-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Stoję w progu. Omiata mnie chłód mrocznego korytarza. Uderza w twarz cuchnący odór nadciągającej maszkary. Przeciska się z wielkim trudem, jak przez rodny kanał wielkiej wiedźmy opuchnięta, zdeformowana osobliwość. Zostawia za sobą krwawe smugi, ropne wydzieliny, kał. Coś się rodzi, coś, co jest już od dawna martwe i przeszyte zgnilizną rozkładu. Coś, co wydziela trupi odór wprost z dennych pokładów piekielnych czeluści. Coś się rodzi, rycząc od samego początku w spazmie agonii. Bez jakiejkolwiek szansy. Skazane na wieczne cierpienie. Żelbetonowe ściany przeciwatomowego bunkra kurczą się i rozszerzają. Pełne rdzawych nacieków, pęknięć, brunatnych narośli. Iskrzące się od chropowatego szumu straszliwego promieniowania nowotworowe guzy. Bezdenna otchłań absolutnego unicestwienia, deformacji, bólu. Gruz i pył. Pod stopami chrzęst potłuczonego szkła. Kwintesencja opuszczenia. Bezdenna otchłań mroku. Testy nuklearne z lat 50. XX w. Pozostałości radiacji odcisnęły swoje piętno. Jakieś porzucone sprzęty w półmroku. Stopione częściowo manekiny w nadpalonych garniturach, sukienkach… Biurka, blaszane regały z resztkami papierów, segregatorów. Unieruchomione szpule analogowych komputerów, opatulone zwisającą z nich perforowaną taśmą. Nieskończone plątawiska kabli, żeliwnych rur, w których coś wciąż bulgocze i łka, w których przepływa cuchnąca, czarna maź. Czas się zatrzymał. Przeklęty czas nieuleczalnej choroby. Czas śmierci. Nie mas ratunku. Nie ma i nigdy nie będzie. Stracone na zawsze. Rozsypane. Zrogowaciałe. Skamieniałe… Skorodowane trzęsawisko zatęchłej przeszłości. Jest cisza. I cisza, która trwa… I znowu daleki ryk. Niosący się cechem pogłos martwoty. Niosący się po labiryncie śmierci spazm agonii. Powiedz mi, Aloise, bo tak ci na imię, prawda? Powiedz, że to prawda… Powiedz mi. Milczenie. Ktoś, coś miał mi powiedzieć, lecz nic. Lecz jedynie piskliwy w uszach gorączkowy szum. Ktoś coś miał mi powiedzieć. Co? Znowu nic. Nic. I tylko wielkie nic. Omiatają mnie nagle obszary ciszy nagle zbudzonej. Omiatają mnie czarne skrzydła bezkresnej nocy. Lodowaty oddech. Czyj? Niczyj. Oddech z betonowej krypty, z której znowu wytryskują niezrozumiałe, ciche szepty. Jakieś mnisze kazania i modły. Szept mojej umarłej matki miesza się ze łkaniem i potokiem wypowiadanych bełkotliwie słów. Szept mojej matki unosi się pod sklepienia, stropy… Spójrz na mnie, matko. Nie jestem już człowiekiem, o, nie. Jestem truchłem rozsypującej się beznadziei. Musiałem się napić. Wypić do dna za zdrowie mistrza ceremonii, który spogląda na mnie z podziwem z ogromnego lustra, w powiewających, poszarpanych łachmanach. Zatem pełznę w kierunku czegoś, co nie istnieje albo istnieje jedynie w mojej wyobraźni. Docieram do zamkniętych, pokrytych korozją ciężkich, stalowych wrót z napisem: „Attention, radiation! Staying in this place poses a risk of cancer!”. Łaskoczą mnie zwisające z sufitu kable a pył szczypie w oczy i drapie w gardle. Coraz bardziej gromadzą się wokół mnie milczące szczegóły. Kołyszę się jak na huśtawce. Rozpościeram ręce, dotykając czyichś lodowatych ramion szeroko rozwartych jak grób. Jak grób mojej matki, posiniałej, zasuszonej, skamieniałej… Jak grób, w którym leży ułożona do wiecznego snu. Coraz głośniejszy szum, coraz większa wrzawa. Zwiększa się nieubłaganie, nasila jak tępy nowotworowy ból. Ból, który staje się nie do zniesienia, ból, który zabiera oddech i dusi swoją