-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Miasteczko Pomarańczowych Barw
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Szczerze mówiąc, nie wiem, co to za kategoria. Lubię tak mieszać. Po prostu piszę po swojemu, nie zawsze wiedząc, jaki będzie finał lub przeciwnie. Mam w głowie zakończenie i tak piszę, żeby takie wynikło:)↔Pozdrawiam:)) -
Nieco inna wersja Z miasta zostało tylko to, na czym można wzrok zawiesić. Widok budynków pozostawia wiele do życzenia. Powybijane szyby, obrośnięte dachy, zarośnięte rynny… no i wszechobecne zwierzęta, biegające tak sobie dla jaj i w poszukiwaniu pokarmu. Fetor dokuczliwy i gęsty, pełznie nisko nad ulicami. Można maczetą wycinać kawałki skunksów. Przybyli są bardzo wyczerpani, a nawet bardziej. Prawie cały pot z nich wypłynął. Człowiek upada na szarą kość udową. Obgryziona, ale nie do końca. Padnięty wspiera na niej wychudzone ciało, pragnąc wstać. Ręce oblepione jakąś zielonkawą, cuchnącą mazią i kawałkami mięsa, nie wyglądają ładnie. Wyciera o spodnie. Upodobnił do reszty. Upał gorąco doskwiera. Słońce ucieka przed samym sobą, za ciemną chmurę. Na pobliskim cmentarzu, niektóre zwłoki leżą nieruchomo na wierzchu. To po ulewie, która była wczoraj. Płytko kopano, stąd taki rezultat. Skołowane wiewiórki, biegają po mieście, lecz inne niż zazwyczaj. Coś rozbłysło na niebie. Jakby specjalnie dla nich. Mają w dupie orzechy i bieganie po drzewach. Są teraz nad wyraz drapieżne i myślące. Chodzą twardo po ziemi. W obłokach niech sobie bujają ptaki. Zwłoki bez domieszki, przestały im smakować. Wolą świeże mięso z dodatkiem, lecz ono trudno dostępne. Reglamentowane przez sytuacje. Jednak w małych sercach błyszczy iskierka nadziei. Tam idą dwa zwierzęta. Chude nie tłuste, ale to nic. Poobgryzać warto. Tylko jeszcze nie teraz. Nie wszystkie są przeobrażone. A poza tym, te cholerne koty i psy. Są duże, a one małe. Całym stadem muszą zaatakować. Podobno ciała ludzkie lepiej smakują. Trochę jakby słodkie. To jednak nie ten smak, co orzechy, ale cóż. Bez przesady. Byle przeżyć i nie dać przeżyć innym. Będzie więcej dla nas. Martwe pożywienie nie ucieka. ~ –– Cudne twe lico na strumyczka tle, aż kochać bardzo, cię chcę. –– Cię chcę? No wiesz. To ma być poezja? –– Dobre i to, na takim świecie. Cóż nam pozostało. –– Tam jest miasto. Pójdziemy? –– Czemu nie… w słońca promieniach... –– … lecz co to zmienia… –– … gdy przyszło żyć… –– … by przetrwać tylko… –– … to co kiedyś… –– … minęło wszystko. ~ Pokrwawiony pies, biegnie z ludzką głową w pysku. Trzyma jak największy skarb. Długie włosy, zamiatają ulicę. Inne psy biegną za nim. Chcą dorwać kulistą, włochatą zdobycz. Głowa nie miała szczęścia. Została odgryziona od tułowia. Najtrudniej było z kręgami szyjnymi. Nie trafiła jednak na byle kundla. Poradził sobie. Trzask pękniętej kości, odbiło cuchnące echo, od ścian budynków. Jednak rozumu psu zabrakło. Zamiast jeść ciepłe flaki i pożywne różowe mięso, mlaskając w krwi, to biegnie z częścią w pysku. Ale cicho… a jednak ma plan. Zatrzymuje gwałtownie łapy na krawędzi urwiska i odbija w bok. Pozostałe z rozpędu lecą w przepaść. Pies im mordę lizał. Porzuca głowę i spokojnie wraca do reszty ciała. Małe kundelki ma w dupie. Co one zjedzą? To raczej on ich. Nie wie, że