-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Ktoś mnie pokochał, ale we śnie. To było raczej mgnienie o czasie bez pamięci. Opowieść o przelśnionym wnętrzu pełna niedomówień, dziwności i jakichś mżących jarzeń… Było tu wiele powietrza, po którym ptaki rysowały skrzydłami ogromne koła. Spełniała się tu partytura nocy, do której tylko my mieliśmy klucz. I spełniało się wiele pod spadającą gwiazdą, wznoszącą się gwiazdą w przestwór nad przestworem. I tylko my — byliśmy. W różnych odstępach czasu, epok i dziejów. Raz na początku, raz na końcu, ale zawsze wtedy, kiedy zamierało powietrze. I przechodziliśmy tędy wiele razy, przechodząc jeszcze w duszne południe jak świeża, wiosenna ulewa. I przechodziliśmy jeszcze… Powiedz, kim byłaś? Nierzeczywistą. Dlatego już na początku nie pamiętałem twojego imienia, bo i jakież pamiętać, kiedy dokoła jedynie pustka? Choć pachniałaś konwaliami w piaszczystych bezdrożach łąk. I w cieniu strzelistej topoli, jak palec na ustach, która szeleściła liśćmi, szeptała tkliwie… O czym? O tamtych oczach, o dłoniach ściskających wciąż czerwoną różę… I byłaś w ciszy zanurzona, w mroku… I byłaś, nie będąc wcale. Blisko. Daleko. Tuż obok. Pod ścianą starego domu, co wyrosła nagle, opleciona dzikim winem. W kulminacji kwiatów. W czerwonych malwach, anemonach… W ogrodzie. Odbita w szybie okna poruszanego niczyją ręką. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-14)
-
Do kogo to mówię? Do samego siebie
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława cześć, Reniu... -
Do kogo to mówię? Do samego siebie
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Dzisiaj jest piękny wieczór. Piękna noc. Przepiękna otchłań rozpaczy. Noc. Nicość. Nic… Jest pięknie jak tylko może być pięknie w bezdennej przepaści zapomnienia. Słyszysz? Ja słyszę szum wodnych kaskad, które spadają za krawędź czasu. Na horyzoncie mroku. Śnił mi się dom zapomnianej, ogród umarłej, w jakimś nieustalonym momencie kończącego się lata. Przychodziłem znikąd, przychodząc wiele razy i jeszcze… Jak wtedy, kiedy o wieczorze szły znad łąk flotylle mgielnych oparów. Muzyka płynie z głośników. Przytulam się do drżącej membrany i tańczę, wykonując dziwne poruszenia z przymkniętymi oczami. I ta rozdzierająca wszechświat melancholia, w który się właśnie staczam z wielkim łoskotem unicestwienia. Tańczę, obejmując ramionami samego siebie w półmroku pokoju, w szarości wieczoru albo granacie nocy. Za oknami liście szeleszczą, szepczą… Opowiadają cicho podszytą spazmem historię. Opowiadają ze znawstwem dzieje poranków i zmierzchów… Zakrywam twarz wspomnieniem. Tańczę. Spójrz na mnie. Nie odwracaj głowy. Patrz! Oto moje ręce. Rozczapierzone palce, którymi chwytam zimne struny powietrza, jakby harfy. Wszędzie wokół fotografie. Zapomniane widma. Kiedy przechodzą przeze mnie, grzęzną w lodowatej pustce. Wśród wdechów, wydechów. Sennych westchnień. Tańczę w półmroku milczenia. W melancholii nocy. Chwieją się puste, zakurzone krzesła, fotele… Nachodzą na siebie ściany z kreskami popękanego tynku… W topolach drżą liście, w dębach, w kasztanach… Toczy się po podłodze pusta butelka, lśniąc odbitym blaskiem… Od czego ten blask? Ten błysk na poruszanej przez nikogo okiennej szybie? To od księżyca taka cisza. Słyszysz, jaka cisza? (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-12) -
