Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    5 038
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Somalija twojego chłopaka, Chestera.... (???)... powiadasz, śpiewu?? ps. miałem ten mankament, że w czasach szkoły powszechnej (a było to sto lat temu) rzadko kiedy byłem przygotowany z prac domowych. Zamiast odrabiania, czy przygotowania się do lekcji nazajutrz, wolałem gapić się, gdzie indziej i stwarzać swój własny świat, a internetów w Polsce Ludowej jeszcze wtedy nie było, to znaczy były komputery z oprogramowaniem wgrywanym na kasetę magnetofonową (!), a i były jeszcze gry elektroniczne, takie na baterię, zegarki elektroniczne z melodyjkami (ależ to był szał!) względnie budy z grami automatycznymi po uprzednim wrzuceniu w nie piątaka
  2. @Somalija niestety, odeszła ich już cała masa, ich - tych wielkich, czy tych odrobinę mniej znanych, ale również ważnych i wnoszących ogromny wkład w szeroko rozumianą muzykę rozrywkową, że wymienić tylko tych z ostatnich kilku czy kilkunastu lat: Michael Jackson, David Bowie, Prince, George Michael, Joe Cocker, Vangelis, Kora, Czesław Niemen, Zbigniew Wodecki, Krzysztof Krawczyk, Edgar Froese, Klaus Schulze, Gary Brooker, Ornette Coleman, B.B. King, Lou Reed, Marek Jackowski, Whitney Houston, Donna Summer, Robin Gibb, Cesaria Evora, Gary Moore, Amy Winehouse, Ray Manzarek, Greg Lake, Mark Hollis, Marie Fredriksson, Jerzy Połomski, Tina Turner... itd. Można ich było lubić, bądź nie. ale zapisali się w historii...
  3. Pod twoją nieobecność, zanurzony w substancji czasu. W ekstazie oczekiwania, w nikłym blasku odległych mgławic… Sponiewierany wiatrem wirujących galaktyk, których ramiona, których rozproszone światło… Gdzie ty jesteś? Powiedz… Nie słyszę odpowiedzi. Jedynie kosmiczny szum omiata swoim tchnieniem, jak powiewy klarownego lata nad równiną łąk. Po co ja to wszystko piszę, do kogo, kiedy samotność miażdży ogromnym kołem, rozgniata? Opieram się rozpalonym czołem o chłodną powierzchnię ściany. Przywieram ściśle ustami, jak do pocałunku. Ocieram się policzkiem o chropowaty tynk, o te pęknięcia, mikroskopijne rowki… Powiedz, gdzie jesteś? Nie czuję ciebie, ani nie słyszę twojego oddechu. Nasłuchuję… Twoje ciało i moje, splecione, gdzieś w jakiejś niepojętej koegzystencji. Oto właśnie wyciągają się ze ściany czyjeś zimne ręce. Nie. To moje dłonie, moje palce ściskają lodowatą próżnię, jakby bryłę lodu. Płonę w piekle zaśnieżonych, niekończących się równin. W gorączce tęsknoty, w bólu oczekiwania… Spójrz, oto moje ręce. Chwyć mnie za nie. Pociągnij ku sobie w otchłań o tysiąc mil od nadziei. I od ogrodów, tych właśnie, w których dżdżownice spulchniają ziemię. I wychodzą na powierzchnię, stając się pokarmem dla ptaków. Błądzimy… Nie. To ja błądzę w potędze nicości. Ciebie tu chyba nigdy nie było w tej przestrzeni o przelśnionym wnętrzu. Ale jesteś. Jesteś na zawsze, nie będąc wcale. Czemu milczysz? Mówię do ciebie, piszę. Pełzam bezradnie. Wiję się w sobie. Moje blade usta, jak śnieg, jak biel ściany… I twoje usta…. Krew uciekła z nich w niepamięć. Milczysz. Wciąż milczysz. Kochanie, umierając… Kto umarł? Wszystko umarło. W wielościanie powietrza, w natłoku niczyich szeptów … Jakaś drżąca esencja światła przenika tajemnicę, kiedy gładzę twoją twarz zamkniętą w strukturze kryształu. Jesteś? Ja jestem. Tutaj i nigdzie. Spójrz na mnie. Poprzez moje jestestwo ujrzysz głębię poznania. Choć istnieję już tylko w strzępach krajobrazu, we fragmentach jedynie. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-06-01)