kiełkuje coś groźniejszego. O puszystych, pomarańczowych futerkach. Plamy krwi będą pasować. Podobna tonacja kolorystyczna. ~ –– Zrobić ci wianek z polnych kwiatków. Takie normalne… jak kiedyś. –– No zrób. Spocznę na chwilę na miedzy, bom deczko drogą studzona. –– Kochanie… co z tobą… że tak dziwnie mówisz? –– Och, jam płocha trochę. To miasto nie wygląda miłosiernie. –– No coś ty. Będzie świetnie. — Pleciesz bzdury. –– A gdzie tam. Wianek plotę. ~ Wiewióry urosły w zastraszającym tempie. Siedzący na łące jeszcze o tym nie wiedzą. Natomiast dwóch przybyszów, którzy są tutaj... jakoś też nie. Stoją właśnie na środku placu. Coś w rodzaju rynku. Małe uliczki rozwidlają chodzenie. Patrzą właśnie w jedną z nich. Oświecona z tyłu przymglonym blaskiem słońca, nie wygląda na pustą. Podłużne wielkie cienie, idące po jeszcze mokrych kamieniach, przykuwają uwagę. Nie wiedzą do jakich żywych ciał należą. Uliczka jest wąska i trochę łukowata. Słyszą natomiast głośne stukanie pazurów o bruk. Nagle dostrzegają coś, w co im trudno uwierzyć... ale wierzą, że trzeba wiać. ~ –– Zobacz. Ślimaczka znalazłem. Jaki ładniusi. –– Zostaw go. Musimy iść. W mieście coś nie tak. Słyszysz? –– Taa… –– Przestań marzyć o świecie, którego już nie ma. –– Przestań mnie pouczać. Tu jest łąka. Pasikoniki słyszą. –– Kochanie. Idźmy już, bo jeszcze mnie zacznie odwalać. –– To miasto ma zły wpływ. –– Ciebie też dopada? –– A co? Nie słychać? –– Pogniotłeś wianuszek. Daj mi choć takiego. –– Proszę. Ładnie wyglądasz. ~ Futrzane bestie są ogromne jak na wiewiórki. Mają od około metra, do dwóch, nie licząc ogona. Pazury większe i bardziej ostre. Kły wystają na zewnątrz pyska. Futro skudlone z wilgotnymi plamami, nieskazitelnie pomarańczowe. Niespieszno wychodzą ze przylegających uliczek. Ludzie wyraźnie słyszą, odgłosy ocierania kłaków o ściany budynków i głośne popiskiwania. –– Cholera! Uciekajmy –– wrzeszczy drugi biegając w kółko, bo nie ma gdzie uciec. –– No co tak patrzysz. Wymyśl coś. Ty zawsze byłeś szefem –– nadal biega a wiewiórki coraz bliżej. –– Bo cię stuknę w ten głupi łeb –– tym razem podskakuję niczym pajac w krwawym teatrzyku. –– Cholera! Niedługo zjedzą nam dupy! –– Nie tylko dupy. Zamknij wreszcie jadaczkę –– pierwszy wierci dłonią na głowie, bo mu nasrał przestraszony ptak. –– Tam jest pusta uliczka i otwarte drzwi. Biegnijmy w tamtą stronę. Ale już –– wymachuje rękami, ale tylko jedną wskazując kierunek. ––Szybciej palancie, bo za plecami masz wiewiórę. Dobrze, że nie są takie szybkie. –– Ta jedna ma coś w pysku. Co to może być? –– Jelito grube… sorry… chyba chude… jakie to ma teraz znaczenie. Ocipiałeś zupełnie. Nagle pierwszy upada. Bestie są coraz bliżej. Leżący czuje smród wilgotnych futer. Włażą na niego. Wyżerają wnętrzności z przestraszonego brzucha. Jedna odgryza ręce, druga nogi a trzecia głowę. Słychać twarde odgłosy łamanych kości i wilgotnego rozdzierania. Podział obowiązków. Są solidarne. Każda zabiera część i niesie do wspólnej spiżarni na cmentarzu. Powracają tam jako odmienione. Lubią mieszać mięsa. Trupie z świeżym. Mają wyrafinowany gust i coraz więcej świadomości. Rozumnodajne coś, zmienia ich mózgi, na jeszcze bardziej wydajne. ~ Drugi nawet nie patrzy co wokół. Biegnie do budynku jakiegoś mieszkania