Powiedz mi. Ach, tak. Pamiętam. Nie chcesz nic mówić. Wiem. Więc, milcz. I rozsadź tym milczeniem moje uszy. Niech zatonę w pulsującej ciszy. W szumie wodospadu buzującej w uszach krwi. Czy mnie słyszysz? Nie. Ponieważ zagłusza mnie zgiełk rozsuwanych w lokalu krzeseł. Występy tanich grajków i potok słów. Bezsensownych, banalnych treści. Nie mów. Wiem. Bo i cóż mówić w tym rozgwarze śmiechów? Bo i cóż mówić do cienia, kiedy pada jaskrawy reflektorów blask? Bo i cóż prawować z kimś, kto jest bliżej śmierci? Tak, bliżej. Może, lada dzień? Jestem w królestwie braku wszystkiego. W zasadzie już mnie nie ma. Idę wzdłuż muru z wilgotnych, omszałych cegieł, kamieni. Mur ciągnie się donikąd, ponieważ przybywam znikąd. Przytulam się do niczego i będąc w objęciach niczego. Ściskam w ręku bukiet (miały być dla kogoś kwiaty, lecz zamieniły się w pęk traw bez woni) Nadzieja zgasła. Rozprysła się w drobny mak. * Wiem, moja wina. Moja cholerna, pieprzona wina. Nie musicie mi tego ciągle powtarzać. Chcecie pogadać? Mój telefon znajdziecie na mankiecie koszuli albo na blacie stolika w podrzędnym barze, z mokrymi kręgami alkoholu. Zapytajcie barmana. On mnie tu zna. I wielu podobnych do mnie, którym już dawno wyrosły skrzydła jak u ciem. Czyści teraz mozolnie kieliszki i szklanki. Ogląda je pod światło. Pucuje dalej… Niech pucuje. Tak, wiem. Często w moim odtwarzaczu wiruje „Clutching at Straws”, Marillion. Stąd te powtórki, te pierdolone powtórki. I ten rozdzierający głos Fisha… Co? Brzydko? Bo tak ma być, właśnie tak. Kurewsko i parszywie. Powiecie, że cham, że wychowała go ulica. Patrzcie, państwo, odezwała się kultura. Powiem wam coś, mam to gdzieś i te wasze dyrdymały o bzdetach… * Ile jeszcze przede mną kroków? Nie wiem. Nie ma nic. Jedynie pustka pól i cisza nieba wysokiego. W błękicie świtu. W granacie nocy. Próbuję ująć twoją dłoń, lecz nie ma takiej dłoni. Obejmuję próżnię. Ona i ja. Odtąd już na zawsze niemi. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-11)
-
Suita na młoty i świdry, czyli remontowy hardcore
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Rozrywa ścianę. Uderza. Wstrząsa posadami. Plątanina rur i kabli. Gruz… W wyłomach. W załomach… Rozłupane czaszki. Czarne oczodoły. Rozsypane wokół czarne, spróchniałe zęby. Poranne trzęsawisko – pogorzelisko Następuje neurasteniczny taniec czworonogów: puf, kanap, foteli i krzeseł… Pląsawica Huntingtona. Taniec św. Wita… Siatka popękanego tynku kurczy się i pęcznieje. Wszystko oddycha i drży, gdzieś, w którejś tam, zbyt młodej jeszcze godzinie szarego świtu. Nerwowe wdechy i wydechy. Błyskawiczne unicestwienie. Lecą en masse. Rozrywają powietrze furkotem ptasich skrzydeł, owiewając skronie, rzęsy, brwi… Wybijają stalowymi dziobami kratery w dębowej klepce. Masakrują kunsztowną maestrię sękatych słojów. Meandryczne esy-floresy, symbole, znaki… Gdzieś, coś spada — z pogłosem echa. Z wielkim, metalicznym łoskotem zderzających się kontynentów, trzęsień ziemi. W niekończącym się dryfie znikąd, donikąd. W obłokach wirującego kurzu. Jeszcze się chwilę toczy. Milknie za kotarą mroku. Tętent kopyt, ubłoconych buciorów. Rozmaite pierzchania w drelichach. W rozgwarze przekleństw i sprośnych żartów. W zgiełku roztupane kawalkady o różnym celu przybycia. O zapachu chłodziwa, potu, krwi… Wszędzie ich pełno. W chmurze cementowego pyłu. W jaskrawych płomieniach acetylenu pnie się stalowa rama. Pług spychacza przesuwa z mozołem zwały brunatnej, rozkopanej uprzednio ziemi. Świdrujący potwór przedziera się przez kadłub z drewna, cegieł i kamienia. Przez tkanki, ścięgna i mięśnie. Miażdży kości. Forsuje kute, żeliwne bramy. Drżenia z pogranicza delirycznych majaków. Mnożą się i dzielą. Pulsują. Leży u stóp bezkształtny wór ludzkiego truchła. Ściska w dłoni pęknięty zarys wizerunku na wytartej monecie z niestartymi iskrami gryzącego w gardle pyłu. Kogo przedstawia? Kto jest na nim? Ty? Ja? Wszyscy, my… W gongu stojącego zegara kolejne uderzenie. W bezkształt rozpada się. W noc. W nic. