Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. Jestem Zuzia. Moja lalka, to też: Zuzia. Obydwie jesteśmy: Zuzie. Tak ją nazwałam, na swoją cześć. Chyba tak jakoś to się mówi. Wieeem, że to głupie. Dwa takie same imiona. Ale tak zdecydowałam i już. To znaczy wtedy, kiedy byłam jeszcze mała. Teraz jestem trochę duża i tak sobie pomyślałam, że wam opowiem o tamtych zdarzenich. Rodzina sto razy ją słyszała, oczywiście dalsza, która nie brała w tym udziału, ale wy chyba jeszcze nie? No nie… bo jeszcze wam nie opowiedziałam. Mam obecnie więcej lat i chcę wierzyć, że jestem rozsądną dziewczynką. Pani psycholog kiedyś mamusi naszeptała: pani dziecko jest niekonwencjonalne. Nie wiem do tego czasu, co to znaczy, ale wtedy podsłuchałam przez dziurkę od klucza i to mi się strasznie spodobało. Mój tatuś zawsze powtarza: mam tyle lat, ile obecnie potrzebuje. Mamusia tak nie mówi. Zawsze ma za dużo. No ale się rozgadałam nie na temat. Przecież miałam wam opowiedzieć historie, którą bardzo boleśnie przeżyłam… o właśnie: boleśnie. A wszystko miało związek z moją lalką. Chyba nie muszę jej przedstawiać z imienia. Będę gadać jak trochę bardziej dorosła, ale jakby to się działo wtedy. Cierpliwi może mnie łaskawie wysłuchają do końca, a niecierpliwi, jak ich coś napadnie. Oj przepraszam. Mamusia mnie często upominała, że czasami wyrażam się niestosownie, do zaistniałej sytuacji. To było wtedy dla mnie za mądre. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. I nadal nie wiem. Ojejku, znowu pytluje głupoty. No dobra, zaczynam. Mam około sześciu lat. Leżę w łóżeczku. Mój pokoik jest bardzo przytulny i kolorowy. Szczególnie w dzień, kiedy świeci słoneczko. Gorzej w nocy, kiedy jest ciemno. Nie cierpię ciemności. Mam wrażenie, że jakieś włochate szczerniałe łapy, wywleką mnie za chwilę z mojej kryjówki. Często jestem zakryta zupełnie, żeby nie widzieć, co się wokół dzieje. Za dużo światła też nie lubię, bo za dużo dostrzegam. Tak właśnie jest teraz. Wcale mnie nie widać. Tylko moje kontury pod kołderką. Coś mnie budzi, tylko nie wiem co. Boję się wyjrzeć spod mojej ochrony. Tutaj jest bezpiecznie. Mam nadzieję, że tak. Jednak szmery się nasilają. Nie wiem biedna, co mam robić. Odgłosy dochodzą od strony okna. Jest to jedyne miejsce w pokoju, jako tako oświetlone, migającym neonem. Stoi przy nim mały tapczanik, a na nim cała kupa różnych pluszaków i moja ukochana lalka. Mogłabym zaświecić nocną lampkę, ale się boję wystawić rączki. A niech mnie coś ugryzie, albo chociaż złapie jakaś zimna ręka kościotrupa. Jestem małą dziewczynką, ale z dużą wyobraźnią. Czasami żałuje, że mam ją w sobie. Są chwilę, że chciałabym to z siebie wyrzucić i podeptać na drobny mak. Na przykład teraz, kiedy jestem cała spocona ze strachu. Ale chyba będę musiała zerknąć. Może to nic takiego. Niepotrzebnie się boję. Postanawiam, że chociaż trochę głowę wychylę, by zobaczyć, co tak szura. Nie wierzę własnym oczom. Zuzia wdrapuje się po innych pluszakach, w kierunku okna. Po drodze wyłupała swoją nóżką, misiowe oko. Na pewno nie chciała. Misiu jest przez to wnerwiony. Groźnie na nią mruczy. Coraz głośniej. Na dodatek gałąź uderza o szybę. Jedno i drugie jest przerażające. Przynajmniej dla mnie. Nadal leżę i patrzę. Lalka chce wyraźnie uciec z pokoju. Jakby się czegoś bała. Mała szmaciana biedronka, ma rozdarty brzuszek, twardymi paluszkami Zuzi. Nie zrobiła tego złośliwie. Po prostu strasznie się boi. Włazi po wszystkich pluszakach coraz wyżej. Szybciej i szybciej. Niektóre zaczynają na nią wrzeszczeć. Drewnianemu pajacykowi odpada głowa. Zuzia przed chwilą na niej stała i złamała mu kark. Wreszcie jest na oknie. Zaczyna szarpać klamkę. Pluszaki na dole, grożą jej wszystkim, co się da. Robi się wielki rozgardiasz. Nie może otworzyć okna. Ma za słabe rączki. Odwraca głowę. Patrzy na mnie. Twarz ma całą we krwi. Musiała się podrapać drewnianymi zabawkami. Nie wiem co mam robić. Nadal jest mi strasznie. Powinnam być przy niej. Pogłaskać, przytulić, uspokoić. Znika i znów się pojawia, gdy neon akurat zaświeci. No nic, myślę sobie, muszę jednak do niej podejść, chociaż mam większego stracha, od niej. Nawet zapalam nocną lampkę. Podchodzę do okna. Włażę na kanapkę, uważając, by nie nadepnąć żadnego zwierzątka. Cały czas męczy klamkę. Co chwila na mnie do tyłu spogląda, jakby prosiła, że jej pomóc otworzyć. Przecież nie mogę ją wypuścić. Mieszkamy co prawda na parterze, ale dla niej to bardzo wysoko. Nie przeżyje upadku. Podejmuję decyzję. Po prostu ją przytulę i pogłaskam. Uspokoi się na pewno. Delikatnie łapię ją od tyłu. Takiego pisku i wrzasku, w całym swoim życiu nie słyszałam. Wyrywa się okropnie. Wije na wszystkie strony, jakbym trzymała węża, a nie lalkę. W pierwszym odruchu, rzucam ją na podłogę. Trochę mnie wnerwiła swoim zachowaniem. Za chwilę bardzo żałuję swojej decyzji. Jak tak mogłam. Chcę ją podnieść, lecz ona wczołguję się pod szafkę. Stoję na czworakach, zaglądam w ciemną czeluść, prosząc żeby wyszła. Jest przyciśnięta do ściany. Raczej to wyczuwam, niż widzę. Wkładam rękę, by ją wyjąć. Gryzie mnie boleśnie. Mam całą rączkę we krwi. Na dodatek zaczyna mówić. To dla mnie zupełna nowość. Nigdy tego nie robiła. Odzywa się do mnie: – Przeczuwam, że coś złego mi się przytrafi. Ten potwór jest w tym pokoju. Mam wrażenie, że chodzi pod podłogą. – Spokojnie Zuzia. Wyluzuj. Pod podłogą nie ma żadnego potwora. – Ale coś się wydarzy. Zobaczysz. Ratuj mnie. Już dzisiaj w nocy, ktoś chciał mnie złapać, rozerwać na strzępy… ale