Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 822
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @Corleone 11 ↔Dzięki za kolejne pochylenie.🙂 Z tą metaforyczną ramą i obrazem, to raczej powinienem rzec o "przyprawie do pokarmu" co wzmacnia smak, ale nie każdemu smakuje, lecz nie aż tak, żeby miał od razu "wymiotować" Czasami myśli i teksty me, nie są zrozumiałe dla mnie, a co dopiero dla innych. No ale w sumie nie narzekam:) Pozdrawiam🙂:))
  2. 🧔 📐 Szlifierz kątowy choć trochę kiepski, szlifował stare i młode deski. Wprzódy do drewna czule przemawiał, później bzy bzy bzy każdą wygładzał. Razu pewnego ze sterty deska, w chatce szlifierza chciała zamieszkać. Kątem do niego poczuła mięte, uczucie w słojach mając zaklęte. Odrzucił miłość szlifierz kątowy, albowiem ujrzał obiekt już nowy. Wzgardzona deska za swą udrękę, urwała sękiem jemu szlifierkę.
  3. @Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Moje ulubione liczby to 4 i 22, ale nie wiem, czemu akurat te?↔Pozdrawiam:)
  4. To niby niepozorne drzewo, w rozległym lesie mieszanym, było metaforycznym, długaśnym gwoździem, dziurawiącym ustalone umysły, niektórych ludzkich osobników. W zasadzie nic złego nie robiło. Poza tym, że rosło w nieodpowiednim miejscu i szumiało przeciwnie, niż ogólnie uznawany powiew. Uznano więc, że jest zarażone od samych korzeni, przez to zaraża innych i trzeba coś z tym zrobić. Powieszono więc na gałęzi martwego ptaszka, owijając lichą szyjkę giętką gałązeczką, co była drugą metaforą przewodu sądowego, który miał nastąpić, z ustalonym wyrokiem. No i przyszli ludzie i zobaczyli mordercze drzewo, co to nawet niewinne ptaszki, śmiercią częstuje. Przyszli też drzewni sędziowie i w trybie natychmiastowo bezobronnym, skazano drzewo na tortury, bez znieczulenia. Najpierw wyrwano większość liści, później z podnośnika połamano gałązki, na dodatek zdarto korę i na końcu ścięto tępą piłą łańcuchową, by dłużej męki trwały i żeby od korzeni oddzielić. Następnie, jako już martwe drewno, poćwiartowano i spalono. Po imprezie, wszyscy zainteresowani – oraz zwykli gapie, co to przyszli dla rozrywki, by codzienność sobie umilić – wrócili do swoich pieleszy. Nawet niektórzy dostali wiórki dla chomika. *** Pewnego dnia, w okolicy stęsknionego pieńka, potężne drzewo, zostało wyrwane razem z korzeniami i przydusiło na śmierć człowieka. Nie miał nic wspólnego z powyższymi zdarzeniami. Po prostu przyjechał z zewnątrz, poszedł do lasu i przystanął na dłużej, by w nieodpowiednim czasie i miejscu, wypatrywać wiewiórki.
  5. uderzyłem stopą o kamień upadłem ale nie w tym miejscu co trzeba by zrozumieć dalszą drogę
  6. @Stary_Kredens ↔Dzięki:)↔Za takie właśnie skojarzenia. Aż sam, aż tak nie pomyślałem. Mam czasami za bardzo rozwichrzone myśli. Nie zawsze jednoznaczność, jest słuszna. Niejednoznaczność pozwala pomyśleć po swojemu. Czasami ciekawiej, niż twórca tekstu:)↔Pozdrawiam:~)
  7. @Corleone 11 ↔Dzięki za dłuższe pochylenie nad tekstem mym. Jednakowoż tak po prostu lubię pisać. Taka przypadłość ma, w sytuacjach takowych, pisanych. Czasami nie logicznie, absurdalnie itp. Mam jednak świadomość, iż nie wszystkim bodźców kulturalnych przysporzyć to może. A jednak nie przystoi wyciąć obraz i zostawić samą ramę, w galerii wystawowej🙂:))↔Też pozdrawiam serdecznie:))
  8. Siejącym zgrozę, zawsze trzeźwym rewolwerowcem on był, gdyż bywało, że nie wiedział w którego trafić. Tego typu gadki, że pójdziemy dzisiaj na piwo lub inny trunek, to o kant dupy bez zwłoki rozbijał, chociaż w spelunkach z wiatrem nie przemijały. Jego piekielną broń stanowiły dwa wystrzałowe demony, odpowiednio oszlifowane, które w obydwu kieszeniach nosił. Od maga szlifierza dostał pod pewnym warunkiem. W razie potrzeby błyskawicznie wyjmował, dusił w tali, a te z jękiem, śmiercionośną wiązkę, w kierunku celu z ust wypluwały. Jednak kiedyś takowa sytuacja zaistniała, że w dołku był, spożył jednak i zasnął snem, bywało, że sprawiedliwego. Wtedy