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-09) -
W ogrodzie nostalgii rozgarniam zasłony z mgieł, stąpając po zatartych częściowo śladach glinianego fauna… W tej ciszy bezdrożnej drzewa bez liści. Omszone korzenie… Widzę ciebie, zaciskając powieki, w tej melancholii nagle zbudzonej. Śniąc na jawie, widząc sennie. Otwieram. Za oknami świergot wróbli. Rozkołysane na ścianie cienie gałęzi płaczącej wierzby, co czeszą w wietrze wysokie, pożółkłe już trawy… I mam chęć iść na przestrzał, donikąd, jak wtedy, kiedy szliśmy razem, przechodząc jeszcze raz i przechodząc jeszcze… Ja to wiem, pamiętam, ale, czy ty wiesz na pewno? Krople deszczu na twarzy, wiatr… Zatopiony w perlistym szumie twój szepczący głos… Odpowiadasz z pogłosem echa, niczym z głębokiej studni minionego czasu… … I wciąż przechodzę między łodygami zgiętymi do samej ziemi. Zgniłymi resztkami dawnego życia… Co kwitło kiedyś w słońcu, w malwach, anemonach… Na krętych ścieżkach ogrodu. W liście leżącym na dnie szuflady, zamkniętej na twoje imię. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-07)
-
Ta pustka jest podobna do pustki we wszechświecie
Arsis opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Pokryty liszajami pleśni ceglany mur. Ciągnący się donikąd. Donikąd… Noc. Za oknami czarna otchłań nicości. Noc. Osiadający na wszystkim wirujący gwiezdny pył. Zwiedzam pokoje, korytarze… A wszędzie puste krzesła. Zakurzone. Obdrapane. Trzeszczące. Wypaczone… A wszędzie niekończące się labirynty. Mroczne pomieszczenia otwarte na oścież. Zakamarki. Spirale kamiennych, drewnianych schodów… W górę. W dół. Skąd? Dokąd? Znikąd. Donikąd… Wiatr otchłani. Przeciąg ogromu. Zimowa noc. Jesienna. Letnia… Bezkresna… Niekończące się piekło lodu, zaśnieżonych równin. Wyjący. Tarmoszący za kołnierz wiatr rozpaczy i samotności. Szarpiący za podarte rękawy koszuli, nogawki spodni… Oddech nuklearnego unicestwienia… Właśnie nadchodzi mistrz ceremonii. Widzę go jak nadciąga, pochylony do przodu. Jak przemierza zaspy. Roztrąca dłońmi ostre grudki zmrożonego deszczu uderzające w twarz. Albo w huku błyskawic wznieconych gorączką burzy. Idzie powoli krokiem straconego. Z opuszczoną, zakapturzoną głową. Wznoszę za niego toast, kielichem, który mży na brzegu szarymi pikselami ciszy i porzucenia. Odpowiada na mój gest ostrym odbiciem w lustrze. I mówi, i szepcze coś bełkotliwie. Opowiada dzieje swojego życia. Niekończące się litanie epizodów z jakiejś zimy, z jakiegoś lata, jesieni…. Coś wciąż mówi, lecz często gubi wątek. Zaczyna znowu od początku albo od końca. Pamiętam jedynie, że miałem coś zrobić. Lecz, nie pamiętam, co. Więc, chyba pójdę. Tam, gdzie czas jest odległy jak majaki senne o jarzących się czerwonawo wyrazistych konturach śmiertelnej gorączki. Włączam w przedpokoju światło. Na wieszaku szary płaszcz, pleciona skórzana szpicruta, zaplamiona papierowa torba, czarny parasol. Więcej nic. Pod