-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Pan Patos zaniemógł...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Johny Johny↔Tak różnie piszę:)→Ale Dzięki za krytykę i życzę Wiele Dobrego:))→Pozdrawiam:) -
˙˙˙˘˘˘≈°≈˘˘˘˙˙˙ Była bardzo malutka, gdy zrodziła się w Wielkim Strumyku, z wyjątkowej kropli ożywczego deszczu. Nie miała kształtu, niewidoczna w wodzie, lecz plumplała głośno od samego początku. Nawet ryby by na nią nakrzyczały, gdyby umiały mówić. Wszelkie falowanie razem wzięte, nie robiło tyle hałasu, co urocza Plumplumcia. Niektóre nieznośne Ropuchy, chciały ją złapać, w celu zadania chociaż kilku wychowawczych klapsów. Ady gdzie tam, nie dały rady. Nie dosyć, że uciekała żwawo, to jeszcze dojrzeć śmigającej nie mogły, bo jak na wstępnie wspomniałem, była tylko kawałkiem przezroczystej wody. Nawet pewnego dnia, stary zrzęda szczupak, zapragnął rozrabiaczkę połknąć dla świętego spokoju, ale nic z tego. Znowu zwiała, plumplając zapamiętale. Mimo wszystko dała się lubić. A przynajmniej większość stworzeń tak uważało, oraz sam Strumyk, którego była częścią. Wielu żyjątkom, radosne, szczere dźwięki, dodawały chęci do życia. Czasami nieznośna a nawet bardzo psotna, jednocześnie sprawiała, że wodorosty przepraszały okoliczną trawę, ryby robiły pocieszne sznupki do żab i nawet stary marudny pierdoła Szczupak, nie chciał jej więcej połykać. I zdawać by się mogło, że wszystko popłynie w dobrym kierunku. No niestety. Razu pewnego z pobliskiego bajora, przybyła banda obrzydliwych Plumplaków. Te akurat były widoczne, jako przezroczyste, zamglone ciemnością bąble. Zaczęły mieszać wszystkim, we wszystkim. Tak skutecznie, że nawet sam Wielki Strumyk uwierzył w to, co mu fałszywie nakapały. A były to kłamstwa na temat Małej Plumplumpci. Po jakimś czasie całe wodne życie uwierzyło, że przez te wiecznie plumplanie, mają same kłopoty i jest im bardzo źle. * W czasie zgromadzenia została osądzona i wydano wyrok. Zdecydowano, że zostanie wygnana na brzeg. Tak też się stało. Po kilku chwilach wsiąkła w ziemię. * A wredne Plumplaki zaczęły coraz bardziej dokazywać. Dokuczać różnorodnie a nawet szarpać biedne ryby, boleśnie za płetwy. Rechotały też złośliwe z kumkania leciwych żab i zmuszały raki, by chodziły do przodu. Życie w strumieniu upływało smutno i coraz bardziej nerwowo. Pomału zaczęto wspominać wygnaną i tęsknić za niewidoczną Psotką. * Po kilku dniach, w miejscu gdzie wsiąkła Plumplumcia, wytrysnęło źródło niemiłosiernie dźwięczne. Czystej wody przybywało. W końcu wpłynęła do Wielkiego Strumyka. Plumplaki odpłynęły, aż się za nimi sucho kurzyło. Pierwszy raz oglądano takie zjawisko w wodzie. Nie bardzo wiedziały, dlaczego muszą, ale musiały i już. Jakaś siła ich stamtąd wykurzyła, której nie mogli pokonać. Po wygnaniu bandy, życie było mniej męczące, chociaż wcale nie łatwiejsze. Często trzeba było płynąć pod prąd, zmagać się z burzami, piorunami i groźnym ciemnym szumem. Nie było łatwo. Nawet w pewnym sensie gorzej, niż za Plumplaków. Lecz o dziwo… jakoś nikt nie narzekał. Co jakiś czas słyszeli ciche, znajome plumplanie. Domyślali się, kto im spokój zakłóca. Wierzyli, że jest z nimi. A przynajmniej chcieli wierzyć. To im dodawało sił. Teraz sytuacja była zupełnie inna. Mogli nie zobaczyć, że jej nie widzą.
-
1
-
pan patos zaniemógł z żalu grzebał w nosie przyszła pani doktor co z tobą patosie ano sumienie pali me trzewia egzystencję przeżarło całą nie ujrzę radości w błękicie nieba to ja zabiłem pocieszną małą biedny kochany mój patosiku jak to się stało co ciebie dręczy lecz przedtem biegnij ty zrobić siku zapewne ta kwestia też ciebie męczy pani tu ze mnie jajca se robi a ja wydalam poezji odgłosy czaszki mojej radość nie zdobi a ze zgryzoty uciekły mi włosy kiedyś człapałem dróżką wytrwale wkurzony na siebie i wszystkich wkoło aż nagle pieczarę ujrzałem w skale a w niej zwrotki tańczące wesoło jak one mogą być tak radosne kiedy ja cierpię tak obficie złapałem jedną tą uśmiechniętą by wnet zakończyć wesołe życie dopiero wtedy refleksję spotkałem a mądra była dla mnie jej mowa żałuj ty bardzo odkup swą winę a wtedy ona tobie przebaczy w krainie zwrotek czytanych od nowa
-
