Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Florian Konrad

Użytkownicy
  • Postów

    384
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Florian Konrad

  1. pomyśl o najgłębszej samotności. że jest jak popiersie z czarnego marmurzydła. przedstawia indiańskiego wodza w rozłożystym pióropuszu. patrzysz na zmarszczki, jakimi jest poszatkowana kamienna twarz – a ich linie odciskają ci się na gałkach ocznych, zostają wżarte w obraz, który widzisz, a pióra – z rzeźnicką zapamiętałością kroją powstałe w ten sposób porysowane plansze. na drobnych strzępach żłobią się specyficzne izotermy i izobary, powstają też swoiste odłamy dekartografii, rozplanimetrii, destereometrii. pomyśl o pustce będącej niczym samochód beskid, co nie wyszedł poza fazę prototypu (manewrowność makiety – wręcz ujemna!), albo arrinera hussarya, która nie trafiła do masowej produkcji. i o mikrofilmie przechowywanym w bólu lewej górnej piątki. nie w bolącym zębie, ale w samym, wyjątkowo nieprzyjemnym uczuciu. znajdź się w myślach na raucie, nadętym spotkańsku notabli. bądź tym dzikim, spoconym czortem-niedźwięcznikiem, który drze się jak oszalały, tacza wewnątrz jednego ze stojących sztywno, wyfrakowanych oficjeli, i którego wrzask nie wydostaje się poza ramy ciała gospodarza/ nosiciela. a potem znajdź najcięższy kamień, jaki zdołasz podnieść. i ciśnij w kryształowy żyrandol wiszący nad głowami dostojników, nad twarzą na postumencie. od huku, jaki rozlegnie się, gdy strącony runie na parkiet, zadrży w posadach niejedno muzeum już/ ciągle bezużytecznych rzeczy, klatki mikrofilmu wyblakną i staną się niemożliwe do odczytania.
  2. przewracanie się z boku na bok. sen jest odporny na tresurę. łypie gadzim okiem. wreszcie dźwiga się z posad, ogarnia mnie, sztucznie przeempatyzowany cynik. widzą się kraje jak bary, opięte granicami speluny. jam session do rana, tam króluje bluzg. "wyklafirowałeś mnie" – szczebiocze ozdobnymi głoskami prześliczna panienusia. cokolwiek to znaczy – jest przyjemnie śliskie w swej cierpkości (nic, tylko spróbować wymyślić mu podobne tarki, dajmy na to jakieś wyźwuziłki zierwne albo inne paskudztwo – i mówić aż do zmydlenia nad ranem.). orientuję się, że słodka lady ma twarz niczym przykryty warstwami farby słój drewna w futrynie mojego domu. ściślej: w kiblo-łazience. kiedyś znałem się z nim lepiej. odkąd odrosłem od ziemi – jego rysy nieco rozmazały mi się w pamięci. pani mówi olejnie, potem rozlewa dym do kieliszków i częstuje prawie wszystkich klientów. poza mną. sen jest źle zorkiestrowany, więc bez sentymentu biorę łeb w troki i przechodzę w głąb innego. oj, przypomina poprzedni. to niejako szpetniejszy bliźniak w smokingu. albo sceny, które nie załapały się do dramaciny o wojnie i okupacji, bo kto to widział – zatrudniać Sebastiana Stankiewicza i Rowana Atkinsona w rolach Stalina i kanclerza Rzeszy?). cmentarz (słusznie?) zapomnianej rasy. razem z kolegami-dewastatorami maluję na seledynowo żeliwne, pokryte rdzą krzyże, pstrzę ściany walącej się kapliczki. konserwator zabytków będzie wściekły, ale pobudzimy się, nim zdąży wlepić kary.
