-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Ano bierze. Nie inaczej, z tymi→skręcaniem:)↔Pozdrawiam:~)⛄️
-
Królowa i Podnóżek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Doprawdy, odczuwam literackie zażenowanie nawet:)) Pozdrawiam⛄️:~) -
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Przyznaję, że raczej próbuję tworzyć różne rodzaje tekstów. Zależy, co mnie akurat napadnie. Ponadto od jakiegoś czasu, nie używam zaimka→się→bo go nie lubię, gdyż uważam, że tekst lepiej bez owego brzmi→w odczuciu mym. Dlatego czasami wrzucam powtórki→też dlatego→by mieć okazję do likwidacji wspomnianego. Pozdrawiam⛄️;~)
-
Rozmowa Szlafmycowa
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Problem w tym, że nie lubię pisać... ciągów dalszych. Chyba jedynie 3! teksty me, ze wszystkich→mają 2-3 częściowe nawiązanie do poprzednich. Pozdrawiam⛄️:~) -
Uśmiech Mikołaja
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@violetta ↔Dzięki:)↔Ale w tym wierszu, Mikołaj nie był bogaty, bo został okradziony:) Pozdrawiam⛄️:~) *** @Domysły Monika ↔Dzięki:)↔A zatem miło mi skoro tak:)↔Pozdrawiam⛄️:~) -
mikołaju gdzie masz prezenty? ukradł mi inny mikołaj świrnięty wsypał do sani swoich i zwierzaki spiesznie pogonił przedtem poszczuł reniferem to ja mu rzekłem a leć pan w... ch⛄️⛄️⛄️⛄️ę kochane dzieci nie powiem w co bo bardzo brzydkie słowo to nie dostaniecie podarków dzisiaj pusty worek mi jeno zwisa oczka dziecięce smutnie patrzą dziś prezentów nie zobaczą aż czapka czerwona zwiędła oklapła jak pusta purchawka a biały pomponik łezki roni słyszy mikołaj dziecięce słowa aż wzruszona jest biała broda my zaradzimy temu za chwilę będziesz wiedzieć czemu każde dziecko w miech coś wkłada piszczą tuptają fajna zabawa po chwili mikołaj ma pełny worek gość tonął w rozpaczy to w samą porę tak oto mikołaj prawie święty nie rozdał prezentów lecz dostał prezenty a dzieci wesołe radością piękną bo mikołaja mogli uśmiechnąć
-
– Witam panią, pani Szlafmyco. Taki ładny dzionek za oknem. Może mały wywiad. Opowie mi pani… – Dlaczego mały? Dlatego, że jestem mała. No to już zagrywka poniżej godności ludzkiej. Ja proszę pana, jestem Szlafmycą Pomponiarską! Dotarło? – To proszę tak od razu nie stroszyć pomponika. – Stroszyć? Ptaszkiem jestem, czy jakimś innym owadem? Co pan sobie wyobraża. Ja proszę pana jestem… – … Szlafmycą. – A od kiedy pan taki mądry? – Od małego tak mam. – Biedaczek! A tak w ogóle Pomponiarską. Już pan zapomniał. Mam powtórzyć? – Po co te nerwy. Bo jeszcze panią przez okno wyrzucę. – Mnie? Przez okno? Jak pan śmie! Chce pan wyrzucić drugą połówkę wywiadu? A tak a propos… jak pan tu wszedł? – Właściciel mieszkania nie zamknął zamkniętych drzwi. – A on gdzie? Poszedł precz, nicpoń jeden? Zostawił mnie biedną samą? Chyba nie chce kupić nowej szlafmycy. O matko. Tylko nie to. Jego głowa mi najbardziej pasuje. Aż mi szwy pękają z tej zgryzoty. – Gdzie? – Co gdzie? – Pękają. – No coś pan. Metafor pan nie kuma. Głupek z pana, czy co? – Co! – Doprawdy? Szczerze wątpię. No dobra. Co chce pan wiedzieć. – Skąd te złote nitki na pani pomponiku? Ja nie mogę. Toż to po królewsku, tak jakoś. Za jakie