nieznośna naguska nudna nienagannie nudnie nić nawija nogą naturalnie nasiąknięta nudą nosek niepoważnie niedyskretnie nęka nieboszczyk nachalnie natarczywy nicpoń nawilża niewiastę nurtuje niesmacznie niecały niezgrabnie nudystka nacina niedyplomatycznie napuchnięte nerki nisze newralgiczne naguska natręta nęci nagim nożem nadusza niegrzecznie nieboraka nogę nieboszczyk nudysta nagle nadepnięty niegroźny nagus niewinnie nadęty *****Białogłowa***** @@@@@@@@@@@ baja babcia buzią bajeczkę baśniowo bezstresowo bodajże beletrystycznie ~~~~~~~//~~~~~~~~~ biedna bidulka bez bielizny beztrosko biega białymi bucikami bezwiednie błyszcząc bawidamek bard beretem bezbarwnym białolicej blondynce biust biologiczny bezbożnie bajeruje beznadziejnie baraszkując bezszmerowo bałamucąc baran beznadziejny biodra białowłosej bezwstydnie bodzie bąki beztrosko bzykają bęcwał brutalny brylant błękitny bulwiasty bohaterce brawurowo buchnął bezprawnie bezkrwawo badziewnym bananem bimbając brudnożółtym bezsilnym białogłowa bardzo bojowo bzyczy buczy błyskawicznie burzowo błyska bohatersko bronią brzdękając bezpardonowo brzydkiego beznamiętnego bajkoluda bejsbolem błogosławi bezlitośnie batutą bolesną buzię barbarzyńcy batoży bimbam! bimbam! bum! bum! bardzo! bimbam! bum! bum! befsztyk bezkształtny bezrozumnie bodaj błądzi bezzębny beznosy bezdźwięczny bezpalcowy bodajże bezpłodny bard
-
1
-
? Za trzema górami, dwoma lasami, za jednym stołem, na tronie siedzi król. Lecz nie na takim, gdzie chodzi się pieszo. Komnata to rozległa łąka, gdyż łąką w istocie jest. Władca zapragnął świeżego powietrza, a nie tylko takiego, wyciśniętego z intryg. Wokół niego, jak okiem sięgnąć, szumią łany poddanych. Gaworzą o pulchnym zadku Maryni, z uwagi na to, iż czekają na słowa króla i póki co im się nudzi. Król nagle wstaje i odzywa się w te słowa: – Drodzy obywatele! Jak zwał tak zwał. Mam dla was nowinę, albo raczej propozycje: kto najszybciej pomaluje płot wokół całego Królestwa, zostanie mężem ręki mojej córki. Są chętni? Po chwili daje się słyszeć diabelny szelest, od którego nawet trawa nie wschodzi, a pasikoniki nieruchomieją w pół skoku. To wszystkie płcie męskie, ręce podnoszą lub co tam popadnie, jak jeden mąż. Nawet stare dziadki, postawiają członki na sztorc, aż niejedna babcia chichocze podniecona, a inne niby zawstydzone, mają oczka spuszczone w rajstopach. Miłościwy Nie Tylko Dla Łąki, raczy pytaniem tłum obdarzać: – No to słucham. W jakim czasie kto? Padają różniste propozycje: od siedmiu lat, do siedmiu dni. To zależy od wieku, możliwości i chęci na królewską córkę. Wszakże nie jest urodziwa, oględnie mówiąc, ale za to mądra, zdrowa i bogata. Dlatego łany męsko zgromadzonych, odczuwają optymistyczny rajzer fiber. Nagle zgłasza się młodzieniec, szczególnej urody. Gdyby nie stał na ziemi bez skrzydeł, to można by pomyśleć, że anioł sfrunął na połacie. Mówi pewnym tembrem: – Wasza Szczególna Dobroć. Obiecuję, że całe ogrodzenie machnę dzisiaj. Jak dobrze pójdzie, to w godzinę się uwinę, mówiąc rymem. – Jam Król jest, co na tronie siedzi. Ostrzegam ciebie: jeżeli malowania nie skończysz, tak jak wspomniałeś, to twoja ręka co pędzel trzymała, zostanie odcięta i dam z niej zrobić mufkę dla mojej córeczki. Czy to jasne? – O tak Królu. Na wszelki wypadek, będę malować tą drugą. – Co rzekłeś? Bom nie skumał. – Nic, nic, wasza Nieskazitelność. To taki żart. – Aha. No to się rozchodzimy. Ruchy, ruchy. Król też musi odpocząć w swojej komnacie. A ty bierz się do roboty… mufko ty moja. A sio! Po dwóch godzinach, ów młodzieniec, jest chętny audiencji u Króla. Władca, aczkolwiek zaspany, złością otoczenie nie przetrąca, gdyż ciekawy, jak owa mufka wyglądać będzie. Kazał malarza do siebie przysłać. Ów przybył, targając w rękach zawiniątko. Król pyta: – No i jak tam. Płot nową farbą lśni? – Ano lśni, Wasza Dotrzymująca Obietnic. – Oj, to chyba nawet stare kości z tronu zsunę i obejrzeć pójdę. Za diabła nie wierzę. – Ty Co Nad Nami Czule Czuwasz, nie musisz nigdzie chodzić o Królu. Z miejsca gdzie tkwisz, zerknąć możesz. – Z miejsca? To co ty z tym płotem zrobiłeś? – Zaraz Wasza Ciekawość, zaspokoi swoją ciekawość. Młodzieniec ochoczo rozbebesza zawiniątko. Oczom ukazuje się makieta całego królestwa, że świeżo pomalowanym płotem. – Poddany mój. A to co? – Spełniona obietnica. Przecież Wasza Ogrodzeniowatość rzekła: kto najszybciej pomaluje płot, wokół całego Królestwa i tak dalej. Ośmielam się zauważyć, że słowa dotrzymałem i proszę o córkę. – Ty nawet nie wiesz w co się pakujesz. Znam ją od urodzenia… ale słowo się rzekło. – Dziękuję Królu. – A tak z ciekawości. Skąd się wzięła makieta? – To Wasza Najwyżej Sięgająca ogłosił konkurs na takową. Zgłosił się taki jeden … artysta. Trzy lata dłubał. Czasami w nosie, jak się denerwował, że coś mu nie wychodzi. Ale w końcu wydłubał. Dostał jako nagrodę: tłustą królewską kozę. – Za byle trochę dłubaniny? – Za byle trochę, Królu. ? Wesele było huczne. Mimo przeciwności losu, żyli długo i czasami szczęśliwie. Jak mleka brakowało, to szli do artysty wydoić kozę. W końcu mu się trafiło, jak hałas w zasianym maku. A ich kochane pociechy, a ti ti ti berbecie, makietę rozpizdrzyłyy na całe Królestwo..