  3. "– Panienki rodzice jeszcze żyją? – A Boże uchowaj! – przeżegnała się ze strachem." – powieść o wampirach, jaką kiedyś chciałem stworzyć dla żartu. naszła chętka, by kołysać się do rytmu synthpopowych nut (czysty plastik, do tego – dość kruchy), krzywić w zgniłym półuśmiechu. bo jest ze mną i na zawsze pozostanie nieodłączalny prąd, wolność szerokopasmowa! bo rozciąga się w przyczaszce i podwzgórzu jasna dolina bezpamięci, kraina JOMO (mam trzydzieści osiem lat, nigdy nie posiadałem telefonu komórkowego, nawet dumbphone'a, na telewizję pogniewałem się jakiś czas temu, z gazetami codziennymi nigdy nie było mi po drodze – więc sami widzicie; zgaszak, wytrzebiacz!). jestem zadowolony, że moja racjonalność spadła z siedzidełka, za niewinność nałożyłem sobie shadowbana i, niczym dziwak, coraz bardziej cieszę się z odłączanych funkcji, usług. każda lina, którą przegryzam, gdy tylko pęka, zaraz zdaje się być z brudnego złota, a więc – fuj! ciągle piszę, patysiem pomiędzy gwiazdami, nowelkę pod tytułem Naszczęścienie. śmieję się zbyt głośno, zaklejam szyby płatkami. skupiam na sobie uwagę. a to niepotrzebne. wiem, może być źle: wyznający brunatnych bożków koproteiści będą naciskali, by zdelegalizować mój stan, a członkowie OPZSzabr (Ogólnopolskiego Związku Szabrowników) zakradną się w nocy, by uszczknąć choćby malutką część. albo zagarnąć tak wielki ochłap, jak będą w stanie unieść. mimo to – radość! bo coraz mniej się jest, różowa rdza toczy sprężyny.
  4. zdanko prosto ze snu. przelazłe z niego i wpływające na real (aż postrzeganie świata od tego dziczeje, kiełkuje w niebezpieczne rejony, a charakter – awangardowieje na bezczelnego!). uczucie, jakby się liznęło gwiazdę – i aż na jawie czuć! ...a ty powiesz, że to byle poezyjniak, składzik dźwięków, wymuszony i mało głęboki, jak cały ja (przypominam, że na internetowym teście IQ uzyskałem szalone 20 punktów!), i nawet, gdyby dałoby się coś z tego wycisnąć – byłoby piękne, jak scenariusz remake'u Złotopolskich. poza tym – jest jak post, co wrósł mi w gałkę oczną i którego nie mogę edytować. i że "zapisz je, zapisz, niech się rozrośnie do rozmiaru pełnowymiarowej historii – a ludzie powiedzą, że ostatni raz tak się wynudzili na Srpskim filmie albo Zmierzchu". e tam. obracam w ustach tę gorącawkę, zdanie proste jak jedzenie chleba. jak judzenie. niewtłaczalne w czarny prostokąt, niezamalowane kółko. zdanko za zero punktów, dumne z własnej bezwartościowości i ciemnoty ("Możecie nie ćwoknąć!" – warczy półgębkiem.). wypowiadam je na głos i czuję, że "Zadebiutowało coś złego w tym zdarzeniu."* budzi się magia, z krainy bajek, zakosami, wyjeżdża kichowóz, bajecznie kolorowa łada rapan, autko do przewozu flaków. zbyt szybko wchodzi w zakręt, wywraca się – i cieknie więcej treści. *autentyczne zdanie ze snu, z września 2024 r.
  5. @Łukasz Jasiński Dziękuję. Cały ja jestem sarkastyczną iluzją :)
  6. a przed nim – posąg wznoszącego japę ku niebu Wielkiego Anarchy (trudno nie zauważyć, że to jedynie wyfircykowany beton. umysłowy.). chodźcie, chodźcie! tylko w tym milenium będziecie mogli obejrzeć wystawę artefaktów z drugiej, mało znanej Atlantydy, która nie miała tyle szczęścia, by zatonąć! jedynie tu każdy otrzyma osobistą talię tarota, wróżka-drukarka wyczaruje mu karty z koronowanym wisielcem albo kościotrupem w sobolowym futrze! agrobata się znajdzie, co spektakularnie skręci przed państwem kark, fiknie kozła wprost do grobu! będą pożeracze ognia, dławiciele się żarem, porosną wam w dowodach opaczne personalia i wyjdziecie ubawieni, pan – jako Bronka Wauwaluk ty, mała – nazywając się Czesiek Zadowoletko. ... truchtają gęsiego, błogoskupieni, błogomamieni, trąc oczy, by lepiej widzieć, masując skronie, aby zrobić w głowach miejsce na więcej doznań, zachwycających obrazów. i lezą, błogotrwawieni.