zdążyłam uciec pod szafkę. – Widziałaś kto to był? No powiedz! – Nie widziałam. Było ciemno, a ja bardzo przerażona. – Na pewno się tobie to wszystko przyśniło. Ja też mam straszne sny. Wiem, jak to jest. – Kochana Zuziu, to nie był sen… – Sen, mówię ci. Zobaczysz, że dzisiaj w nocy będzie spokój. A nawet gdyby, to pluszaki cię obronią. Trochę ich poturbowałaś, ale wiedzą, że nie naumyślnie, tylko ze strachu. – Mówisz serio? Pomogą mi? Nie muszę się bać? – Dzisiaj w nocy będziesz spać spokojnie. Obiecuję. Niestety. Rano, budzę się, otwieram oczy i od razu czuję, że coś jest nie tak. Pluszaki są porozwalane, po różnych kątach… ale chociaż całe i nie zniszczone. Natomiast lalka, moja ukochana Zuzia, jest… w kawałkach. Raczki, nóżki, wszystko osobno. Nawet oczy leżą obok, patrząc na mnie, jakby z wyrzutem. Na dodatek brzuszek jest rozpruty i kępki włosów z oderwanej głowy, powyrywane. Stoję jak słup soli i głośno płaczę. Jeszcze nigdy tak nie ryczałam. Kto mógł zrobić taką straszną rzecz, mojej ukochanej lalce, którą tak umiłowałam. Kto był taki wstrętny i niegodziwy. Jak go dorwę, to na śmierć zatłukę! Wgniotę w podłogę, jak robaka. Zuzia mi świadkiem! Zapłakana idę do moich rodziców. Nic nie słyszeli. Widocznie mocno spali. Mówię im, że ktoś zabił Zuzię. Nie tylko zabił, porozrywał na kawałki. Mamusia mówi do mnie: – Jak to porozrywał? Co ty Zuzia mówisz? Przecież wiesz, jakie masz różne sny... – Nic mi się nie śniło, naprawdę. Idź i zobacz jak ona wygląda. – Ależ słonko – odzywa się tatuś – Niby kto miałby ją porozrywać. No pomyśl dziecko. – Nie wierzycie mi! Tak? Jesteście wstrętni. Nienawidzę was! Biegnę do swojego pokoju. Prawie nie widzę przez łzy. Lalka nadal leży tak jak leżała. W kawałkach. A może to mój brat? Dlaczego o tym nie pomyślałam? Tylko po co miałby to robić. Ma twardy sen. Jak wstanie, to go zapytam. Wnerwiłam go czymś i się zemścił. Nie , to niemożliwe. Jest za leniwy. Albo w nocy ktoś wszedł przez okno. I nic nie ukradł, tylko popsuł lalkę? Wchodzą rodzice. Widzą Zuzię. To znaczy jedną całą, a drugą porozrywaną. Teraz mi wierzą. Mają takie miny, jakby ich zatkało. Przez chwilę nic nie mówią. Odzywa się tatuś: – Czy okno było w nocy zamknięte? – Tak… to znaczy, Zuzia nie mogła wyjść...to raczej tak... chyba – Ty nie mogłaś...aha… rozumiem. – Spałaś całą noc? - pyta mamusia. – Oczywiście. Cała zakryta. Sami wiecie. Tylko tak mogę spać. – Mam pomysł – odzywa się nagle tatuś – Włączymy kamerę, by filmowała całą noc. Zostawimy włączoną nocną lampkę. Rano obejrzymy, co się nagrało. – A ja teraz, pozeszywam twoją lalkę. Będzie jak nowo narodzona. – Dziękuję, mamusiu. Na drugi dzień, oglądamy co się nagrało. Przez długi czas, nic się nie dzieje. Tatuś przewija trochę do przodu. Ciągle to samo. Nagle coś zauważamy. Jakiś ruch. Nie! To niemożliwe! Coś się wybrzusza w moim łóżeczku. Jestem przerażona. Z kim ja spałam. Zuzia miała racje z tym potworem. Był pod podłogą. Rodzice też mają nie tęgie miny. Patrzą i nic nie mówią. Kołderka wyraźnie faluje. Za chwilę, coś się ukaże. Tylko co? Boję się patrzeć. Zamykam oczy. Słyszę, że rodzice coś mówią. Są zdenerwowani. Bardzo. Widocznie już widzą, co to za obleśny, paskudny stwór. Ja jeszcze nie. Mam oczy zasłonięte ręką. Ale przecież muszę spojrzeć. Rozchylam palce, przed jednym okiem. Nie wierzę, w to co widzę. To ja rozrywam swoją lalkę. Moją ukochaną Zuzię. Za chwilę będzie znowu w kawałkach. Rodzice mnie przytulają, głaszczą po głowie, nie wiedzą co powiedzieć. A ja znowu ryczę, ile sił w płucach. To nie może być prawdą. Dlaczego ją zabijam? Czy we mnie siedzi jakiś potwór, co rozrywa dzieciom lalki, tylko o nim nie wiem? Siedzimy jakiś czas w milczeniu. Bo o czym tu mówić w takiej sytuacji. Wchodzi zaspany brat, nieświadom niczego. Rodzice mówią mu o wszystkim, bo wiedzą, że i tak bym mu wszystko wypaplała. Mam już taką naturę. Jeszcze jedno kiedyś podsłuchałam: pani córka...jest... jakby to powiedzieć...trochę nadpobudliwa. Do dzisiaj nie wiem, co to dokładnie znaczy. Ale samo słowo, mi się spodobało. Fajowo brzmi. Nagle odzywa się mój brat. Gdyby wtedy tego nie przypomniał, to nie wiem co by było. Lalkę by mi odebrano i tyle. – Pamiętasz, jak malowałaś ten bardzo ważny dla ciebie obrazek? – Pewnie, że pamiętam. Bardzo się starałam, żeby był najpiękniejszy. Chciałam go podarować, mojej najlepszej przyjaciółce… no wiesz...tej co mieszka… – Wiem gdzie mieszka. Ale przypomnij sobie, co się wtedy stało? – Nie wyszedł taki jak trzeba. Musiałam go wywalić. – Dlaczego? – Bo coś na niego z półki spadło. – Przypomnij sobie, co? – Naprawdę nie pamiętam. – Nie pamiętasz, czy nie chcesz pamiętać – zapytała mamusia – … – Zuzia jest poplamiona farbkami, tak? - zapytał tatuś – No tak… – A skąd na niej te plamy? Bo… – Tak...no wiem…teraz wiem… spadła z półki na obrazek i go zniszczyła. Rozmazała wszystko. A tyle się namęczyłam. Byłam naprawdę wściekła. Rzuciłam nią o ścianę… nie...to dlatego...jestem potworem… – Nie jesteś żadnym potworem. Ale w tobie to zostało. Podświadoma chęć zemsty… – Co to jest: podświadoma chęć zemsty? – Nie ważne. Dlatego w nocy... – Teraz wiem...dlaczego – To chyba wiesz, co musisz zrobić, żeby Zuzi więcej nie zabić? – Raczej...nie wiem. Ale nie chcę więcej jej psuć. Mamo, napraw ją. Zrobisz to? – Oczywiście. Nic się nie martw. – Ale miałam coś zrobić, żeby to się więcej nie powtórzyło. – Córeczko. To nic takiego, ale zarazem bardzo, ale to bardzo ważnego. – Powiedz mi wreszcie, co!? – Przebacz Zuzi, całym swoim sercem.
