Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 810
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. z muzyki łąki uplećmy ciszę w warkocz co dzisiaj serca oplata tylko w milczeniu warto usłyszeć sens naszych pragnień chcianych choć trudnych łez i uśmiechów w przeróżnych kwiatach ≈•≈ choć papierowe są też marzenia i płoną szybko tam gdzieś w oddali a zapach dymu zdławił pozmieniał można próbować skazę kryształu zapachem świtu co lśni ocalić
  2. No cóż. Teraz po latach, kiedy na spokojnie wspominam te pamiętne wydarzenie i w jaki sposób wyszłam z tego cało, to aż trudno uwierzyć, że taki niby nic nie znaczący incydent, zdecydował o tym, że gdy spadłam na dno, potrafiłam wrócić do krawędzi przepaści, podźwignąć ciężar i wyjść na płaskowyż. A co najbardziej istotne, na solidniejszych wartościach, bardziej wzmocniona i pełna wiary we własne siły, które często omijałam szerokim łukiem. Rozumiem, że nie wszystko w życiu idzie jak po maśle. A jeśli nawet, to prawdopodobieństwo poślizgów i upadków, może być – chociaż nie musi – nader częste i cholernie dołujące. W moim życiu jakoś musiało. Pocieszało mnie to, że inni też nie mają łatwo i lekko, tylko gorzej i trudniej, a niektórzy są jeszcze bardziej potrzaskani i zapętleni, ode mnie, co dawało pewną dozę satysfakcji. Paradoksalnie, szczęście innych, także potrafiło podbudować i dać cholernie dużo frajdy. Szczególnie w sytuacjach, kiedy na swój – niestety pokrętny sposób – próbowałam pomagać i kreować szczęśliwe chwile, innym. Przeważnie z odwrotnym skutkiem, niż oczekiwany. Co mnie często zniechęcało, do dalszych tego typu działań. Tak czy inaczej, zapominałam wtedy chociaż na chwilę, o własnych problemach, zapakowanych w blizny. Wypalały niekiedy mózg, ze wszelkich pozytywów. Mimo wszystko, dziękowałam opatrzności, że tak naprawdę, jeszcze nie jestem na straconej pozycji. Nie dusiłam w sobie pretensji do całego świata i zawiści, że są inni, którym wszystko gra. Chociaż… czy ja wiem? Bywały przecież wyjątki, kiedy było zupełnie odwrotnie i ponownie musiałam kupować „obiekty codziennego użytku”, doszczętnie przeze mnie rozbite, spotęgowaną frustracją, zniechęceniem i zwykłą ludzką słabością. Bywało też, że spoglądałam przez okno i błogosławiłam świat, środkowym palcem.
  3. jeżeli w kółko powtarzać trzeba to z towarem coś nie tak można domniemać uważam chętnie że ich nie cierpię jednakowoż uściślę rozumiem biznes to biznes
  4. ciszą nie zgaśnie w muzyce płomień szeptanych pytań pojętym brzmieniem kiedy zwyczajnie dziecko odpowie sensem trzykrotki tajemnic śpiewem gdy trel skowronka zaśnie w obłoku śniąc o piosence co świt rozśpiewa na łące pełnej kwitnących splotów wianków zdobionych kolorem nieba zatańczą kwiaty na łódkach z wiatru poza horyzont gdzie czas przeminie rytmów nie zmyli wiele upadków zakwitać będą wciąż chciane chwile
  5. Błękitne niebo, rozmywa poświatę księżyca do szarego świtu. Sprzężone pożegnalnym poplątaniem, szumią nawzajem gałęziowe pieśni. Pragną pozostać jak najdłużej w takim przytuleniu, na ile to jeszcze możliwe. Bliski wartki strumień, szemrze krystalicznie czystą wodą drzewne wspomnienia, o rozśpiewanych ptakach, ciepłym wietrze i corocznych kwitnieniach. Odpływają na zawsze, by już nigdy nie powrócić. Chore drzewo, o słojach wypełnionych przeszłością lat, skrzypi cierpieniem sęków, w prawie suchych