  7. @Dagmara Gądek Sam jestem mało dystyngowany ostatni garnitur zjadłem wcześniej, niż zdążyłem założyć na studniówkę, wiec nic nie wywalam :)
  8. może i porównywanie tego z uzależnieniem, o jakim traktuje największy przebój grupy Eagels jest nieco na wyrost, ale sprawy mają się podobnie: jeśli uciekniesz stąd zbyt szybko, będziesz potrzebować specjalnej terapii by się poskładać, wrócić do pionu. ale idź jak najszybciej. dla własnego dobra – wynoś się! można trywializować przez łzy, że cha cha cha, komedyjka niskich lotów pod tytułem Ucieczka z gminy Klękniew, lecz zobacz: to ma cechy religii, parszywiastego kultu! ocharkiwana i owywana przez chóry skowyczaków mających za złe, że nie współuczestniczysz, nie podzielasz, że w twoich myślach rosną kwiatostany niewłaściwego gatunku, przechadzają się nie takie zwierzęta jak powinny, zaznasz multum przykrości. ale głowa do góry! przy sprzyjających wiatrach dotrzesz we właściwe miejsce nim wyblakną mapki w kieszonkowym Donikądniku, cała książeczka pokruszy się ze starości.
  9. @Dagmara Gądek Ależ dzięks za dostrzeżenie tej nawet nie donkiszoterii, co wręcz gówniażerii. Mojej.
  10. @violetta Dziękuję!
  11. kojarzysz bohatera wierszy, poematów? musisz. chodzi o everymana, z którym cię na siłę zapoznano w szkole. czasem zwie się Jezus, parę razy nazywał się Cogito. najczęściej jednak nie ma personaliów ani twarzy. tak, dokładnie! o tego masochistę idzie! baby go rzucają, mężczyźni, to znowuż on okazuje się być tym, który zrywa, albo/ i zdradza, kaja się i cierpi (nie)zawinione katusze, bo dzieci nie chcą go znać, ukochany pies zdechł lub zaraz to zrobi, samochód się spalił, a siostra napiła kwasu. do tego nałożyska u gościa – w pełni rozkwitu. fizycznie chłostany, wiecznie umierający z głodu i rozszarpywany mentalnie, gryziony z charkotem przez problemy, przewraca się, ale dźwiga, idzie dalej, w głębsze niepokoje. szuka traum, jakby to były trufle albo poziomki. czemu o nim wspominam? bo właśnie tworzę kopię. z tym, że mój ludzio będzie bardziej skolażowany. raz: nie odchodzącym od gadającego obrazu kompletnym konserwatyranem, raz: fantastą opowiadającym z podniosłą nostalgią, jak podczas wojny jego rannego ojca opatrzył i wydźwigał na noszach z pola bitwy sam niedźwiedź Wojtek. skoligacę go z sobą, choć to chyba nie najlepszy pomysł, potem – nadam parę popaprańczych cech. to on zadzwoni z reklamacją do firmy oferującej ludzkie piniaty na kinderbale, że "kogoście, kuźwa, przysłali?! związany facet w kostiumie okazał się być z łapanki! płakał i wrzeszczał wniebogłosy, że został porwany z przystanku, chce do domu i prosi, by go nie bić". czasami będzie jak Rambo. częściej: jak rambutan. tylko niejadalny i mniej włochaty. zawrę w nim całe piękno odwrotności, pobawię się dzień-dwa. potem wywrócę na trzecią stronę. listkami na wierzch, żwirem do środka.
  12. @iwonaroma Bardzo...
  13. gdy w sercu zaczyna mi chrobotać nadmierny i śmierdząco obciachowy sentymentalizm, kiedy rozrzewniam się pod byle pretekstem, mentalnie zakładam bamboszki i, wziąwszy druty i włóczkę, sadowię się w bujanym fotelu – przychodzi opamiętanie, świta jedna z myśli: WWMMD? WWJND? WWND? What Woud Marilyn Manson Do? What Would Jon Nödtveidt Do? What Would Nergal Do? wtedy śmieje się ze mnie własne, bezczelne ryło, przechodzi chęć, by zatrzymać tę firanuś, serwetuś, czy inne dziadostwo. do pieca, podrzeć, połamać szczeble klatki malowane w ludowe róże i gerbery! i - na chama, w skórzanej kurtce i promilami w mięchu! podeszwami po pamiątkach z pielgrzymek, na które jeździła matka, w ogóle: po pamiątkach! tratować wspomnienia, a na gruzach pisać ikonę przedstawiającą byłego prezydenta schlanego na mównicy! WWGGAD? What would GG Allin Do? a co Sid Vicious? ich też brałaby melancholia, mieliby opory przed wyrzuceniem przedmiotów, które należały do zmarłych członków ich rodzin? taa, jasne. ...a powietrzny koszyczek się plecie, taki na święconkę, niewidzialne obrazki z Jezuskami odrastają na ścianach. kulę się, niemal czuję na skórze, jak pada deszcz pisanek i paciorków z licheńskiego różańca.