  4. @Somalija jasne, rybka nie mająca głosu i z wiecznie zdziwionym spojrzeniem rybich oczu... ale, że jestem rybą? nie przypominam sobie. ps. wiem, że sprawa przy słoniu wygląda inaczej, nie musisz nawet przypominać
  5. Zimne widma samotności stoją w szeregu, przygotowane, jakby do odmarszu. Kiedy indziej zawsze były niebieskie, względnie błękitne. Tym razem przybrały odcień, gdzieś pomiędzy ultramaryną a kobaltem. Intensywne i wyraziste. Ostre w swoistości przekazu. To niebywałe, że znowu piszę o tej pustce, o tych lodowatych otchłaniach opuszczonych dawno miejsc. To niebywałe, ale byłaś tam, niemalże od początku do samego końca. Pojawiłaś się olśniona blaskiem, to znowu w niewidzeniu. Paradoksy wykluczających się nawzajem zdarzeń mżyły na krawędziach promieniowaniem czasu, jakimś wewnętrznym pulsowaniem, jakby rozgrzanej do czerwoności stali. Przepływały chronologicznie albo zdecydowanie nie po kolei te zmiennokształtne zmory niedopowiedzeń… Tak oto wiatr porusza skrzypiącą furtką do dusznego ogrodu, kiedy idę wzdłuż skrzywionego płotu, na którym wiesza się wieloziele bez woni, pędy, liście, poskręcane korzenie… Ach, i znowu ta liryka niepotrzebna nikomu. Bo i na cóż ona, kiedy nie ma ciebie. Dla, kogo? Jest. Nie jest. Znowu nic nie ma. Na podłodze stare gazety, plakaty, zdjęcia… Obłoki kurzu. Pokrywający wszystko szary pył zapomnienia… Trzeszczenie drewnianej podłogi, stropowych desek, gdzieś nade mną, obok… Od czyich kroków? Na pewno nie moich. Więc, twoich? Wiem, jesteś tutaj, nie będąc wcale. Przemykasz cieniem na ścianie, spopielana blaskiem gwiazdy albo nikniesz księżycowo, srebrnie w potędze nadciągającej jutrzni. Z korytarza chłód idzie jesienny, w przeciągu kamiennych schodów. Skąd ta jesień? Przecież dopiero było upalne lato… Skwar dusznego sadu, łąki upstrzonej kunsztownie kwiatami… Plączą się i snują imaginacje chorego umysłu. W epileptycznej ekstazie dostępują wniebowstąpienia, w czerwonych błyskach stroboskopu. Pełne udziwnień i wiary w pozazmysłowe postrzeganie rzeczy. Pełno ich a najpełniej we wspomnieniach z dzieciństwa, gdzieś w przebrzmiałej epoce, w której słychać stuknięcie w blaszanej konewce, brzęczenie pszczoły. I czuć zapachy ognisk, co idą z dymem od szczerego pola dalekim śpiewem, w popiele. Między glinianymi garnkami na żerdziach drewnianego płotu, rozwieszonymi płótnami słońce prześwieca jaskrawą pomarańczą zachodu. Na szybie otwartego okna, na ganku błysk światła padający z ukosa. Zamknięte w krysztale wspomnienie uśmiechniętych twarzy moich dziadków, których już dawno pochowała ziemia… To znowu jezioro przede mną rozwarte szeroko, szkliste. W nostalgii nadciągającego cicho zmierzchu. W migocie blasku, w pomarańczy… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-06-02)
  6. @Somalija masz rację, co tam kocica będzie się zadawała ze słoniem
  7. @Somalija będzie trzeszczało jak stropowe deski
  8. @Somalija gratuluję iście olimpijskiego sukcesu, a, co do skakania etc. dzisiaj to nawet nikt prawie nie rozmawia ze sobą. dzisiaj widziałem w autobusie czterech chłopaków siedzących obok siebie (okazało się, że to byli koledzy) ale zamiast rozmawiać ze sobą, tak jak się powinno rozmawiać patrząc w oczy itd, to wysyłali sobie komunikaty na messendżerze. jeszcze chwila a wleziemy to tych wszystkich sfarfonów, a że będą nam wystawały jedynie tyłki
  9. @Somalija zastanawia mnie to skakanie w gumę
