-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Jedna, kroplą jest. Dwie, to już deszcz.
-
Śniegu, tyś białość srebrzysta
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@violetta ↔Dzięki:)↔Gdy gorąco, to za zimnem, tak rzeknę. Gdy za zimno, to za→ciepłem:)↔Pozdrawiam:)) -
@Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Bunga bunga ma wiele znaczeń i wiele kwestii w mózgu kołacze:) Stabilnie oraz inaczej:)↔Pozdrawiam🤢😉)
-
Śniegu, tyś białość srebrzysta
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Źródło inspiracji zamierzone śniegu tyś białość srebrzysta z ciebie iskrząca zaspa ile godzi się łopatą namachać gdy zmęczenie wzrasta ten dopiero powie gdy wśród bolących kości i przekleństw się dowie którą stracił dziś twoją biel opisać muszę nawet gdy twarz zmęczoną widokiem twym wzruszę migotaniem tej jednej jedynej kałuży aż mi z nosa pociekło gdy zapłakałem na tobą śnieżynko co mnie mrozem pieściłaś wtedy światło ciepłe w tobie ujrzałem chociaż przez łopatę w nerwach uniesienie gdy cię odwalałem roztopiłaś sumienie -
błądzę w ciemności upadam nawet oświetlam drogę własnym przykładem
-
@poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Ano właśnie, jak rzekłeś. To takie nawiązanie do sytuacji, gdy pewne podobieństwo zachowań, może wytworzyć dany odruch decyzyjny. Lepiej "żabie" bociana" ominąć:)↔Pozdrawiam też miło:~)
-
@Dagmara Gądek ↔Dzięki za intrygujące spostrzeżenia. Przynajmniej wiem, o czym tekst lub o czym mógłby być(:😄:) Faktycznie. Czasami tak jest, że coś napiszę→ciągiem podświadomych myśli, a później czytam i mam nadzieję, że ma to jakiś sens. Różnie to bywa↔Pozdrawiam(:🍀:)
-
W krainie struktur niewyjaśnionych, miód zlepia brzęczenie pasikoników, w żółto czarne paski karmelowych uciech. Z okrągłej łąki drzewa podłużnymi sękami, wykrawają kwadraturę koła, uplecioną z trysekcji kwitnących podziałów, w rzece niesionej szeptem płynnej ciszy, na początku teraz, gdzie dojrzewa czas. Zaprosi owocem do tańca i już nie puści, do czasu gdy sam obumrze. Użyźni godziny, minuty, sekundy. Wtedy to, w prześwitującej kołysce, dziecko zaistnieje powtórnie, w drugim płaczu świadomości, by kiedyś, na odgłosach pękania lodu, powędrować poza każdy możliwy horyzont. *** Przecież tort jest cały, oczekuje noża, po zdmuchnięciu świeczek. A kiedy zgasną lśnienia na turkusowym świecie, jest szansa że szczęście mu dopisze, tekst o dalszych śladach, zwykłego ciasteczka, które spadło ze stołu.
-
Niezatapialność
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Dagmara Gądek ↔Nie ma sprawy😳:)↔Widocznie mieliśmy podobne myśli twórcze. Przy miliardach ludzi, jakieś prawdopodobieństwo tego typu zjawisk, jednak istnieje🙄 Emotki splagiatowałem, przyznaję↔🍀 -
w staniu na jednej nodze mijała mu kolejna chwila aż żaby zaczęły go omijać
-
Niezatapialność
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔To jest wiersz powtórkowy, będący już na tym portalu. Wrzuciłem→12.7.2022.→Nie czytałem Twojego wiersza↔Pozdrawiam serdecznie:)) -
Milknie przesypywanie okiennic, w zamkach wyśpiewanych z milionów ziarenek. Na plaży zasypiają strudzone okruchy dnia. Zrobione na szaro zmierzchem, śnią o wirującej klepsydrze, spowalnianej czasem. A jeszcze tyle w nich niedokończoności. Niewielkie łódki wyrzeźbione w pomarańczowym lśnieniu, migoczą na utopionym niebie, swoje zbłąkane dna. Wpatrzone w skrzyżowany horyzont, poprzez przezroczyste zwierciadła, cicho pluskają modlitwy niemych ryb, pośród pływających otwartych brzytew. Może ktoś niebawem, zaciśnie w dłoni, okrwawioną ostatnią chwilę. Wyrzeźbi bruzdy, poprzez miękką płytkość pytań, gdzie umarły odpowiedzi. A jeśli przywoła świt, co opatrzy ranę pierwszym wypłynięciem. Brzeg opustoszał. Zniknęły pozostawione ślady. Lecz na falach serfuje niezatapialność.
