Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    326
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. jest tak wiele nawyobrażane, że aż puchnie w tabelkach i pomiędzy wierszami. lecz, choć trudno uwierzyć, nieco dzika i nieprzewidywalna półpłynność nie przenosi się na treść, ani nie koliduje z liniami skreśleń. cały czas jest jasno i w miarę logicznie, wiem gdzie, komu i po co mam dostarczać wrażeń. zabrzmiało nieco dilersko? a jest wręcz przeciwnie: to niemal babciny i pokryty koronkami, oldschoolasty spokój, świecówkowy rysunek wydarty pazurami ze szkolnego bloku, łagodność przywodząca na myśl chatkę z piernika. całkiem słodziutki domek, a jednak będący miejscem tragicznej śmierci, upieczenia kogoś żywcem. to nic, że jędzy. zawiera się w tym jakaś rozpaczliwa i sprzeczna z całą moją naturą chętka istnienia, wirus, co przeciwstawia się niszczycielskim siłom czasu. albo, pod przykrywką racjonalności, kolaboruje z nimi, każąc mi się postarać. i bardziej. abym wzbierał, obrastał w półtalentki, podmożliwostki. by potem, osiągnąwszy trudną do pojęcia nadpłynność finansową, móc obrzucać monetami mijanych ludzi. i rozdawać stówy, czasem – kopniaki. jednak uparcie wolę stać się jedynym członkiem tej, niegdyś szalenie popularniej kapeli (jak powszechnie wiadomo – najlepiej wychodziło jej granie dorodnej ciszy), który nie dożył współczesności. a ja się wyślizguję, staram się być niczym pomnik uczonego, który, kilkaset lat temu, z nieznanych powodów zatopiono na bagnach. gdy go niedawno wydobyto okazało się, że przedstawia zupełnie inną osobę. niepoprawnego lewitanta. cieszy mnie zdziwienie na twarzach zgromadzonych wokoło ludzi, ich konsternacja, rodzące się natychmiast teorie spiskowe ("musieli podmienić!"). karmię się tym, krztuszę z przyjemnością.
  2. @Leszczym Uroczo dziękuję!
  3. @agfka Dziękuję za komentarz. Fakt faktem, moja mama byłą jeszcze z epoki przedinternetowej.
  4. znowu – selekcja negatywna. przetrząsam usypiska książek w poszukiwaniu następnych do oddania. i niemal każdej mi szkoda. niechby jakaś okazała się być chociaż trochę religijniacka albo dla dzieci. z taką rozstałbym się bez problemu, w końcu od dawna nie jestem wierzący. szczeniakiem – nadal, ale nie na tyle, by po raz drugi czytać coś o pustyni i puszczy, po których ktoś tam błąkał się ze słoniem i miał raczej pecha, bo zamiast wody zalazł malarię. kryminały po mamie. jej praca magisterska. jakieś encyklopedie, w których odkrywam wycięte z Życia na gorąco przepisy na racuchy, faworki, kartacze. to chyba taki spadek-niespodziewajka dla mojej ewentualnej żony, narzeczonej, czy kogo bym tam miał. aby wiedziała, czym mnie tuczyć. i nie zrobiła przy tym zakalca, po zjedzeniu którego dostałbym rozstroju żołądka. gazetki Przyślij przepis, Moje gotowanie, sztuk (bagatela!) siedemdziesiąt osiem. w żadnej, jak się domyślam, nie znajdę prostego przepisu na mefedron ("Przygotowanie: Cebulę obieramy i drobno kroimy. Masło ucieramy mikserem (...)"), ani zaklęcia przywołującego śmieszne, prosamobójcze krasnoludki, które podpiłowałyby pode mną nogi plastikowego krzesła, jeślibym znów zdurniał i poszedł się wieszać. nie dogrzebię się do rozkładu osobliwych pociągów osobowych, którymi mógłbym odjechać w siną bliż. nieco to konfudujące. Konstytucja RP. raczej nie dokopię się do broszurkowego wydania Ustawy o zniesieniu realiów. trudno. w ubiegłym roku znalazłem książynę o robótkach na drutach. samouczek. zapomniałem w ogóle, że coś takiego było na chacie. szkoda, że się jej pozbyłem. dziergałbym teraz z włóczki nowe wersje internetowych memów, niepraktyczną obwolutę dla książki o unieobecnianiu się (Przeminęło z wapnem. praca zbiorowa, Wydawnictwo Wercyngetoryks, Warszawa 2024).
