-
Postów
2 834 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
pokochał by zrobioną z desek złocistych pachnących żywicą pełnej chcianych śladów lśniącą lustrzanym odbiciem słonecznego poranka barwy cytryny i miodu ech kroków skrzypienia pełzających zapachów malowanych o brzasku tęsknotą powabnym zakurzeniem przyzwoitą codziennością wybrał inną podłogę z dywanem by móc podmiatać brudy całe
-
3
-
biegnę i zostawiam ślady wierzę że wielu w nie nie wdepnie wierzę że umieją odróżnić jedno od drugiego
-
Piosenka→Oddaj Misia
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@sowa ↔🐻 :~) -
@sam_i_swoi ↔Dzięki za wierszyk:)↔No tak. Znikające stany słodkości:)) Pozdrawiam:)
-
pozorom zawierzył później żałował utonął bo łódka była cukrowa
-
Do własnej melodyjki. Powtórzenia zamierzone:) 🐻 wytęskniony płaczę dzisiaj ktoś mi ukradł dzisiaj misia oddaj misia oddaj dzisiaj smutno głupio jest bez misia oddaj misia oddaj ty jak bez misia mam tu żyć * wytęskniony płaczę jeszcze kiedy misia tulić będę oddaj misia oddaj dzisiaj szlag mnie trafia z braku misia oddaj misia oddaj mi bo przywalę ja dziś ci * ucieszony wrzeszczę dzisiaj odzyskałem misia pysia lecz mnie pogryzł w miejscach wielu zakochany on w złodzieju więc urwałem głowę mu nie mam misia bo miś trup * wytęskniony płaczę dzisiaj ktoś mi wczoraj popsuł misia oddaj misia oddaj dzisiaj smutno bardzo jest bez misia napraw misia ale już jak bez misia mam żyć tu * ucieszony znów ja dzisiaj ktoś naprawił misia pysia kto to taki nie wiem wcale zwoje mózgu mam za małe ale głowy miś ma dwie nie wiem czemu taki jest 🐻 🐻
-
@Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Bywa też, że punkt widzenia A, zależy od punktu widzenia: B, które łączy C. Nie wiem dokładnie, co mam na myśli:) Pozdrawiam:)
-
Promień Pomarańczy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Monia ↔Dzięki:)↔W rzeczy samej, mogą być takim zwiastunem. Nawet pełnym tajemnicy:)↔Pozdrawiam -
Tekst powtórkowy Tak bardzo chciałam żebyś wyzdrowiał. Byliśmy na łące. Ciemny całun zaścielił horyzont. Ty uparcie obserwowałeś strumień. Wiedziałam co w nim widzisz i czego pragniesz. Jednak za każdym razem, widniał smutek na twojej twarzy, gdy patrzyłeś na puste, wilgotne dłonie. Poprosiłam, byś spojrzał w niebo. Lecz tam go nie widziałeś. Ja w tym czasie utopiłam drożdżówkę. Nie usłyszałeś pluśnięcia. To był nasz wyjątkowy dzień tej nocy. Miałeś tyle radości w oczach, kiedy wreszcie wyjąłeś księżyc.