to zasługi? – No coś pan. Mój właściciel od razu po przebudzeniu, wyszedł przemawiać do tłumu. – Ale panią zapomniał zdjąć, tak? – Właśnie. A taki jeden nie miał poczucia humoru. Albo miał, ale inne. Jajem rzucił. Mój pan oberwał, a mnie trafiło. – Czyli w co trafiło? – Nie w co, tylko w mój pomponik. Kultury bakterii, mają więcej kultury, od pana. A teraz z łaski swojej, proszę mnie piękną, położyć płasko na tapczanie, bo na poręczy od krzesła, niewygodnie mi konwersować. – Wedla życzenia. Tak może być? – Pomponikiem do góry! Baranie jeden! – Tylko nie baranie. Nie ten zodiak! Wypraszam sobie. – Wypraszać to pan może zwykłą myckę, ale nie mnie, bezczelny nieokrzesańcu! – Tak może być? – Coś pan taki spolegliwy? Jaj panu brakuje na ripostę? Miękki palant! Tak. Teraz lepiej pana widzę. Nie do góry… no tego… – Nogami? – Tak. Mnie nogi nie wyrosły. Ale właściwie po co. Mój prawdziwy świat to głowa. – Najlepiej mądra. – Nie mogę narzekać, lecz nie mnie wybierać, którą głowę moją mądrością nasączę. – Ale jak usiądzie, to mu pani zwisa. Tak? – Pomponik, nie ja. Proszę rozgraniczać wedle wartości intelektualnych. – Mniejsza o szczegóły. A miała pani innych właścicieli. – Owszem. Nawet jeden mnie przez okno wyrzucił, bo zadławił przełyk pomponikiem. – To po co do ust wkładał? Nie rozumiem. – Pomylił ze świątecznym pączkiem. – Pączkiem? Zrobił kłaczate? Liniał prosto w tańczące w oleju? – Ależ gdzie tam. Łysy jest, dlatego nie dowidzi. – Nie widzę związku. – Też nie widzę związku, tylko jakiegoś ciekawskiego wcibidupę. No dobra. Wyjaśnię. Na stole leżałam ja i pączki. – Aaa… rozumiem. A gdzie pani zleciała, po upadku z okna? – No jak to gdzie? Mam tłumaczyć jak głupiemu? Zostałam ponadto rozjechana, bo tak nieszczęśliwie spadłam, że wprost na biały pas zebry. Przez to byłam niewidoczna. – Czyli do ZOO pani wpadła? – Niewątpliwie. Nawet do cyrku zarazem! – Ale ktoś panią wyprał. – I to w automacie!! Nie w byle jakiej pralce!! – Moje gratulacje! – Dziękuję. Zasłużyłam. – Oczywiście. Nie śmiałbym zaprzeczyć. Czyli ma pani wesołe życie, jak mniemam? – Nie tylko wesołe, durniu niereformowalny! Co ty sobie myślisz matołku? Jam zabytek. Pełne poważanie. Tylko zacni tego świata mnie noszą. – A jednak umiem myśleć. Ulżyło mi… a łaj... dostałem prosto w oko. Prawie do oczodołu spierdzieliło. Co pani wyprawia? – Jak ktoś głupoty gada, to należy pomponem przywalić! – Co tam jest w środku, Szlafmyco Pompowariatko? – Stalowa kulka. – Stalowe co? Zaraz paskudnicę wyciągnę i zgniotę na miazgę! – Łapy niecne przy sobie. Mój pan lubi, jak mu zwisam na ramię. A bez kulki, to tak nie zawsze. – Ależ pani mnie zaatakowała. Co ja rodzinie powiem. Prawdy nie mogę, bo jeszcze gdzieś zadzwonią. – Przywalę panu w drugie. Powiesz pan, że padłeś symetrycznie na pysk. – Dobry pomysł. No w końcu byle Szlafmycy mogę wybaczyć… a łaj. – Byle? – To była prowokacja, żebyś przywaliła na pewno. – Faktycznie. Mogłam zapomnieć. Mam rozumu tyle, co w pomponiku. A masz! – A łaj! Co za skromność. Jestem pod wrażeniem. – Nie ważna ilość, tylko jakość. – Z kulką, czy bez? – A łaj po raz drugi! Co pani najlepszego zrobiła. Brak symetrii.