  5. @agfka Jeny, nieee! Nie tylko on nie wylewał za kołnierz :)
  6. jest dość nieprzyjemnie, wręcz ordynarnie pokacowo, klimat w pokoju schnie na wiór. siedzę na bezwódczu i czuję, jak przenikają mnie szybkopędne obrazy. na przykład taka wiewiórka, niemal do reszty wjeżdżona w asfalt. tylko ogon jako tako się ostał. i falowała ta martwa kita, poruszana pędem powietrza, gdy przetaczały się obok i nad nią, auta. znowu wizualizuje mi się dzieciństwo. zarazem chcę pełni dorosłości. takiej bez trzymanki i na chama. o, ludzie się schodzą. cali z powietrza. deszyfranci moich kolorowych wizyjek, niewidzialni przyjaciele, panie o małpich twarzach jak u Bukowskiego, prawilne ziomeczki w szmizjerkach. parytety – do parteru! niech tylko ksobne się liczy, dreszcz leci z absurdalnie wielką prędkością przez trawione gorącem ciała. musi być agresywniej i z głębi, jakby markiz de Sade, siedząc na plecach Walaszka, pisał scenariusz nowego odcinka Matysiaków! abyśmy wydobyli z wnętrz całe pokłady pozornie niespajalnego, cisnęli sobie w twarze bryłkami tego urobku! parę złych wiadomości: dziecko zaczęło rosnąć w oku naszej wspólnej koleżanki. trzeba je wybrać, ranę przemyć tequilą lub octem. jeden z kumpli wspominał coś o zdolności kredytowej, WIBOR-ze. no i się doigrał. musimy mu przyszyć do głowy durno wesołą czapeczkę ze śmigiełkiem (widziałem takie u dzieciaków na amerykańskich filmach) i zamknąć gnojka w jednoosobowej kapsule (nie wiem, skąd wziąć! może zrobimy z toi-toia!), aby posiedział sam ze sobą, nauczył się szczeniackiego egocentryzmu. a tak poważnie: nic nie trzeba. kruszą się ściany, pęka strop tej dyskoteki. nawet mżawka podeschła. ostatnie strugi, ciurkotliwie ściekające z fal eternitu, niosą powtarzający się obraz: ja mozolący się nad listem, który zamierzam wrzucić do butelki. i cisnąć nią w rozkołysaną przestrzeń. ja pochylony nad kartką, o głowie rozpłaszczanej przez zwały piachu nasuwające się na skronie.
  7. czasami się zwierzasz. niebezpiecznie cicho i tonem przywodzącym na myśl chrobot blaszanozębych korników. od razu myśli mi się o spróchniałym konfesjonale, w którym zdrzemnął się, albo siedzi niedawno zmarły, ale już połyskujący plamami opadowymi, proboszcz poczciwina. aż korci, by wieść cię na pokuszenie. na pocieszenie mówić, że to nic złego, taki ordynarnawy skok z zębami na krępujące więzy, wrzucenie petardy w ustoiny. w końcu mamy tylko jeden, bezpowrotnie niknący czas, nie trzeba albo wręcz nie można bawić się w legale, powinno się wyszukać w kalendarzu dzień ustawowo wolny od świąt, dać sobie kopniaka na rozpęd i zacząć wyśpiewywać hosanny, słowo w słowo zaczerpnięte z podręcznika Metody pobudzania ustami. pragnę zachęcić do, nawet przesadnej, otwartości. niech będzie cug, wiatr nawwiewa konfetti i strzępków plakatów. zbyt nowych, by być wypłowiałe. niech wejdą kobiety pożytku publicznego, wiecznie pijani halabardnicy pilnujący, by nikt nie pozostał bez winy, niecnonauci. i by zapanowała nadekspresyjność, nasza kolorowa gromadka osiedliła się w błędzie ortograficznym. by nikt później nie żałował, nawet w czasach głębokiej starości nie starał się poprawić błyszczących wyrazów czóć, chaj, chedonizm. jednak nie daję żadnych rad. to musi nadejść samo. czekam. moda szybko się zmienia. w następnym sezonie zapanuje ultra fast fashion: łachy będą się kruszyć i spadać z człowieka chwilę po założeniu. a potem, w stroju Adama i Ewy, wskoczymy do rzeki. tylko jedno z nas wypłynie.