-
6
-
dla robaków wewnątrz jabłka owoc nierobaczywy natomiast owszem może być zgniły
-
Wzmocniona
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@viola arvensis ↔Dzięki:)↔Cóż dodać mam? Przecież nie napiszę, że jestem przeciw:))↔Pozdrawiam:) -
Wzmocniona
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Ano tak. To też miałem na myśli. Z tej "karuzeli" trudno zlecieć:)↔Pozdrawiam🤔 -
Tajemnica Karawanu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Corleone 11 ↔Dzięki:)↔Ha!↔Nawet sam autor nie bardzo wie, co z tą dziewczynką. Kto ona i czemu tak wysławiała takie słowa. Zatem dzięki drugie→za sugestie. Oraz trzecie→za przemilczenie🤔→gdyż wiadomo, jakim w tej kwestii nieporadny jest🤔↔Jednakowoż przez to, dwa niuanse zmieniłem Pozdrowienia też, serdeczne ślę🤔:) -
nad łąką szybuje piosenka nuty zdobią jej słowa taka zwyczajna nie piękna pragnie za coś dziękować muzyce co tak pokochała strunie fałszywie brzmiącej taktowi ów wiecznie gdzieś z dala wzmocniona dziś na łące pod błękit chce wzlecieć wysoko w pięciolinii przesmyku lecz klucz wiolinowy ochoczo obarczą ją resztą krzyżyków
-
Modyfikacja dawnego tekstu Koła karawanu klekocą na martwych kocich łbach. Są z kamienia. Tak samo jak serce nieboszczyka, którego ów pojazd – chcąc nie chcąc – musi transportować. Odgłosy kół współgrają chaotycznie z tupotem końskich kopyt, o śliską powierzchnię. Dwie srebrne szarfy wiewają po bokach czarnego transportera. Upodobniają pojazd do zwłok wielkiego ptaka, który chciałby przedwcześnie zmartwychwstać, lecz nie może. A już na pewno nie w kierunku zachmurzonego nieba. Woźnica na koźle podskakuje, a to w jedną, a to w drugą stronę, niczym śmierć na sprężynce, spoglądająca w końskie ogony. Gęste krople deszczu bębnią o dach, dźwiękiem srebrnej kosy, grającej na pożegnalnych werblach. Przez brudne szyby widać zarysy trumny, bez żadnych kwiatów, nawet takich, co już dawno zwiędły. Karawan nieustannie trzeszczy i podskakuje. Nad głowami trzepocą zmoknięte transparenty o dość niecodziennych treściach, jak na taką okazję: „ostatnie pożegnanie wreszcie” lub „w szczęściu pogrążona rodzina”. Twarze uśmiechnięte, lecz niektóre płaczą. Nie z tęsknoty za zmarłą osobą, tylko z radości, że wreszcie na cmentarz nieboszczyka odprowadzą i zostanie zakopany. Może aż tylu by nie szło, ale każdy chce zobaczyć na żywe oczy, że do tego dojdzie na pewno. Buty taplają w brudnych kałużach, raz po raz zakłócając spokój odbitemu słońcu. Uchyla ono zza chmur rąbek tajemnicy, niezauważonej przez kogokolwiek, oprócz osoby idącej na samym końcu. Ni stąd ni zowąd, lekko pod górkę. Orszak wytrwale kroczy do przodu. Krople deszczu coraz większe i większe, a zachmurzenie czarniejsze. Konie ślizgają kopyta po zboczach mokrych kamieni. Z krawędzi nielicznych parasoli, płyną strumyczki wody. Wlatują innym za kołnierze, szukając cieplejszego kąta, w tym zimnym kondukcie. Niektóre napisy spływają z transparentów. Trudno cokolwiek odczytać. Płacz ze szczęścia, wymieszany z deszczem z ciemnych chmur, wiatr rozwiewa na wszystkie strony. Nie wiadomo już, gdzie pochowano prawdę. Stromizna coraz dotkliwsza, dla strudzonych marszem nóg. Konie ledwo ciągną, co mają z tyłu. Droga coraz bardziej wyboista. Karawan klekoce niczym stado czarnych bocianów, podskakując na wybojach. Nagle wewnątrz słychać uderzenie. Po chwili trumna jest w połowie na zewnątrz, pośród skrzypienia wiewających, bocznych drzwi. Przerażeni ludzie zaczynają ją wpychać do środka. Dla śliskich rąk na mokrych bokach, to nie lada wysiłek. Widać podeszwy