-
Inna wersja dawnego wiersza tekście ty mój kochany niech nikt cię nie nęka stracić ciebie o zgrozo to wielka udręka juści dla mnie zostań proszę ślę słowa ku tobie na tym literackim pulsującym łonie chociaż różne ludy mogą szemrać dziwnie żwawo stanę do boju z członków zryw wycisnę orężem literki tudzież drukiem dusze na tej ziemi ojców bronić będę z hukiem tutaj ciebie kładę pośród zbóż złocistych trochę mniej cię rzuca ten wiatr porywisty na modrakach leżysz płatkach mokrych rosą gdzie maki ojczyste czerwienią migocą choć kuszą jabłonki złudną słodką wonią uśmiechem ekranu obdarzasz zieloność strumyczki szemrzące nurtem wciąż wytrwale tekstem tulisz pszczoły pachnące nektarem trzykrotka łodyżki kołysze jak łódką tu w bajce magicznej możliwe wszyściutko za chwilę w promieniach złotawy już powiew dziś lśnieniem jutrzenki twój ekran ozdobię
-
Zdzisiu Ochłapek - prosta historia
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Prolog Zdzisiu Ochłapek, strasznie sapiąc, tupta zwyczajowo do lasu, ale tak zupełnie zwyczajowo, to jednak nie. Gryzie go w boże poszycie i chyba umysł, potrzeba pójścia właśnie dziś. Zatem przewiduje, że będzie świadkiem niecodziennych wydarzeń, zanim nastąpi, co ma nastąpić. *** –– Ej, Ochłapku kochaniutki! Pomożecie w dźwiganiu ekologicznego chrustu, bo normalnie w krzyżu moje dyski trzeszczą. –– Ty mi tu stara babo, dyskami w dupie planu nie zawracaj. Śwignij miech w chaszcze, zaś idź precz na chatę. Jak pójdę w tył, to wezmę i ci do izby przytargam, chyba. –– Ochłapku! Tyś dureń i nicpoń z brakiem piątej. Nie dziwota, że w głowie jeno klepisko. Przecie biegusiem, ktoś ukradnie, taki skarb. –– Jaki tam skarb, babo. Ciebie to by może ukradł, by jako strachawice na wróble, w pole wkopać. –– A z ciebie Zdzisiu, to sztacheta w płocie, ledwie by była, bo zmurszała jak wyschnięta kacza kupa. Wtem wędrowiec ni stąd ni zowąd, jest na okrągłej, kwadratowej polance. Nie wie dokładnie, po co tu przyszedł, lecz coś mu świta, między drzewami i oczęta migocząc tarmosi. Nagle rumor jak dwie jasne cholery. Chwilowy, ciężki szum i Ochłapka drzewo prawie przygniata, bo akurat spada na Panią Śmierć, co siedzi nie pieńku, ale teraz w innej pozycji, kosę ostrząc. Jednak poturbowana żyje nadal, bo trudno utłuc tego rodzaju paskudnicę, by padła na runo, bez życia. Spoziera naprzemiennie, na uwięzionego pod gałęzią, Zdzisia i błyszczącą, srebrną kosę, co na końcu ma fotkę uśmiechniętej czaszkuni, która z pewną dozą miłosierdzia, pyta: –– No co Ochłapek. Masz jakie ostatnie życzenie? –– Tak mam –– odpowiada zapytany, nieco spłaszczoną facjatą. Jakby z choinki urwana, przez las wędruje horda życzeń. Zbóje na zbójami lub gorzej. Lecz poczciwe to chłopy, jeno nigdy za żywota, szacunku i poważania nie zaznali. Tym razem jest inaczej. Bardziej zielono. To nadzieja rośnie wokół, w postaci drzew, chaszczy i różnych innych dziwów nieprzebranych za cokolwiek. Nagle pypeć na jednym z nosów i kłak w sumiastym wąsie, wyczuwają jęczącą zgrozę. Przywalone coś. Horda życzeń podchodzi bliżej i widzi Ochłapka, wystającego w połowie spod gałęzi dorodnej, na której dzięcioł wciąż stuka. Widocznie nie płochliwy i dalszy ciąg wystuka. Zbóje słyszą