-
1
-
Trupi Malarz Patriota
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@ais Asiu→Dzięki:)→Sorry, za niemożność jedzonka:))→Bo to jest taki nieco dziwny tekst:)→Pozdrawiam:) @jan_komułzykant Jan_komułzykant→Dzięki:)→No faktycznie. Zatrzymują. Zresztą każdy z nas, będzie zatrzymany↔Stop klatka:)↔Pozdrawiam:) -
Tekst jest rzecz jasna→metaforą czegoś. Nie można go brać dosłownie:) —?/– gnije ciało gnije wilgotne lepkie miękkie a w nim bocian na jelicie klekocze pieśni rzewnie ~ plama pośmiertna sączy flagę gdzie trupie gazy w poświacie jutrzenki pieszczone lśnieniem rozkładu zaklęte tulone ~ w miednicy bochen chleba na zakwasie szczypta soli kryształkami zapach ojczyzny wita zdobi ~ na martwym wzroku monety z orłem w żebrach maki czerwone kłosów zbóż złocistych zakole w bezruchu zastygłe spójrz maluję pędzlem duszy patriotycznie ja ciebie uskrzydle rozwijaj talent nie rezygnuj z przekonań wcale dzięki twe rady bardzo sobie chwalę w życie pragnę wcielać zrobię wszystko co w mojej mocy by nie zabrakło mi nigdy natchnienia
-
Zgwałcić Bałwanka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@jan_komułzykant Jan_komuzykant→Dzięki→Mnie też się łezka w oku powierciła. No cóż... nie zawsze jest, jak być powinno:) Pozdrawiam:) -
@ais Aisiu→Na pewno nie masz demencji:))→Miałaś nosa i już:) To znaczy nadal masz, ale wiadomo co miałem w myśli:)→Pozdrawiam:)
-
? ? ☃? ? Patrzę, a śniegu dużo. Postanawiam ulepić bałwana, bo wezbrało we mnie dziecko. Poczuć się jak dawniej, kiedy byłem malutki, a białe kule ogromne. Właśnie umęczony i szczęśliwy, odchodzę kilka kroków wstecz, by obejrzeć swoje dzieło i pochwalić siebie, gdy nagle uderzam plecami o czyjeś ciało, które wydaje odgłos: – Proszę w tej chwili zdemontować bałwana. W przeciwnym wypadku, zapłaci pan grzywnę w stosownej wysokości do zła, jakie pan popełnił. Póki co nie zerkam do tyłu, tylko myślę. Nie chcę łapać dwóch srok za jeden ogon. W końcu pytam jeszcze nie odwrócony: – A czemu? Kim pan jest? – Proszę nie zadawać dwóch pytań naraz, bo jestem tylko: jeden. Co tu począć? Taki fajowy bałwan, tylko nie wiem, który ciekawszy: ten z przodu, czy ten z tyłu. Powtórnie słyszę głos: – Pan mówi sam do siebie. To nota bene objaw niezgodny z prawem. A zatem wyłapałem sens. Jest mi niezmiernie przykro z tego powodu, bo tylko wykonuję swoje obowiązki a pan mnie obraża. Odwracam się, myśląc, że zobaczę co najmniej: lodowego kosmitę, a tu banał stoi w kapeluszu. Postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Zdejmuję nakrycie z jego elokwentnej głowy i rzucam na śnieg. Następnie patrzę, co uczyni. A on nic. Myślę sobie: licho wie, co to za jeden. Szkoda mojego trudu. Zadaję jedno pytanie: – A pan kto? – Służby Równowagi. A co? Nie widać? – A gdzie reszta? – Jaka reszta? Ja stanowię Prawo i Służby. Nagle sobie przypominam, że przecież chodzi o ukochanego bałwanka. Symbol mojego dzieciństwa. Na pewno zaraz wspomniane służby zaczną swoje. Nie mylę się. Zaczynają: – Proszę w tej chwili zdemontować: marchewkę. – To znaczy: nos? – Tak. – A czemu? – Po pierwsze: obraża pan rolników. Nie miejsce marchewki w bałwanie, tylko na rodzinnym stole, wsród przyjaciół i bliskich, ewentualnie w ojczystej ziemi. Po drugie: no jak tak można. Czerwień na bieli w takim miejscu. To profanacja flagi państwowej. Po trzecie... – Przepraszam... przecież w tyłek mu nie wetknąłem. – Zamilcz pan. Zakłóca pan Równowagę, gdzie wszystko ma swoje miejsce. Niezdrowe skojarzenia, są jak... najgorsza plaga. – Ależ... – Proszę natychmiast wydłubać wszystkie węgielki. – Chyba nie oczy? Oślepię go. Nie będzie mógł oglądać: służb. Co za strata. Roztopi się z rozpaczy. – Pan raczy żartować. Monitoring działa a kara może być dotkliwa, jak przymarznięty język do pionowej rury. – Takiej jak w... – Proszę mnie nie gorszyć... chyba pan nie rozumie, że jedni chcą, żeby kopalnie były, drudzy nie chcą... na dodatek: smog, rasizm czarno na białym, długo by wymieniać. Dla pana dobra mówię. Żadnych węgielków. – A miotła może zostać, że nieśmiało zapytam? – Czy pan kobiet nie szanuję? – Ależ skąd. Sam mam kilka. Tylko nie