na parterze. Potyka biegnącą nogę, o zdechłego kota i ląduje twarzą na cuchnących zwłokach. Wstaje jednak, opiera ręce o kolana i rzyga chwilę, lecz prawie niczym. Za długo nie jedli. Nagle dostrzega nos wiewiórki w drzwiach. Wali ją pogrzebaczem. Stał akurat przy kominku, ze szczątkami pieczeni z otwartymi ustami. Wiewióra skrzeczy jak zarzynana świnia. Wyłupuje jej oczy. Przebija gardło. Wypija trochę krwi. Długo nie miał płynu w ustach. Musiał sobie łyknąć. Może nawet setkę tego wypił. ~ –– Kochanie. Nie zdejmuj wianka. Tak uroczo wyglądasz. –– Nie marudź. Pospieszajmy. Do miasta już kawałek. –– Czerwonawy kolor tam migocze. –– O… to na pewno wiewióreczki. Jak byłam mała, to karmiłam orzeszkami. One są fajne. –– Nie mów tyle, bo dostaniesz zadyszki. Chociaż taka spocona wyglądasz zachęcająca. –– Tobie tylko jedno w głowie. –– A gdzie tam. O… już peryferie... szczątek miasta. Spójrzmy do tyłu. Ostatni raz na łąkę. ~ Zauważa, że w mieszkaniu są schody na dach. Wbiega po nich, po drodze zdziwiony, że ma jeszcze tyle sił. Rozezna z góry sytuację. Musi jakoś przetrwać. Podnosi klapę i wychodzi. Wiewióra stoi na skraju, obrócona tyłem do niego. Wielki ogon faluje przed nim poziomo, zgrzytając miękko o zapaskudzony dach. Podchodzi trochę bliżej. Nie zauważa go. Spycha ją na ulicę. Widzi jak upada z dziwnym mlaśnięciem na plecy. Skrzeczy głośno, omiatając ogonem ścianę. Miał szczęście, że trafił na mały okaz. W przeciwnym wypadku, byłby daniem na cmentarzu. Spogląda na miasto. Co z pozostałymi mieszkańcami. Być może siedzą w piwnicach. Nie widać ich na mieście. Oczywiście kolorem przeważającym jest kolor śmierci. Nagle dostrzega dwoje ludzi. Idą w kierunku rynku. Nie widzą wiewiórek. Czekają przyczajone w uliczkach. Macha do nich i krzyczy, żeby uciekali. Nie słyszą go. A on już dostrzega za nimi, wystają między domami pomarańczowe pyski. Zmiana decyzji. Wrzeszczy, żeby biegli do budynku, na którym stoi. Póki co, jest tu pusto na ulicy. Wiewióra co spadła, dołączyła do tamtych. Chyba go wreszcie słyszą… i dostrzegają zagrożenie. Biegną co sił w nogach do tych samych drzwi, co on przed chwilą. ~ –– Mamusiu. Co tak głośno nad nami. Słyszysz jak mi ze strachu, puka serduszko? –– Niepotrzebnie. Do piwnicy nie wejdą. Urosły za duże. –– Pójdą sobie kiedyś? –– Oczywiście. Nie płacz już. –– Jestem głodna. –– Wiem kochanie. Masz tu trochę mięska. Tylko dobrze pogryźć. –– A co to jest? –– Jedzonko. –– Nie smakuje mi. –– Mnie też nie. Ale musimy coś jeść. Tatuś przyniesie więcej. –– Bo nas kocha? –– Tak. –– Dał mi wczoraj niebieską wstążeczkę. Powiedział, że spadła z nieba? –– Jest śliczna. Taka jak ty. –– Mamusiu. Tak cię kocham. ~ Uciekają co sił w nogach. Już wiedzą, co z tym kolorem. Doganiają ich. Na szczęście wiewióry nie biegną za szybko. Jakby zyskały coś, tracąc coś. Uciekinierzy słyszą ten sam szelest, ocieranych futer o ściany budynków, a czasami dziwny zgrzyt, gdy jakaś bestia zahacza kłem o ścianę, żłobiąc głęboka bruzdę. –– Cholera szybciej –– z całych sił wrzeszczy do nich z krawędzi dachu. –– Dwie macie po lewej a jedną z prawej –– wskazuje rękami jak tylko umie. –– Są tuż za wami. Niedługo odgryzą wasze dupy. Co tak wolno. No nie… dziewczyno… nie wracaj po wianek… to w tej chwili nie istotne… a