  14. składa się na nią wiele: bezeceństwa wtłukiwane przedszkolakom pudrowym młotkiem, wbijane pod skronie zbejsbolałymi rózgami nieco starszym dzieciom (razy – łagodniejsze, niż ci się wydaje, a i pręgi po nich – słodkie, aż chce się oblizywać!). jest tą kałużką energii elektrycznej, którą ciągle ścierasz ze stołu, by zrobić miejsce na talerze i parkę kielisząt z cienkiego szkła, tym, o czym aż tak bardzo nie chcesz myśleć, co do tego stopnia próbujesz wyrzucić z głowy, że aż to stwarzasz (demon o kolorach jak zameczek ze starej pocztówki materializuje się tuż obok, siedzi na brzegu kanapy szczerząc ząbki-żelkowe misie). skup się. błysk, trzask – i zamiast oczu masz wyświetlacze przezierne. czytasz nimi elementarzyk odwykowy, książkę wszystkich grzecznych maluchów. literki tańczą w kółeczku, rozpędne, szybsze, szybsze – aż w gardle ci zasycha od tej lektury. mimo to drążysz, zatapiasz się w treść.
  15. @jan_komułzykant Chodzi o dawny błąd eks prezydenta Komorowskiego? Co ta trącąca myszką sprawa ma z moim wierszem wspólnego? :))))))))
  16. jeszcze jesteś zbyt daleko. niemuskalna. więc przyciągam, mimo wszelkich niedogodności. silniej, niż pozwalają prawa logiki. i lecisz na bezczelnego z prędkością nadświetlną, równocześnie wchodząc w interakcje ze wszystkim, co możliwe: od historii najnowszej po antyk i przyszłość. przyklejają się do ciebie tabuny innych ludzi, dzieci, twoje, przysposobione, odsposobione, domy, całe i w kawałkach, wyjątkowo wulgarny cyborg Aleksiej, który tak strasznie klnie w języku Putina, cyjanotypie, zakrztuszenia się, bogobojni użytkownicy aplikacji Christinder, łożyska, tragedie i łzy szczęścia obcych osób, kiście memów, pęczki eksperymentalnych dźwięków, podpiosenki, do tego: resztki mebli, odłamki randek, krzyków, jakieś potłuczone echa. niedługo stajesz przede mną, tak różna od samej siebie. niczym jeż, kłująca igłami świerków, szczeciną z nieogolonego policzka faceta, któremu się podobałaś, ale nic z tego nie wyszło. nawet nie zdążyło się zacząć. będziesz chrzęścić, napęczniała. pogłaskam. mocno. wyliczanka zredukuje się niemal do zera.
  17. @poezja.tanczy Dziękuję serdecznie!
  18. trudne zadanie na dziś: do tego stopnia pokryć się ciasno przylegającymi do siebie obrazami, by zostać szwarccharakterem. w ogóle – wykonalne? zobaczy się, popróbuje. no, daję! ...i spełzają się ocaleńcy ze zbyt wcześnie zakończonych snów: facet, który długo PO śmierci rozstał się z żoną, podgłupiałe od używek dzieciaki, rekonwalescenci leczeni z kredytów i cynicy stawiający bańki. spekulacyjne. lezie ten, co lubi określać przedmioty jak najdziwaczniej (stetoskop – słuchawki do mięsa), tamta, której wydaje się, że co noc jest odradzana w gorszej, przyziemniejszej formie (aktorka na deskach, suflerka, szatniarz, wreszcie: tasiemiec w ciele woźnej), mężczyzna który kiedyś (oby nastąpiło to jak najpóźniej) powie: "gdy rozerwało drugi reaktor – wiedzieliśmy, że nie ma nadziei". już, już łapiemy się za rączki, tulimy się, przywieramy!