  2. @Sylwester_Lasota→Dzięki Wielkie za obszerny komet:) Postanowiłem odnieść się poetycko :)) to taka proza gdzie rymów mało zatem chaosu pasuje całość skomplikowane rozterki panny dlatego chaos pasuje każdy czasami pisze jak dziwny człowiek gdy siedzę w ramce mam klaustrofobię Chociaż chyba nie zawsze powtarzalne średniówki dają rytm. Może lepiej na słuch, w tego typu wierszach. Pozdrawiam:)
  3. Nie wiem czy to jest Haiku. Stąd pytajnik w tytule. (#>^<#) interpretacja jednoznaczna wyrywa serce haiku (#>^<#) zazdrosna zebra szachownicę popsuła swoim widokiem (#>^<#) muzyko moja ciszą wygnałaś klucze zgubiłaś nuty (#>^<#) trumienko twarda rozkładany foteliku puste bambosze (#>^<#) powabny piernik połamaniem regułek stomatologia (#>^<#) zgilotynował wszelakie potworności pusty koszyczek (#>^<#) fajka pokoju wypaliła zasłonce znowu kuchenkę (#>^<#) kwiatek donica woda leci rurami moje pragnienie (#>^<#) myślenie wielkie zapora naruszona brzytwa topielca (#>^<#) pisownia kręta burzy wiśniowe sady Japonia nadal (#>^<#) płaczesz kochanie sucha biała chusteczka zabiłaś smutek (#>^<#) namalowałaś smakiem jabłek wilgotnych pusty koszyczek (#>^<#) biedronka mokra czerwona parasolka dziurawe kropki (#>^<#) pocałowałem mroźne spojrzenie twoje urwałem język (#>^<#) przytul cierpienie zapomnianej miłości muzyką duszy (#>^<#) wiara nastawia zwichniętą drogę życia przepędza wyciąg (#>^<#) zawitał nagle czaszka pełna rozumu dekiel nie równy (#>^<#) miodowy piernik polukrowanym ludziom kwaśną słodyczą (#>^<#) mroczna komnata nienarodzone dziecię bombeczki rzuca (#>^<#) pełno kolorów łańcuchy krępujące zielone światło (#>^<#) kolędy grane świąteczne kupowanie pusta stajenka (#>^<#) zostaniesz śladem drogi twojej miłości pamiętaj wrócę (#>^<#) lustro jeziora migotliwie przytula czerwoną nitkę (#>^<#)
  4. @zuzia Dzięki Zuzia. Lubię imię→Zuzia. To ładne kwiaty. I ładny tytuł wierszowi Dałaś. Pozdrawiam:)
  5. stoję na polu stęskniona samotna aż nagle o zgrozo piękna widzę cud urody młodego młodzieńca bajecznie bogaty mądry i zdrowy a zatem choć jestem zwiewna i płocha to aż wrzasnęłam czas się zakochać pod niebem skowronek pieśń sfałszował i musiał biedak powtarzać od nowa w całej pełni widzę to lico postawę słuszną aczkolwiek szczupłą jam rezolutna myślę trudno wtem co to jest ich więcej a nawet tłumy całe przegapiłam ważną sprawę mogę wybierać bardzo chętnie chociaż łobuzy takie cienkie kołyszą ciałami anioły smętne gdyby tak jeden skrzydło wetknął pod mą sukienkę poczuł uda miękkie namiętnością spocone gładkie jedwabne popieścił żwawo czule dokładnie pogmerał co jeszcze skrywam nie tylko słowa a on jak górnik zacząłby wyjmować a potem tam i z powrotem i jeszcze... ze zgrozą wrzeszczę jakimi myślami ja spowita jam porządna cud dziewica nie będę w szczerym polu jak pszczółki się bzykać skowronek już teraz spadł na pole fałszuje wnerwiony ja… a to jeszcze nie koniec co za łachudry stoją tak cienkie dopiero teraz spozieram niechętnie a co tam wybieram jednego słusznego wzrostu najgrubszego lecz on jak palant stoi waha się deczko a szkoda mógłby chociaż wyznać słowa tyś piękna tyś moja bez ciebie umrę tu i teraz inaczej mnie weźmie jasna cholera (no nie chwilkę ty byś wolał jednak blondynkę?) a zaś pierścionek z brylantem dodać razem być na dobre i złe lub jeno na dobre tak chcę chcieć * wtem słyszę miłości szumiące głosy no nie ja pierdzielę mam tego dosyć cóż biedna widzę płacząca zgroza to tylko szeleszczą kłosy zboża --------------------------------- nie chciałam was martwić już sam całus normalną panienkę zrobiłby ze mnie chociaż pomału a tak hmm... znowu do luny zacznę wyć prędko wilkołaczką będę ponętną samotna jestem i nie przeczę że ładniejsze biegają po świecie różnie mówią o mnie wynika z tego że przed przemianą wyglądam podobnie jak któryś mnie zechce to deczko się zdziwię lecz będę wiedziała dla prezentu czyli dla mnie wewnętrznej z miłości prawdziwej =========== och tak też go pokocham drapieżnie cudownie bo co jak co lecz jego serce będzie dobre
  6. Autostop Jadę autostopem. Pytam kierowcy: – Tak z ciekawości… co tam pan wiezie z tyłu… w tych skrzynkach? – Granaty – odpowiada. – Rozumiem – kiwam głową. Jedziemy, rozmawiamy, widoczki migają wesoło… nagle widzę, że kawałek wcześniej miałem wysiąść. Zdenerwowany przerywam wątek w połowie i grzecznie pytam: – Może mnie pan wysadzić na poboczu? – Oczywiście, proszę pana. Krzywo patrzę Płytka chodnikowa jest jedną z wielu. Nikt jej nie zauważa. Myśli sobie: trochę krzywo poleżę, może ktoś nóżką o mnie zahaczy i moje życie nabierze sensu. Chodnikiem idzie mężczyzna. Płytka jak prorok przewidziała co nastąpi. Poleciał na kobietę. Razem upadli. Tak się poznali. Została jego żoną. A płytka oklapła ucieszona. Kamień Mały ptaszek usiadł na kamieniu. Nagle słyszy głos: – Ptaszku, jeżeli mnie podniesiesz, będziesz żył długo i choroby nie zaznasz. – Nie kpij ze mnie. Jesteś duży i ciężki. – A skąd wiesz? Próbowałeś mnie udźwignąć? – Nie. – To uwierz i spróbuj. Ptaszek zacisnął pazurki na kamieniu ze styropianu i razem z nim poszybował. Dobry uczynek Łabędź ląduje na brzegu jeziora. Widzi, że jakiś ptak kołysze się na wodzie. Podpływa do niego. Mała kaczuszka jest chora. Holuje ją na brzeg. Może zdoła ją uratować. Obok ląduje orzeł. Jest wycieńczony. Mówi do łabędzia: – Musiałeś widzieć, że ledwo lecę. Przygotowałeś dla mnie obiad. Uratowałeś mi życie. Bardzo dziękuję. Warkoczyki Wrzucono moją psychikę do srebrnej czeluści. Ogromna wirująca istota o skośnych ściankach, razem z przerażającym echem, niesie moje miażdżone ego, ku wielu świecącym punktom widocznym na horyzoncie. Słyszę przytłumiony dźwięk. Jakby zardzewiały wiatrak, skrzypiał mój koniec. Stalowe ostrza szatkują moje myśli. Przez małe otworki, wylatuje gęsta wiązka warkoczyków: różnego mnie. Motyl Mała dziewczynka biega po łące. Uwielbia motyle. Dają tyle roześmianej radości. Sukienka w kwiatki, jeszcze bardziej je przyciąga. Biegnie ucieszona do domu. – Mamusiu, spójrz! Złapałam jednego! Cudowny! – Kochasz go? – Tak. – To go wypuść. – Ale on jest mój! Bardzo bliski mojemu sercu! * Dziecko! Znowu muszę spierać plamę z twojej sukienki. Nagroda Stoimy przed niewielkim budynkiem. Mówi do mnie: – Jeżeli z pokoju na piętrze, wyrzucisz za pół godziny ciężar który tam jest, otrzymasz ode mnie kupę kasy. Wiesz, że dotrzymuje słowa. Pomyślałem: może jak wyrzucę wcześniej, to mnie pochwali i dostanę więcej. Nie pochwalił. Ciężar zleciał na niego. Poszedłem siedzieć bez nagrody. Żabka Zlękniona żabka stoi na poboczu autostrady. Błaga w myślach Boginię Żab, żeby jej pomogła. Prośba zostaje wysłuchana. Obok niej ląduje bocian. – Nie martw się. Zabiorę ciebie na drugą stronę. – Ale ty mnie zjesz. Jesteś bocianem. – Nie zjem. – Przysięgasz? – Przysięgam. Bocian wziął żabkę i zaniósł do gniazda. Dzieci miały obiad. Pszczółka Jadę rowerem. Pszczółka wpada mi do przełyku i tam go dziabie. Mam trudności z oddychaniem. Przystaję i dzwonię po pogotowie. Uzyskuję połączenie. Ledwo mówię. Trochę niewyraźnie podaje namiary i dodaję: duszę się. Ostatnie słowa które słyszę przed śmiercią, brzmią: – Co pan wyprawia! Proszę się nie dusić! Łapy precz od szyi! Niedźwiadek Jestem małym niedźwiadkiem. Zabito mi mamę. Szukam innej mając nadzieję, że mnie przyjmie jak własne dziecko. Widzę swoje wybawienie. Biegnę do niej z ufnością. Może mnie przytuli okazując miłość. Zadaje pytanie: – Będziesz moją mamą? Niedźwiedzica patrzy na mnie zamyślona i mówi: – Nie jestem twoją mamą. Nakarmię tobą moje głodne dzieci. Marzenie Miał jedno marzenie: zdobyć szczyt wielkiej góry. Wspinał się z całych sił. Klapki na oczach zasłaniały wszystko, oprócz widocznego wierzchołka. Nie myślał o czasie który przemijał. W końcu stanął na szczycie. Lecz jego radość była połowiczna. Zapragnął się podzielić swoim szczęściem. Powrócił do rodzinnych stron. Odwiedził groby wszystkich swoich bliskich.