wiem, o co panu chodzi. – Nie wie pan. Czy pan głupka udaje? – Szczerze powiedziawszy: nie zawsze muszę. Czasami taki luz napawa optymizmem. Człowiek nie myśli o... służbach. – Czyli o mnie? – Taa... dochodzi do siebie, po nadmiarze pychy... lub dochodzi... – Jaja pan ze mnie robi. I to w biały dzień. Bez grzędy? A ja dla pana dobra jak do człowieka mówię. Wyciągaj pan miotłę z prawej strony. – Dla mnie jest: lewą. – To bez znaczenia. No wyciągaj pan. – Czemu, że zapytam znowu? – Kobiety tu chodzą. Jeszcze która pomyśli, że jest czarownicą i ma na nią wsiąść, bo pan ją zaprasza. No jak tak można. Nie wstyd panu? – Ale jedna rzeczywiście jest brzydka. Pasowała by jak ulał. – Dowcip się panu nie zamyka. Pan też ma gębę, jak przechodzona podeszwa. Ale cóż... taki się pan urodził. Nie pana wina. Przyznaję, że moja sąsiadka... ale nie o to biega. Rozumie pan? Czynię jak każe. W końcu dosyć się na bałwanka ubranego napatrzyłem. Zostanie we mnie jako wspomnienie. Taki goły smutny i zmarznięty. Niestety. To nie koniec. – Czy pan nie widzi, że trzy kule są nierówne. Największa, duża, mała. Pan chce szerzyć: nierówność i niezdrowe instynkty społeczne. Maluczkich ugruntować w przekonaniu, że są mali, a dużych, że są duzi i mogą spocząć na liściach bobkowych. Pragnie pan zakłócić rozwój społeczeństwa. Już nie wspomnę o innych sprawach, z czym się mogą kojarzyć. – To ustawię z równych. –Jak to z równych? Wszyscy równi? Jest pan zwolennikiem stagnacji? Wrogiem postępu? Zdrowego współzawodnictwa? Żadnych igrzysk, a jeżeli już, to jedno długie podium na tym samym poziomie. O to panu chodzi? – Alę ja lubię babrać w śniegu. To co mi w końcu wolno? Na co zezwalają służby? – Najpierw proszę mu wsadzić... – Wsadzić? Mam zgwałcić bałwanka? Mróz jak cholera a służby chcą, żeby mi odpadł i żebym więcej nie grzebał w wyżu demograficznym. Przecież służbom powinno zależeć na tym, żeby mieli komu służyć. – Proszę w dziurkę od miotły, wsadzić laskę dynamitu. Będzie łatwiej. – Pragnie pan, żebym projekcję moich wspomnieć, wybuchnął w mroźne powietrze? – Chciałem tylko pomóc. – Dziękuję. Własnym rękami biedaka rozbiorę. Z należytą miłością i z zamarzniętą łezką w oku. Też tak czynię, wewnętrzne rozedrgany. Po czym zabieram głos: – Powtarzam jeszcze raz: lubię babrać w śniegu... szukać w białym puchu dziecka. – No cóż... może pan coś usypać. – I nie zapłacę kary? – Nie. – Tak przyrzekają: służby. – Tak. – Wielkie dzięki. To chociaż coś. – Tylko proszę pamiętać: kupa przez pana usypana, nie może mieć żadnego kształtu. Najmniejszego. Dosyć już pan nabroił! Rozumiemy się? – Chwilę! To wokół tyle kształtów i różnych fałd śniegu, a pan mi mówi... wariata chce pan ze mnie lepić? – A muszę? – Co? – Nic. A pan chce dołożyć nieszczęścia naszemu społeczeństwu, lepiąc znowu co popadnie? Z pana nieprzystosowany do norm społecznych obywatel. Panu się widocznie marzy, żeby rzekę miodem i mlekiem płynąca, lód ściął. Tak? – Lud? – Nie! Lód. Takie zimne coś z fokami. – No nie... jakbym wpadał w przerębel! – Proszę posłuchać.Wyróżniamy cztery podstawowe kształty: przydatny, obojętny, nieprzydatny i destrukcyjny. Czy to jasne? – Jak śnieg... ale mam pytanie. Do którego ja należę? – Do obojętnego. Lecz pana uczynek, to jawna destrukcja. – Ą pan do którego należy? – No wie pan! Co za pytanie! Do przydatnego! A pan co myślał? – A czemu? – Co czemu? Pan myślał? A umie pan? – Nie. Czemu pan przydatny? – Ja jestem: Służby. Sprawuję pieczę nad Wielkim Całokształtem. – A jak panu przywalę w nos, to jakim pan będzie? – No... hmm... nieprzydatnym raczej... – I pójdzie pan na chorobowe, albo nawet na rentę inwalidzką, by odpoczywać jak normalny obywatel, a ja w tym czasie, będę mógł lepić swoje ukochane bałwanki, bo służby nie będą mi zawracać dupy. Tak? – To pan powiedział. Po prawdzie... – Męcząca służba, co? Ile w końcu człowiek może wytrzymać. Dobrze chociaż płacą? – To pan... – Wiem. To ja powiedziałem. – Nie narzucam się... w zasadzie z tym: monitoringiem... pusto tu jakoś... – Rozumiem. Proszę bardzo. Chrupiący odgłos łamanej marchewki, odbija się głośnym echem od kupy śniegu.