konarach. Połamane w wielu miejscach, przytłacza brązowymi piszczelami wszelkie rozmyślania o przyszłości, teraz takiej zbędnej w krainie wszechobecnej przyrody. Wygląd skulonego szkieletu, cuchnącego na wierzchołku, lecz daleko od nieba, sprawia przygnębiające wrażenie. Szyderczy maszt żaglówki, która już nigdzie nie popłynie, gdyż jezioro dawno wyschło. Kora w wielu miejscach odpadła, niczym ciało od gnijących zwłok, odsłaniając puste miejsca oczodołów pnia. Z nieba lecą maleńkie gwiazdki niczym malutkie wróżki. Drzewna schizofrenia czy faktycznie są? Nie wiadomo. Świecą jasno, lecz co chwila jedna gaśnie. To schorowane, przygnębione nieuchronnym końcem, ogarnie dziwna, złota mgła. Widzi siebie, jako małą sadzonkę. Swoje dorastanie, mimo przeciwności losu. Liście, które na przemian, pojawiają się i znikają, na tle błękitnego nieba i ciemnych, burzowych chmur. Niedaleko stoi huśtawka. Miarowe kołysanie w porywach wiatru, jest dla tych dwóch drzew: radosne i smutne zarazem. Radosne, gdyż przypomina wahadło zegara, które jeszcze wspólny czas odmierza. Smutne, bo wiedzą, że ruch huśtawki dla jednego z nich, ustanie niebawem na zawsze i czy nawet najsilniejszy wiatr będzie ją wstanie rozhuśtać? Ptaki szybują wysoko. Wskazują coś skrzydłami. Zdrowe, kieruje gałęzie w tamtą stronę. Zabija zepsutą nostalgię. Może nie wszystko stracone. Pozostaną jeszcze razem. Chociaż kilka dni. Bo każdy taki cenny. Widzi, że coś się zbliża. Niby w wesołych, jasnych szatach. Wygląda obiecująco. Jest coraz bliżej. Konary w niektórych miejscach z lekka zielenieją barwą nadziei, która ostatkiem sił, nasącza chore drzewo, zaplątane teraz jeszcze bardziej. A zatem trwają we wzajemnym przytuleniu. Cieszy każda chwila, bo każda może być ostatnią. Czekają na nieuchronne rozdzielenie, lecz nie chcą w to uwierzyć. Prawie puste wnętrze, nie ma już w sobie dużo życia. Nawet korniki się wyprowadziły. Tylko obecność drugiego drzewa, dodaje otuchy tak wielkiej, że siłą woli jeszcze jakoś stoi. Łączyła ich do tej pory nierozerwalna nić. Niczym długa cienka gałązka. Teraz słaba i wątła, w każdym mgnieniu czasu, może nie wytrzymać naporu finalnego przeznaczenia. Zaczyna pękać w bezsilności. Prawie że słyszą złowieszcze, ciche trzaski. W końcu nie wytrzymuje nacisku czegoś, na które drzewa, wpływu żadnego nie mają. W strumieniu gaśnie wiele wspomnień. Płynie tylko woda. A nawet gdyby tam były, to dla nich niedostrzegalne. Ruch huśtawki ustaje zupełnie. Bezruch, mówi sam za siebie. Kropka nad i. Na umierającym drzewie gasną gwiazdki. Tylko jedna jeszcze słabo świeci. Swoim szeptanym, bezsilnym blaskiem, trzyma się życia. Lecz i ją pożera ciemność. W ogniskach zostaje sam popiół. Zdrowe już wie, że widziana z daleka nadzieja, tak naprawdę jest zwiastunem śmierci. Chore drzewo oparte o zdrowe, zaplątane we wspomnienia tak silnie, że prawie stanowią jeden drzewny organizm, chłonie w siebie złowieszcze dźwięki. Po chwili obydwa drzewa zostają na siłę rozdzielone. Sypie się drzewna kora. Ostatnie, wspólne żywiczne łzy. Stalowe zęby wgryzają się w martwe już teraz drewno. Żółtawe wiórki drewnianej krwi tryskają na boki. Przestało być potrzebne. Nawet desek z takiego trupa, zrobić nie można. No chyba, że jako budulec, do taniej trumny. Jedyna pociecha, że huśtawka zaczyna lekko drgać. To wiatr rozwiewa opowieść w wielu możliwych kierunkach.