  7. ~~~~~?~~~~</////~~~~~ Przed okazałą wiekową kamienicą stoi spory tłum. Budynek nie jest zbyt piękny. Rzec by można: nawet brzydki. Co prawda nad oknami, widnieją płaskorzeźby przedstawiające płynące statki, ale i tak nie poprawiają swoim kunsztem, z lekka kąśliwego wyglądu frontowych ścian. Zresztą mało kto je dostrzega. Wszystkie twarze, wpatrzone są w czarno-białe ogłoszenie, wiszące na głównych drzwiach wejściowych. Zebrani zdają sobie sprawę, że w podziemiach budynku jest tak zwana: Okrągła Biblioteka. Zapomniana już nieco. Tym bardziej, że budynek stoi od dawna opustoszały. Ale to nie jest aż takie istotne. Wzrok przyciąga dopisek, widniejący pod głównym tytułem. – Mów kochanie. Masz? Taka jestem podniecona. – Spoko. U mnie jak w banku. Załatwiłem dwa bilety. Trudno było zdobyć. Jedynie pięćdziesiąt wejściówek. – Tylko tyle? – Tak zdecydował Szalony Art. – Szalony… co? Kto to jest? – Nie wiem. Coś mi się obiło o uszy. Podziemną Bibliotekę, miesiąc temu, przerobiono na duże przytulne kino. Wszelkimi pracami kierował: dziwny osobnik. Przywieziono wiele różnego sprzętu, no i oczywiście zrolowany ekran, jak zwinięte role. Zamieszanie trwało jakiś czas, a później wszystko ucichło. Aż do dzisiaj. Kiedy ma się rozpocząć inauguracyjny seans. Wejdą nieliczni. Z uwagi na prostą zasadę: kto pierwszy temu z tyłu ludzi nie brakuje. Litery są duże i wyraźne. Aż można w nich utonąć wzrokiem. Tytuł filmu, nie wzbudza wielkiego zainteresowania. Nie można się dziwić. „Statek Widmo” to zbyt… oklepane. Natomiast dopisek pod nim, przyciąga jak magnes. Pomieszczenie jest rzeczywiście okrągłe. Nawet półki są łukowate. Lecz samych książek zostało niewiele. Dziwić może fakt, że jest ich dokładnie: pięćdziesiąt. Ni mniej ni więcej. Stoją na półkach, wyginając swoje grzbiety w kierunku centralnego punktu.. Tylko w jednym miejscu nie ma półek. Za to jest duży biały ekran. A naprzeciwko, po drugiej stronie sali, stoi starodawny projektor. Jeszcze cichy i wyłączony. Jakby czuwał w przytłumionym świetle, wyobrażając sobie, co się za chwilę wydarzy i jaką rolę w tym odegra. Dopisek pod głównym tytułem jest odręczny, napisany pokraczną czcionką. Przyciąga wzrok swoją dziwną treścią: „Tylko pamiętaj drogi człowieku. Obejrzenia seansu możesz nie przeżyć, jeżeli się nie pospieszysz” Wielu się zaczyna zastanawiać, o co chodzi z tym:”nie pospieszysz” Nie ma żadnych wyjaśnień. Nawet żadnego obrazka. Zwykła kartka wydarta z dużego zeszytu, postrzępiona na bokach. Ale z drugiej strony, takie słowa działają jak magnes. Ludzi zjada ciekawość, jak pan drukarz czekoladowe czcionki. Do środka zaczyna wchodzić pięćdziesięciu wybrańców. Robią wielki bałagan przed drzwiami. Mieszają się z tymi bez biletów, których i tak nikt nie sprawdza. A zatem każdy, nawet bez papierka, ma nadzieję, że może jakoś wejdzie. Nic z tego. Jakby ich coś powstrzymywało. Mogą jedynie ponad głowami wchodzących, dojrzeć w przytłumionym żółtawym świetle: zarysy sali, srebrzysty projektor, kawałek ekranu oraz poczuć przyjemne ciepło. Po chwili drzwi zostają zatrzaśnięte. Nikt nie zauważa, przez kogo. Ludzie stoją wewnątrz i zaczynają się niepokoić. Nie ma żadnych krzeseł. To też dziwne. Nagle światło z lekka przygasa i słychać cichy trzask. Po chwili brzęczenie, jakby fruwał metalowy trzmiel. Włączył się projektor. Biała smuga światła, z okruszkami snującego się kurzu, tworzy na ekranie biało-czarny obraz wzburzonego morza. Wszyscy patrzą jak urzeczeni. Jest coś w tym widoku przyciągającego. Sytuacja ulega zmianie bardzo szybko. Na horyzoncie pojawia się statek. Trudno określić jego wygląd. Jest coraz większy. Widać więcej szczegółów. Ale film jest niemy. – Mamo! Z ekranu cieknie woda! – Dziecko! Co ty gadasz za głupoty. Niepokój wzrasta. Nagły, niespodziewany ryk fal i odgłosy ogromnego statku, wprowadzają w osłupienie wszystkich zebranych. Z ekranu, w kierunku widzów, płynie coraz więcej wody. Słychać szum i bulgotanie. Po chwili ludzie brodzą w brudnych odmętach. Rozbijają projektor, ale to nic nie daje. Obraz nie znika. – Cholera jasna! Jest rzeczywiście słona! – Uciekajmy stąd. Coś jest nie tak! – Nie można. Drzwi zamknięte. Przednia część statku, ociekająca wodą, z przeraźliwym zgrzytem wysuwa się poza ekran. Niektórzy odruchowo, są już przylepieni do tylnej ściany. Powstaje wielki chaos. Każdy chce uciekać, ale nie ma gdzie. Jedni krzyczą, drudzy płaczą a jeszcze inni złorzeczą na samych siebie, że byli tacy głupi. Nagle wszystko z lekka przycicha. Słychać wyraźne donośne słowa: – Proszę o spokój. Mówi do was Szalony Artysta. Dla przyjaciół: Szalony Art. To