sufitem kurz, pajęczyny i pył. Cień gałęzi, kreska pękniętego tynku. Chyba stąd pójdę. Dokąd? Pójdę sobie, pojadę, ale bez możliwości powrotu. Otworzę drzwi na przestrzał, wchłaniając chłód schodowej klatki. Wyjdę, zatopiwszy po raz ostatni wzrok w znajomej przestrzeni. Udam się w podróż bez powrotu. Pożegnam bulgotanie żeliwnych rur, puste fotele, krzesła, stół… Obłe słoje na fornirze szafy. Sęki na klepkach podłogi. Pójdę sobie w odmęt granatowej nocy, mijając na niższych piętrach mroczne, opuszczone pracownie z galerią porzuconych młotków, dłut, okrytych zakurzoną folią niedokończonych popiersi. To od księżyca taka cisza. Idzie za mną. Idzie krok w krok. Oświetla mnie srebrzyście i tkliwie. I rozsnuwa nić pajęczą, i śni o sobie w oceanie nostalgii, jakby w szumiącej pieniście muszli wyrzuconej na brzeg. Wiem, że to wszystko jest mało czytelne dla żywych. Nie dziwota, że przechodzą przez mnie jak przez niewidzialną membranę, nie zauważając mnie, nie widząc i prawie nie czując. Przechodzą tak, jak duchy, wolno przez powłoki atmosfer, hausty powietrza. Jak przez tchnienie ogromnego oddechu. Jakby cząsteczki ciemnej materii, które nie wchodzą w interakcję z materią widzialną. Pełno ich tu. Tych wszystkich napastujących zewsząd ignoranckich widziadeł. Tylko, po co? Nie wiadomo. Choć są i snują się znikąd, donikąd. W zimnie, w deszczu albo w duchocie letniej spiekoty, w którymś gorącym dniu czerwca albo lipca. Pamiętam, że schodziłem po krętych schodkach, siadając w kącie przedpokoju. Czekałem na ojca z glinianym dzbanuszkiem w małych, dziecinnych rączkach między kolankami… Na te znajome kroki, chrzęszczące co dzień na żwirowej alejce. Lecz, nie przyszedł. Czekałem długo, patrząc na pomarańczową plamę zachodzącego słońca i wsłuchując się w perlisty szmer pobliskiego strumienia. Lecz, nie przyszedł… Smuga światła przechodziła wolno, aż skurczyła się w rogu i zniknęła… Pamiętam, że noc przyszła znienacka. Rozgwieżdżona, księżycowa i zimna… Noc. Noc samotności i opuszczenia. Noc rozkładu i ciszy. Noc… Bezkształtna kipiel mrugających gwiazd. W strumieniu na dnie przezroczystym, wśród gładzonych przez wodę kamieni… Chwytam za słuchawkę telefonu. Jakiś głos. Nie dosłyszę. Trzeszczenie i szmery. Piskliwy szum otchłani kosmosu jak przy strojeniu radia. Czekam na list. Na wiadomość. Na koniec bezsennej nocy. Wśród rzeczy, które się stają… Czekam, obserwując berło kwietniowej gałęzi w jakimś szarym, burzowym świcie. Skąd dzień? Przecież dopiero był środek nocy. Ach, tak. To nocny wiatr zapalił się od jutrzenki z wielkim płomieniem wchodzącej Wenus. Wiatr ciepły, niosący mdlący, apteczny zapach znad dalekich łąk. Znad wilgotnych, zielonych pól… Powiedz mi… Jesteś? Milczysz. Milczysz wciąż. Masz rację, milcz. Bo i z kim tu rozmawiać? Z drżącym cieniem księżycowej nocy? Ze smugą gorącego słońca pełznącej po ścianie w wątpliwej przestrzeni domu? W której roznosi się brzęk szkła w kredensie? Trzask rozsychających się drewnianych mebli? Tak oto wchłania mnie całego głęboki fotel z wygiętą poręczą. Zatapiam się. Zanurzam. Wchodzę w sen potrójny, w letarg, nie mogąc się już ruszyć z miejsca. Przechodzę przez niebieskie ściany, przez obrotowe drzwi z powietrza. Wspinam się. Unoszę z furkotem wielkich skrzydeł… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-02-05) -