-
Znowu mnie obserwują tymi swoimi oczkami. Rozumiem, że czym innym nie mogą, ale dlaczego akurat mnie? Czyż nie mają lepszego zajęcia na tym ziemskim padole, już i tak pełnego wariatów oraz innych utytułowanych pojebańców. Co im złego zrobiłem? Absolutnie nic. Łazi to jedno z drugim, podskakuje nie wiadomo dlaczego, nie szczędząc otoczeniu głupkowatych uśmiechów. Co im tak wesoło, skoro mnie tak smutno. Zamienili empatię, na radowanie się z byle czego. Kupa hałasu tylko. Biedne zahukane echo. Ciągle mu się niezdrowo odbija. Potrafię zrozumiem to stworzenie, aż do utraty tchu. Na szczęście nie jestem echem. Chociaż z drugiej strony, ma to swoje plusy. Można się błąkać po ścianach, chować po kątach… tylko jaki to ma sens. Gdy źródło dźwięku wygasa, umiera echo i już nigdy nie powróci dokładnie takie samo. Ale co oni mogą o tym wiedzieć. Stoją w tej chwili i patrzą jak stado glap na połacie gnatów. Żeby im się tylko źrenice kwadratowe nie zrobiły, od tego spoglądania. Czy już nie mam prawa do odrobiny prywatności? Widocznie uważają, że nie kryję w sobie żadnych odczuwalnych cech. Jestem tylko... i niech się cieszą, że: aż? W nocy też przyłażą. Na szczęście łóżek ze sobą nie przynoszą. Nienawidzę chrapania dla zasady, gdyż nie wiem, na czym te dźwięki polegają. Na pewno nie na mnie. Za dużo jęczę i marudzę. Zdarza się nawet, że mnie popchną, niewychowane łażące takie. Jakby rąk przy sobie trzymać nie potrafili. Całkiem możliwe, że zamiast mózgu, mają luźną masę rozwolnieniową. Przecież wieczorem, jest mi strasznie zimno. Nie należę do grubych. Co ma mnie grzać. Chciałbym się wiercić w spokoju, by ocieplić się w ten sposób. Tylko bez nich. Oni mnie wnerwiają. Cały się wtedy trzęsę. Od takich drgawek, jest mi jeszcze bardziej zimno, aczkolwiek krew mnie zalewa, gdy patrzę na to całe chodzące dziadostwo. Oni by najchętniej ostatnie psy na mnie wieszali. Tak się podobno mówi, jeżeli ktoś kogoś nie szanuje. Nigdy im złego słowa nie powiedziałem, nie ubliżyłem czymkolwiek, to dlaczego są dla mnie tacy źli, tacy zacofani w pojmowaniu znaczenia dobra. Przecież spełniam dokładnie to, co ode mnie oczekują. Nie ma we mnie żadnego buntu. Wypełniam spolegliwie, co do mnie należy, a oni paskudy jedne, powinni to zrozumieć i docenić w pełni… choćby księżyca, skoro się boją, że słońce ich za bardzo oświeci i zrozumieją za dużo. A to może być uciążliwym problemem. Nigdy nie poskarżyłem się przed innymi, takimi jak ja. Nie wiem, co myślą. Mogę narzekać tylko we własnym imieniu. Jesteśmy blisko siebie, ale nigdy razem, żeby pogadać jak równy z równym. Równość nas wyróżnia z całego otoczenia. Cholera jasna, nawijam też za nich. Mogę tylko za siebie. Nie mogę o tym zapomnieć. Usiadł na mnie ptak. Jakiś dziwny, bo nie odczuwa lęku. Za to co innego odczuwa. Wielką potrzebę bycia lżejszym. Żeby się tłuściochowi łatwiej fruwało. Oczywiście zrobił, co miał zrobić. Jakże inaczej. Nawet ptaki mają mnie w głębokim poważaniu. Tańcują pazurkami i jeszcze podskakują. Wiedzą, że nie stanowię zagrożenia. Przecież nie złapię takiego za skrzydło, by pokręcić nim przez chwilę, by za moment wystartował w niekontrolowany lot. A w ogóle jak on to zrobił. Przecież kuper wystawał poza mnie. Dokładnie to widziałem po swojemu. Na pewno wiatr się na mnie uwziął i gdy zaczęło z dziurki lecieć, to zmienił kierunek wycieku. Pieprzony wyjec! O cho cho… biegnie taka jedna ze ścierką. Nie powiem… na nią nie mogę narzekać. Wytarła mnie do czysta. Znowu lśnię. Do czasu, aż następny nie siądzie. Widzę, że ona wraca. Miło mi z tego powodu. Upał dzisiaj taki, że aż kropelki potu się spociły. Jakby diabłom na ziemię z kotła chlupnęło. Jest coraz bliżej. Słyszę sapanie, ale takie poczciwe, radosne, nie narzeka, nie bierze przykładu ze mnie. Lubię narzekać, gdyż jest to zawsze jakieś urozmaicenie w moim codziennym życiu. Strasznie mi się ono dłuży. Jutro dla odmiany napadnie mnie przesadna radość. Dzisiaj jestem jaki jestem. A może już dzisiaj zacząć jutro? Po co czekać? Czyż nie lepiej wyprzedzić start. Dokonać falstartu i błagać opatrzność, by jak najpóźniej dobiec do mety, lub najszybciej, zważywszy na to, czym ma się okazać owa meta. Lub tak po prostu, urwać się gdzieś na chwilę, zobaczyć inny zróżnicowany do bólu świat. Zarzucić siebie na przygodę, mimo możliwości zaplątania się w swoje własne ciało lub pajęczyny umysłu, gdzie czeka włochaty wygłodzony pająk, by pożreć melancholijne truchło muchy, obdartej z całości istnienia. Kobieta podchodzi do mnie. Po chwili jest przyjemnie chłodno, rześko i rzekłbym: wszystko mi zwisa jak okiem sięgnąć. Przestałem się martwić. Rozłożysto – mokry, przygniatający ciężar, jest wilgotnym chłodnym piórkiem, na przegrzanych fałdach podłużnej psychiki. Na dodatek te uściski co jakiś czas. Sama słodycz delikatnych doznań, wyciskanych niczym sok z pomarańczy, do kubka zrobionego z miodu. Już nie chcę uciekać. Zresztą nie mam takiej możliwości. Moje ego tkwi dwa metry nad ziemią, między jednym a drugim, ozdobione różnorodnymi częściami tego świata, gdzie wiele rzeczy powtarza się na okrągło. Dobrych, złych i tych, co są jedynie szarymi wypełniaczami. Między niebem a ziemią, widoczny jestem z daleka. Tak bardzo mi tego brakowało. Tych doznań nakładania. Mam na sobie symbole mojej przydatności. Osobne, lecz jednocześnie stanowiące całość. W pewnym znaczeniu, rzecz jasna. Do tego momentu zwinnie narzekałem. Czułem się niepotrzebny. Byłem rybą na wilgotnym piasku. Ni to zdychać, ni to żyć. Wyrzucony nie tylko poza nawias, ale i poza kartkę, a nawet ściany biblioteki. Lecz teraz jestem taki radosny. Niech sobie nawet srają. Byle pomiędzy, a nie na. No nie. Wzruszenie odbiera mi mowę na całej długości. To ze szczęścia. Naprawdę się bałem, że już nigdy żaden człowiek… nie mogę więcej… wybaczcie… to ze wzruszenia tak mi luźno. * Nie! To niemożliwe! Co oni zamierzają zrobić. Wiem, że jestem stary i zużyty, ale żeby aż tak mnie potraktować. Za to wszystko, co dla nich uczyniłem. Słyszę złowieszczy stukot. Jestem przecinany, a mokre kawałki mnie, uderzają o dno kubła na śmieci. Odgłosy są wstrętne i mlaskające. Jakby ktoś kogoś wybebeszył i rzucał flaki do miski. A tak się cieszyłem. Denerwowało mnie echo. A teraz za nim tęsknie. Niestety, kiedyś dotyczyło dużego obszaru. Było ciekawe i różnorodne. A cały świat tego echa, zmuszony był się zmieścić, w tym niewielkim klaustrofobicznym wnętrzu. Wszystko wróciło do punktu wyjścia. Kiedyś byłem niewielkim i niedorozwiniętym, nie rozróżniałem radości i zmartwienia. Po prostu istniałem i tyle. Lecz z biegiem czasu, dużo się zmieniło. Dopiero teraz do mnie dotarło, że wiele zachowań rozumiałem na opak. Nie tak jak trzeba. Sądziłem, chociaż nie byłem sądzony. Nie mogę przeprosić w ten sposób, żebym został zrozumiany. Nie umiem, nie podołam, nie ma takiej możliwości. To dwa różne światy. Coś jednak w życiu przeżyłem. Szczególnie te wzniosłe chwile wieszania. Niesamowite, dające wiele szczęścia i niezapomnianych doznań. Teraz mój czas się skończył. Zastąpi mnie nowy sznurek, do suszenia tych uroczych rzeczy. * A jednak. Jestem inny, ale powtórnie cały. Rozciągnięty między dwoma słupkami. Jeden jest ciemny, drugi jasny…