to przestał działać czar, a demony z kieszeni wyjrzały, ziewnęły swobodnie i rozejrzawszy wzrokiem wokół, w siną dal uciekły. Tymczasem drogą krasnoludki wędrowały, srebrząc brody słodkim lukrem tłustego czwartku, miniaturowe pączki pojadając, nadziane zajączkami i gąskami, nasączonymi leśnym piwem. Aż miały ochotę maluchy żyć. Nie na długo, gdyż aura uległa diametralnej zmianie. Zmierzch nagle zapadł i straszne zimno nastało. Ponadto dziki chrząkały marsz żałobny, dzięcioł wystukiwał ostatnie chwile, a na domiar złego, wiedźma z kurzej łapki wypełzła na żer, by kąsać wszystko, co nie podobne do niej. Dlatego krasnale, widząc schronienie w kieszeniach wielkich jak berety, wskoczyły weń z pośpiechem, by w całości dupki zachować, lecz finalnie z rynny pod deszcz. Można bowiem domyślić umysłem, jaki był koniec imprezy czwartkowej i w jaki sposób kurdupelki zginęły, uduszone. Aż resztkami pączków i wnętrznościami, użytkownik dróżkę zabałaganił. Oraz czerwonymi czapeczkami i przerwaną śpiewką, hej ho hej ho, a gdzie tam do pracy by się szło. Rewolwerowiec miał jednak chusteczkę haftowaną, więc przezornie kończyny wytarł, gdyż nie tylko był słynnym rewolwerowcem, ale też dbał o higienę mentalną rąk, by chociaż w części, dłonie zachować.
  9. @kwintesencja ↔Dzięki:)↔Przyznam szczerze, iż akurat o dykcji, nie myślałem pisząc ów tekst. Acz miło mi :~)↔Pozdrawiam:) @Sylwester_Lasota ↔Dzięki:)↔Ano słusznie prawisz. Tak mawiano. Może trochę szaleństwa, to jak przyprawa do jadła. Byle nie "przesolić":~)→Pozdrawiam:)
  10. na drucie kolczastym muzyki truchło skrzepła czerwień nut rdzy natchnieniem rozkład piosenki jutro odnajdziesz stalowe ostrze w blasku skalpela łany stokrotek z obłędu próbuj wyrwać choć pewnie jak zwykle nakarmisz mózg defektem rozszarpiesz śpiew skowronka spadnie z nieba gdy wiatru krawędź znowu zanuci szaleństwem
  11. @et cetera ↔Dzięki:)↔No nie przeczę:~) Lubię udziwniać teksty, na ile mózg mi pozwoli, lecz bywa z nim różnie. Pozdrawiam.:~)
  12. @Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Zwyczajowo, nagle napadło tak:~)↔Pozdrawiam:)
  13. Panna mieszkała w małej chatce, nieopodal lasu. A że była rezolutna i zaradna, to samotność jej nie przeszkadzała, w różnorakich czynnościach. Lecz od pewnego czasu, zaczęła przeszkadzać. Jednak los sprawił, że znalazła w krzakach Koziorożca, zaplątanego w gałęzie. Oswobodziła biedaka, który postanowił w ramach wdzięczności, zostać z nią. I tak czas wspólnie mijał, na tym i owym. Jednak panna coraz bardziej odczuwała brak. Pragnęła królewicza z bajki. W tym samym czasie, przypadkowo znalazła w kuchni tajemniczą księgę. Pomiędzy przepisem na potrawkę z modliszek, a przepisem na chrupiący sernik z domków ślimaków, przeczytała instrukcję umożliwiającą spełnienie, tego konkretnego marzenia. Z treści wynikało, że tylko jednorożec sprawi, iż królewicz przybędzie, chcąc ją taką, jaką jest. Podjęła bez zwłoki decyzję, w czasie, gdy zwierzak chodził swobodnie przed chatką, ciesząc wzrok otaczającą przyrodą, nie przeczuwając, co go spotka. Panna tymczasem wyszperała w szufladzie dmuchawkę oraz środek usypiający, zawarty w grocie strzałki. Wybiegła z chałupy i dmuchnęła prosto w zad, zdziwionego Koziorożca, który to natychmiast jęknął, padł i zasnął. Dlatego nie poczuł, że ktoś mu jeden róg odciął. W ten oto sposób, panna zyskała z Koziorożca, Jednorożca. Gdy ów się zbudził, miał trudności z chodzeniem, gdyż go znosiło w jedną stronę. Panna w tym czasie siedziała na ławeczce, nieopodal chatki, powabnie wystawiając na słońce smukłą kibić. Nie musiała długo czekać. Z bajki wyłonił się królewicz, na śnieżno białym koniu. Już z oddali zobaczył Biołogłową i aż mu stanął, widok przed oczami. Gdy jednak przybył bliżej, by spojrzeć dokładnie, to szybko czmychnął w dal. Jednak po chwili zauważył, że ma na nosie zapaćkane okulary. Zdjął je i zawrócił do Panny. Teraz była śliczna, tak śliczna, że aż koń pokazał zęby, sugerując