  6. nie wszystko co piszę ma jakiś sens czasami o sensie wiatr wie lub nie
  7. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Przyznać muszę, iż Twoje komentarze są takie↔intrygująco rezolutne. Jak zwał tak zwał🙂:)↔Nawet inspiracja znalazła miejsce, w związku z tandetą :) Możliwe, że kiedyś za żywota jeszcze, napiszę wiersz↔ Tandetozaurus→ jak mi palma na urlopie odbije. Ta druga, od lewej🌴:)↔Pozdrawiam😉:) *** @corival ↔Dzięki:)↔No cóż↔Dla jednych chybiony, dla innych mniej. Człek w ogóle bywa chybiony. Jak to w życiu czasem jest. "dotyczy sprawy raczej niezbyt wesołej"→hmm... można i tak rzec w pewnym sensie. Pozdrawiam:)
  8. 𝓢𝓪𝓶𝓸𝓽𝓷𝓲𝓮 ś𝔀𝓲𝓮𝓬𝓲𝓼𝔃 𝓷𝓪 𝓶𝓮𝓳 𝓰𝓻𝔃ą𝓭𝓬𝓮 jutrzenko pięcioramienna ty moja tyś droga mi wielce ile razy na ciebie spojrzę to pyta me serce kto cię dał pragnę codziennie spod moich powiek widzieć ciebie tekstu ozdobie ~~~~~~~~~ samotnie świecisz na mej grządce kropelką świtu z bieli cichutko tuli cię wzrokiem na strony łące z poezji w biedę płynący łódką radość dajesz o brzasku szarym początek dzionka erupcje weny wierzę w płodności umysłu stany gdy w literatce razem płyniemy bestia sztormu wierzgać zaczyna za chwilę nitka żywota pęknie na falach się wierci byt anonima targane ciało toni szaleństwem mnie wyrzuciło na plażę daleko nie sięga rękami gwiazdy tonący inne by pomóc nie wiszą nad rzeką życie w głębiny się z niego sączy pyta się rybka swojej mamusi co to za ciało nad głową pływa może cię córko to nieco zasmuci był anonim i ano... nima.
  9. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Odetchnąłem z ulgą🤨gdyż warto zauważyć, iż słoń, jest symbolem dużej szczęśliwości. A zatem gdy zmiażdży stopę nawet, to owa, szczęśliwą być musi. Fakt. Lepiej oddychać płucami, niż potem i potem mieć problem. Też pozdrawiam🤨:) *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Ano właśnie. Jak rzekłeś. Czasami jesteśmy wierszem, któremu brakuje→właściwego rymu:)↔Pozdrawiam🤨:)
  10. odetchnął z ulgą potem gdy kamień spadł mu z serca z pożegnalnym łoskotem tyle tylko że zmiażdżył bliźniego stopę
  11. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Ano sptosiło. Słusznie prawisz w sugestii swojej😅 W ogóle nie rozumiem, jak tak można😳↔"to nie komentuję"→ rozumiem zatem, iż to nie komentarz, jeno→wyrób kometażowopodobny↔ale i tak swoje racje ma, w kwestiach miłości i podjadania. Pozdrawiam z kradzioną→🍀;) *** @Falkone ↔Dzięki:)↔Jak najbardziej zbawienna. Lecz chciana i oczekiwana. Aczkolwiek sądzę, iż cisza doskonała→nie istnieje:)↔Pozdrawiam:)
  12. rozcięta miłość ostrzem skalpela wycieka dobro śladem zranionym brudzi zwierciadło pęknięte teraz na drucie kolczastym truchło przebaczenia czerwienią rdzę przystroi kwiatom barwy zabiera splugawiony śpiew skowronka niechcianą ciszą nasącza
  13. @Jacek_Suchowicz ↔Dzięki:)↔Też za ciekawe nawiązanie zwersowane. Jak kawałek piosenki:) Pozdrawiam:)
  14. @Adaś Marek ↔Dzięki:)↔Otóż właśnie. Na gruncie nadziei:)↔Pozdrawiam:) *** @Łukasz Jasiński ↔Dzięki:)↔Parafraza przysłowia:)↔Pozdrawiam:)