ja przygotowałem to wszystko. Jesteście wybrańcami. Czy widzicie te pięćdziesiąt książek. Chcę usłyszeć odpowiedź. Jedna czwarta statku jest już poza ekranem. Zgromadzeni chodzą po pas w wodzie. – Widzimy książki – ktoś krzyczy niewyraźnie. – Bardzo mnie to cieszy. A teraz posłuchajcie uważnie: są idealnie takie same w sensie długości tekstu. Daje wam na przeczytanie równą: godzinę. Będę wiedział, czy czytacie każdą linijkę. Nie oszukacie mnie. – A jeżeli ktoś nie zdąży przeczytać w godzinę? – To utonie, lub zostanie zmiażdżony przez statek. – Panie, co pan wyprawia! Proszę nas wypuścić. – Albo też rozczłonkowany przez śrubę! Dźwięki powracają, ze wzmożoną siłą. Rozgardiasz wśród zgromadzonych jest coraz większy. Osiąga apogeum. Statek ciągle wysuwa się z ekranu. Część wody spływa na salę, a część ucieka do tyłu, jakby to cholerstwo pruło fale. – Gotowi! Start! Ludzie biegną po książki. A właściwie brodzą w wodzie. Wielu nie może dosięgnąć, bo jest za wysoko. Wyrywają jedni drugim. Dużo wypada z rąk. Ale o dziwo, wyciągnięte są suche. Po jakimś czasie wszyscy czytają, co jakiś czas spoglądając na ekran. Jakoś się udało. Każdy ma swoją. Sprawca całego zamieszania, stoi na podwyższeniu. Nawet nie drgnie. Obserwuje jak widzowie wypełniają swoje zadanie. – Mamo! Ja nie umiem jeszcze czytać. – Wiem kochanie. Czytam za ciebie. Dwa razy tę samą linijkę. Szum wody jest coraz głośniejszy. Statek trochę zmniejsza swoje rozmiary i z wielkim łoskotem wypływa na salę. Ludzie rozbiegają się po wszystkich kątach. Wchodzą na wszelkie możliwe podwyższenia. Nie ma ich za dużo. Spychają jedni drugich. Ale jednocześnie, wciąż muszą czytać. Nie mogą opuścić ani jednej linijki. Coś im mówi, że warto wierzyć jego słowom. Statek pływa między nimi, niczym czarne widmo. Nie jest duży, ale ma z tyłu kręcącą się śrubę. Jest bardzo groźna. Zebrani muszą czytać a zarazem omijać wirującą śmierć. Obserwator stoi na drabince zwisającej ze sufitu. Patrzy na wszystko z góry. Widzi pływający statek i popłoch wśród ludzi. Muszą robić kilka rzeczy naraz: czytać, myśleć i się bać. Zebrani mają nagle wrażenie, że jest ich więcej. Nie wiadomo skąd przybyli następni. Też czytają, ale nie mają takiego szczęścia. Są rozrywani przez wirującą śrubę, lub miażdżeni przez dziób statku. Woda robi się czerwona. Słychać jęki, wrzaski i odgłosy pękających kości. Pływają wszędzie ludzkie szczątki. Gałka oczna podskakuje na falach, jak okrwawiony spławik. Żywi nie chcą tego widzieć. Czytają nieprzerwanie, odpychając przeszkody. Jeszcze nic im nie grozi. Trochę czasu zostało. Są otumanieni strachem, smrodem i obrzydzeniem. Nagle słychać gong. Na szczęście, po zakończeniu czytania. * Pięćdziesięciu wybrańców stoi na środku sali. Pomieszczenie wygląda tak jak wtedy, kiedy tu weszli. Tylko książki leżą po różnych kątach. Zupełnie suche. Na podwyższeniu, przed białym ekranem stoi: On. Oczy skierowane są tylko ku niemu. Ludzie są szczęśliwi… ale zarazem w szoku i wnerwieni. Wszystko nagle zniknęło. Słyszą słowa: – Jak się zapewne domyślacie, większość zdarzeń była zbiorową halucynacją... nie tylko wzrokową. Posiadam pewne umiejętności, pozwalające wpływać na ludzkie umysły. Tak bardzo, że czasami nawet ja widzę i odczuwam to, czego jestem przyczyną. Te moje szaleństwo mnie przytłacza. Dlatego postanowiłem je wykorzystać dla dobra ludzi. Są jakieś pytania? Oczywiście. Są pytania. Nawet opinie na temat. – Dla dobra ludzi? Z czego zleciał pana umysł? Z wirującej śruby? – To my wydali kupę kasy na taki… rozpizdrzaj w naszych głowach. Masz pan równo pod ekranem? – A moja córka czytać nie umie. Wie pan co ja przeszłam. Jak pan mógł? – Jestem dalekowidzem. Ledwo co widziałem. – Czyli ta cała… woda… statek…? – Posłuchajcie. Chciałem was czegoś nauczyć. – Nauczyć? Niby czego? – Jeżeli wam powiem: czego… to próżne moje starania. To by oznaczało, żeście nic nie zrozumieli. – Czy możemy już wyjść? – Jeść mi się chce. – Żona czeka. – Oczywiście. Wystarczy otworzyć drzwi. Jesteście wolnymi ludźmi. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Cholera jasna. To pokład pieprzonego statku. – Cała pięćdziesiątka. Właśnie policzyłem. – Co my tu robimy? – Jak to co. Będziemy ludzi nauczać. Jak pieprzony Szalony Coś Tam. – Przestań się wygłupiać. Co chcesz nauczać. Mewy? Tu nikogo nie ma oprócz nas. – Wracajmy. – Widzisz jakieś drzwi? Tylko morze wokół. – Z tym statkiem coś nie tego. Jakby jedna całość. – Mamo! Spójrz! – Gdzie? – No tam. Taki dziwny zamglony horyzont. Płyniemy w tym kierunku. – Co mówi ta dziewczynka? – Skarbie… jaki dziwny? – W kształcie białego prostokąta.