uśmiech. Królewicz zaczął wyznawać dozgonną miłość, lecz jakieś uporczywe zgrzytanie, zakłócało oświadczyny. To koziorożec jednorożec, chodził bezpieczne wokół chatki, prawym rogiem w kierunku ściany i co chwila ją rypał, by się nie przewrócić. Panna w połowie zrozumiała zalotnika i wyraziła zgodę, lecz nie była tak zakochana, jak przewidywała. W tym czasie królewicz znalazł następną księgę, gdzie było napisane, że bezrożny jednorożec, bardziej spełnia marzenie. Dlatego wespół dmuchnęli i go tym uśpili i drugi róg odcięli. Panna natychmiast zakrzyknęła wniebowzięta, tyś mój, tyś mój, tyś mój. Zwierzak nie zakrzyknął, ale za to zyskał, bo go nie znosiło w jedną stronę i mógł swobodniej chodzić. Królewicz zabrał Pannę trzymającą rogi na konia i pojechali do królestwa, a obcięty biegł za nimi. Tam co prawda panowało bezkrólewie, bo stary król szaty zostawił na tronie i w te pędy abdykował, a wszyscy krzyczeli, że król jest nagi i niech sobie goły, gdzie tam chce biega. Poddani go nie szukali, bo jakoś nie dał się lubić. Natomiast weselisko było huczne. Bal nad bale. Jadła, picia i swawoli, nie brakowało. W pewnej podano główne danie z byłego kiedyś, Koziorożca, nafaszerowane potrawką z modliszek i ślimaczych domków. Później przeinaczono zwykły bal, w bal maskowy, który trwał i trwał i się nie mógł skończyć. A że Panna nie tylko młoda, lecz także figlarnie gibką była i jeszcze coś tam, to w końcu mężowi przyprawiła rogi, co wnet zaowocowało dalszymi zdarzeniami, a wiele bardów przez wieki całe, śpiewało o ich miłości, wspomnianych zdarzeniach i co z tego wynikło.
  14. Wtedy usłyszałem propozycję drzewa: Zbierz myśli i podejmij właściwą decyzję, w moim zbawczym cieniu. Tylko nie siedź za długo, po przegapisz słońce.
  15. @Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔🙂:)
  16. A juści to prawda. Nie przeminęło z wiatrem, ale co? Psia jego mać. Dobre, czy złe, o może nie warte funta kłaków. Siedzę sobie na ryczce, przed chałupą i postanowiłem, że filozofem będę. Dobre co? A co? Nie mogę? Moja stara wczoraj mi do łba wcisnęła, że się za dużo filozofuję. Nawet takiego słowa nie znałem, więc zapytałem, a ona mi na to, że to takie rozmyślania głupków o niczym. Głupków? Niby, że ja głupek? Musiałem wyjść przed chałupę, bo bym jej jak boga kocham, w końcu przywalił po dobroci. Tak z miłości pojednawczej. Przecież nie w złości. Filozofowi tak nie przystoi, by tak bez kultury, komuś położenie gęby zmienić. Chyba muszę dupę ruszyć, w inne miejsce, bo akurat jałówka zwolniła. Kochana mućka. Istna szachownica z niej, tylko te kwadraty jakieś mało kwadratowe. Tu gdzie siedzę, słońce za bardzo popierdala. Jeszcze mi filozofię w łepetynie sfajczy i mi się myśli spłycą. No więc stoję i patrzę w dal myślami. O jak filozoficznie mnie się wymsknęło. Patrzę na ten wiatrak, co mu się skrzydła nie kręcą. O co mi tam. I dobrze. To nie mój wiatrak. Tylko sąsiada, psia jego mać. W końcu mu ten wiatrak nie przeminie z wiatrem. A mnie się marzy, by przeminął. Odleciał w siną dal, jak ta dajmy na to, oskubana kaczka. Sąsiad kiedyś, też durnowatością zabłysnął, mówiąc, że najgłupszy głupek jest mądrzejszy od mnie i będzie się za mnie modlił. To znaczy on? Później na wiele dni, mu się gęba zamknęła, bo mu modlitwę wybiłem. A to wszystko przez to, że ogłady kulturalnej mu zabrakło. Nie przeminęła z wiatrem. Tak sobie myślę, że czasami nie przemija to co powinno, a mija to, co nie powinno. Gdyby moja stara to usłyszała, to jeszcze by mordę nadarła, że zdurniałem zupełnie, takie banały wygadując. Że mam się wziąć za konstruktywną, robotę, a nie mędrkować i gnioty po próżnicy wciskać. Prawda jest taka, że gdybym jej nie podpowiadał w wielu sprawach, to by nie wiedziała, co robić. Ale jednak kocham ją, jak tu stoję. Normalnie, w razie wichury, gdyby na zewnątrz stała, to bym ją postronkiem do pługa przywiązał, by nie przeminęła z wiatrem. O o! Coś słyszę. Znajome wołanie. Muszę natychmiast wracać.