  8. heh, patrz, jaka solargrafia: jesteśmy rejestrowani przez puszki po gorzkich, ale powodujących uśmiech płynach. kolorek się uwypukla, następny – również staje się gruby. całe gamy pęcznieją jak najęte. przez Plac Pankowy ciągnie do cna sfajczony samochód, Spalonez Caro Plus. nie wiem, jak znaleźliśmy się w jego wnętrzu. jest dość przytulnie, bo w rdzy, zamiast radia – poręczniusi patefon z ryjastą tubą. rozwywa się Unskeletonize me, nowy hit tego facia, co chciał się dostać na Eurowizję, ale mu materię wcięło i skończył jako głos poniewierający się po odtwarzaczach, wlatywacz na chama. chciałbym jechać do celu, czymkolwiek miałby on być, ale robiąca za kierownicę obręcz z podoklejanymi brzytewkami wyślizguje się z rąk. urwany krzyk, hercklekoty. wtrzaskujemy się w zwałowisko rzeźbek i zdjęć wypadłych spod dłuta i aparatu niewprawnego twórcy. ogarnia nas zaprzeszłe. dużo tego: wspominany bez sentymentu Kołyskozoik, czas odkuwany od kamienia, to małe i żenujące coś, co dąży do bycia zbyt ogromnym, i porywają te nasze adagio furioso, tempa niemożliwe.
  9. @andreas heh, fajne. też zdarza mi się przyfraszczyć, ale nie zapisuję.
  10. To jest Dis...mal euphony.
  11. zdarza mi się rozmawiać przez internet (cenzuralnie i przeważnie o poezji) z pewną panią. atrakcyjna i dojrzała, niestety — fanatycznie religijna. nie, żebym od razu chciał fantazjować o niej, skórze, łóżku, ale... matko jedyna, aż spotwarnia ją w moich oczach ta kosmiczna krzyżowatość. nie mógłbym sobie wyobrazić nic, nawet jednej niegrzecznej sekundy. z wyglądu jest całkiem, całkiem, ale w ustach — chropowaty wałek, obracane językiem nuty wyjątkowo zgranych melodii. kobieta-jeż obrośnięta mentalnymi kolcami, a każdy w kształcie brodacza przybitego do dwóch belek. tak sobie myślę, że gdybyśmy byli jedynymi ocaleńcami z katastrofy wycieczkowca, dodryfowali do bezludnej wyspy — resztę życia spędzilibyśmy w czystości, zamknięci w osobnych wymiarach. stałyby między nami trzy zmyślone postaci. kuriozum tego typu: chłodna noc, ogniska rozpalone na przeciwległych krańcach plaży. i Duch, Ojciec, Syn straszący przy księżycowym świetle. wydaje mi się, że gdybyśmy jakimś cudem wychynęli za bariery, spróbowali się pocałować — stałaby się tragedia na naszej Unlove Island: wałek z nabitymi kołkami w ustach kobiety zacząłby kręcić się w przeciwną stronę niż zwykle, wirować szybciej i szybciej, aż, zanim zdołałbym zareagować, lub choćby krzyknąć — roztarłby biedaczkę od środka. sekunda — i miałbym pod stopami kupkę wilgotnego proszku.
  12. @agfka Dziękuję.