  15. Jest musztardą po obiedzie, to rzecz pewna. Lecz przed kolacją, jednak!
  16. Pan Krasnal wychodzi z grzyba na siku, lecz nie zamyka wejścia. Dlatego dobiegają do niego słowa żony i szarpią z uszy: –– A drzwi to zamknąć nie łaska. Znowu nam robaków nawłazi. –– E tam. Przestań marudzić. Przecież tłuste robaki hodujemy w ogrodzeniu z żołędzi. Czyżbyś zapomniała. –– To ty przestań podjadać ściany naszego muchomora i mów do mnie po ludzku. –– Po ludzku. Nigdy w życiu! –– A dzisiaj w nocy, drapieżny ślimak podgryzał nam kapelusz dachowy. Wyraźnie słyszałam jak warczał i wciągał strzępki blaszek. Ale oczywiście, co to ciebie obchodzi. Tyś otumaniony dnie i noce. –– Mogłaś wyjrzeć przez lufcik i go przestraszyć. –– Wyjrzałam. Zaraz paskud czmychnął. Przecież na ciebie liczyć nie mogłam. –– Dobre sobie. I kto tu jest otumaniony. Wiesz co. Lepiej zrobię robakobicie. Przyrządzę smakowity, chrupiący posiłek, z posypką chitynową. Po zjedzeniu, zaraz przestaniesz odlatywać. –– Chciałbyś, co? A najchętniej byś mnie związał ostrą trawą i wyrzucił na pożarcie myszojeża. –– Żebyś stanęła mu w gardle i narzekała w przełyku. –– Ej kochanie zagadany. Uważaj. Krasnojad za tobą. –– ... –– No nic. Fajnie, że mnie stwór nie zauważył, a ślimak nie pożarł liściotestamentu, co go na kapeluszu pod białą plamką schowała.
  17. @Dagmara Gądek ↔Dzięki za rezolutne rozważania tyczące "kwiatków" 🍀 Przesłanie tu jest też😉:) E tam... lubię czasami dziwnie pisać, więc nic dziwnego, że po mojemu. Takie wariacje słowne, nie pasujące do siebie nawzajem, mogą paradoksalnie, urozmaicić teks Kamień może także wyostrzyć kosie zmysły Pozdrowianki😉:)
  18. Na przydrożnym kamieniu, który spadł z serca, siedzi Sumienie. Kulturalnie zaczepia osoby: –– Ej człowieku. Jeżeli jestem twoje, to nie bądź ostatnim chamem i kładź mnie z powrotem w tożsamość. Nogi mi ścierpły. Reakcje są zazwyczaj podobne. — Nie jesteś moim sumieniem, boś brudas. Pewnego razu, biedne siedzące, z przebiegłą łezką w oku, wpada na pomysł. W pobliskim strumieniu, jeszcze krystalicznie czystym, zmywa z siebie wspomnianą wyżej insynuację. Po krótkim czasie kamień pustoszeje. Sumienie zostaje rozszarpane na kawałki, z odgłosami zachłannego darcia, niczym szata, którą wielu chciało przyoblec, dla spokojności myśli. *** Czasami wieczorem, nieopodal wspomnianego miejsca, można usłyszeć, jakby… niepewne pluskanie.