-
Zmienność
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Manek ↔Dzięki:)↔Też nie ogarniam wszystkiego do końca:))↔Pozdrawiam:) *** @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Im szukanie bardziej niełatwe, tym lico radośniejsze, gdy znajdzie↔Pozdrawiam😅;)) -
wznoszę się coraz niżej mrokiem oświetlam drogę ciałem swym ranię kolce drzwi do siebie progiem żagiel wyzwala tajfun ciało myśli przygniata instrument gra muzyką pieniądz resztę wypłaca wszystko pod księżycem odwrotną świeci stroną kopiec z piasku topnieje lodowce zasypać mogą zawiść usnęła w przyjaźni miłość daleko za nami mózg defektem umysłu odbiciem w obrazie rani
-
@Łukasz Jasiński ↔Dzięki:)↔Ale w tekście nie chodzi o filozofię kłamstwa, tylko przykład znanego paradoksu:)↔Pozdrawiam:)
-
@Ajar41 ↔Może nie znają tego paradoksu i przez to tak:))
-
Rozjaśnienie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Fakt. Oklepane, ale czyż w życiu, ciągle wszystko "takie nowe" Prawda. Krzyk wbity łopatą, brzmi bardziej "dogłębnie" jednakowoż, bywa, iż powolne sączenie, jest bardziej uciążliwe, bo trwa dłużej. A poza tym, czasami piszę "dziwnie":))↔Pozdrawiam🍀 -
w powiewach wiatru gniazda tulą szelest skrzydeł wiążą karmelowe pętle na słodkich szubienicach pół rozpuszczone zanikają w horyzoncie zdarzeń sączą krzyk w ciszę tęsknotę w zapomnienie wycieka wzrok ze środka źrenic obraz wymażą śladem świtu sen rozjaśnieniem nocy
-
nie każda korona ma pod sobą króla
-
@Leszczym ↔Dzięki:)↔Zastosuję komentarz jako latarkę:)↔Pozdrawiam:) *** @MIROSŁAW C. ↔Dzięki:)↔ Ech... to nie moje wcale. Jeno zrymowałem:) *** @hania kluseczka ↔Dzięki:)↔A po co, a po co?:)↔Pozdrawiam:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Bo prawdę i kłamstwo, mieszać nie warto:)↔Pozdrawiam:) *** @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔I to w sensowny sens, wiele zamienia:)↔Pozdrawiam:) *** @violetta ↔Dzięki:)↔Często tak↔Jest moja prawda i ta... reszta prawd:)↔Pozdrawiam:)
-
@Ajar41 ↔Dzięki:)↔Właśnie. Jak czegoś nie ma , to nie może przeciekać:)↔Pozdrawiam:) *** @Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Może bardziej, niż nieco:)↔Pozdrawiam:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Bywa za dużo tych zwad, więc taki świat:)↔Pozdrawiam:)
-
Kwestie tego paradoksu, są rzecz jasna, znane: Ja zawsze kłamię Jeśli to prawda, to nie zawsze. Jeśli kłamstwo, to tym bardziej.
-
Nieco inna wersja Spleśniały odór, maluje zapachem ściany pokoju. Wszystko wokół nasiąknięte kleistym tłuszczem. Właśnie chce oderwać od blatu stołu. Nie bardzo potrafi. Szklanka pęka w ręce. Ostre krawędzie barwią dłoń czerwienią. Trzask łamanego szkła, zasysa echa z zapyziałych ścian. Krople krwi nasączają postrzępioną ceratę. Wiele zostaje w mięsistej, lejącej skórze. Reszta kapie na stół, pomiędzy wypalone zapałki i rozlany sok owocowy, tworzący lepkie kałuże. Muchy uciekają w popłochu, lecz po chwili przylatują ponownie. Zapach potu, przyciąga niczym zjełczały magnes. Ciągle odgania bzykanie zabandażowaną dłonią. Opatrunek szary, cuchnący i prawie twardy od brudu, a ręka ociężała. Nie dba o to, żeby zdjąć. Po co na co? Niby dla kogo. Dla tej niechcianej przeszłości wokół. Na stole leży kawałek mięsa. Ktoś kiedyś podrzucił jak zwykłemu psu. Dokucza mu głód. Zgarnia białe robaki z mięsa i rozgniata na stole. Niech mi tu gówna nie łażą, przy spożywaniu posiłku. Mięso jest twarde i łykowate. Na pół zgniłe. Ale cóż ma poradzić. Coś musi jeść. Nie może pogryźć. Wyciąga z ust sztuczną, oblepioną szczękę z resztkami jedzenia. Między zęby kładzie łykowaty kawałek. Dodusza ile ma sił w rękach. Wkłada szczękę w usta, a później ów mięsisty skrawek. Teraz lepiej. Jest mniejszy. Delektuje kubki smakiem. W kieszeni leży majonez. Luzem, gdyż woli mieć pod ręką, to