  13. jakie słowa najtrafniej mnie określają? jestem pan Dawniej, bo zostałem wyrzeźbiony przed eonami i ponoć przedstawiam kogoś, kto żył wiele wieków wstecz. jestem Nieprzytwierdzonek, jeśli uderzysz w cokół - zakołyszę się i – bądź pewien! – runę ci na głowę. może ją zmiażdżę. żaden ze mnie nepomuk, co nigdy nikomu, he, he, nie pomógł. twarz – nieco królicza, zamiast aureoli mam głazowy otok, moja ciężka broda potrafi zakłuć. na amen. jestem, aby się gapić, pozdrawiać was gestem nieżywej, ciągle wzniesionej ręki. i byście czuli respekt. by robić z waszych marzeń i planów kabriolety, byście, dogorywając, wyrzygiwali obrazy Amsterdamów i Lizbon, czy gdzie tam byliście na wycieczkach z rodziną, by każdy z was, sztywniejąc, wypluwał zdjęcia, kadry w gasnących ramach. iluż to się o mnie rozbiło! pierwszy był gminny ksiągowy w wartburgu, co po zwolnieniu postanowił wyemigrować w głąb kieliszka, potem – dwóch motocyklistów jednego roku, jeden na emzetce, następny – splótł kulasy z przechodzonym suzuki, wszyscy załoganci forda transita, członkowie ekipy remontowej z firmy KonDon (Kaliszak Paweł Konstrukcje Domowe sp. z o. o.). o wycieczce jadącej nad morze nie chcę mówić. straszne to było, nawet dla mnie. ten płacz, dzieci w blachach autosana... ostatnio (nie uwierzycie – rozmyślnie!) trzasnęła mi w postument rozpędzona beemka. zabił się w niej (czy raczej – ja go zabiłem) nieszczęśliwy tatuś, co postanowił przestraszyć synka na Halloween, wypadł zza drzwi w masce ogra albo innego maszkarona – a dziecko – nic. ani pisnęło. jak zamurowane, z wytrzeszczonymi oczami. wozili je po różnych lekarzach, diagnoza ta sama: strzelił bezpiecznik w główce, katatonia spowodowana szokiem. nieuleczalna. żona znienawidziła dowcipnisia, został z alimentami i niemożliwym do spłacenia kredytem. gruchnął pędząc ile fabryka dała (dzieciak żyje do dziś w prywatnym domu opieki, ciągle nie ma z nim najmniejszego kontaktu). kiedyś zawadził o mnie schlany rowerzysta. wgięło się koło rometa flaminga, trzasnął obojczyk cyklisty, któremu spadłem niemal w objęcia. po wypadku wierni podnoszą mnie z namaszczeniem i wracam na miejsce, by zbierać ciepła, kumulować w sobie okruchy pulsów, bić serc, odłamki wrażeń zabitych ludzi. po co mi ta kolekcja?
  14. Agfka - a ja wpadłem w szał kupowania książek Violetta - a ja jestem czasami jak Stachurky, typ niepokorny :D Andreas - nie, nie upadłaby.
  15. to tylko sklep w wielkim centrum handlowym, gdzie stoisz przed ladą i beznamiętnym głosem mówisz: "poproszę krocie". dostajesz je, zapakowane w pudełko po adidasach oklejone kolorowym papierem w zajączki, płacisz zbliżeniowo. ustami o plastik. tłum gęstnieje za plecami, wiadomo: święta, czas napychania. pracownicy rozwieszają girlandy, lepią banery. jakiś klient przegrywa starcie z potykaczem, ląduje na restauracyjnym krześle, z rozpędu zamawia wszystko, co w karcie dań. podwójnie, ale bez cukru. pojawiają się rzeźnicy książek mający za nic popularne hasło "Book jest miłością", wycinają ornamenty w kartkach, szatkują okładki, by upchnąć nienawistne treści. ktoś przytomnie zauważa, że jest gorzej, niż może się wydawać, Satanidzi wytrwale pracują pod panelami, w pocie czoła pozyskują kurz i stal na bagnety, stąd wszechobecne wibracje, rezonowanie regałów, podłogi. zostaje wyśmiany, lecą drwiny, że straszny z niego miłośnik teorii spiskowych. to tylko supermarket, w którym stać nas na coraz mniej. towaru przybywa, ale biedniejemy z prędkością światła. muzyczka skończyła się w głośnikach, rozlegają się nieprzyzwoite dźwięki, od których aż się czerwienimy. jutro, w ramach protestu, przyjdę bez ciała, antykonsumpcyjnie. pozwolę rozedrzeć energię, całkiem za darmo. podławię pazerniuchów, zbrylę się w gardłach diablim głodomorom.