pytanie: –– Wyciągniecie? Już chcą wyciągać, ale słyszą drugie pytanie, korygujące: –– Czy mnie wyciągniecie? –– Owszem. Wyciągniemy –– wrzeszczą z uciechą. –– Dla szacunku i poważania, co ich czeka w mediach, za odwagę i empatyczne miłosierdzie, wobec Zdzisia Ochłapka, bliźniego naszego. Pani Śmierć tymczasem wychodzi z krzaków, gdyż była za potrzebą i kosą macha w kierunku przybyłych. –– Łaskawa pani, jeszcze nie teraz –– krzyczą przymilną prośbę, w ostatniej godzinie. My jeszcze nie docenieni. No jak tak można. A widząc jednak , że nadal żyją, Zdzisia uwalniają spod przygniecenia. Wyciągnięty maca ciało, czy nie pogruchotane, ale nie. Zaczyna więc pokrzykiwać nieuprzejmie w kierunku zbójów, że jeno dla sławy i poklasku, dobry uczynek przyszło im zmaterializować. Życzeniom głupio z tego powodu, bo honorni mimo uchybień, takich czy innych, więc biegną żwawo w kierunku miecha z chrustem, by kobiecinie do izby zatargać. No teraz nas docenią –– myślą po cichu, kiedy to sens pierwotnych poczynań, do nich wraca. Lecz w tym samym czasie, śmierć kosą świszczy, która życie zbójcom odcina, w postaci głów. Jednocześnie uwolniony bliźni, z owej krainy wstaje wypoczęty, bo po takich ciekawych przeżyciach, to jak to nie być. Zakłada paputki... *** Epilog Zdzisiu Ochłapek, strasznie sapiąc, tupta zwyczajowo do lasu, ale tak zupełnie zwyczajowo, to jednak nie. Gryzie go w boże poszycie i chyba umysł, potrzeba pójścia właśnie dziś. Zatem przewiduje, że będzie świadkiem niecodziennych wydarzeń, zanim nastąpi, co ma nastąpić.-
1
-
@Hiala ↔Dzięki:)↔To fajnie, że fajne:)↔Pozdrawiam:) *** @Leszczym ↔Dzięki:)↔Tu akurat chodzi o wers z niedopowiedzianą puentą:) Sądzę, że z reguły nie warto tłumaczyć, swoich wierszy. Tym bardziej, że osoba czytająca, może nas zaskoczyć interpretacją, jeszcze ciekawszą, niż Autorka/Autor→mieli na myśli. Pozdrawiam:) *** @Jacek_Suchowicz ↔Dzięki, że bardzo ciekawe nawiązanie wierszowane.I to jeszcze z rymami niedokładnymi→które lubię bardziej:)↔Pozdrawiam:)
-
@violetta ↔Dzięki:)↔Racja, lecz z naturalności, też coś wynika, mówiąc skrótem:) Pozdrawiam:) *** @Leszczym ↔Dzięki:)↔Tak też by można zrozumieć. Chociaż skoro ma czasu nadmiar, to i tak nie zmarnuje, przebaczając:)↔Pozdrawiam:)
-
kładzie owoce z drzewa zebrane w koszyk zdobiony kwiatów naręczem wiatr gałązkami rozwiewa taniec gdy słowik nuci dla niej piosenkę wirują wokół marzeń ziarenka ciągle są żywe lecz czasu znakiem muska je często i nie chce przestać wierzy że kiedyś choć jedno złapie przeminął ogród z nim roztańczenie jednak coś w trawie umysł zaprząta choć w blasku słońca widać tak wiele to tajemnicą wers ten pozostał
-
Nie za daleko, nie za blisko
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Rafael Marius ↔Dzięki:)↔Też to miałem na myśli, ale nie tylko. Nie znałem zakończenia, gdy zaczynałem pisać tekst:)↔Pozdrawiam:) -
