutkę poniżej krawędzi. i to śmieszne moralizatorstwo, którym ci ględzę. rozcieranie listków laurowych bez zapachu. jak skończysz — wyśpij się. spróbuj sobie wyobrazić mężczyznę ciągnącego gałęzie. po ugorze. i że nie ma w tym żadnej przenośni.
  15. cieszę się, że jesteś zbyt tajemna. nadmiar przymiotów jest jak półpłynny garb, kamienie tworzą się od tego w gardle, błotnieją skronie. tak ma być: niewymierność! ludek płci żeńskiej (ludkini? ludzianka?) uciekający przez dziurę wygryzioną w listwie przypodłogowej, karawany cieni wlokące się jak za Mojżeszem, poza nawias. a jeśliby już musiało się pojawić choć jedno określenie - niech będzie w wiecznym zawieszeniu, uwięzione pomiędzy ramą a szkłem, przeciskające się i głodne, ciągle bliskie nasycenia. niech istotę jego stanowi próbowanie. nieudolne. i niech znajdzie się w nim drobna, lecz nie do pominięcia parszywostka, coś niczym moja szaleńcza wręcz, gorąca miłość do braku dzieci. albo jak żal poniewczasie, że plunęło się o jedno słowo za dużo, wyznało nie taki rodzaj miłości, jakiego od nas oczekiwano.
  16. @violetta Wstawić :D Dobre :D Miłego pobytu.
  17. kim należy zostać? prosta sprawa: kazicielem dochodzeń, rozstrajaczem fabuł! niech śledztwa w przyszłych czytadłach idą jak najgorzej, nigdy nie następuje rozwiązanie akcji! nie będziemy musieli zbytnio się starać, ot: ówdzie i owędy rozsieje się plotki, ciśnie kalumnie, w paru flakonach pozostawi mefityczne wyziewy, czy wydrapie się bezsensowne hasło na miejscu zbrodni ("znałem lilije waszych matek jeszcze przez zdarciem!"). gdzieś podrzuci się sygnet z gumy, w czyjeś podudzie zatopi zardzewiały scyzoryk lub wepchnie koło samonastawne w babrzącą się ranę porwanej dziewczyny (umarłaby i bez tego), kilka pań będzie musiało się tłumaczyć z zawartości torebek, woreczków strunowych, gdzieś tam błyśnie majcher, pocieknie krew niemowlaka, jacyś bogaci wdepną w nie najświeższe, rozlane na progu ciało. już widzę tych osiwiałych profilerów, dochodzeniowców z nerwicami jak postronki. bo... gdzie, jakim cudem? co robiła kaszanka w mózgu ofiary, jaki chory skurczysyn wetknął szczypce zasuszonego kraba pod język zwłok prezesa-defraudanta? skąd biorą się litry majonezu na miejscu każdej strzelaniny? co mafie chcą tym przekazać? przed czym ostrzega srebrna stopa nasprejowana na brzuchu każdej zarąbanej zakonnicy? niech nic się nie spaja, a odkleja od reszty. o swoją fabułę również nie ma co dbać. to tylko kryminał pisany maczkiem i w dobrych intencjach, może nawet ku pokrzepieniu serc, tylko udziwniony przez wprawniejszego rozstroiciela.
  18. a gdyby tak pobawić się w rozplątywanie skłębień, rozgryzanie gordyizmów? niebezpieczne, przyznacie: jeszcze okazałoby się, że nic nie kryje się za fałdami, a malarstwo, którego części składowe stanowimy, naprawdę jest bezprzedmiotowe. mam zły nastrój, coś lepkiego i z ostrą harmonijką przy pysku łasi się do nóg, albo w istocie zbliżam się do pytania finałowego: Cześć - czy być? poparzcie, ile bezsensów wkoło: idee narzutowe, obrzydliwy cud narodzin, funty kłaków, za które sprzedawane są kraje i kupowane galeony tkanin korzennych (im intensywniejszy aromat - tym lepiej!), korce niezjadliwych przypraw, albo całe stada wojen, przemijanie i miliony nieistniejących bożąt, co biorą nas w komeciaste pazury, gdy tylko znikniemy z pola widzenia, każdy blichtr i bezradność (wielka sława to gwałt!), wody płodowe, moje ulubione piosenki, nosiciele wszy i karmiciele religii - przecież w każdej z tych drobin - czeluść. nieduża, często dźwigana na barkach wyciętego z komiksu ludka, ale zawsze! e, zdecydowanie: być. z miodem pitnym w oczach, gliną i rysikiem w łapie - mówię nieco czartobliwie, zbyt łagodnym tonem. fale się prostują, dzikie zwierzęta odchodzą głodne. zaraz do drzwi zapuka sprzedawca piasku. kupię, by jak zwykle: zasypać zdjęcia, tryby.