  8. rozetnij mnie ostrym nożem zaś powieś dokończ na haku nadziej by włożyć na rożen dopraw papryczką do smaku przetkany zębatą rureczką by ciało nie mogło się smykać nad ogniem będę wirować w tłuszczu pysia pyk pykać gorące twe pożądanie wnętrzności ogniem rozpala skwierczę w skórce chrupiącej płaszczyk miłości mnie scala oglądam twoje powaby nadziewasz się skórkę szykujesz warzywka tkasz w każdą dziurkę za chwilę ślicznie wirujesz rozkosznie tak razem dymić podroby są nasze gorące ozdobił nas kwiatuszkami wiosenną łąką pachnące syczę tobie komplement w bąbelkach jesteś cukierkiem ty mnie za to z czułością pieścisz spieczonym żeberkiem kapie tłuszczyk oj kapie nakapie więcej niż deczko oj duli duli śmigamy jak w tańcu miła dzieweczko raptownie jestem zdziwiony stałaś się mało widoczna cholera coś mi brakuje wyciekła mi gałka oczna nagle w rozpaczy się pocisz zwęglone serduszko mi trzaska zerkłem i wiem już dlaczego odpadła mi kiełbaska zaiste to problem palący wrócimy znowu w tygodniu taniej nam dwie pieczenie usmażyć na jednym ogniu gospodarz cierpliwie obraca zadbał o wszystko faktycznie najmilej w urlopie odwiedzić gospodarstwo agroturystyczne
  9. Dekaos Dondi

    YYY

    @Gosława Dzięki:) Krótki to u mnie rzadkość:) Najpierw napadło mnie→yyy...Pozdrawiam:) Stąd biorę:→https://coolsymbol.com/emojis/emoji-for-copy-and-paste.html
  10. @Krakelura No cóż. Może i za dużo. Faktycznie:) Ale ja w ogóle, czasami dziwnie, różnie piszę. więc jest jak jest. Tak czy siak→Pozdrawiam:)
  11. Dekaos Dondi

    YYY

    ciepło? yyy nie potakuj kłamstwa yyy nic dziwnego że yyy twój język nadal przyklejony do stalowych sideł odetnij go zaniemówisz ze szczęścia
  12. @Sekret Dzięki→No faktycznie... bez końcówki, byłby bardziej tajemniczy. Aczkolwiek i tak nic nie wiemy na pewno... a zawsze trochę nadziei: ) @Krakelura Dzięki→Je też czasami się gubię. Zwłaszcza kiedy czytam... po jakimś czasie:) Uważam, że autor nie powinien tłumaczyć, co miał na myśli. Chyba, że chce:)
  13. Jestem blisko cmentarza. Wiem, że coś mi tutaj nie pasuje. Niby wszystko tak samo. Kupują kwiaty, znicze. Potrącają jeden drugiego. Ogólny rozgardiasz. Tak jak co roku – Święto Zmarłych. Parking zawalony samochodami. Policjant kieruje ruchem. Tak powinno być. Ale mnie uparcie prześladuję myśl, że coś się tutaj nie zgadza. Tylko co. No nic – myślę sobie – Moja wyobraźnia płata mi figle. Jestem przyzwyczajony do takiego stanu, więc spokojnie idę dalej. Szok miałem dopiero przeżyć. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Póki co kupuję dwa znicze i zjadam bułkę z serem. Prawdę mówiąc, trochę zgłodniałem, w czasie mojej samotnej wędrówki. Jestem blisko głównej bramy. Dużo ludzi wchodzi i wychodzi. Nic dziwnego. Tak się dzieje z takiej okazji. Mnie jednak prześladuje wrażenie, że co coś się za chwilę wydarzy. Coś, co będzie dotyczyć tylko mnie. Jak bardzo się wtedy nie pomyliłem. Przepuszczam matkę z dzieckiem na ręku, i małe dziecko z chorągiewką, biegnące z tyłu. Jakaś wewnętrzna siła nie pozwala mi przekroczyć bramy. Czuję się dziwnie. Jakbym się czegoś bał. Jakby ta brama miała mnie połknąć. Ludzie przechodzą obok mnie. Niektórzy są wnerwieni, że zagradzam im drogę. A ja stoję jak ten głupi i nie mogę się ruszyć. W końcu z ogromnym wysiłkiem, przekraczam cmentarną bramę… i nagle doznaję szoku. Stoję na pustym szarym placu. Nie ma żadnego cmentarza. Idę kawałek do przodu. Rozglądam się na boki. Do tyłu. Kolejny szok. Za wejściem wszystko wygląda normalnie. To samo, co widziałem z zewnątrz. Ludzie, szum , gwar. Cofam się kilka metrów. Cmentarz znowu jest. Razem z ludźmi, którzy po nim chodzą. Pytam się pierwszego napotkanego człowieka: – Przepraszam bardzo. Mam pytanie. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale czy cmentarz naprawdę jest? Patrzy na mnie przez chwilę { mam wrażenie, że pobłażliwie} i grzecznie odpowiada: – Owszem. – Dziękuję. Nie pytam więcej. Bo i po co. Znam odpowiedź. Zwariowałem i tyle. No tak – myślę nadal – Ale nawet wariat może być ciekawy, co się wokół dzieje. Postanowiłem, że jeszcze raz przekroczę granicę. Zapewne się okaże, że zobaczę cmentarz {tak samo jak teraz widzę} i wszystko się wyjaśni. Przechodzę przez bramę. Cholera! To samo! Nawet gorzej! Pusty – jak okiem sięgnąć - szary plac. To znaczy, nie zupełnie pusty. Bo jest coś nowego. Kilkaset metrów ode mnie, widzę Błękitną Kaplicę {tak ją wtedy w myślach nazwałem}. Stoi samotna na tym ciemnawym pustkowiu. Właściwie nie wiem, czy jest błękitna. Ale poświata wokół niej, ma niewątpliwie taki kolor. Rozmyślam intensywnie. Przynajmniej tak mi się wydaję. Może ten cmentarz istnieje. A ja po prostu nie widzę tego wszystkiego. Tych ludzi. Tych światełek. Chociaż bardzo się boję, to mnie kusi, żeby zajrzeć do kaplicy. Jeżeli da się otworzyć, rzecz jasna. Postanowiłem, że pójdę w jej kierunku, jak najbardziej chaotycznie. W prawo, w lewo i różnie. Może w końcu potknę się o jakiś grób, lub na kogoś wpadnę. Tak też czynię, jak postanowiłem. Można by rzec, że prawie biegam - to tu, to tam. I nic. Stoję przed kaplicą. Chyba wyglądam jak upiór, z tą błękitną poświatą na twarzy. Przypominam sobie, że mam w kieszeni lusterko. Nie pamiętam, dlaczego je zabrałem. Spoglądam w srebrzyste kółko. Nie widzę swojej twarzy. Jedynie niebieskawą mgłę. Nie jestem zaskoczony. Przestało mnie cokolwiek dziwić. Drzwi otwieram bez problemu. Wnętrze kaplicy jest puste – ale tak samo jak pustkowie na zewnątrz – nie zupełnie. Na środku, na małym katafalku, spoczywa niewielka trumienka. Nie ma żadnych ozdób, kwiatów, czegokolwiek. Na przeciwległej ścianie, wisi zegar bez wskazówek. Jest w miarę jasno, chociaż nie dostrzegam, żadnej lampy. Tak się boję, że prawie nie odczuwam strachu. Brzmi to nielogicznie, ale wtedy tak się właśnie czułem. Podchodzę do trumienki. Gdy już jestem całkiem blisko, wieko spada na posadzkę. Bez żadnego hałasu. W zupełnej ciszy, rozlatuje się na kawałki. Po chwili zmieniają się w błękitny pył. W trumience leży dziecko. Mały chłopczyk. Ani śladu rozkładu. Jakby sobie spało. Patrzę na jego twarz. Jest mi dziwnie znajoma. Kojarzę ze zdjęciami, które ostatnio oglądałem. Rozpoznaję to dziecko. Myślałem, że już mnie nic nie przestraszy. A jednak. Wybiegam z kaplicy. Widzę granice cmentarza. Za nią jest normalne życie. Jestem blisko bramy. * – Mamusiu. Ktoś mi potrącił chorągiewkę. – Kochanie. Zdawało się tobie. – No mówię przecież. Ty mnie nie słuchasz. Wiesz o tym? – Wiem kochanie. Przepraszam cię, słonko. * Budzę się na łóżku. W białym pokoju. Z zewnątrz dobiega straszliwy hałas. Co za ruchliwa ulica. Obok stoi facet, też ubrany na biało. Lekarz – myślę sobie – Mam rację. – Obudził się pan. Bardzo się cieszę. – Gdzie jestem? Mam nadzieję, że usłyszę ciekawą odpowiedź, ale słyszę banalną: – W szpitalu. – Co się stało? – Znaleziono pana nieprzytomnego przy bramie cmentarnej. – Na zewnątrz czy wewnątrz? Dziwię się, że tak dokładnie wszystko pamiętam. A może – nie wszystko. – Wewnątrz. – Jest tam cmentarz? – Nie rozumiem... No jest. Dlaczego miałoby nie być? – Nie ważne. Ktoś mnie widział? To znaczy – wewnątrz? – O tak. Dużo ludzi pana widziało. Szczególnie, że zachowywał się pan… można by rzec… trochę dziwnie – Dziwnie? – Prawie pan biegał po cmentarzu. Ale w taki sposób, że nie potrącił pan kogokolwiek. Ani się nie potknął o żaden grób. Jakby pan unikał bezpośredniego kontaktu. Z małym wyjątkiem. Potrącił pan chorągiewkę. – Chorągiewkę? – Tak Coś mi zaczęło świtać. Rzeczywiście biegałem po pustym polu. Ale w jaki sposób omijałem przeszkody, skoro ich nie widziałem. – A kaplica? Błękitna? Stoi? – Stoi. Ale stara i z drewna. – A biała trumienka? – Trumienka? Dać panu leki? – Nie. Dziękuję. – Panu w zasadzie nic nie jest. Fizycznie. A poza tym nie wygląda pan na groźnego faceta. Chce pan stąd wyjść? – Też pytanie. Oczywiście. – To bardzo proszę. Droga wolna. * Idę – właściwie biegnę długim korytarzem – Na końcu widzę jasny punkt. To drzwi. Zwyczajny świat. Bez żadnych chorągiewek i kaplic. Wychodzę na zewnątrz. Na całkowite pustkowie. Ciche, szare i przytłaczające. Nagle słyszę przeraźliwy pisk hamulców i potworny trzask. Ale nic nie widzę. Tak mi się jednak wydaję. Kilkadziesiąt metrów ode mnie, dostrzegam migające błękitne światełko. Wokół pustka. Nie ruszam się z miejsca. Bieganie między samochodami - a szczególnie policyjnymi - jest trochę niebezpieczne. Słyszę jedynie bicie własnego serca. Spoglądam na światełko. Przestało mrugać. Jest białe.