Panienka Kłosanka, obnażone ciało pospiesznie kołysze, tudzież z impetem, pośród kłosów i maków złocistych, seksobieżnie przemieszcza. Niedaleko w stawie swoje wdzięki moczyła, lecz odzienie wiatr rozwiał, a ona nieskorą do pościgu będąc, machnęła jeno lekceważąco powieką, delikatnie z ust słowa płosząc: –– A udław bezwiatrem swój podmuch, paskudzie wyjący oraz moim zwiewnym wdziankiem, we wrażliwych zaułkach cudnie spoconych, ty szeleszczący obleśny wietrzniku – zbereźniku. Cholero szumiąca zboczona. Oby cię obsrane łopaty wiatraka poszatkowały. Usłyszał powabną sentencje, młodzieniec właściwej urody, ponadto manier nienagannych i jak słup soli gębę rozdziawiwszy, zgorszeniem solidnym zatrwożył ego swoje. Takie niekulturalne artykułowanie wszelkich doznań emocją nasyconych, w elitarnych kręgach towarzyszących, zaiste do dobrego tonu, nie należało. Przeto zapłakał rzewnie z tej zgryzoty, że do takich dźwięków, ślimaka w czaszce zaangażować musiał. Lecz gdy Panienkę Kłosankę przed sobą zobaczył–(nie z grubsza ciosaną, lecz subtelnie, delikatnym dłutkiem rzeźbioną)–to wszystkie łezki, jak jeden mąż, momentalnie do kanalików spieprzyły i aż mu stanął od tego, obraz przed oczami. Usłyszał za chwilę urokliwe stworzenie, jakby anioł z chóru anielskiego, na padole wylądował, nie przestając śpiewać: –– Dzień dobry. Tyś panicz zapewne, zgoła dobrze wychowany, a zatem patrz w inną stronę, bo na wszystkie świętości, w mordę przywalę. A zresztą nie wiem… ja płocha bardzo, wstydliwa, skromna, mądra… jeno nie majętna, gdyż rodzice mnie z wszystkiego wydziedziczyli, a ja doprawdy nie wiem czemu? Chyba rzewnie zapłaczę na ramieniu panicza, kładąc twarzyczkę, a zaś lewą i prawą pierś. Cholera jasna. No co tak stoisz, jak jakiś ciul i palant nierąbnięty. Robota czeka! Ale już, bo na wszystkie świętości przysięgam… –– Panienko! Choraś ty, że takie słowa z ust płoszysz –– trwoży naturę duszy, też spłoszony młodzieniec. –– A tak w ogóle, o jakiej pracy panienka wspomniała? Bom jam chętny, gdyby co. Pomoc w biedzie, to moja specjalność. –– Ubranka mego poszukaj, to i nagrodę w podzięce otrzymasz. –– E tam… to może później. Wzrok mój w zawieszeniu. Ubranko nie zając… nie ucieknie. –– Już uciekło, niewdzięczniku. I nie strasz mnie miniaturowym namiotem. Dobroci czynić nie chcesz, memu sercu zbolałemu? O kant dupy twoje obietnice rozbić. Jam taka delikatna, kulturą macana, w płochości swojej. Ty poszukaj. Poczekam na ciebie. Popilnuję rzeczy twoich. –– Ależ panienko. Na golasa po polu mam biegać? To w rzeczy samej nie przystoi. Jam ze znanego rodu. –– A co tam rodu. Olej to. Swobodniej tak. Przy szukaniu, mniej panicz członki spocone zmęczysz. No dalej. Ruchy ruchy. Nagroda czeka. Wiesz jaka? –– No coś tam wiem. –– Ja też wiem, że wiesz, bom cwana. Planująca o krok do przodu. A że w miejsce newralgiczne panicza spozieram... –– W porządku. Żalu nie chowam. Pozbieram i wracam. A później… panienka wie. –– Wiem… ty mój zajączku. A teraz kicaj. Młodzieniec właściwej urody, pospiesznie pobiegł, w polu wiatru poszukać, by łup kradziony skraść i panience gołej zwrócić, oczekując. Tymczasem Panienka Kłosanka, choć wiadomo… płocha, rozumy w międzyczasie pojadła. W odzienie panicza kształty powabne chowając, tobołki zacne capnęła i w drugą stronę myk myk wśród łanów pospieszyła. *** Co było dalej? Odpowie ci wiatr. Czy los ich zetknął ponownie? A jeśli nie odpowie? Czy w końcu żyli długo i szczęśliwie? Hmm… nie wiadomo, gdyż wspomniany wyżej wiatr, dalszą część bajki porwawszy, schował w innej.