podniesionych butów, słychać podniesione głosy, dopingujące nawoływania: do środka z nim. Jedna dłoń zakleszczona w uchwyt. Pechowiec wrzeszczy, że mu trumna rękę urwie, gdy spadnie. A ona jakby na zawołanie, wychodzi jeszcze dalej. Niebezpiecznie opada w kierunku drogi. Żałobnicy na końcu, pchają tych z przodu, by mieli więcej sił do upychania trupiej chatki. Deszcz jeszcze bardziej naglący i gęsty wilgocią. Słychać sapania i bębnienie kropli o trumnę. Dłoń ciągle tkwi w potrzasku. Jakby ją ręka od środka złapała. Na szczęście teren wraca do poziomu, a zawartość do środka, z urwanymi palcami w uchwycie. Słychać też oddechy ulgi. Są blisko cmentarza. Jeszcze bliżej. Całkiem blisko. Skrzypienie bramy i już. Nagła zmiana pogody. Białe pierzaste chmurki płyną wesoło po bezkresie nieba. Nastaje czas schowania trumny. Wokół słychać doping: szybko schować! szybko schować! Tyle tylko, że skrzynia nie chce być włożoną. Wpuszczona do grobu, na nowo na wierzch wzlatuje. Goście zaczynają dreptać z niecierpliwością. No jak to tak. Co na to zakład pogrzebowy. Patałachy jakieś. Jak długo mamy czekać, by zyskać pewność. Trumna w dalszym ciągu wisi z pół metra na dołem i ani myśli być w nim. Niby złowieszczy uparty zeppelin. Czterech facetów na niej siada, jedynie lekko uginając. Na jednym z uchwytów widnieje czerwona plama i strzępek skóry. Widocznie niezauważone, spadły na padół. Ludzie nie odchodzą. Zaczynają szemrać między sobą. Z boku stoi mała dziewczynka. Nikt nawet nie zauważył, że z nimi tutaj przyszła. Nic nie wiedziała o tym człowieku, co tam sobie leży. Czy był dobry, czy zły. Komu zrobił krzywdę, a komu nie. Po prostu kroczyła na końcu. Wie natomiast, że kiedy strasznie nabroiła, naprawdę paskudnie i wszyscy na nią wrzeszczeli, nie słuchając jej tłumaczeń… to tylko nieboszczyk obdarzył ją uśmiechem. Tylko tyle zapamiętała i tylko dlatego tutaj jest. Przy grobie coraz większy bałagan. Trumna nadal faluje nad przynależnym celem. No chyba, że ją popchnąć, to wtedy płynie jak żaglówka obijając nagrobki. Wtem ktoś wpada na pomysł, żeby uchylić wieko. Zerknąć, co tam słychać. Może to jakaś maskarada obcych. Niektórzy są przez to przeciwni, będąc w lęku, że coś na nich wyskoczy i rozszarpie nieskazitelne umysły w ciele. Aż w końcu przeważają głosy tych, którzy obstają za otwarciem. Aczkolwiek półgębkiem. Dziewczynkę zaczyna ponosić irytacja. Co oni od niego chcą? Dlaczego nie dają mu spokoju? Może gdyby dali, to sam by nakierował swój drewniany kubraczek do grobu. Miałby wreszcie święty spokój. Wyskakuje z krzaków na środek, wrzeszcząc: – Przestańcie pierdolce jedne!!! On nie był taki zły. Uśmiechnął do mnie twarzą. Łapy precz od jego domku… a zresztą otwórzcie! Zobaczycie, że wcale nie taki łobuz. A nawet jeśli, to teraz na pewno zmieniony. Może żałował za wszystko… pogięło was czy co!? Szukajcie kamieni. Ciekawam który rzuci. Nienawidzę was. Żeby tak nad grobem hece wyprawiać. Normalnie trzymajcie mnie, bo komuś przywalę! Dziewczynka oparta rękami o kolana, sapie w absolutnej ciszy, gdyż zgromadzonych nieco zatykają takie słowa, w tak niewielkiej postaci i żaden nie ma zamiaru trzymać. Nagle ktoś nieśmiało pyta: – No i… otwieramy? Nie słyszę sprzeciwu. Podniesiono wieko. Zawartość wszystkich zatyka. Nawet bardziej, niż przemówienie dziewczynki. Stoją tylko i nic poza tym. Trumna jest pełna masła. Niezjełczałego. Pachnącego i świeżego. Pod spodem brak nieboszczyka. Dźgano kilka razy w różnych miejscach, sztachetą od transparentu. Jak przy sprawdzaniu ciasta, czy już można z pieca wyjąć.