  14. @Konrad Koper →Dzięki:) Tak różnie piszę.→ Pozdrawiam:)
  15. w ciemnej ziemi nasiona trumien nasycone trzykrotnym kiełkowaniem lecz jeszcze nie teraz jeszcze świt nie rozwiał obrazu poza ramy prostopadłe czterokrotnie rzeźbione co nie każe zrozumieć * nieodgadnione nie zgłębiać muszę gdy kwiat w łodydze uwięził lśnieniem horyzont ocalił ślad jego zakrył poświatą jutrzenki o brzasku zbudził marność przemienił w przezroczystą ziemię * powiedz mi co tu robi ta kosa zardzewiała mniemam że od wieków nieużywana a ten płaszcz czarny ta szpiczasta czapka żółte ślepka zmatowiałe i czaszka wyblakła z miłą chęcią odpowiem jak widzisz nikt z nas nie chodzi w żałobie lecz chyba sam się domyślasz –To Śmierci ciała zgliszcza? tak człowieku! na wieki wieków amen – I niech tak zostanie.
  16. Dekaos Dondi

    Dwa w Jednym

    ? ? Układanka. Dwa w jednym. Im zdania sensowniejsze, tym trudniej. Przynajmniej dla mnie:) ----------------------------------------------------- Parówka ciepła pogięta sakiewką. Kacie łap tasak. ---------------------------------------------------- Chamidło niemałe chcą wygnać. Dłonie łechcą nać. ------------------------------------------------------------------------------- Staruszka rada / Stary czyści cholewki wazeliną. Szkarada ryczy cicho kiwa liną. ------------------------------------------------------------------------------------------ Małpa trzyma mutanta. Dziubie gniecie ćwiartuje łopatą. Patrzy mamut Tadziu / Biegnie cieć Jełop. --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Siedzi śmierdziel kasztanowy. Jeszcze musi kabanos emalią pomalować panna Dziś Elka wyje / Czemu sika nosem waćpanna?
  17. @eM_Ka →Dzięki:) Do ulubionych staroci, próbuje pisać swoje teksty. Kawałek co zacytowałeś, pasuje mi do klimatu. Tak samo jak zwierciadło... a nie np→lustro. Ale jeszcze przesłucham. Może faktycznie łamie? Nie zawsze łatwo zachować zamierzony sens → i dopasować do linii melodycznej. Pozdrawiam:)
  18. @Gosława →Dzięki→Pierwsza wersja była trochę inna.W tym serduszku, było jedno słowo. Ale nie każdy je widział.iPozdrawiam:)
  19. @Gosława →Dzięki:) No cóż... hmm... nie wiedziałem, że to taki wzruszający tekst °<(~:)
  20. na łące leżysz pośród traw wariat jesteś swoje grasz w stokrotkach błądzisz skrawkami głupich snów chcesz pobiec tam lecz ciągle jesteś tu śpiewają ślady twoich stóp nie wracaj do nas lepiej tu lecz ty szaleństwem swym czytasz księgę wspak choć kartki jej już dawno zakrył piach lecz gdy zakwitną w tobie inne nowe dni znikną ostrza zgubisz dziwne łzy pofruniesz skrzydeł swych nie będziesz musiał skryć odsłoni księżyc słońce marzeń twych na łące leżysz pośród traw obłoki tulisz jak co dnia zwierciadło tu leży na dnie chcesz twarz zobaczyć nie ma jej czy jesteś tu może jesteś tam a skąd to wiedzieć skoro nie wiesz sam lecz gdy zakwitną w tobie inne nowe dni w lustrze ty ujrzysz swoje łzy pofruniesz skrzydeł swych nie będziesz musiał skryć odsłoni księżyc słońce marzeń twych
  21. Intensywny zapach Pomarańczy smaga rezolutną Cytrynkę. Jej chropowatą skórkę rozjaśnia kwaśny uśmiech. Co prawda nie lubi gdy ktoś ją - ni z gruszki ni z pietruszki - doznaniami tłucze, jednak w tej sytuacji aż się turla z podniecenia. Krzywy Banan spogląda z boku prostując się z zazdrości. To stary zbereźnik. Ma już kilka inwazji seksualnych na sumieniu. Jeszcze z czasów młodości, kiedy to całymi kiściami polowali w rajkach na Truskawki. One to urwane z krzaczków, najpierw szypułkami rzucały w napastników, ale po jakimś czasie zaczęły się jeszcze bardziej czerwienić. Mimo że słońce prażyło niemiłochłodem, czuły się wewnątrz bardzo wilgotne. Banany turlały je między sobą, wzdłuż swoich powabnych żółtocieni. Niestety, kiedyś przywędrowały małpy i tylko on jeden zachował życie, bo wyglądał jak złowieszczy uśmiech czarnoziemu o pożółkłych zębach. Zielony Groszek nie reagował na te kolorowe przepychanki, zwierzęco roślinne. Tulił w podłużnych objęciach swoje rozkoszne Kuleczki, leżące jedna na drugiej pod prześwitującą zielowoalką. Młoda Jurna Pyra z wystającym łętem oraz z młodym ziemniakiem i pobudzonym kartoflem, widzą turlającą, powabną Cytrynkę. Aż mundurki dostają wzwodu od tego widoku a biedne stonki spadają na ziemię i marudzą jak potłuczone. Mają w pasiastych dupkach tego typu ekscesy, lecz cierpieć muszą. Bulwonapaleńcy kulają się w stronę ponętnej Żółtokształtówki, lecz Pomarańczak staje im na drodze, z groźnie zwisającą skórką na odwłoku. Chcą go uwięzić w swoich łętach, lecz stary Dyń na Bani pojawia z odsieczą i plany gwałtownie rozsiewa wiatr na polu figofagowym. Młody Szparag co dopiero z ziemi wyjrzał, a już mu w główce puszysta Brzozkwinka. Marzy o tej rozkosznej chwili, kiedy to macać go będzie, a później on wniknie w czeluście miąższodoznań. Niestety, ktoś go bierze do ręki i wyrywa z marzeń. W sadzie Młode Jabłko rozmyśla tęsknotami. Urwało się z gałęzi i pragnie zaznać miłości. No cóż. Póki co słodką dziurkę zamieszkuję jeno Robaczek. Pociesza ją Śliwka. Taka robaczywa, że jej już nic podłamie. A jabłuszko nadal słyszy bzykające pszczoły. Marchewkowy Obleśny Stary Dziad, przymila się do smukłej Pietruszki. Szczególnie gęsta zielona nać wytwarza w nim popędliwe hormony. Ona zaś nie zwraca na niego żadnej uwagi, rozmyślając o Gruszkoskoczku, co da jej przemiłego klapsa ogonkiem. Cytrynka wreszcie dochodzi do Pomaramanta. On też wypomarańczył się jej na naprzeciw. Po grze wstępnej: ocieraniu i muskaniu, zdjęto im skórki i włożono do miksera. Naduszono różowy guzik. Stali się jedną wirującą miłością. Niestety. Owocowy płomień namiętności, także rozdziewiczył ścianki miksera. Wytrysnęło na wszystkie strony. Trzeba sprzątać w całej kuchni. W rolach głównych udawali: Cytrynka, Pomarańczko, Ziemniaczki, Jabłuszko, Sad, Klaps, Śliwka, Robaczek, Szparag, Uśmiech Czarnoziemu, Dłoń, Banan, Zielony Groszek, Dyń, Pietruszka, Nać, Marchew, Mikser, Mus Cytrynowo - Pomarańczowy... oraz inni Chętni Statyści. Z racji premiery filmu, cała ekipa - nie tylko wyżej wymienieni - tańcują na wspólnym balu. Orgiestra przygrywa. * W tym samym czasie Biała Kapusta pieści Czerwoną, skrzydłami Bielika w kształcie Orła. One jedyne uprawiają seks patriotyczny.