tobie co dolega…. nie biegnij z nią… o w mordę. –– Kochanie… one cię gryzą… mnie też… po co ten wianek pierdolony plotłem… mogłem pleść bzdury… zostawcie… ~ Z dachu widzi o wiele więcej. Znowu rzyga. Tym razem na ulicę. Słyszy mlaskanie i rozszarpywanie. Popatrują na niego z dołu. Chcą wiedzieć, że jeszcze tu jest. A niby gdzie ma iść. Są jeszcze bardziej krwiożercze. Nie biorą już na wynos. Zjadają na miejscu. Dopiero teraz dostrzega to, co nie widział z dołu. A może wtedy jeszcze tego aż tyle nie było, kiedy tu przyszli. Ludzkie szczątki widać wszędzie. Jednak w jakiś sposób ich wywlekli z piwnic. W powiewach wiatru, na urwanej rączce, widzi niebieską kokardkę. Odróżniona od tła, lśni błękitem. Nie do pomyślenia. Jest czysta. Ani śladu krwi. I dlaczego widzi tak dokładnie? Na ścianie przeciwległego budynku dostrzega cień. Wie, że stoi za nim. Czuje mokry zapach kłaków i cuchnącego trupem zwierzęcia. Podejmuje szybką decyzję. Skacze z dachu. Roztrzaskuje głowę o bruk. Strumyczek krwi zwabia wiewiórki. Nie czuje bólu, gdy rozszarpują ciało. *** Z niebieskiej wstążeczki wylatują zwierzątka. Takie małe, że aż niewidoczne. Lądują w pomarańczowych futrach. A stamtąd pełzną w głąb ciał.
-
Głosowanie Płodów
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Wiesław J.K. ↔Pytanie też, czy tak jest, że każdy robi co chce, ale i tak, zgodnie z przeznaczeniem jest. Jak w pewnym sensie, oglądanie meczu, który już był, ale nie znamy wyniku. Sądzę, że na niektóre odpowiedzi, nie ma odpowiedzi i taka jest odpowiedź. Miałem wątpliwości, czy wrzucić ostatnie zdanie, czy zostawić→niedopowiedzenie? Pozdrawiam😎 -
Czasami mam dziwne pomysły. Wersja skrócona. Swoisty paradoks tyczący aborcji–(szczególnie tej na tzw: życzenie)— polega na tym, iż pragną jej osoby–już–urodzone, którym wypatroszenie z łona– już–nie grozi–(oprócz śmierci, co każdego, prędzej czy później „wyskrobie” z życia). A zatem wyobraziłem sobie sytuację→fantastyczno hipotetyczną. Zupełnie zdrowe płody w łonie matki, którym nic a nic nie dolega, a także inne, którym coś dolega–(czasem bardzo)–mają możliwość wypowiedzenia zdania, na temat aborcji. Czy są za, czy przeciw. Sądzę, iż większość zdrowych i wesołych płodów→byłaby przeciw→nie chcąc stwarzać potencjalnej możliwości wyroku śmierci na samym sobie–(bez żadnej rozprawy i obrońcy)– już na samym starcie, będąc nieskalaną niewinnością. Czyli eliminacja→za nic! Po prostu tylko za to, że→ jesteś→ i miałaś/miałeś akurat pecha zaistnieć, akurat w takim czasie i miejscu. Aczkolwiek pozostałe płody, mogły by wyrazić zdanie odrębne, nie chcąc cierpieć przez całe życie. Oczywiście, to tylko gdybanie i domysły, gdyż po pierwsze, takie głosowanie raczej nie nastąpi, a po drugie, myśli płodów co do decyzji, w różnych sensach, motywacjach, mimo wszystko podjęciu ryzyka walki z przeciwnościami–(gdyby o nich wiedziały, że mogą takie wystąpić)– by doznać świata nawet takiego, lub aż takiego–(gdyby też wiedziały, o możliwości zaznania szczęścia)– itp.mixy→były by za pewne odmienne i nie do przewidzenia, tak jak różnorodne są charaktery i umysły ludzkie. Czyli reasumując, można ogólnie rzec, że najłatwiej krytykować, oceniać i kreować sytuacje, które nas osobiście nie dotyczą. Szczególnie w obliczu zagłady.