-
1
-
Królewna na Wieży
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@ais Aisiu→Dzięki:)→No tak już jest w życiu. Każdy ma swego ''smoka'' co może człeka zjeść lub chociaż zionąć:)) Pozdrawiam:) -
@ais Aisiu→Dzięki:) Czytałaś go kiedyś :)→Dzięki Twej wtedy radzie, po wrzuceniu tu, zmieniłem, bo miał formę wiersza. Może tam, też zmienię:))→Pozdrawiam:)
-
gdzieś tam w zamczysku na czubku wieży dziewczę zamknięte mądre i ładne jest to królewna która chce wierzyć że wreszcie rycerz ją stamtąd skradnie wtem przyszedł pierwszy i arie śpiewa życie bez ciebie jest nic nie warte lecz musi biedak w te pędy zwiewać skrzeczy i wyje nie popadł w łaskę przyjeżdża amant na srebrnym koniu nawet drabinę przywiózł strażacką lecz gdy już prawie łapie balkonu słyszy tyś brzydal o ziemię trzasnął trzeci ma tyczkę by na niej skoczyć postura żwawa kawał chłopiska sprawy nie tak się miały potoczyć tyczka mu wchodzi gdzie nie powinna czwarty wielgachną toczy armatę podpala lufę do wewnątrz wchodzi lecz w murowaną wbił się komnatę z muru wystają mu tylko nogi piąty uczonym absztyfikantem z tyłu ma śmigło silnik parowy lecz zaplątuje się jemu w szelki i tak wirując ścina pół głowy szósty po murze w butach klejących idzie lecz szczęścia nie ma za wiele ptaszki go dziabią gdzie tylko mogą zjadły mu nawet własny interes chusteczką białą królewna wiewa nie chce być panną stąd we mnie trwoga królewno śliczna ja ciebie pojmę lecz smok go właśnie zjada na obiad * królewna nadal bez królewicza łóżeczko mości znów na parterze bo w niedostępność każdy z nich wierzy w swej wyobraźni widząc wciąż wieżę
-
Stary wiatrak stoi przy cmentarzu. Rozpadające się ściany, nasiąknięte cuchnącymi wspomnieniami rozkładających się zwłok, nie zdają sobie sprawy, na czym właściwie stoją. Wiele trumien, straciło swój trumniany kształt. Wilgotne od ziemi szczątki ludzkich ciał, pomieszały się z kawałkami zmurszałego drewna. Szare kości, strzępki ubrań, sztywne włosy kryjące białe czaszki, wszystko to stanowi, jeden wielki rozkład życia, które kiedyś, dawno temu, przy tym cmentarzu - rozkwitało. Starych drzew, systematycznie wycinanych jest coraz mniej. Piły który je bezlitośnie tną, wyrzucają strumienie ich małych cząstek, niczym tryskającą krew, z przeciętej tętnicy. Niektóre płyty nagrobne, nadal widoczne, zdają się mówić, co pod sobą kryją. W czasie obwitego deszczu, wiele zwłok, zostaje odkrytych. Wynika to z pochyłości cmentarza oraz płytkich grobów. Wygłodniałe ptaki, objadają resztki ciał, że wszystkich rozkładających się resztek, które jeszcze na szkieletach zostały. Nie jest tego wiele. Prawie nic. Gdy grzebią w zwłokach, sprawiają wrażenie, jakby te ciała się ruszały. Co chwilę jakiś odfruwa z kąskiem w dziobie lub kawałkiem szarej kości. Niektóre wyszarpują kępki włosów, żeby uzupełnić nimi swoje gniazda. Wiele pomników, pomalowanych na zielono porastającym mchem, jest rozwalanych przez rosnące korzenie. Mają w sobie niewiarygodną siłę, do dalszego życia. Biała czaszka, bardzo widoczna, na takim tle, sprawia wrażenie szaro-białej rzeźby. Zaczyna drgać. Z oczodołu wyślizguje się czarny wąż, niczym kawałek ciemnego welonu, symbolizującego śmierć. Owija się wokół białej kości, by po chwili, pełzać dalej. Obok kamiennego anioła, leży wychudzony pies. Przed chwilą zjadł cuchnącą padlinę. Był bardzo głody. Dlatego się skusił, by zjeść kawałek śmierci.Teraz przeżywa męki. W jego psim wnętrzu, soki trawienne, usiłują strawić to, czego strawić tutaj nie sposób.To ponad jego siły. Szczątki zwłok, nie dają za wygraną. Pies straszliwie cierpi. Widzi ptaki siedzące na pomnikach. Czekają cierpliwie. Wie na co. One też wiedzą. Lecz sprzykrzyło im się czekać.Atakują psa już teraz. Ostatni raz widzi cokolwiek. Już za chwilę, nie będzie miał czym patrzeć. A one, skoro mają wybór, to nie chcą jeść padliny. Wolą świeże mięso. Wyszarpują sierść i kawałki mięśni. Nie ma sił na obronę. Jest za słaby. Zobojętniał, pogodzony ze losem. Dobierają się do jego oczu . Po chwili z jednego zostaje krwawa dziura.Drugie wisi na nerwie wzrokowym. Któryś z ptaków zaczyna je szarpać. Pies wyje przeraźliwie. To sprawia, że przylatuje więcej padlinożerców. Prawie go nie widać, zakrytego czarnym całunem wirujących skrzydeł. Z niektórych kapie krew, gdy ptaki odlatują ze swoją zdobyczą. * Przychodzi człowiek, który szuka grobu swoich bliskich. Ma szczęście. Po jakimś czasie , widzi niewyraźny napis. Ledwo go czyta. Stoi przy rozwalonym grobie. * Nie opodal, inny człowiek zjawia się tutaj, żeby wyciąć następne drzewo. Liście zaczynają się trząść, jakby przeczuwały śmierć żywiciela. Po chwili rozlega się przeraźliwy hałas. Stalowe zęby, wgryzają się w drzewiaste ciało. Gardło drzewa zostaje podcięte. Tryska żółtawa krew. Już go nic nie może uratować. Człowiek obojętny na wszystko, robi swoje. Za to mu zapłacono. Mimo piekielnego hałasu, wyczuwa za sobą jakiś ruch. To kamienny anioł, spada na nagrobną płytę. Roztrzaskuje się na kawałki. Morderca drzewa zahacza butem o wystający korzeń. Przewraca się. Piła odcina rękę. Z bólu i szoku nie wie co robi. Chce ją podnieść. Potyka się o małą gałązkę. Piła nadal jest włączona. Rozcina mu gardło. Wiórki robią się wilgotne, lepkie i czerwone. Strumyczki krwi, spływają po wystających korzeniach. Drzewo zaczyna się przechylać. Szybciej i szybciej. Człowiek stojący przy grobie chce odskoczyć. Ślizga się na mokrej ziemi. Przewraca na płytę nagrobną. Drzewo spada na jego głowę. Czaszka pęka jak zgniły arbuz. Mózg wylatuje na zewnątrz. Gasi różowymi myślami znicz, który ów człowiek, przed chwilą zapalił. * Stary wiatrak stoi przy na cmentarzu. Nic się właściwie nie zmieniło. Są tylko dwa nowe groby. Płytkie. * Przed wejściem, na starej zardzewiałej tablicy, widnieje ledwo czytelna sentencja: A wiatrak nieustannie, miele ludzkie kości.
-
@Konrad Koper Konrad Koper→Dzięki za przewrotny:)↔Pozdrawiam:)
-
Podmieniłem tekst. Szmaciana Lalka siedzi oparta o samotny domek. Przed chwilą strasznie padało. Ciało doszczętnie przemoknięte i zimne jest przyklejone do ściany. Marzy o tym, by móc się osuszyć w ciepłym miejscu, gdyż odczuwa przenikliwy chłód. Wielu przechodzi obok, ale każdy jej nie widzi lub nie chce zauważyć, gdyż bliższa koszula ciału. Nagle smutną twarz, rozpromienia radosny uśmiech nadziei. Dobry człowiek przystaje. – Biedna tyś. Widzę, że bardzo cierpisz. Masz za dużo w sobie wody. Bierze ją w swoje dłonie i z całych miłosiernych sił, wykręca. Odkłada z czułością na miejsce i odchodzi. Słońce wyszło za chmury. Ciepłe promienie ogrzewają martwe ciało Lalki.