co lubi. O mało co, a by o nim zapomniał. Wyjmuje podszewkę z żółtym płaszczykiem. Czuje wilgotny chłód. Zeskrobuje grzebieniem, z resztkami włosów. Uwielbia z nich zlizywać żółte mazidełko. Smaruje kawałek chleba wokół plamy pleśni. Na ręce ma stary strup. Zapomina, co to w ogóle jest. Chyba coś do zjedzenia. Taki mały orzeszek. Odrywa ze skóry i kładzie do ust. Chrupię przez chwilę i nagle wypluwa. Nie lubi takich orzeszków. Już nie szuka pozostałych na spoconej, włochatej skórze, lecz przypomina sobie, że w garnku jest trochę wody. Szuka przez jakiś czas, niezużytej zapałki, wśród wypalonych petów. Gazu jeszcze nie wyłączyli. Może zapomnieli, łącznie z nim. Kładzie garnek na kuchence. W wodzie pływają tłuste pająki. A niech zostaną. Zawsze to jakaś wkładka. Nóżki może wypluć, a tułów to zawsze trochę mięcha. Zapala pod garnkiem. Płonąca zapałka wisi i nie chce zlecieć, przyklejona do palca. Sama spadnie. Co to za ból? Żaden w porównaniu. Gorsze musiał przeżyć. Teraz czeka, aż zacznie wrzeć. Może przez ten czas, odpocząć, posiedzieć, pomyśleć o sensie życia i wszechświecie. Sprężyna z tapczanu wchodzi w tyłek. Chciałby wstać, ale nie może. Skóra naciągnięta, ale puścić nie chce. Przecież niewygodnie tak trwać w przysiadzie. Szarpie z całych sił. Wyrywa kawałek. Jest dość duży. Spływa ślisko z palców, zostawiając czerwoną smugę. Podnosi i wrzuca do garnka. Słyszy chlupnięcie. Kilka kropelek, parzy dłonie. Skoro i tak wyrwana, to po co ma iść na zmarnowanie. Zupa będzie tłuściejsza. Trochę krwi też poleciało. Niestety na czerninę to za mało, ale żeby wodę zaciągnąć, to wystarczy. Siada znowu. W innym miejscu. Tyłek go boli, ale przestanie. Zawsze tak jest. Boli i przestaje. Wdeptuje w coś nogą. O cholera, nie zauważył. Zwłoki szczura w pełnym rozkładzie. Papeć jest cały oblepiony, kleistą różową maśtyką. Nie, nie, tego jeść nie będzie. Nawet on ma swoje zasady. Szczury mu nie smakują. Nawet te młode, bez włosów jeszcze. Zupełnie bez smaku. Jakby papier wcinał. No chyba, że pieczony chrupiący ogonek. Pobudza apetyt. Słyszy bulgotanie. Podchodzi bliżej. Łapie garnek. Gorący jak diabli. Za chwilę wrzątek spływa na gołą stopę. Papcia nie ma, bo schnie na stole. Później wykruszy szczurze ciało. Zaczyna krzyczeć, ale za chwile przestaje. To mu weszło w krew. Widzi bąbelki na nogach. A niech sobie będą. Kropelki rosy o poranku. Komu to zawadza. Przecież nie mnie, myśli sobie. Tylko, że nie ma co zjeść. Zupa luzem na podłodze. Wrzeszczy na siebie: niezdarny dupek. Widzi w kałuży skrawek własnej dupy. Bierze do ust. Kiwa głową sam do siebie, że dobrze wygotowany, niczym golonka. Gryzie i przełyka. Wyciąga włos z ust. Głód chociaż trochę zaspokojony. Jeszcze tylko ściągnie zdechłego gołębia z parapetu i obierze z piór. Lecz dzisiaj nie zje. Zostawi na jutro. Przeżyje prawdziwe święto. Jak mógł o nim zapomnieć. Może zdechł specjalnie dla niego. *** Idzie do łazienki, by wykąpać ciało. Wraca umyty i pachnący. Ma na sobie czyste, świąteczne rzeczy. Podchodzi do szafki i wyciąga idealnie białe rękawiczki. Zakłada na dłonie. Bierze ze szuflady nóż i widelec, wsuwając na chwilę, do kieszonki wykrochmalonej koszuli. Nakrywa pusty stolik, nieskazitelnie czystym obrusem. Wyjmuje lśniący talerz. Sprawdza palcem. Ani śladu kurzu. Stawia gdzie trzeba. Obok kładzie sztućce i białą serwetkę. Siada na nowiutkim krześle. Kładzie ręce przed siebie. Czeka na jutro. Spożyje posiłek w skupieniu, z apetytem i należytym szacunkiem. Zamówił. Dostarczą do domu. Prosto na stół. W tym lub innym czasie. Może oczekując, zaśnie. Tak na wszelki wypadek. Miewa chciane sny.
-
@Rafael Marius ↔Dzięki:)↔Radykalne, ale skuteczne. Dach nie przecieka!:))↔Pozdrawiam
-
@violetta ↔Twoja wypowiedź, skłania do zamyślenia umysłu:~)↔Pozdrawiam:)