-
@Pies ↔Dzięki:)↔Faktycznie. Płynąłem jakby w tym sformułowaniu, pisząc tekst:) Pozdrawiam:)
-
Jesienny Kot
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Leszczym ↔Dzięki:)↔Nawet gdyby z żadnym podobaniem, to i tak bym podziękował. No chyba, że by niechcący przegapił:)↔Pozdrawiam:) -
@MIROSŁAW C. ↔Dzięki:)↔Przyznam, iż nie pomyślałem w ten sposób. Lecz cenię→"dziwne skojarzenia":)↔Pozdrawiam:)
-
proszę nie spopielaj rzemyków u sandałów niezwiązanych wierzę w słowa zanurzone w strumieniu płyną do skrzyżowania rzek obok srebrnych rybek w nieustannym zapętleniu w oddali szkarłatny świt trzykrotnie migocze może ocali horyzont możliwości przecież kiedyś dziecko śniło o chlebie
-
tak nie napinaj weny poeto przecież umiesz pisać co nieco jak będziesz na siłę za bardzo to ręczę ci nie warto fanów spłoszysz zasmucisz zamiast wiersza co innego wydusisz
-
Jesienny Kot
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz ↔Gdy z dużymi dziurami, kocur durszlak weźmie, to każdy makaron przeleci przez nie:)))) -
Komedia i Dramat
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@poezja.tanczy ↔Dzięki za zwyczajowe nawiązujące wersy:)↔No tak. Przy takiej Grotesce, życie piękniejsze:)↔Pozdrawiam:) -
Jesienny Kot
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz ↔Dzięki za tradycyjne nawiązanie wierszowane:)↔Ano właśnie. Z tym kocurem, skaranie takie i owakie. Za często przyczajony przed durszlakiem:)↔Pozdrawiam:) -
Szeptane dźwięki skrzypiec, malują kryształki ciszy delikatnym brzmieniem. Te, nieco zirytowane z racji przynależnej tożsamości, nie pragną tego typu farby. Lecz gdy mdławy szelest, przeistacza je w muzykę suchych liści, pragną powtórki początku tekstu. Jednak tym razem, to jesienny kot, w fluidowym kubraczku, o barwie złotej poletni wychodzi z równoległej strony. Przeciąga wibrysami po strunach. Otula cząstki niesłyszalności, wabiąco złudnym walcem: nad piękną modrą dziurką. Stąpa leciutko, pewny swego. Miękkim pożądaniem, wgniata tęsknotę w spełnienie. Przyczajony czeka. Kusi lepkością nut. Spełnieniem marzeń, w ogrodzie koncertowych smaczków. Pyszna zabawa. Ostatnie echo szarości. Kocia muzyka, rdzawą czerwienią, zdobi finał symfonii.
-
Zawisłam na krawędzi smutku, drugą ręką ściskając spopieloną radość. Szybuje na twarz w podmuchach zapomnianych emocji, wzruszeń i przepłakanych chwil. Jeszcze tak niedawno znaczyły ślady na wyblakłych marzeniach, by w strzępkach czasu, niezupełnie jeszcze spopielonych, przemycać kryształki zastraszonych, lecz żywych, wirujących sensów. Nie pamiętam kiedy przyszłam na świat. Za pewne przed pytaniami o wszystko, gdy jeszcze odpowiedzi, zarówno te oczekiwane jak i te niechciane, nie były mi znane. Przyszły później, zakłóciły błogi spokój rozkrzyczanej kołyski. Widziałam wtedy bezkształty i cienie, a nawet światło w oddali, które dla mnie zostało na horyzoncie. Nigdy na tyle blisko, by mogło ogrzać swoim ciepłem. Zawsze pozostawało daleko, chociaż tyle razy próbowałam je dogonić. Nieustannie odpychało i niszczyło, by w końcu zranić złudzeniem szczęścia, prawdziwej tęsknoty i jeszcze bardziej bolesnych zwątpień. Nie wiem co widzę pode mną, ale wiem, że wzrok od tego ucieka. Czasami w szaleństwo zapatrzone w dno, podtrzymujące trupa zgniłej trampoliny. Innym razem na czarodziejskim dywanie źrenicy, pragnące odlecieć, poszybować jak najwyżej poza cierpienie i przesadny zachwyt, który niekiedy faluje tak bardzo, że nie można wiedzieć, czy na szczycie odnajdzie ścieżkę powrotu, którą morze zatapia, by unicestwić własne istnienie. Chwile mijały bardzo szybko, szybciej ode mnie. Zawsze