  19. @Leszczym Dziękuję!
  20. @corival Dobre :) Dzięki :)
  21. metoda do tego stopnia jest nowatorska, że jeszcze jej nie opracowano. ale spokojnie, wszystko jest bezpieczne i legalnawe, pozbawione kolców i nawet nie zawsze piecze. stosuje się ją w leczeniu wyjątkowo trudnych przypadków, gdy jest już bardzo naognione i sączące się, głowa pacjenta – tak napuchła, że przypomina dezamet norkę, inwalidzkie, mało stabilne toczydło o jednym, wyłupiastym reflektorze z przodu. zanim dojdzie do najgorszego, na całym ciele powyskakują jątrzące się samobójstwiaki i, chciał, nie chciał, trzeba będzie pogryźć się z ziemią – przeprowadza się procedurę. człowieka - przez ten specyficzny ogień. bez obaw, możesz się poddać. jedynie przypatusisz się, język ci zbrzytwieje, wypowiadane słowa będą coraz wulgarniejsze, zaczną przypominać ogniwa rozwijającego się z nicości łańcucha (jedno zaczepia się za drugie – i leeeci ciurkiem, kaskada, kanonada jadowitych określeń). stoisz teraz taka podwójna, rozgraniczona. nurkująca w stertę cieni, nurtowana wątpliwościami. zaryzykować, czy dać się zeżreć najgorszemu? ...nie da się przewidzieć wszystkich skutków ubocznych, bojuchu, poza tym – ja nie lekarz, nawet mag – gorzej, niż mierny, na dodatek czarków-maruśków, które tak zachwalam nie ma i jeszcze długo nie będzie przynajmniej tu, na powierzchni. więc: śmiało. albo nie, krok do tyłu, w tę płytszą przepaść.
  22. @Sylwester_Lasota Nie, na polu marchwi ćwikłowej :D Również pozdrawiam.
  23. zdecydowałem! wypisuję się ze Związku Kosmonautów Polskich. ty też zdaj legitymację, dobrze radzę. za późno na wszelkie odfruwy. pogoda wykorzenia się i łuszczy, przez skórę ciągnie dreszcz. zaraz może walnąć coś odśrodkowego, co przygnie do samej gleby. więc lepiej samemu się zniżyć, dobrowolnie zgarbić się, potrwać w niemym zachwycie nad naturą. choć tam, jak zwykle: zagryzanie się na żywca, gwałtowne zwarcia. przywieranka. już nie nam ta cała szklano-powietrzna strzelistość. wlepmy się, wglebmy, starajmy znaleźć hidden tracki w nozdrzach i pod powiekami. aby tańczyć do nich, może – stepować. powtarzaj do znudzenia, że jest płasko i bezpiecznie, że o, jaka ładna przyrodka. a my w porównaniu z nią – tacy szpetnawi, cali w nałogach, mający upaćkane zwoje. jeny, wiatr się zerwał, wredniucha. namiata nam liści w głowizny.
  24. wymyślam cię kompletnie swojską i nieoniryczną, pełną surowej poczciwości i czasami nie dającego się znieść pragmatyzmu. ponadto: w ludowych motywach, niczym gliniana sosjerka cała w pstrokate kwiatki. masz być w klimacie moich obrośniętych szczeciną neologizmów, którym to zdarza się przemykać za sklepem w skarpetach założonych do sandałów, ty – tycjanowłosa i roztyta, pachnąca ciepłym potem i kapuśniakiem, zawsze uśmiechnięta, czasami w piegach, wiecznie tępo, kretyńsko radosna. nie tyle "odmagiczniona", co "zniemagiczniała". ty – bez grama mistyki, oleista i karczemna, taka, od patrzenia na którą człowieka zaczynałaby brać chęć mazania ścian rybim tłuszczem, śpiewając przy tym arię o skąpanym w maśle Shreku. jedynie imię ma być w tobie dzikie, bo nie z tych stron, nieoswajalne. imię nocne, szepczące szeherezadyzmy, zamorsko-brytyjsko-czort-wie-jakie, imię osobne i tajemne, tylko twoje. imię-szkatułka, w której ukryję ci ­­lampkę oliwną z niegasnącym płomieniem. twórz się, choć nie wiem, po co.
  25. @agfka Ja nie nadążam i uważam to za piękne :D
×
×
  • Dodaj nową pozycję...