-
Promień Pomarańczy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@sowa ↔Dzięki:)↔Ano z tymi moimi odsłonami, to jak wiesz, różnie bywa:)→Pozdrawiam🙂:) @Corleone 11 ↔Dzięki za wychwycenie→temu. Nie "może przeniesiesz" tylko na pewno przeniosłem. Cię pozdrawiam serdecznie też🙂:) -
proszę zatańcz muzykę wokół piosenki w sukience ozdobionej kwiatami jeszcze kilka dni temu splatałaś nuty w zaśpiewanie wirowałaś w śladach nie masz ich teraz przy sobie zostawiłaś tu śnisz na prostokątnej łące tulona ciszą uplecioną w kołysankę właśnie ogromna pomarańcz żegna cię początkiem promienia lecz musisz uwierzyć na słowo jeśli kiedyś roztańczysz ciemność do samego świtu...
-
życie jest jak plaster nie zawsze na właściwą ranę przyklejone właśnie
-
2
-
niby nie umiał ogniska rozpalić tak publikę mamił robił to co dnia choć nieopodal płonęła pochodnia
-
5
-
Pewny kotek gonił mysze...
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
pewny kotek gonił mysze miau ochotę biedną zjeść przepowiedni nie chciał słyszeć przestrzegały inne też wnet przegapił tylko dreptał że im dłużej goni ją z każdą chwilę wszędzie większa jak powiedzmy nawet słoń miau przed sobą gruby ogon co uciekał niby mu choć rozsądek nęcił mową nie rozważał owych słów ech naiwny głupi kocie wtem ryknęła groźnie mysz nie uciekniesz już z powrotem pożarł kotka wielki pysk-
2
-
Rozmowa z Rowem na rowie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Co do farta o dwóch tożsamościach... to w takim tekście, każde znaczenie pasuje. W nawiązaniu do tego co wspomniałeś, to faktycznie, kompatybilność rowerzysty z rowem, może mieć wielorakie finały, w zależności od warunków zaistniałych i zaś sprawczych, w jednej ze stron. Można domniemać, że w rowerzyście, aczkolwiek gdyby do rowu napadało procentów, to kto wie. Chyba żeby trawa robił z filtr. Ano miał racje Kopernik:)) Raczej nie będzie dalszego ciągu rowu, bo nie lubię pisać→serii. Pozdrawiam😎:)) -
Trochę inna wersja. Przede wszystkim bez zaimka→się. Zupełnie mi odbiło na tym tle:) Siedzę na nim nieruchomo, bo przez chwilę myślę i nie chcę mózgu rozproszyć, logistyką ciała. Różnica między nami taka, że ja mogę nie być w bezruchu, a on nie, z racji przynależnej tożsamości. Poza tym, to przerwa w konwersacji. Nie jestem pełnoprawnym wariatem, gdyż nie mam certyfikatu, z tego tytułu. Chociaż niektórzy sądzą, że jednak mam, tylko nie wyjmuję na pokaz, by słoneczny kolor nie zmatowiał lub ktoś nie ukradł z zawiści. Na przykład tych dwóch, co przystanęło i zapytało: „Ej ty, czemu rozmawiasz z samym sobą” Odpowiedziałem nie samotnie, lecz z irytacją w czeluściach strun głosowych, że nie sam ze sobą, tylko z Rowem Przydrożnym. R i P wypowiedziałem z dużych liter, przez szacunek dla podłużnego rozmówcy. Tylko ten jeden raz. Później będę nawijać z małej, żeby nie popadł w samouwielbienie. Po tym wspomnianym wyjaśnieniu, nie życzyli sobie kontynuacji rozmowy, tylko zabrali dupy w troki, bez pożegnalnych ozdób. Żeby chociaż środkowy palec pokazali w ramach gestu na rozstanie. Tacy niekulturalnie wychowani. Zgroza. Co za czubki czubate. Nawet – że mną – napisałem z kropką nad daszkiem. Tak mi nerwy popuściły ciurkiem w stres. Ale jest edycja, to może poprawię. Żeby