zostawałam w tyle, a poranione stopy bolały bardziej niż ból. Nie mogłam od niego uciec. Biegł razem ze mną, a ja widziałam jego zadowoloną twarz, pełną potępienia i pogardy dla moich słabości, które rzucały ziarno na jakże żyzną glebę. Jednak osłabioną i poniewieraną przez innych i samą siebie. Byłam owadem w przezroczystej zjeżdżalni, gdzie ścianki tak gładkie jak moje posrane życie. Proste i równomierne. Wciąż w dół, a jeśli w górę, to tylko po to, żeby płakać, widząc przez szybę, ile to cukierków zjedli inni, a ja mogłam jedynie wędrować do tyłu. W końcu tak szybko, że wszystko co pragnęłam, było niezrozumiałymi smugami. Może i lepiej. Mniej tęskniłam, cierpiałam i mniej miałam wiary we własne fantomy sił. Powiadają, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. To prawda. Nigdy tam nie byłam. Jedyną namiastką szczęścia był fakt, iż nie miałam czego utracić, by później tęsknić. Smutek coraz bardziej dotkliwy. Jestem dla niego coraz większym ciężarem. Niedługo nawet on mnie zdradzi. Tak samo jak inne odczucia i ludzie. Jestem mu wdzięczna, za okazaną siłę, wyrozumiałość i cierpliwość. Mogłam chociaż odrobinę odnaleźć siebie, by wiedzieć z kim przestanę zamartwiać umysł o: wczoraj, dziś i jutro. Przepraszam. Wprowadziłam was w błąd. O jutro nie muszę się martwić.
-
Komedia i Dramat
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz ↔Dzięki:)↔Gdy przeczytałem Twoją kontynuację, to pomyślałem do siebie, czemuś durniu na to nie wpadał:))↔Bardzo kreatywne:)↔Pozdrawiam:)) -
kiedyś dramat trza to przyznać zakochany był w komedii dramatycznym słowem wyznał chciałby miłość z tobą dzielić proza życia i poezja połączyła parę węzłem zaiskrzyło owszem nieraz lecz współżycie było niezłe chichotała często wielce wszak komedią przecież była dramat trochę tak półgębkiem ale czasem więcej chyba gdy coś mężuś niczym mumia rzekł ponuro jak karawan potrafiła żona wskórać gest co uśmiech zapowiadał ~ wspólnie żyją bo tym bardziej jest poważnie albo śmiesznie gdyż maleństwo mają ładne rezolutną cud groteskę
-
Jam smutek ocielił...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@jan_komułzykant ↔Dzięki:)↔Odwzajemniam:))↔Pozdrawiam:)) -
Sens Wierzby
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Adaś Marek ↔Dzięki:)↔No taki miałem zamiar. Ale nie zawsze, wyjdzie jak chcę:)↔Pozdrawiam:) *** @Hiala ↔Dzięki:)↔Skoro tak twierdzisz, to nie zaprzeczam:)↔Pozdrawiam:) *** @MIROSŁAW C. ↔Dzięki:)↔Na pewno mają, owe coś w sobie:)↔Pozdrawiam:) *** @Jacek_Suchowicz ↔Dzięki za wiersz:)↔Ano właśnie. Wypośrodkowanie ważne:)→Pozdrawiam:) -
Tam Słoneczko Świeci Jasno
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@befana_di_campi ↔Dzięki:)↔Aż muszę kupić, coś słodkiego:)↔Pozdrawiam:) *** @Manek ↔Dzięki:)↔Nawet bardziej pasuje→koły-sen-ka↔Pozdrawiam:) *** @Kwiatuszek ↔Dzięki:)↔Ano czasami tak mam. Lubię układać melodyjki:)↔Pozdrawiam:) -
Drabble Dostrzegam rozległą połać śniegu. Pomimo, iż drogę przygniata wilgotna, zimna mgła i mógłbym maczetą wycinać, kawałki mlecznej gęstości, to jednak widzę pobrudzone obszary. Bardzo zaschnięte i znajome. Mam wrażenie, że chłonie mnie tafla drapieżnej wody. Słyszę przytłumiony szept: „Dzień dobry, potworku. Masz je wdeptać w ziemię i już do nich nie wracać” Mgła opada. Zostały tylko bezślady. Nienaruszone, ominięte części. Trochę nieśmiałe, lśnią w słońcu, jakby niepewne, czy przetrwają w moim rozchwianym towarzystwie. Wzmocnią umysł innym spojrzeniem, a może nawet wyzwolą. W końcu chodziłem po omacku, nie bardzo wiedząc, gdzie stawiam kroki. Znowu coś jest nie tak. Widocznie mętnieje przezroczystość...