  19. @Dagmara Gądek ↔Dzięki za "pozdrówki😳 miłe" →które ozdobiłem wypożyczoną emotką:) No ale te→ niechciane, biedne, nagminne przymiotniki, nie są aż takie nachalne, ponad znaczenie łez↔Też Pozdrawiam miło😳 *** @poezja.tanczy ↔Dzięki:)↔Także za jak zwykle "zamyślone wersy" Niby w nich "nutka sprzeczności"→ale z drugiej strony→"wszytko wynika ze wszystkiego" w większym lub mniejszym stopniu::)↔Pozdrawiam
  20. ubrana w błękitną sukienkę i niechciane łzy ciepły wiatr właśnie je osusza między pytaniem a niebem papierowe ślady dawno rozmoczył deszcz strugami zadanych ran najtrudniejszych tych na skośnej za gładkiej powierzchni wewnątrz prezent zawinięty w szeleszczącą szarość z lekka prześwituje złudnym lśnieniem poprzez smukłe postrzępione wąwozy wystające odłamki skał są niebezpiecznie blisko może zdołamy uciec ścieżką pomiędzy palcami by nie poranić dłoni futryną i drzwiami zrozumieć uchylone wejście w szybującym chaosie kurzu smudze zamglonego horyzontu tam jeszcze ostatnie świetliki kwadratury koła jeżeli on nie zauważy chichot losu co nas śni
  21. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔A zatem miło mi, iż w jakimś, chociaż skromnym zakresie, wyzwoliłem sentymentalne wspomnienia. Z tymi przejściami do cywilizacji, to różnie bywa:)) Pozdrawiam😅)!!:)
  22. @Wiesław J.K. ↔Dzięki:)↔Czasami zaczynam coś pisać, nie mając planu, co będzie dalej. Wymyślam na bieżąco. Tu jakoś musiałem zakończyć, by bez końca nie strugać głupot:)) Pozdrawiam:))
  23. Chyba tekst powtórkowy? To prawda. Trudno ukryć ów fakt. Jestem tępym ołówkiem. Niezaprzeczalnie. Spłaszczona, grafitowa główka, ledwo wystaje poza dolne obrzeże drewnianego stożka. Mam z tego powodu lekko przechlapane. Ostatnio na ten przykład, trysnęło atramentem. Niby omyłkowo, lecz akurat w moim kierunku. Coś na kształt zeppelina z anoreksją, nasikało na ledwo widoczny czubek. Durne wieczne pióro. Wyobraża sobie, że będzie wiecznie drapać biel. Nawet poza horyzont piórnika, a zaś biurka. Właściwie nie mam pretensji. Spojrzało, oszacowało i podjęło prześmiewczą decyzję, zgodną z stanem faktycznym, dosadnie widzianym. Dziwy mnie nie biorą, że akurat taką. Wyglądam jak wyglądam. A czym zdecydowało? Jak zwykle. Rozdziawioną stalówką z sarkastycznym błyskiem, na chropowatej gładkości. Jest jeszcze linijka. Ta cały czas linkuje, o koślawej dziurce, pustej w środku. Wychwala swój otworek na okrągło. Nie rozumiem, jak można popadać w zachwyt, z powodu czegoś, co do mierzenia, nie jest w ogóle potrzebne. Mam jeszcze wesoło na smutno z niekształtną gumką. Z nią to wszyscy mają. Wciąż narzeka i upierdliwie maże. Także siebie lub co popadnie, gdyż rysować nie mogę, a coś musi. Cyrkiel omija szerokim łukiem. No właśnie. Cyrkiel ciągle rozwarty, jakby chuć w kącie dyndała pomiędzy. Rysuje w kółko, kółka. Naiwnie wierzy, że w końcu kwadrat mu wyjdzie. Akurat. Ale co mi tam. Nie będę robił sieroty i odbierał matkę głupich. Jemu to rysika wystarczy na długo. Kiedyś jak spał po kolejnym kółeczku, chciałem wyszarpnąć szczupły walec, z metalowego zgryzu ryjka, a resztkę swojego wypluć i w pustą dziurkę włożyć jego, ale mnie dziabnął przez sen nieśpiącym ochroniarzem, to znaczy: szpikulcem, w ściankę podłużnego sześcianu. No i temperówka. Miałem z nią najwięcej wspólnego. Do dziś. Teraz coś ją napadło