tak w życiu była, gdy potrzebna. –– Popuściły akurat na mnie –– słyszę rów nawiązujący rozmowę po przerwie. –– Nie dosyć, że mnie przygniatasz śmierdzącą dupą, to jeszcze przerwę robisz, jakbyś nie wiedział na czym siedzisz –– widzę wściekle buzujące kępki trawy. –– A ja tak lubię z tobą gadać. Nie wstyd ci, ludziu. –– Jesteś doprawdy upierdliwym rowem –– mówię filozoficznie, gdyż przed chwilą próbowałem myśleć i jakoś umiem. -– Uważasz, że jak masz długość, to automatycznie szerokość. Takiego wała. Akurat. To nie takie proste w życiu. Stań na moim miejscu. –– Stań? To już przechodzi wszelkie pojęcie. –– Gdzie, kochany rowie? Nie widzę. –– Boś durniejszy ode mnie. Żeby tak do rowu zagadać. Stań! –– dostrzegam pulsowanie kamienia na dnie, pełnym reprymendy. –– Dobrze, że dostrzegasz –– dodaje kępką trawy. –– Zaraz cię walnę, w ten głupi łeb człowieczy –– faktycznie, coraz bardziej wnerwiony. –– No dobra. Przyznaję. Poniosło mnie. Chybaś nie obrażony, co? –– Oczywiście, że tak, ale póki co, obrażenie odstawiłem na poczną półkę, podwieszoną pod sklepieniem umysłu i przywiązałem sznurkami podświadomości oraz wstążkami z wyobraźni, żeby nie spadły, bo znowu musiałbym gniewnym być. –– Co z tobą? –– pyta rów, a ja wyczuwam autentyczną troskę w głosie. –– Aż tak pokrętnie, nigdy nie nawijałeś makaron na uszy rowu. Nawet narracje wtrącasz nie do swoich kwestii. Przecież rozmawiasz ze skromnym, przydrożnym wyżłobieniem. To czemuś taki spięty. Wyluzuj. Nie musisz mieć kompleksów. Nawet nie jestem melioracyjny. Do żółtych czubków. Nawet nie melioracyjny. Tak nisko upadłem, siadając na nim. No nie. Chociaż w sumie to fajny gościu. Taki zarośnięty w jasno określoną stronę horyzontu. Nie to co ja. Tylko pozazdrościć. Jego chyba coś gnębi. A niech to. Zaczyna siąpić deszcz, chociaż cebra nie widzę. To nic. Może rześka woda, ostudzi myśli, bo za bardzo skwierczą, niczym przypalane na masełku. Nadal leje i leje. Muszę do niego zagadać, bo mnie okłamał. Swojego najlepszego przyjaciela. –– Widzę rowie, że teraz jesteś rzeką. –– Żadną rzeką –– wrzasnął zbulwersowanym nadbrzeżem. –– Nadal rowem, tyle że wilgotnym. –– Akurat wierzę. A z rzeką to jeszcze nie rozmawiałem. Z rybami też. I nie wiem, czy chcę umieć. Ocyganiłeś mnie. Jednak jesteś rowem melioracyjnym. –– Jakim melioracyjnym. Pogięło cię? Przydrożnym, żeby samochody nie buszowały na polu. –– Głupiś rowie. Rozpędem przefruną. –– A właśnie, że tyś głupi. Mam dużo cieci wzdłuż z koroną na czubku. Prawdopodobieństwo, że przeleci nad... ale przestańmy gadać o głupstwach. Tęsknię. –– Ty? A za czym może tęsknić rów? –– No jak to za czym? Tyle rozmyślałeś, a drzwi mądrości zaryglowane głupotą. Tęsknię za Rówenią. –– Aaa… za tą po drugiej strony jezdni. Nie mogłeś od razu przejść do użalania? –– Ja przejść? –– Przecież ona już dawno leży obok ciebie. Stykacie ciała. O… tam dalej. Nawet przerwy nie widać. Jesteście jednym rowem. –– Akurat. To tylko mami perspektywa. –– Czy ja wiem. Może. W naszej sytuacji, wszystko możliwe. –– Hmm. –– To rowy umieją hymhać? Jest mi go doprawdy żal. Tyle czasu są razem, a on o tym nie wie. Chyba deszcz wszystko zakrył. –– Kochany rowie. Poczekajmy, aż wyschniecie. Wtedy zobaczysz jej dno i