-
1
-
wierzbo płacząca na skraju łąki podłużne łezki ronisz zielone może niebawem sens twoich pragnień ujrzy co los twój zgotował tobie tam gdzieś w oddali smukłe topole ożywczy strumień wsiąka do ziemi dalej horyzont a nad nim słońce obojętnością tarczę czerwieni tak obce jemu to zatroskanie że aż natura zmienna kapryśna piorun uderza zostaje z ciebie spalona ziemia gorące zgliszcza przychodzi człowiek zimny zmarznięty i jakby usiadł blisko ogniska nie zamarzł przeżył lecz ty spłonęłaś straciłaś życie on wiele zyskał lecz dusza drzewa w ciszy szybuje ocalić mogła sens w niej zagościł los zdecydował żeby w jej wnętrzu zakwitła łąka kwiatów radości teraz w tym miejscu droga przebiega gdzie samochody szybko jadące a trochę z dala gdzieś na uboczu samotny pomnik wierzby płaczącej
-
Jam smutek ocielił, gdyż lato umarło a jesień zniżyła kulkę złotawą. Czy teraz facjatę cieszyć wciąż warto… Nie narzekaj, nie narzekaj, spozieraj wokół, czas ucieka!
-
Tam Słoneczko Świeci Jasno
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Tekst do własnej melodyjki ✨ przestań płakać minął dzień ten niedobry przecież wiem przytul misia smutny też lecz pamiętaj o tym że tam słoneczko świeci jasno ocali cię w nocy gwiazdką śpij spokojnie uwierz mi że o wszystkim można śnić śliczny uśmiech tuli sen kogo widzisz któż to wie jednorożec nawet on choć pluszowy wierzy w to że słoneczko świeci jasno ocali cię w nocy gwiazdką śpij spokojnie uwierz mi tam o wszystkim można śnić ✨ -
Zbudziła go ta sama natrętna myśl. Ostra jak sztylet. Skończ ze sobą. Po co masz cierpieć. Znikną wszystkie problemy. Podąża w kierunku torów kolejowych. Nieśmiałe światło gwiazd oświeca drogę. Chociaż nie tylko. W kałuży widać Księżyc. Obraz zmącony nogą człowieka, drga i faluje, by po chwili powrócić do stanu pierwotnego. Nagle słyszy jakiś nieokreślony szelest. Usilnie spogląda w tamtą stronę. Ma wrażenie, że coś tam widzi. Niedużego i szarego. Już wie co to jest. Po prawej stronie, kawałek drogi przed sobą, dostrzega małego zajączka zaplątanego w cierniowe gałązki. Podchodzi do zlęknionego biedactwa. Uwalnia. Wdzięczne zwierzątko, pospiesznie ucieka w delikatnej poświacie srebrnej tarczy. Nie wraca na ścieżkę. Idzie w tym samym kierunku, równolegle do poprzedniej. Gęsta, czarna ziemia, utrudnia marsz. Jakby szedł wewnątrz umysłu, gdzie wirują drogowskazy. *** Błyszcząca wstęga torów, coraz bliżej. Refleksy świetlne migoczą na gładkich długościach. Zapraszają. Lecz on ich nie widzi. Czarne niskie krzaki zagradzają drogę. Przechodzi przez nie. Przez gąszcz skołatanych myśli. Chciałby zawrócić, zresetować, zacząć wszystko od nowa. Nie wystarcza sił. Brnie dalej ku swemu przeznaczeniu. Czeka na torach. Śmierć wibruje cichutko pod stopami. Jeszcze niewidoczna, ale pewna. Nawet gdyby zmienił decyzję, paraliżujący strach gęsty i lepki, zmusza do zostania. Nie pozwala na jakikolwiek ruch. Coś w rodzaju klatki z psychicznych prętów. Chłodny, mroczny wiatr owiewa stojącą postać, upodabniając do sytuacji, którą sam wybrał. Ciemność gęstnieje. Wokół i w nim. Nie wie