  17. Dawny tekst, trochę zmieniony. Jesteś rulonikiem naleśnika. Wewnątrz farsz z pożądania, z domieszką żyletek, odłamków miłości, ostrych jak brzytwa. W gardle, na wpół zabliźnione rany, siłą balsamu cieplutkich gejzerów. Apetyczny wygląd, przecina głodnym wzrokiem, smażone gałki oczne, na skwierczącym tłuszczu wzajemnej fascynacji. Talerz błyszczy deserem współistnienia. Wylewa z ego wazonika, pachnące ciurlu ciurlu. zdobione przyprawami, wilgotnych pragnień. Aż ślinka leci z niecierpliwych języczków. Niebawem początek uczty. Barwne, karmelowe baloniki, dodają powabu, a srebrne dzwoneczki, dzwonią wesoło, podwieszone do umysłu pędzących sań apetytu. Wzmacniają delikatność. Buszują w łanach słonecznych zbóż wyobraźni, przyobleczonej w błękitną woalkę świtu, muskaną tęsknotą podniebienia. Dozują chwile oczekiwania. Tworzą osobliwość, by zwiększyć spełnienie. Wycinają w mózgu bruzdy, robiąc łóżeczka dla spełnienia, które niebawem poszybuje w czeluść, by zawładnąć kubeczkami smakowymi. Zaproszą do siebie subtelny aromat potrawy. Czysty strumyczek roztopionego masełka. Koronkowy Przezroczysty Zwiewny Powiew eterycznych skrzydełek miłości. Skwierczących pęcherzyków, na ciepłych wilgotnych ustach. * A jednak dobrze by było, trochę popieprzyć.
  18. Mój ty kochany Robaczku Świętojański. Pewnie nadal oświetlasz maleńkim światełkiem, co tam sobie chcesz i kogo chcesz, sprawiając przeważnie radość, dopóki jakiś upierdliwie świecący matoł, nie sprowokuje do innych zachowań. Mam tylko nadzieję, że twój obecny blask, nie jest blaskiem, który pozostał po wybuchu bomby, wiadomo jakiej. W najgorszych snach, nie życzę tobie napromieniowania tego typu paskudztwem lub co gorsza, zagłady. Tak tylko wtrąciłem, dmuchając na zimne, gdyż wierzę głęboko, że zawsze świecisz swoim intrygującym światłem. Na tym jestem zmuszony zakończyć mój skromny, przekornie niepodpisany list, gdyż sentymentalne wspomnienia, wyduszają z oczu potoki łez, a te bez żadnego opamiętania, bezczelnie kapią na klawiaturę, a ja sobie do cholery nie życzę, by do jakiegoś spięcia lub popierdolenia doszło, które rozpiździ komputer. Moc światełka niech będzie z tobą.