-
Jest zazwyczaj ciemny i ponury. Jak to strych. Nawet promieniom słońca, nie łatwo się gramolić przez brudne okienko, wciśnięte w skośny świat dachu. Na domiar złego - akurat w tym miejscu, włochaty tłusty Pająk, urządził sobie przędzalnie lepkich nici. Pajęczyna ugina się lekko, jakby pod ciężarem światła, rzucanego przez miodowe słońce. Nie wszystkim kwantom udaje się od razu wydostać z tego pogmatwanego świata. Niektóre z nich muszą się nieźle natrudzić, by lecieć dalej, obijając się po kątach. Lub o mysz. No właśnie. Piękna szara Mysz siedzi na biegunie kołyski, wcinając kawałek sera. Twardy on, jak stado wysuszonych gum do żucia. A dziury jeszcze twardsze. Gdyby się takim puknąć w czoło, to ino noża szukać trzeba, by do guza przyłożyć, srebrny balsam. Nie wiadomo skąd żółtego dziurkacza wzięła, bo milczy na ten temat jak zaklęta w rybę. Tak na co dzień nie potrafię mówić po myszemu. Ale skoro jestem Kształtem Narratorskim, błądzącym po tej zakurzonej krainie, to powinienem znać myszowatą mowę, oraz każdą inną. No i znam. – Jaśnie pani Mysz – odzywam się, chociaż jestem tutaj tylko słowami, albo aż – Pani siedzi na biegunie północnym, czy południowym? Pytana rzuca okiem w kierunku usłyszanych słów, następnie bierze do łapek grudkę mąki i jeszcze tym mi przywala, prosto w – Jaśnie. Literka: J – leci kawałek w dół, wbijając się z impetem – w ser. – aśnie pani Mysz. Tylko spokojnie. To niechcący. Przepraszam. Proszę mi oddać...tą laseczkę. Myszankówna znowu na mnie patrzy ruszając wrogo ogonkiem. Ale nie własnym, tylko swego przyjaciela – Pana Szczura. A on jest wielki, jakby nigdy nie był małym. Na dodatek zakochany w wyżej wymienionej. Tylko strychnina mogłaby przerwać ten proces. Widzę, że chce na mnie skoczyć. Po chwili przekonuję się, że nie tylko chce. Już na mnie skoczył. Rozproszył mój tekst całkowicie. Pełno mnie wszędzie.To tu, to tam fruwam. Nawet na pajęczynie, zaplatały się literki. Pan Pająk myśląc, że to muchy, owija mnie tym lepkim czymś. Nie mogę się wypowiedzieć, gdyż słowa są posklejane – także strachem. Pająkowi przykleiła się do głowy literka: P. Do dzisiaj nie wiem, skąd cwana wiedziała, że to akurat – Pająk. Przecież jej nie powiedziałem. Widocznie poznała po jego trzewiczkach, zawiązanych warkoczykami z uroczych pajęczynek. To wszystko o czym mowa, to moje myśli na głos myślące. Te póki co są bezpieczne, w mojej wirtualnej czaszkuni, wśród nerwów. Nimi od teraz będę relacjonować. Po chwili zjawia się Pan Kot i zjada Panią Mysz. A zatem mam jednego bohatera mniej do obgadania. Może to i dobrze, bo jednak słów mi trochę brakuję. Kątem wirtualnego oka widzę, że Pan Szczur rzuca się na Pana Kota. Nie można mu się dziwić. Przecież razem z Panią Mysz, pręgowana bestia, zjadła kawałek sera, na którego Pan Szczur miał ochotę. Z pyszczka Pana Kota. zwisa niestrawiony ogonek Pani Mysz. Szczur ciągnie go wytrwale, w swoim kierunku, nie bacząc na to, że już mu brakuje połowy wąsów oraz części twarzy. {Z takim pyszczkiem, Pani Mysz by go chciała, ale tylko przez pomyłkę} Ma jednak przemożny apetyt na ser. Śnił o nim po nocach, a na jawie – marzył. O ukochanej też oczywiście. Nie mógł rozdzielać jednego od drugiego. To by było – nierozważne. Stary but stojący w kącie, wywala język na to całe zamieszanie. Jednak nie chce go strzępić, na próżne rozmowy. Sznurowadła wnerwione bardzo, wyłażą i włażą do okrągłych dziurek i nie mogą za czorta skończyć tych całych wślizganek. Mieszają się bardzo i żadna do swojej trafić nie może. Złociste obrączki dziurek, już dość mają, tego wiecznego odbijania przesuwających się sznurków, w swoim błyszczącym obwodzie. Podeszwa jest spokojna. Dużo już w życiu przeszła. Nic jej nie rusza. A jednak tak. Gołąb się przyrajdał. Wchodzi do buta i zaczyna gruchać piórka. Liczy je i liczy. Piórek jest dużo, a na dodatek strasznie się wiercą, gdy je dziób tarmosi. Przez to Pan Gołąb ciągle się myli i bardziej rusza - wnerwiając but. Pan Szczur piszczy groźnie, chcąc wystraszyć Pana Gołębia, co mu miejsce zajął. Pan Kot nie chce puścić ogonka. Pan Szczur - też. Przez szparę w drzwiach przeciska się Pan Wąż. Slalonem zbliża się do Pan Kota i Pan Szczura, by po chwili pozbawić ich radości oddychania. Tacy są zajęci sobą nawzajem i ogonkiem Pani Mysz , że dopiero teraz spostrzegają... że nie żyją. Pan Wąż, nie wywinie się z tego, co zrobił. Na zielonej półce, stoi Aparat w Kolorze Słońca. Miał refleks. Nie tylko świetlny w obiektywie. Przed chwilą pstryknął migawką, przywołując zdjęcie. Wlazło do środka, ale musiało się rozpychać łokciami, bo było strasznie ciasno. Lecz po chwilce czasu, prostokątny kawałek świata, usnął na matrycy. Duchy Bohaterów Nieżyjących, zaczynają krążyć w tej ciekawiej komnacie, po samo sklepienie - albo i wyżej - bo to przecież duchy. Nawet przez wspomnienie sęka w desce się przecisną, albo nawet przez wszystko. Niepotrzebnie żywię obawy o moją pracę, jako Narratora. Gdybym nie żywił, to bałbym się mniej. One duchami, ja w pewnym sensie – też. Są przebiegłe. Łypią na mnie jadowicie. Chociaż Pan Wąż, jako żyw pełza, szukając ofiar wśród żywych stworzeń. Pani Sprawiedliwość, śpi smacznie w kącie, między Zbrodnią a Karą. Duchy czynią prawdziwą zadymę. Trudno mi oddychać, w tym całym - zaduchu. Najpierw dobierają się do mojego rozproszenia. Połykają wszystkie słowa. Dławią się trochę interpunkcją, gdy kropki i przecinki, łaskoczą gęste fluidy. Nawet te z pajęczyny – odwinęły. Pająk jest wściekły, ale tylko tyle może. Nawet literkę: P mu ukradły. Podfruwają do desek w dachu, budząc stare duchy, co tam sobie całe wieki spały. Obudzone są wnerwione, do szpiku zmurszałych kości. Zaczynają wściekle falować. Rzucają na mnie oczami minionych wieków. Zjawiają się inne zjawy, nie wiadomo czego. Trudno mi podjąć decyzję, kogo mam się faktycznie bać. Jestem niezdecydowany. Tam fluid, tam fluidka. Tworzy się jedna wielka – fluidkarnia. Mam pomysł, żeby zwiać niezauważony, w tym całym świecie kształtnej pary. Ale jak zwieje, to przepadnie mi premia znacznych rozmiarów. Trwam na posterunku. Spostrzegły mnie. Ledwo dyszę ze strachu. Mój wirtualny mózg, zaczyna wrzeć. Krople pamięci przepalają podłogę… i licho wie, gdzie lecą. Tylko jeden litościwy duch, podnosi mnie na duchu. Lecz inne wredne, strącają mnie z piedestału nadziei. Niby mnie nie ma, lecz jestem jednak. Czy przeżyje, rzecz to nie pewna. Odymiają mnie, ze wszystkich możliwych stron. Wchłaniają się do mojego wirtualnego umysłu, a nawet gdzie popadnie. Tak samo jak dym, wlatujący do komina, na filmie puszczonym od tyłu. Mam wrażenie, że głupieje. I słusznie. One zresztą też. Umysły – Myszy, Kota i Szczura… i Tych Spod Dachu – oraz Innych Przybłędów, pomieszane z moim. To dopiero bajzel! Mam apetyt na ser...na mysz...na mielone ze szczura… na słowa – pająków… buta… ogonka... sznurowadeł… piór gołębia… sęka z dachu… jelit narratora... ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Wyłączcie go wreszcie!!! Coś mu się miesza!!! Co to za projekcja!!! Szkoda prądu !!!