mocą krwiożerczych pazurów. Nie ma ratunku. Zwiększa się napastliwość ścian. A ja potykam się o szczeliny przerażenia. Krwiożerczy demon wyszarpuje jelita. Rozwleka je niczym pajęcze nici. Otwieram oczy. Leżę na wznak i wpatruję się w popękany sufit, zacieki. Promień słońca kładzie się ciepło i tkliwie na moim spoconym czole. Za otwartym na oścież oknem soczysta zieleń szeleszczących drzew, dębów, kasztanów… Za oknem gorące lato z płonącym błękitnym niebem. Za oknem rozgwar dnia. Za oknem płynąca rzeka życia. W uszach łomoczą jeszcze resztki nocnego toastu. Lecz cichną w rwącym potoku płynącej krwi. W szuraniu rozsuwanych krzeseł brzęk szkła i srebra, tupot i pierzchanie kroków. Rozglądam się, póki jeszcze można… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-13)
-
Coś się wciąż przeinacza, wyłaniając się z czeluści mroku. Z mroku korytarza. Gdzieś, jakiś ruch w oddali, na krawędzi widzenia. Coś się wyłania z labiryntu, z niezliczonych, enigmatycznych zawirowań, w spazmie agonii. Coś idzie tym swoim powolnym krokiem umarłego. Nie, nie idzie, raczej pełznie, zygzakując, jakby węsząc. Rozsiewa cmentarny odór, zgniliznę rozkładu. Coś się wspina albo schodzi z bardzo wysoka. Zstępuje w aureoli pełnej gwiazd. Przemieszcza się. Zbliża… Stoję w progu rozwartych szeroko drzwi. Przypływam i odpływam. Ćwiczę zamykanie i otwieranie zapiaszczonych, ciężkich powiek. Jakieś mnisze śpiewy, ciche modlitwy. Niewyraźne słowa z dalekich pokładów czasu. Wyostrzone, chorobliwe obrazy emitują na krawędziach eony mikroskopijnych pikseli. Wybuchają kaskadami w piskliwym szumie gorączki. Gdzieś w odmętach sennej maligny nachodzą na siebie zwidy jakiegoś złomu, poplątanych kabli, drewnianych skrzyń czarno-białych telewizorów, radioli… Przede mną wielka sala. Spoglądają na mnie z wysokich okien widma szarego, deszczowego dnia. Unoszą się na skrzydłach pełnych piór w padających pod kątem smugach gryzącego pyłu. Obserwują mnie tymi swoimi martwymi od dawna oczami z bielmem popękanych, powybijanych szyb. Opiłki żelaza kaleczą stopy. W zaduchu, w przeciągu… W pulsującej ciszy przeraźliwie pustego kosmosu uśmiechnięte twarze na wyblakłych, pozrywanych częściowo plakatach, fotosach, zdjęciach. Opadam na kolana przytłoczony mdlącą wonią starych smarów, potu, chłodziwa, krwi… Pod ścianami rzędy wyeksploatowanych, porzuconych frezarek. Stojące, żałosne truchła z opuszczonymi smutno głowami, z rozdziawionymi paszczami mocujących uchwytów. Poobijane, skorodowane skorupy pełne rdzawych, cuchnących plam, pościeranych tabliczek znamionowych. I wszędzie wokół walające się stosy zębatych kół, pogiętych, dziurawych jak rzeszoto blach, nakrętek, śrub… Niosące się echem nieustanne: kap, kap, kap… Spadające z sufitowych zacieków krople tworzą kałuże, miniaturowe jeziora samotności. Oglądam w nich zniszczone przez lata oblicze. Buntuję się przeciw temu. Wchodzę w nie z pluskiem, dewastując na moment wizerunek posępnej maszkary. Brnę przez wirujące powoli i majestatycznie płatki nie wiadomo czego. Przez mętną zawiesinę stęchłego, piwnicznego powietrza. Co jest dalej? Dalej już tylko plątanina bulgoczących rur. Odmęty niosących się echem dalekich przekleństw. Wyciekająca z otworów czarna maź zastygła i skamieniała. Zapewne, gdzieś tutaj musi być zejście do podziemi z napisem katabasis eis antron, wśród zakrzepłych figur pełnych niemej gestykulacji, rzeźb, zapisanych na rozrzuconych, pogniecionych kartkach słownych metafor. Między beczkami pełnych