  16. @agfka Tak, zwariowane. A ja zwariowańszy od czasów :)
  17. wiosna aż podchodzi do gardła. koty – z nosami przy kretowiskach. trwa nawąchiwanie. jak się poszczęści – będzie żarte. właśnie ukończyłem misunderstudia, dzięki którym rozumiem jeszcze mniej. jestem teraz dyplomowanym ukosem, bryzą, kawałkiem wietrzyka, co kosi na przestrzał. czasami marzę aż do świrostwa, zatapiam się w pragnieniach, jakich lepiej nie powtarzać: niech przyjdzie wyraźniejsza pora roku (maczetniczka albo taka z kosą), by odchlastać którykolwiek z łbów. i niech się rozkrzewią zielenie na dachach, woźne zapalą gromnice w salach lekcyjnych i aulach (zaparowane szkiełko i oko bez źrenicy kontra przeczucie i dzika, nie biorąca jeńców wiara, ef od iks przeciw zaklęciom). w sercu – słonecznie i duszno, aż chciałoby się zadławić nadmiarem promieni, znaleźć pojemnik z łatwym do przedawkowania specyfikiem, przypudrować dziurki. o, udało się! i patrzę na świat, którego na szczęście nie doczekam: skończyłem czytać kryminał napisany przez mikrofalówkę, mordercą okazał się android, za zabicie inteligentnej formy ognia skazano go na zsyłkę do kolonii Rozprogram. jedna z byłych dziewczyn (nie moich) poprosiła AI o zrobienie manicure. licho wie, co się stanie z dodatkowymi palcami, które wyrosły w niespodziewanych miejscach. nawet tam.
  18. niby zakazano nam istnieć, jednak odnajdujemy się w podgwarach, w absurdalnych tekstach ("Epitafium dla Kim Kardashian", "Językator", "Elegia okołocelebrycka") dostrzegamy swoje zniekształcone imiona. powinienem się cieszyć, że — bytność! koegzystencja! niestety, to idzie w złym kierunku, zaczynam sądzić, że każdy rodzaj miłości ma w sobie za dużo z gry, w zasadzie to rodzaj teatru, gdzie przypada najpośledniejsza z ról, stoi się w trzecim rzędzie Chóru Kontestatorów. że lepiej rozciąć się samemu, włożyć palce tam gdzie nie trzeba, docisnąć kulkę pełną karbów, niemal wyrwać plastikowy dżojstik i patrzeć, jak wypływają piksele, świetlne fale, szum leje się, kaskada za kaskadą. że może powinienem obrosnąć wypustkami, ponad setką brzuchów, w których przelewałoby się nie najlepiej pachnące sadło, zniekształcić się do tego stopnia, by nie móc. choćby pomyśleć. kuczę, ileż mam w sobie goryczy! normalnie jest ze mnie człowiek zaprzeszły, własny przodek, pradziadzio-słomianka, zubożały Sarmata, co patrzy na świat z wysokości strzechy, zabobonny i nieprzekonywalny szeptuch bortający poglądy na kołowrotku (czemu ciągle potwornieją, zamiast lnu obraca się coś suchego i z kolcami, materia, której nie dotknąć?), po prostu wybijak! rozświetliłbym się, na bogato i współcześnie, ale jak? okiennice same się zamykają, sneakersy, za sprawą czaru, zostają zmienione w łapcie z łyka, panele podłogowe — w polepę.
  19. Coś Ty, wydaje Ci się :D A jeśli nawet zaraz mi przejdzie :)
  20. myślę o nas. placami po powiekach. z rozbłysków, delikatnych konturząt wciąganych grawitacyjkami w głąb tuneli bez dna, wyłania się kształt. mężczyzna, choć w strzępach. samopodobny zupełnie do nikogo. postać w fosforyzującym otoku, obwiedziona tęczami. światło jest też w głębi niego. eksploduje, nasz pan rozgorzałek, wręcz zapluwa się wielobarwnymi linijkami. trę mocniej, każde słowo można spotęgować przejeżdżając paznokciem po twardniejącym płynie. ktoś w koronach, zaplątany w nimby, krzyczy nam o ognikach, co wieczne błądzą, o fałszywych majestatach, powtarza coś tam, że związek, ucieczka w zaprzeczenie, niewypełnialna przepowiednia. w zasadzie dla żartu słuchamy jego barw, prawie drwimy z karykaturalnej podniosłości. przepalają się oczka, dogasają kamyczki. ojej, tak chyba nie powinno być.