  19. w tej szkole jestem kompletnie bezklasowy. uczą mnie, ale postanowiłem się nie dać. rzucają myśl — i nie aportuję. teraz: wycieczka, a więc zamek, nuda tłoczona przez ostro zakończoną słomkę. zaraz zobaczymy replikę korony, którą miał na sobie król Henryk Atenzy z dynastii Atenzjuszy, będziemy mogli obejrzeć gabloty, ramy, podobrazia. ledwie wysiedliśmy z autokaru — wychowawczyni zadziera głowę i ze zgrozą stwierdza, że na szczycie wieżycy łopocze sadłem, trzymając się drzewca flagi, były prezydent. z kanistem. wykrzykuje przeprosiny, pan Zygmunt Derwiszczuk, przyznaje się do bycia tajnym współpracownikiem SB. donoszenia na kolegów. przewodnik każe się cofnąć. dalej odłazić, daalej! i leci wąsaty meteor, rozplaskuje nam się pod nogami. ...chcę być takim zniekształceniem. spajać, ale wyłącznie na swój sposób. niech kolory tego lśnią, będą wiecznie surowe.
  20. Jak zawsze: pisałeś i piszesz bardzo dobrze!
  21. może to dość dziwne, ale życzyłbym każdemu, a przede wszystkim sobie... wielkiego niedopełnienia. by było jak z Erikiem Stolzem i rolą, którą mu odebrano. tak: chcę scen nakręconych na nowo. z kimś innym (bo jeśli wracać do przyszłości — to jako odmieniec, na czworakach, z kamienną flachą w łapie!). nie, żeby zaraz: Wojaczek i "Modlitwa szarego człowieka". ale pozwólcie, że będę sobie spokojnie zaniedbywać. w końcu niczego bardziej nie pragnę jak nie narzuconego ciepła, trochę miększych skór, przytulnych ciemnic. i by ozór wsuwał się w głębokie. niech mrówkoidzi wypełniają przykazania koncernów, stosują się do paragrafów niesamowicie głupiej Dezyderaty junior brand menagerów. ja przygarfieldzę, odskoczy mi się w opaczności, przejadę się po sensach istnienia pazurem i grabiami, przeciągnę broną i pługiem. co pozostanie? banalna wizja: słońcertmistrz sczytujący nuty spomiędzy szeroko rozpiętych promyków wiolinowych. bezguście, ale w żarówkach, ustrojone prądem. a jak się znudzi laba — przylezę z powrotem do kieratu. z młotem. by później sprzedać w skupie płaty potłuczonego żeliwa.
  22. miliony istot w dziejach nigdy nie miały styczności z człowiekiem. w mikrołepetynach nie mogłoby im się pomieścić, że są na świecie takie wielkie i gorące, podobno całkiem mądre potwory, które nadają nazwy ich gatunkom, a i, w manii szeregowania, klasyfikowania, albo w antropomorfizacyjnym szaleństwie, gotowe byłyby nazwać je same. każde z osobna. potężna liczba bytów nie miała (nie dostąpiła chwały? e tam.) imion, ani pojęcia, że jest słowo, narzecze, bestie zza gór i oceanów są w stanie za ich pomocą określić właśnie je, wydzielić z chmary, roju, kolonii każdą jednostkę, i przypisać właśnie do niej strzępek fali dźwiękowej. zastanawiam się, czy wszystkim rybom głębinowym sprzed wieków, owadom żyjącym parę dni w 1987 roku, fenkom, manulom i nieświszczukom zdechłym w dniu, w którym urodził się Niesiołowski, stryjek Gorbaczowa, czy zmarła moja matka, podobałoby się to? może poczułyby się nieswojo, te niećwierki puklerzówki, motylice wątrobowe, gdyby zaświtało im w zwoiczkach, że ktoś je na swój sposób dotyka, narusza ich integralność, prawo do bycia niedomawialnym. może złoszczono by się w ławicach i termitierach, że jak śmieją przylepiać nam coś tak obcego i niepotrzebnego, giganci przebrzydli, nie mają własnych problemów? wojny u nich, głody, inflacje, a ci nam — pac, pac, jakieś stemple, dźwięki nabite na ciała, doszyte do tkanek! i co, do diaska, czułbym, gdyby okazało się, że w języku hipotetycznych istot wyższych moje "imię" jest czymś wyjątkowo pięknym, albo parszywym? że można mnie określić poprzez gradobicie, kulę zmiętych tkanin, swoistą planetę-łachman, lub czynność, na przykład zasnuwanie, zmycie, albo śmieszniej: przez brak? że gdzieś tam gadają na mój temat wprawiając bezgłośność w ruch, roztrzaskując jedno milczenie o drugie.
  23. @jan_komułzykant Ależ wiem o co chodziło :) Człowiek z Tollund jest doskonałym przykładem takiej mumifikacji.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...