-
1
-
Nie za daleko, nie za blisko
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
dlaczego tak szybko więdną kwiaty szarością popiołu w źrenicach zbłąkanych każde spojrzenie kłuje i rani w zaułkach co łzami zroszone jak bańki mydlane pęka nadzieja gdy trudno życie do kupy pozbierać a jednak dopóki na łące kwiatów zostało a śpiew skowronka słychać pod niebem jakoś tam drepce los człowieczy z sensem bez sensu sam czasem nie wie kiedyś znowu pobiegniesz na łąkę nie za daleko nie za blisko wtedy w blasku świtu lśnienia nigdy nie zwiędną tobą zakwitną -
O człowieku, który rozmawiał z polską flagą
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dostrzegam w oddali migoczący – czerwienią i bielą – punkt. Jest coraz bliżej. Podąża w moim kierunku. To raczej nie człowiek, bo jakby szybuje nisko nad ziemią. Ponadto zmienia kształty, z uwagi na podmuchy wiatru. Czekam cierpliwie, zaciekawiony. Po jakimś czasie nawiązuję rozmowę z polską flagą. –– Cześć flaga. Dokąd snujesz płótno? I czemuś tak uświniona? Podeptał cię kto? –– E tam… zaraz podeptał – faluje z lekka zniesmaczona, takim podejrzeniem. –– Napotkałam strudzonego wędrowca, który szukał prawdziwego patriotyzmu. Był strasznie umorusany. Może spał gdzie popadnie, lecz nie ustawał w drodze. Wierzył, że odnajdzie. Popatruję na rozmówczynię zastanawiając umysł, czy wszystko ze mną w porządku. Tym bardziej, że mam na głowie żółtą myckę. A jednak ciągnę wątek: –– Flago –– mówię głośno, gdyż trzepot płótna, zagłusza słowa. –– Rzeczesz bez większego sensu. Jak można szukać patriotyzmu? –– Powiedział, że szuka tego wewnętrznego, co właściwie ukierunkuje, ten tylko na pokaz, z takich czy innych względów. –– Dziwnie prawił, jak na utrudzonego wędrowca, nieprawdaż? –– Nic więcej nie dodał, tylko legł zmęczony na trawie i mną nakrył ciało. Mam nadzieję, że go chociaż trochę ogrzałam. No tak. Teraz wiem, dlaczego jest tak brudna i wymiętoszona. –– Powiedz flago. Czy w końcu odnalazł, to czego szukał? –– Nie wiem. Kiedy rano zesunęłam z niego płótno, to już nie żył. –– Może w jakimś sensie odnalazł. Dzięki tobie. –– Może. Nie wiem. A ty? –– Co ja? –– Nieważne. Widzę jak zaczyna nisko szybować, z lekka muskając ziemię. Po chwili jest tylko migoczącym, biało czerwonym punktem. -
tiktaknał zegar do zegara gdyż przebaczyć nie zdołał nie zamierzam dla ciebie czasu marnować lecz to korzyść żadna gdyż ma czasu nadmiar wskazówki wskazują... nie tak tik tak godzina nie ta
-
@Rafael Marius ↔Dzięki:)↔To powiedzenie, też pasuje. Nie pomyślałem tak, a jednak:) Pozdrawiam:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Otóż to!↔Tak jak rzekłeś→Nie zawsze wybór słusznością "przemoknie"→lub odwrotnie:)↔Pozdrawiam:)
-
@Konrad Koper ↔Dzięki:)↔Zatem miło mi, że udana:)↔Pozdrawiam:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔W Twoich dwuwersach, też mądrość zaklęta:)↔Pozdrawiam:)
-
sztuczny kwiatku jestem kwiatkiem co rosnę żebyś ty wiedział jak zazdroszczę tobie tego że nigdy nie zwiędniesz co na to powiesz? wolałbym zwiędnąć mając życie w sobie
-