  21. kraina jest głęboko wżarta w nas, wdrukowana w podobwodzia. straszna tam wikłanina, zdaje się, że twórcy podczas malowania rozstroiły się kolory, a włosie pędzli, drżąc niczym w febrze, kreśliło jedynie wstążyny Möbiusa, kąty nieprzyległe. to nasz deep state, deep church, bajka rządzona przez mit, obszar stoczny przez legendy, jakby były wyniszczającym choróbskiem. wieżowce o tępych iglicach leniwie trącają światełko rosnące nieco powyżej, diabelskie młyny mielą cirrusy. ludzi tam – jak na lekarstwo, ot: półdziki zwierzętostan umierający z nudów w klatkach ze szkła i plastiku. przeważnie szczekwa zamiast mowy, echo dudniące w betonowych ostępach. jest tor, na którym trwa wyścig wehikułów czasu (który pierwszy dotrze do Prakońca?), są puszcze, głuche i ślepe bory, gdzie wychwala się Brak, oddaje cześć wyrżniętym w żywicznym drewnie smolnym bożkom, ponurakom z brodami po kostki, zaś przybyszów raczy się miłymi słowami kończącymi się na -rniczać, -erdalaj, sa hordy dzieciaków bawiące się w resztkach złota płatkowego (kaleczą dłonie do krwi, ale najwyraźniej to lubią), klinicyści wszczepiający grudki, od których przechodzi wszelki ból. jest śmiech, choć głupi i bez powodu. warstwy wykruszają się i widzę miejsca łączenia, ślady prucia i ponownego zszywania, dziurki po igle. dostrzegam płócienko, materiał otwarty o relikwie. wyglądający tanio, ale nie na sprzedaż nawet za miliony. przedarłby się, jakby tylko skrobnąć paznokciem. nie mam odwagi. trochę boję się tego, co zakrywa. ...no dobrze, jutro odsłonię. uwierz.
  22. @Leszczym Dziękuję serdecznie!
  23. pomysł na bezbajkę: Polska jest wielkim organizmem. to kobieta. zgadnij, czym będzie morał, gdzie i jakiego rodzaju ruchami dodrapię, dodrę się do ostatnich słów. pomyśl razem ze mną o samochodzie Schrödingera. zawsze, gdy jadę na parafialny cmentarz zastanawiam się, czy jeszcze drzemie za pomalowanymi na orzechowo drzwiami garażu, które wtedy mijam, ukryty pod jednym, drugim kocem. czy może wytargał go handlarzyna, za psie pieniądze kupił od właściciela-staruszka albo jego spadkobierców. a jeśli rozpłynął się w mrokach złomowiska, nie została po nim ani jedna śrubka? w zasadzie nie powinno mnie to obchodzić, nie mój cyrk, nie mój merc "beczka" (no, chyba, że niedokładnie się przyjrzałem, tak naprawdę był/jest to escort z lat osiemdziesiątych, albo ascona). jednak myślmy dalej. o nieodkrytym. zdejmujmy koce, zdmuchujmy tumany kurzu, by udać się na przejażdżkę po cielsku wielkiej Polski, przez skórę w pozycji horyzontalnej. niech pisze się powieść drogi, z radia safari leci przyblakły hicior "Stroiciel wszy, karmiciel fortepianów" (nie ma takiego? nie szkodzi! i tak znasz go na pamięć, nucisz codziennie podczas sprzątania), jasnobrązowe psisko kiwa durnym łbem z plastiku. zwiedzajmy zalane miasteczka, pytajmy nie mniej zalanych ludzi o drogę do wiosek duchów. istniejemy tylko po to, by zatapiać się w marzeniach, zatracać w nich. nigdy nie próbuj w to wątpić.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...