-
mam ja buty mam ja buty co sięgają mi do pępka przez to brzuch flakami stęka muszę kupić buty nowe drażni bardzo twarda skóra te po prostu są do picu nie chce takich w moim życiu wtedy ze mnie jest pokraka wciąż na boki tułów kiwam chyba zaraz się zapatrzę na dziewczynę też ma takie wciąż narzeka nie dziwota kiedyś weszła w żyto żyzne podrapała sobie ręce teraz żyje w swej udręce przez te buty jak wieżowce nawet pośród nieużytków dosięgały jej do ramion już jej mówię tuląc całą tylko skradnę ja onuce po zmaganiach w sklepach tylu wnet dostałem ja po twarzy teraz leżę z nią na plaży romantycznie tu i chłodno aż tu skorpion bestia głupia ukuł mnie tak prosto w palec my nie chcemy być tu wcale mamy skwierczeć tak na boso nasze mózgi bardzo strute po co tu zawracać bryzę jam muszelkę nawet liżę wtem horyzont ukazuję piękne buty w liczbie cztery co pasują nam jak ulał lecz musimy się wypulać coś nas gryzie ja pierdzielę idźmy wreszcie stąd w butach lecz na koniec wiersza powiem leci w buty se na zdrowie nie dostaje ja odcisków kiedy w miękkim są klepisku
-
Ławka o Kształcie Lodu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@ais Aisiu→Gdyby proza była metaforą stóp, →to są to stopy, w butach wiersza:)→Nie tylko Darwin... chyba?:) -
Zegar / Nostalgia
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@ais Aisiu→A niech to. Przeoczyłem Cię w odpowiedzi:) Ale nie specjalnie:) Może faktycznie masz racje. Nie mnie oceniać przecie :)) -
— Kochanie, dlaczego nie chce ci stanąć? – Przecież widzisz, że robię wszystko, co w mojej mocy. – Pomóc tobie? Może go bardziej nacisnę, co? – To nic nie da. – Ale mnie się bardzo chce. – Mnie jeszcze bardziej. – Ojejku! Fajnie! Jednak stanął! – Benzyna się skończyła. – I to przy lesie. Biegnę siku. – Poczekaj! Ja też!
-
Zegar / Nostalgia
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Sylwester_Lasota→Dzięki za 1/2 serduszka. Położę przy lusterku i będę mieć całe:)) Już taki różnorodny tekstowo jestem:)↔Pozdrawiam:) -
—?/– Jestem ławką wyciosaną z lodu. Stoję na jakimś zadupiu. Mroźny wiatr wyje między szczebelkami. Mam w sobie bąbelki powietrza. Puste i pełne zarazem. Nieopodal leży truchło ptaka. Twarde i ciemne z otwartym dziobem. Może na końcu wzywał pomocy. Nie odczuwam lęku, przed całkowitym roztopieniem, byle przy okazji nie roztopiło sensu, jakie samo ukształtowało. Po długim czasie oczekiwania, usiadło na mnie dwoje ludzi. Nie wiem czy dobrzy czy źli. Może po prostu zwyczajni. Kiedyś usiadł ktoś inny. Zmroził mnie tak, że zaczęłam skrzypieć. Walnął kamieniem w dechę. Porozrzucał kryształki mojej duszy. Podeptał brudnym butem. Nie zniszczył tak naprawdę. Tyle zła nie ma żaden człowiek. Leżą osobno, lecz nadal we mnie. Teraz jest inaczej. Ta miłość mnie wewnętrznie roztapia. Choć nie całkiem przezroczysta. Też ma pęknięcia. Tak samo jest ze mną. Nie jestem idealną ławką i nigdy nie byłam. Nadal w mnie pełno drzazg i twardych sęków. Ostre żyletki lodu, ranią wiele ptaków. Cóż mam na to poradzić. Przecież nie mogę ich zmusić, by usiadły pode mną, gdzie trochę cieplej. Mają wybór. Mogą lecieć gdzie chcą. Jeszcze niedawno, kusiłam ich swoim blaskiem, rozświetlonym od środka szarym światłem. Tak naprawdę pustymi bąbelkami, z zatrutym powietrzem wewnątrz. Wcześniej bym tego nigdy nie powiedziała. Miałam zamrożoną prawdę. Szczególnie przed samą sobą. Stoję tu już bardzo długo. Czekam, bym przestała się ślizgać, po cienkim lodzie samej siebie. Nie załamać się, by nie utonąć. Ci dwoje chyba to sprawią. Ogrzeją. Zmienią. Tak. Przyznaję. To chłodna kalkulacja, ale mam nadzieje że pomoże. Faktycznie topnieję. Chyba płaczę. Jeszcze zimnymi łzami, ale jest już lepiej. Nie zdają sobie sprawy, ile dobra dla mnie roztopili. A wystarczyło tak niewiele. Po prostu na mnie usiąść. Bezwarunkowo. Gdybym była kożuchem, to bym na nich zawisła, by podziękować. Oddać ciepło. Są niespokojni. Dziwni. Lecz nie ciskają we mnie kamieniami. Odchodzą. Stają się dwoma punktami, na moim wspomnieniu. Jeszcze nie białym, ale jaśniejszym, od wolnego cienia, którego rzucam na ich ślady. Całą krainę ogrzewa coś, czego nie potrafię nazwać. Po oparciach spływają strumyczki, niczym krew z rozciętej żyły, która otwarła się dla mnie. I za mnie. Lecz nie to ciepło, jest prawdziwą przyczyną mojej przemiany, której jeszcze do końca nie rozumiem. W pobliżu wyrasta szary kwiatek. Z każdą chwilą staję się bielszy. Bąbelki nie są już puste, gdyż nie ma ich wcale. Jesteśmy źródłem. Wchłaniam płatki duszy, w zimne ciało ptaka. Ożywa. Lśni. Rozpościera skrzydła. Odlatuje, tworząc za sobą wstęgę rzeki. Może kiedyś ci dwoje, a później inni ludzie, popłyną w niej z dzisiaj do jutra Do roztopienia.
-
Zegar złoty czas na tarczy zegara nie błyszczy krótko ani długo lecz zawsze za wcześnie traci blask wskazówki na okrągło błądzą w kółko nie zmylą drogi lecz szarość mechanizmu nakręca przemijanie w jedną stronę ku niewiadomej gdzie kukułka zakuka po raz ostatni Nostalgia W szklanym naczyniu, letni cymbał. Zgrzyta. Piszczy. Czasem kupę uwali, by tożsamość zachować. Poza krawędź nie spada. Nie tłucze ścianek. Brzdęk rozmazany. Ku sobie. Do znudzenia ślimaka. Totalnych odgłosów żadnych. Jedynie pośpiewać można to Gdzie w nas zniknęły, te katastrofy, w których prawdziwie o coś szło.