Ciutkę zmieniłem na pieńku przed chatką siedzi dzieweczka wciąż marzy o księciu pewna że warto krasnalek jej mówi no weź już przestań bo tyś zaledwie szmacianą lalką w królestwie gałganów o księciu jest gwarno gdyż lumpy znów wyją w sprutej udręce tak bardzo pragnąłby popieścić fałdką kochać szmaciankę szmacianym sercem strudzony wędrowiec co nie mógł zasnąć powrzucał w poszewkę księcia i lalkę czy szczęścia doznali razem tak bardzo lecz sny miał rozkoszne z mięciutkim jaśkiem
-
w sensie człowieka to małpa nie wie zatem zawisła między ziemią a drzewem
-
Piosenka→Jestem sobie trupek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@iwonaroma ↔Dzięki:)↔Oczywiście, że głupie:)→Jednakowoż jakie optymistyczne! Gdyby spojrzeć dogłębnie metaforycznie, w sensie naszej egzystencji:)) Pozdrawiam:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki tradycyjnie, za wersy!! Sądzę, iż z rodzajem humoru, jakim kto ma, jest jak z gustem. Nie można dyskutować. Chyba–?– im większy ktoś ma dystans do samego siebie-(oczywiście nie w sensie odległości:)) tym ma bardziej różnorodny humor?→Chociaż pewności nie mam. Jak to powiadają→najtrudniej nakręcić komedię, która wszystkich rozśmieszy Też uważam, że jest potrzebny!→ Pozdrawiam:) -
Piosenka→Jestem sobie trupek
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Np→na melodię→"Łowiczanka jestem" lub na jakąś inną melodyjkę jestem sobie trupek tra la la la la la dziś wyszedłem z trumny by tańczyć od zaraz jeszcze trochę śmierdzę tra la la la la la to moja tożsamość nie zamierzam kłamać czy ze mną zatańczy żeby cofnąć rozkład bo tak powiem szczerze nie chce takim zostać jestem sobie trupek usia siusia usia spozieram na dziewkę ale nie chcę zmuszać czy mnie odczaruje całusem wiśniowym a jednak uciekła płocha między groby nagle trupożycę widzę zapłakaną ma plamy przecudne i głowę niecałą jesteśmy trupkami tra la la la dwoma ze śmiechu i szczęścia aż by nożna skonać tańczymy radośnie tak fajnie he hesznie ma obszerną trumnę zrobimy coś jeszcze -
Otwieram niewielkie drzwiczki. Słyszę głośniejsze tykanie wnętrza czasu. Krąży nad zwiędłymi, coraz bliżej dna przepaści. Przez wirujący pryzmat, przelatuje kukułka, pod prześwitującą drogą. Tak samo boli. Rzeczywistość, czy halucynacja. Nie ma żadnej różnicy. Wariat nie musi tego wiedzieć, czy to wszystko naprawdę. Bezsilna świadomość, przenika do umysłu. Śliskie wodospady. Brakuje odwagi i możliwości wejścia. Chociażby wyjściem. Nie zaglądam do środka. Przeszkodą nie do przejścia umysłu. Srebrna krawędź ostatnich chwil. Pachnie odwrotnym wzrastaniem. Pragnę uciec. Złapać tchórza za nogi i niech mnie wlecze. Wypadkowy kolor, dwóch istotnych barw, przyklejony do ostrza, bezimienną szansą. Homo. Nie zawsze sapiens. W końcu jestem jednym z nich. Patrzę na zakrwawione dłonie. Początki kwiatów. Znikają na dole, bez żadnego echa. Jakichkolwiek kwitnień. Z lekka szemrzą czystym wiatr. Drgające pasemka, w zapętlonym przeznaczeniu. Ciche przesypywanie ziarenek. Ledwo słyszalne. Dłoń trzyma gruchawkę. Nie jedna. Tysiące. Krople ściekają, po zwisającym zewnętrzu ręki, zaklętymi w nicość marzeniami. Dostrzegam kołyskę. We wnętrzu lepki szum strumienia. Wilgotne odgłosy ostrych wgłębień. Chaos. No nic. To tylko ja. Wariat idący nad przepaścią, po zielonym promieniu. Szerokość? Długość? Ze trzy metry nadziei będzie.