uwierzysz. –– Dno? Co mi durniu wmawiasz. Że tak nisko upadła? To z ciebie wariat, bo ze mną rozmawiasz. –– Spoko. To nic złego. Dno jest tożsamością rowu, a moje dno... –– Ty mi tu nie trzykropkuj. Sraczysz wywyższeniem, na jedyny kamień filozoficzny, jaki posiadam. Nie wstyd ci? –– Żebyś wiedział, że nie wstyd. Szkoda, że nie rozmawiam z górą. Wystaje i widzi szerzej. –– Też jestem górą, tyle że do wewnątrz. –– Taa. Wstaję rozżalony i zaczynam odchodzić. Miałem nadzieję na terapeutyczną pogawędkę, a tu taki zmoknięty wariat. Mam gdzieś, że przestało padać i woda szybko paruje. Zostawiam bezczelnego rozmówcę. Niech teraz dogaduje drugiej połowie rowu. Tej swojej tam… Róweni. Przecież nie będę siedział i podsłuchiwał, jak na siebie nacierają. Może i jestem wariatem, ale normalnym, pełnym kultury i obycia. Chociaż już mi przechodzi. Kiwam na pożegnanie, krzycząc: –– Tylko nigdzie nie odchodźcie. Jutro przyjdę was zaręczyć. –– Dręczyć? –– Z a r ę c z y ć. –– A, to fajnie. Będziemy czekać. Te okrągłe betonki mogą służyć za obrączki. Dziś prawdziwych wariatów już nie ma. Na kilku źdźbłach trawy, można policzyć. Same podróbki. Oprócz nas. Mieliśmy farta. –– Dzięki, lecz płakać wzruszony nie będę, bo później wyschniecie. –– Nam w duecie nawet deszcz nie straszny. I burze. I błyskawice. I pioruny. –– Zatem do zarówienia. *** –– Mógłbyś rzucić okiem przez okno. –– Rzuciłem, kochanie. Dobrze, że jedno mam sztuczne. –– To tym drugim zapewne widzisz naszego synka. Co tam robi taki przykucnięty? Wołałam na obiad, a on ani myśli przyjść. Chyba mnie nie słyszy. –– Kopie rowek łopatką. –– Hmm… pójdę z nim pogadać.
-
Diamentowe Przegapienie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Corleone 11 ↔Lecz jeżeli kreuję przerwy, to po co dodatkowe wcięcia. Oczywiście, że brak kawałka ściany w ścianie, grozi zawaleniem ściany, nawet na inną ścianę, a ta jeszcze na inną i powstaje efekt domina😉 😂😂 i jak tu czytać w takich przewracanych warunkach. Jednakowoż będę uparty twierdząc, iż ostatnie zdanie, przed pustym miejscem, bardziej zapada w pamięć. Pozdrawiam nadal serdecznie🙂 -
Na melodię→''Blowin' in the wind" - Bob Dylan szybujesz pod niebem lecz nie wiesz czy stąd wrócisz do miejsca twoich snów słowa uplatasz w radości i łzy odpowiedź kołysze wciąż wiatr a gdyby tak wzlecieć ponad swój lot dostrzec horyzont swój czas uwierz i spójrz by rozdział twój mógł odnaleźć tych kilka cennych słów ~~~//~~~ zaufaj tym skrzydłom unoszą cię w dal choć nie wiesz co szykuje los zapytaj gdzie ciernie dno albo cud odpowiedź kołysze wciąż wiatr a gdyby tak wzlecieć ponad swój lot dostrzec horyzont swój czas uwierz i spójrz by rozdział twój mógł odnaleźć tych kilka cennych słów
-
3
-
Diamentowe Przegapienie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Corleone 11 ↔Dzięki:)↔Dwukropek zniknąłem zgodnie w wydanym zaleceniem:) Nie bardzo rozumiem kwestii akapitów. Wiem jeno, że od jakiegoś czasu→kawałkuje teksty. Tu akurat tak. Nie jestem zwolennikiem→ścian tekstu. Też serdecznie pozdrawiam🙂 →tym razem w środku. A kawałki mogą mieć na końcu jakieś np: istotne zdanie, a że ostatnie, lepiej jest zapamiętane. A w "ścianie" tak ciurkiem, można przeoczyć. No dobra kończę, bo napiszę... ścianę :)