  19. @Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Wczoraj mnie taka myśl niespodzianie napadła. Oczywiście może tak być, że dwóch pomyśli tak samo lub podobnie. Wtedy to nie jest plagiat, jeno zbieg okoliczności:)↔Pozdrawiam:)
  20. wtedy nawet noce były słonecznym dniem z błękitnym niebem dopóki śniłem
  21. @Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Jak zwykle, różnie mnie nachodzi, na różne teksty:) Pozdrawiam:)
  22. jeszcze wczoraj szybowałaś nad łąką ćma stukająca o horyzont nie było w tobie lęku tylko światło zamglone oraz wiele pytań już nie przeminą z wiatrem w kierunku odpowiedzi
  23. Zmieniłem nieco→16.2→22.53 ... ze snu w bezsenności krainie łąki ukwiecone przyszłość zatrzymały pomiędzy płatkami zwątpienia drgający zapach mocą piosenki wiatr nuty rozwiewa chcesz zatrzymać resztki siebie nie zniknąć zupełnie jeszcze trochę zaśpiewać noże dni minionych choć dawno stępione ranią ciało a lepka przeszłość w teraźniejszość wciska zardzewiałe ostrza przebaczenia co ból wyzwala tak wiele zmienia w wysokie drzewa zieleń przezroczystą wierzchołki blisko nieba a życie woda stanowi żywioł czasem człek nie wie co robić gdy na drodze zmęczone ślady horyzont daleki w dali słońce cicho świeci zmysły koi lub dławi kiedyś twoje imię weźmiesz na skrzydła teraz czuwasz przez chwile zaśnij zakopiesz myśli może chociaż złudzenie wyśnisz dopóki nie jesteś motylem
  24. Piszę do ciebie, do podłej, nieczułej na krzywdę zabójczyni, bo podobno to twoja sprawka. Odbyłaś daleką drogę, tylko po to, by mieć parszywie zboczoną satysfakcję. Czy naprawdę nie mogłaś zawrócić lub przynajmniej zmienić kierunek, by ominąć. Ominąć? No nie. A gdzie tam. Pewnie, że nie mogłaś, a tym bardziej nie chciałaś, ty ześwirowana sadystko. Śmiem twierdzić, że przez cały czas rozmyślałaś, o tej swojej destrukcyjnej misji. Balsamie na pojebany umysł. Jak to fajnie będzie i to z jakim rozmachem. Prawdziwa demolka, gdy dokonasz, co postanowiłaś. Napawałaś się tym. Chłonęłaś zatwardziałym sercem, rozpaloną, egoistyczną tęsknotę. Lecz tak się czasami zastanawiam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na dobre dla nas, współczesnych, bo czy dla świata, to można dyskutować. Tak czy inaczej, gdyby nie ty, mnie by też pewnie nie było i nie mógłbym do ciebie napisać, by wygarnąć twoją wielką zbrodnię. Chociaż wątpię, byś mój list, w jakikolwiek sposób otrzymała. Jednak już trochę lat minęło, a ciebie już dawno nie ma. A jeśli nawet, to w innej postaci. Ech, nawet króla zajebałaś. Ssak
  25. dziś mi cegła powiedziała taka głośna w cichym murku że mnie dziewka pokochała chce się spotkać na podwórku skoro takie ma zamiary to nie będę ja okropny lecz chce ujrzeć jej hektary bo zazwyczaj jam roztropny czy ty jesteś pojebusem ładna ona jak strumyczek biegnij do niej jednym szusem żeby wypić wdzięków łyczek ja tam nie wiem czy ja ku niej albo ona do mych członków dwa uczucia się rozminą trzeba będzie od początku w piaskownicy zerkam stronę czy tam gwiazdka świeci jasno jam z wrażenia na betonie oślepione ciało trzasło leżę chwilę ogłuszony ale wstaje znów od nowa jestem wielce poruszony słysząc takie oto słowa włóż mi szybko tutaj kielnie mam ja szparkę na tej ścianie żeby tylko było szczelnie bo z tą chatką mam skaranie siedzę biedna w pokoiku podziwiając wartką wodę moczę nóżki jak w brodziku usuń miły wredną szkodę och ty lubo przemoczona jak ta woda miłość wzbiera moja niechęć wszak już kona kocham ciebie jak cholera betoniarka już się wierci jak staruszka podskakuje i nie myśli wciąż o śmierci tylko sobie wciąż kołuje biorę kielnie wtykam w dziurkę żeby zatkać co przecieka gładzę szybko zdzieram skórkę ona patrzy tęskni czeka zaraz ciebie wyratuję biegnę żwawo po kalosze miłość w sercu mym harcuje gdy na rękach ją wynoszę murarz ze mnie tak szczęśliwy że aż zdobię wstążką kielnie gładzę beton ledwo żywy zakochany jam piekielnie dzionek minął ten uroczy kto serduszko me ukoi och te śliczne ładne oczy waserwaga ciągle stoi nagle widzę anioł z nieba wypoczwarza postać zwiewną oj zaśpiewać jej tu trzeba pioseneczkę tak potrzebną oby dzionki jakoś biegły tak nam życzę nieprzerwanie zwichrowane spajać cegły kiedy poziom w pionie stanie
×
×
  • Dodaj nową pozycję...