Widzę. Dostrzegam cię jasną w długiej smudze księżyca. Idziesz wolno, wcale nie podnosząc oczu. Idziesz z pełną automatyką ruchu. Zatrzymujesz się przed zatrzaśniętymi drzwiami. Stajesz. Po chwili krótkiego namysłu ÷ przechodzisz na drugą stronę. Idziesz dalej przed siebie długim korytarzem. Przenikasz kolejne drzwi, ściany… Zaciskam powieki. Znikasz. Otwieram. Pojawiasz się na moment. I znowu ogarnia mój umysł straszliwa pustka szalejącej nicości. * W tej pustyni półmroku. W tej poczekalni między życiem a śmiercią. W tej nocnej otchłani zimnych, popękanych, wilgotnych ścian. W mdłej, żółtawej poświacie ulicznej latarni. W potoku piskliwej ciszy. W szumiącej rzece wezbranej w uszach krwi… W drugim pokoju – noc. Jedynie martwy szmer. Resztki dawnego życia. Czarne kikuty. Porozrzucane kartki, papiery, listy… Stosy gazet z czasów zimnej wojny. Testy atomowe. Pierwsze bomby kobaltowe nadzieją chorych na raka. Jakieś pozrywane druty. Kable. Drewniane skrzynie czarno-białych telewizorów. Wmurowane na stałe w ziemię betonowe radiole. Szpulowe magnetofony… Na przeciwległej ścianie ogromne zdjęcie Ray ‘a Charles`a, w czarnych, spawalniczych okularach i z odsłoniętą szerokim uśmiechem oślepiającą bielą zębów. Lecz przesłaniają, co chwila obraz, przechodzące widma, zakapturzonym, jakby mniszym konduktem. Podzwaniają w kościstych dłoniach maleńkimi dzwoneczkami. I szepczą nieustannie niezrozumiałe słowa z dudniącym w meandrach mózgu echem. Toczą się z chrzęstem puste butelki po alkoholu. Po podłodze… Spadają ze stołu. Roztrzaskują się na miliardy kryształowych iskier… Musiałem wypić, ażeby zrozumieć, przebić się przez barierę tajemniczej treści przekazu. Broni dostępu żelbetonową skorupą przeciwatomowego schronu. Nienaruszalną w swojej potędze. Ciągną coraz bardziej w lodowaty niebyt Wychodzą z ciemności. Wchodzą z powrotem w ciemność. Pojawiają się nowe, ale w jakimś dziwnie pozrywanym tempie, niby na starej celuloidowej taśmie przedwojennego filmu. I coraz bardziej zamazują się ich kontury. I coraz bardziej nikną. Rozrzedzają się. Rozpływają w niebieskawych obłoczkach nie wiadomo czego… * Przede mną nowa perspektywa. Wyłania się z hałaśliwej kakofonii gorączkowych majaków chorego snu. Ostre jak nóż przedmioty. Rzeczy. Wypływają z kątów niezliczonych, zagraconych pomieszczeń. Pojawiają się nowe i wciąż nowe… Korytarze. Załomy. Otwarte pokoje. Sale… Labirynty monstrualnej fabryki? Nieskończonych czeluści podziemnego szpitala?… Regały, gabloty pełne medycznych eksponatów. Dręcząca woń chemicznych odczynników. Tablice, wykresy. W drewnianych ramach wyblakłe portrety anonimowych laborantów… Chrzęszczą po kątach miliardy bakterii. Dojrzewają w mżącym blasku szarej pleśni. Czekają na swoją kolej w wyłaniających się z kurzu i pajęczyn szklanych próbówkach. Zielonkawy odcień kafli. Sala chirurgiczna z wiszącym talerzem wielookiej lampy nad stołem. Obłe cielsko stalowego aparatu do naświetlań. Poprzewracane, poobijane na kółkach łóżka z resztkami przegniłych, cuchnących moczem materacy… Bijąca po oczach martwota brudu i korozji... Na krzyczącej bieli ślady, tak jakby zakrzepłej krwi. Pod stopami gruz. Rozbite szkło. Plątanina kabli. Pył… Coś wciąż krzyczy i niknie w otchłani czasu. W wygasłych ekranach monitorów zwielokrotnione odbicia czyjejś zniszczonej twarzy. Jakaś przechadzająca się postać zgięta w pół. Coś wciąż krzyczy, jarząc się jakimś wewnętrznym czerwonawym blaskiem. Skąd ten blask? (Włodzimierz Zastawniak, 2023-01-30)
-
@Somalija dobry wieczór, Aga...