dokładnie, w którym miejscu stoi. Na poboczach dostrzega więcej ciemnych krzaków. Skąd ich nagle tyle? Czarne, szeleszczące zjawy. Ma wrażenie, że są coraz bliżej. Idą w jego kierunku, by wyszarpać z gardła ostatni oddech, czarnymi gałązkami. Nie taki wybrał sposób. Spostrzega w oddali dwa świecące punkty. Niczym dwa rozbłyski na srebrnej kosie. Często rozmyślał, że jak już, to chciałby zginąć rozjechany przez parową lokomotywę. Teraz ma okazję. Prawie odczuwa radość ze spełnionego marzenia. Myśli są szalone i pokręcone, pełnie supełków, których nie potrafił rozwiązać. Wyczuwa dziwne drgania. Pociąg coraz bliżej. Białe światła, błyszczą niczym przyćmione słońca. Dopiero teraz odczuwa lęk w całej pełni ciemnej strony księżyca. Serce wali jak oszalałe. A on nie może uciec, przyklejony nie tylko do drewnianej belki, ale także do decyzji, którą dzisiaj podjął. Żelazna bestia o świecących ślepiach, za chwilę rozszarpie ciało. Mokre od krwi szczątki, zostaną przeżute w żelaznych trzewiach, przerobione na mielonkę. Zimny pot ścieka na twarz. Obraz zdeformowany przez wilgoć, paradoksalnie jeszcze bardziej wyostrza sytuacje. Zdejmuje czapkę, wyciera twarz. Czapka spada na tory. Nie podnosi. Część jego, pragnie znowu uciec. Przecież brakuje tak niewiele. W jedną albo w drugą stronę. Niestety, lęk zabetonował nogi. Stoi i czeka na śmierć, która za chwilę boleśnie przytuli, by po chwili zabić. Dostrzega obłoki pary za gęstym blaskiem, rażącym oczy. Oczy, które jeszcze przez krótki czas, zachowają w sobie przeróżne obrazy, z poplątanego życia. Słyszy przeraźliwe dudnienie w głowie. Cały umysł, zarówno ten dobry jak i zły, wrzeszczy z przerażenia, chcą wydostać ego spod kopuły czaszki. Czuje drgania zwiastujące koniec. Dwa podłużne sztylety, błyszczą złowieszczo. Dźwigają na grzbietach ciemnego potwora, wytyczając drogę do niezbadanej tajemnicy. Nie chce na to patrzeć. Pada na kolana, zasłaniając rękami twarz. Niczym w ostatniej modlitwie. *** Nie może w to uwierzyć. Jakim cudem? Przecież był tak blisko. Powinien nie żyć. A jednak żyje. Ma dziwne drgawki. Jakby napięcie ciała, teraz go opuściło. Nie chce dłużej sterczeć w tym miejscu. Schodzi z torowiska. Czuje, że za chwilę zemdleje. Pada na trawę. Zasypia w dziwnym odrętwieniu. *** Sen mija o brzasku dnia, a on odczuwa przeraźliwy chłód. Powietrze jest krystalicznie czyste. Wstaje. Spogląda na tory. Widzi żółtą czapkę. Dopiero teraz dostrzega, że stał kawałek za rozwidleniem torów. Dlatego pociąg go oszczędził. Skręcił kawałek przed nim. Dostał jeszcze jedną szansę. *** Mały zajączek przebiega obok. Odprowadza zwierzątko wzrokiem i coś sobie przypomina. Chociaż nie bardzo pamięta, co. Mimo tego szepce cicho: dziękuję. -.. . -.- .- --- ... -.. --- -. -.. ..
-
2
-
W szklanym naczyniu nijaki cymbał. Zgrzyta. Piszczy. Czasem kupę uwali, by tożsamość zachować. Poza krawędź nie spada. Nie tłucze ścianek. Ðźwięk rozmazany ku sobie. Do znudzenia ślimaka. Totalnych odgłosów żadnych. Jedynie wspominać można to: Gdzie w nas zniknęło owe brzdąkanie, w którym prawdziwie o coś szło.