  22. @Gosława →Miło, Żeś Fanką... ale różne pisanie me, przeto będąc roztropna nieco w postanowieniu swoim, szansę dźwigania zawiedzenia, znacząco zmniejszysz:)) Pozdrawiam:)
  23. Wszystko zaczęło się od tego, że nasza ukochana babcia, mająca obecnie słuszny wiek, zapragnęła pojeździć na hulajnodze napędzanej przez dziadka. Nie koniecznie naszego. Miewała już różne pomysły, więc nie byliśmy zdziwieni. *###*****###* Pamiętam, że kiedyś poszła do dzwonnicy i schowała się w dzwon. Jak tam wlazła, nikt nie widział. Dopiero jak zaczęto dzwonić na mszę, to się obudziła i spadła. Oczywiście nic się jej nie stało. Była trochę przygłucha. Żaden hałas nie był jej wstanie zaszkodzić. Otrzepała się tylko, wyrzuciła mysz, która wzięła jej warkocz za kłosy zboża i poszła do kościoła. Mysz poszła do dziury, lecząc obolałe rany kawałkami sera. Babcia była rezolutna. Uprzedziła dziadka, że pójdzie na noc do bimbadła, więc nie był zdziwiony. *###*****###* Zresztą dziadek przestał się czemukolwiek dziwić w dniu wesela, kiedy to jego przyszła małżonka napluła mu do ucha, twierdząc uparcie, że jest za suche. Tłumaczyła, że przez to jej polecenia, nie ślizgają się odpowiednio szybko po małżowinie, a przez to dziadek dokładnie nie słyszy, co ona mu każe. *###*****###* Noc poślubną dziadek miał pracowitą. A to z tej przyczyny, że musiał odwijać… odwijać… odwijać… swoją żonę… żonę… żonę… bo zapragnęła być… być… być...jego najukochańszym… najukochańszym... kłębkiem wełny. Kiedy ją wreszcie odwinął do gołej nitki, to był taki zmęczony i skołowany, że tylko machnął ręką. Babcia miała nadzieję, że machnie czymś innym {na przykład kwiatami jako podziękowanie za to, że się dała się odwinąć} ale on tylko usnął. *###*****###* Pamiętam, że kiedyś babcia, chciała dziadkowi zrobić dobrze. Specjalnie dla niego, upiekła placek ze śliwkami. Oczywiście zrobiła to po swojemu. Zaczęła obrzucać śliwę ciastem, a następnie rozpaliła pod nią ognisko. Gdy zjawił się dziadek, to tylko ręce załamał i trochę gałęzi, żeby chociaż troszeczkę zjeść. Albo chociaż próbować. Sąsiedzi się nawet nie śmiali. Dla nich to była normalka. Nic takiego. Jeden tylko, taki zawistny, żeby nie być gorszym, zasypał cukrem kupę słomy i podpalił. Później wszystkich zapraszał na pieczoną trzcinę cukrową. Strażacy przyjechali bez zaproszenia, bo się trochę chałupy zajęło. Sytuacja została opanowana, także za pomocą babci, która zamaszyście pluła na płomienie. Miała wprawę. *###*****###* Podobno ktoś w sąsiedniej wiosce, rzucał kapustą na gołębie. Nie wiadomo, czy tak naprawdę było. Brakowało świadków. A z gruchania gołębi, trudno było coś wywnioskować. Gruchały niewyraźnie. Może miały zatkane dzioby… kapustą? Kiedyś dziadek, pozazdrościł swojej żonie jej głupich pomysłów. Postanowił, że też zrobi coś głupiego. Już od dawna posiadali konia na biegunach, dla swoich przyszłych dzieci. Miały mieć uroczy charakter, odziedziczony po matce. No więc dziadek pojechał do miasta i kupił cztery żółwie. Kiedy jego żona była zajęta w kuchni, przyrządzaniem normalnego obiadu, to on cichutko w krzakach przed domem, poprzyczepiał zwierzaki – po dwa na biegun. Następnie postawił owe dziwo na trawie i poszedł do kuchni. Podprowadził żonę do okna, mówiąc smutno: – Popatrz kochanie. Nasz konik na biegunach odchodzi. Widocznie nas nie lubi. Myślał, że wywoła u żony zdziwienie. Ale gdzie tam. Pogłaskała go tylko pyzą, mówiąc całkiem poważnie: – Gdyby nas rzeczywiście nie lubił, to by uciekał szybciej. Tak się sprawa zakończyła. Dziadek poszedł smutny do ogródka, pogadać z pasikonikiem, a babcia dalej miętosiła biedne pyzy. *###*****###* Pamiętam, że dwa lata po ich ślubie, babcia pomalowała się do połowy na czerwono i weszła na maszt. Wrzeszczała, że jest flagą państwową i należy się do niej odnosić, z należytym szacunkiem. Przyjechał sołtys, straż pożarna a orkiestra odegrała do połowy hymn, zanim się zorientowano, w czym rzecz. *###*****###* A wracając do hulajnogi, to dziadek przyczepił metalowy pręt do tylnej części babci i tym przedłużeniem babcię pchał. Pchały też inne dziadki, bo babcia chociaż dzika, była ogólnie lubianą i szanowaną osobą. *###*****###* Lecz w końcu naszemu dziadkowi się sprzykrzyło i chociaż raz {w ciągu całego pożycia małżeńskiego] – było mu dane przeżyć pełną satysfakcję. Podłączył babcię na hulajnodze do drutów i babcia była trolejbusem. Co prawda… trochę zaiskrzyło w ich małżeństwie… ale później to już żyli długo i szczęśliwie. *###*****###* W międzyczasie, babcia została – matką chrzestną nowego dzwonu.
  24. siku siku siku siku dziś się dzieje zimne krwinki do szklaneczek krewny leje na sześćdziesiąt sześć sposobów wyżłopiemy blisko grobów żeby później znów w trumienkach grzecznie spać gulgotamy nasz apetyt ciągle rośnie żeby było nam wesoło i radośnie kły o szkiełka wciąż stukają marsz żałobny wygrywają już chrupanie się zaczyna skrzepłej krwi te cukierki to wiekowa jest radocha każdy chrupki te czerwone wielbi kocha dziadek co mu kły wpadały dziwnie jakiś podupadły bo wnerwiony gryźć nie może biedak nasz nagle weszły ale wcale nie na spanie wilkołaki się przywlekły na pochlanie wrzeszczą krzyczą serenady do księżyca bez żenady niby krewni po kisielu skrzepłym już w progu stoi krewna tego co nie ciućka oj się przyda biedakowi taka wnuczka chrupie żwawo cukiereczki wypluwając do miseczki dziadek mymla uśmiechnięty krwisty miał
  25. @calluna →To w takim razie, jeszcze raz Podziękuję:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...