i stoi wciąż na sztorc. Dlatego jestem taki tępy. Udostępnić dziurki nie chce. Wiem, kiedyś postąpiłem jak ostatni… no powiedzmy, przedostatni cham i naskarżyłem na nią piórnikowi. Powiedziałem, że ona po to jest, żeby mógł w nią wejść. Że to taka jej tożsamość. A on nawet nie raczył odpowiedzieć, tylko mnie walnął drewnianym bokiem, aż odskoczyłem na ostrze cyrkla. Teraz mnie szpecą dwie widoczne bliznoślady. A zestrugać nie ma czym. Dzisiaj usłyszałem głos Wielkiego Rysownika. To znaczy nie bezpośrednio. Mówił do nich, a oni powtarzali. Tacy byli przejęci. "Możecie temu zaradzić. Marudźcie, a będzie wam dane. To wyjdzie ogółowi na dobre." Więcej nie zrozumiałem, bo doznałem wizji. Ciekawe, czy proroczej? *** Wszyscy na mnie dziwnie patrzą. Otaczają z możliwych stron. Cyrkiel, linijka, gumka, nawet piórnik coraz bliżej. Mam złe przeczucie… o cholera… nie takie złe. Słyszę wielkie bum! To temperówka leży poziomo i zaprasza wywaloną zachętą. Aż mi grafit wewnątrz pęcznieje, robiąc podłużne pęknięcia, na drewnianym płaszczyku. Łapią mnie za długość i wtykają czubek, w powabną, stożkową otchłań, gdzie już czeka pieszczotliwe ostrze. Po chwili wiruję jak wariat. Balsam doznań wszelakich. A oni jeszcze pomagają kręcić. Drewniane obrzeże rysika jest zdejmowane do tyłu, a ten wychodzi na zewnątrz. Sztywny, goły i szary. Odsłonięty doszczętnie. Ale najważniejsze, że nie pęka. Schodzą ze mnie cienkie, kręcone wstążeczki. Muskają, pieszczą, skrzypią, aż w końcu… jestem ostry na końcu i zostaję wyciągnięty. Niestety. Nie jest mi dane odpocząć. Łapią mnie i coś mną piszą, na łanie białej kartki. Niby to moje przeznaczenie, ale nie mogli to piórem lub drugą osobowością cyrkla? Widocznie Wielki Rysownik, dał im takie wytyczne. O cholera. Jak fajnie. Znowu jestem w temperówce. Widocznie stępili czub. Ponownie wyciągają na zewnątrz. Piszą na kolejnej kartce. I znowu to samo. Wewnątrz. Na zewnątrz. I tak na przemian. No nie. Co za dużo, to nie grafitowo. Ledwo zipię. Już mnie prawie nie ma. Króciutki jestem. Ostatkiem sił – bo wreszcie mam czas – czytam, co tam za prośby mną nabazgrali, na wielkiej ilości kartek: "O Wielki Rysowniku. Okaż nam łaskę. Zrób coś z naszym ołówkiem. Nie chcemy mieć tępego, tylko zaostrzonego. Obiecałeś, że wtedy wszystko ulegnie poprawie. Nawet wspólne waśnie, takie czy inne. Zatem spraw, żeby zawsze miał ostry czubek." Hmm – myślę sobie – chyba coś poszło nie tak… zresztą nieważne. Nie mój problem. Może to i lepiej. Jestem co prawda kupą drewnianych ścinek z grafitową posypką, ale na pewno nie… tępym ołówkiem.
  24. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Burza jak burza. Jedna z błyskawicami, druga tylko grzmi:) Pozdrawiam:) *** @befana_di_campi ↔Dzięki:)↔Fiku miku. Też bywa:)↔Pozdrawiam:)
  25. @Dagmara Gądek ↔Dzięki:)↔Przyznać, aczkolwiek subiektywnie muszę – iż Twój komentarz, jest ciekawszy od mojego wiersza, zarówno od strony wrażliwości skojarzeniowej, jaki i normalnej, życiowej. Naprawdę, miło było przeczytać:)↔Pozdrawiam😉↔A gdzie koniczynka 4? *** @Jacek_Suchowicz ↔Dzięki za ciekawe nawiązanie wierszowane. Może nie aż taka parodia, co jak w życiu bywa. Cieszy poezja, aż nagle masz ci los... przyziemna proza, którą "trzeba zaakceptować":)↔Pozdrawiam:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...