odpadów z żółtymi symbolami radiacji, trupich czaszek i skrzyżowanych piszczeli. Śmierć! Okryte płótnami pajęczyn milczące tablice rozdzielcze, rozrządu… Zwisające luźno kable. Włączniki, przełączniki… Transformatory, generatory, kondensatory, zasilacze… Potłuczone ceramiczne bezpieczniki… Szkielety rozsypujących się trucheł zmieszane z resztkami przedpotopowych gadów o nieustalonej proweniencji, stworów o wielu odnóżach, kończynach z dawno wymarłych, zapomnianych gałęzi rozwoju, jakby wypełzły z obrazów Beksińskiego. Co to jest? Co takiego patrzy się na mnie tymi swoimi wieloma, czarnymi otworami oczu, uwięzione na krzyżu? Prehistoryczne osady, skamieniałości, odciski amonitów, muszle… Przeznaczone dla kryptozoologów artefakty dawnych osobliwości. Zdewastowana, przesypująca się przez palce anormalna przeszłość. Skorodowana przestrzeń. Zakrzywiony w spiralę czas. W półmroku, w niedowidzeniu jakieś zasuszone twarze, oblicza, pokryte wieloma warstwami pudru, cementu, betonu... Wielorakie, nieustalone widma wyzbyte symetrii, pokryte nowotworowymi naciekającymi wszystko guzami. Potwornie skażone. Po wielokroć napromieniowane, przeszyte wiązkami gamma i rentgena. Wychodzące wprost z rozpalonego kiedyś, a teraz lodowatego, pękniętego na pół reaktora. Wtopione częściowo w ściany. Zintegrowane z atomami wielkiego sarkofagu. Wyciekające zewsząd maszkary. Misterium absolutnego zła. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-12)
-
@Somalija cóż tam ja. nie powinnaś narzekać na niedomiar adoratorów...
-
@Somalija wiem, że "oczywiście." nic mi innego nie zostało, poza "oczywiście"..
-
@Somalija daj spokój
-
@Somalija jak się miewam? kwiatek wręczam...
-
@Somalija cześć!
-
Okrywa mnie granatowy całun bezkresnej nocy. Otaczający zewsząd chłód. Chłód milczący tą cichością wirujących galaktyk, drgających gwiazd. Liści strzelistych topól trzepocząca zieleń. Gdzieś, wśród pól zapomnienia, echa zagubionych w otchłani czasu głosów. Gdzieś daleko. Nie wiadomo, gdzie… Przeszłych epok nawoływania i śmiechy. Rozterki i lęki. Złość… Szybujące ptaki kreślą skrzydłami ogromne koła. Ćmy wlatują w płomień świecy i giną. W nagłym rozbłysku — odbitym na krawędzi szkła — spalająca się puszystość miękkich ciałek. * Wracam w ciemności. W późnej godzinie. Gdzieś nade mną obłoki. Elegie powietrza… Szepty drzew niosą znaczenie, które mnie jednak przerasta, jak cień wydłużony w żółtawym świetle ulicznej latarni. Śnię na jawie sen nieomal ekstatyczny. W jakiejś rzeczywistości pusty pokój, otwarte okno… Blask księżyca posrebrza pajęcze nici, falujące anielskie włosy. Jarzą się przedmioty, rzeczy, okryte zakurzoną folią milczące, kamienne popiersia. Porzucone dłuta, młotki… Przeszyte pustką opuszczenia. Jakąś tkliwością nieostrą w swojej istocie. * Lecz oto, coś się zmienia. Majaczy… Odmyka się z cichym skrzypieniem ukryta w czerwonych różach furtka do ogrodu. Do ciebie. Duszne, gorące lato. Pełne melancholii i wspomnień z dzieciństwa. Rozgarniam gałęzie, łodygi… Stąpam ostrożnie po zatartych w połowie śladach. Drewniany konik na ganku… Coś zastukało w blaszanej konewce. Kwiaty w donicach. I wiatr, co szeleści, szumi, oddycha… Rozglądam się, zatapiam w przeszłości… Na ławce staruszka, maleńka. Ukryta w fioletowym cieniu. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-05)
-
3
-
1956 rok. Amerykański test atmosferyczny "Zuni". Detonacja naziemna na wyspie "Eninmen", na atolu Bikini, na Pacyfiku. Operacja "Redwing". 3,5 megatony.