  10. Fale twoich włosów przenikają się z falami wzburzonego morza. Mieszają się, kotłują w rozgorączkowanej scenerii krajobrazu. W tańcu meduzy. Zanurzam się w sobie. W poświatach błysków i mrugnięć, w refleksyjnej kaskadzie idącej prosto z głębin. Coś tu miało być, nie będąc wcale… Nie będzie? Ale, czy, zatem, będzie? Muszle, rozgwiazdy, struktury koralowej rafy. Nadciąga zmierzch. Podmorskie stworzenia spoglądają posępnie. Nie patrzą. Udają niewidzenie. Przepływają obok. Odpływają. Nikną we wzburzonym mule sennego kalejdoskopu.. I znowu te oczy obserwatorów. Jakże ich wiele! Badają każde moje poruszenie. Czujne. Opadają pletwą… Jesteś? Nie słyszę ciebie. Zagłusza cię, bowiem oddech przypływów i odpływów… Krople na twarzy. Wiatr o zapachu soli. Ociekam wodą fal rozszalałych. Zanurzony w swojej egzystencji. Gdzieś, w oddali spowite pianą ostre skały. Przesłaniam dłonią oczy. Między palcami, liliowy potok światła. Drgający obrys wieczornego blasku. Nade mną sine obłoki, niewysłowione w tęsknocie milczące usta. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-05-31)
  11. Arsis

    Ambientalnie

  12. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Arsis

    Soundtracks

  15. Na drzwiach ktoś wyskrobał: „Nie ma liryki!”. I miał rację, ponieważ tu jest kwintesencja brudu, smrodu i obrzydliwości. Dzwoni mi w uszach. Wirujący, lśniący pył odbija się od ścian pogłosem echa. Dzwoni mi w uszach szalona nicość i łomoczący ból. Kaskada krwi. Kotłuje mi się w głowie jakaś proza. Poszarpane fragmenty zdań, strumienia myśli. Przesuwa się to wszystko przed szczypiącymi oczami, meandruje w labiryncie dziwnych skojarzeń, to znowu w lesie pokręconych konarów wystających z ziemi. Szaleństwo utkanej różami nocy rani, kłuje, drapie pazurami do krwi. Nerwowe wdechy. Wydechy. Szybkie poruszanie ocznymi gałkami. Czuję, że ktoś szarpie mnie za koszulę w porywie nagłej zazdrości. Zdziera ją, szukając pieniędzy i rewolweru. Lecz niczego nie znajduje, jedynie odór gnijącego, spoconego w gorączce ciała… Słuchasz mnie? Dlaczego milczysz? Powiedz cokolwiek… Nasłuchuję. Nic. Jedynie woda skapuje z kranu do przeżartego rdzą zlewu. Pajęczyny oplatają ubabrane resztkami jedzenia garnki, talerze, porozrzucane sztućce… Brunatne zacieki popękanych ścian… Chodzę i szarpię za okrągłe uchwyty kuchennych szafek. Otwieram drzwiczki, szukając czegoś zawzięcie. Czego? Nie wiem. Nie pamiętam. Nie. Tak. A może znowu — nie tak? Albo — tak? * Na chwilę przestaję pisać, bo rozbolała mnie od ciśnienia głowa. Co znowu nie tak? Czego ode mnie chcecie? Ktoś, kogoś tu znowu uczy, poucza. Próbuje dyktować… Macham rękoma. Opędzam się jak od wielkich, tłustych much… Odczepcie się. Idźcie precz. Wynocha! Napastują mnie jakieś nie pasujące do niczego wtręty, majaki. Jakieś naleciałości ze świata umarłych. Siedzę tutaj i stękam, jęczę, wydaję nieartykułowane, gardłowe dźwięki. Ale nie wypiłem dużo, tylko trochę, jakieś pół butelki rozpuszczalnika. Zaraz, zaraz. Coś się tutaj leje i sączy. Przecieka. Wyrwaną ze swojego korpusu mówiącą głowę, trzymam pod pachą, jak nieboszczyk, ponieważ jestem nieboszczykiem. * Powróciłem, a raczej, to coś powróciło. To albo ono. Nie wiem. Nic nie wiem. Nie jestem już w stanie rozpoznawać kształtów nacierającego snu. Które płyną, przepływają i nikną. Albowiem deszcz. Znowu deszcz… Jest mi ładnie w sypiącym się na moją głowę konfetti. Ktoś mnie obsypuje, tylko, po co? Z jakiej to okazji? Ja już umarłem, więc, co mi po moich urodzinach? Ktoś drze zawzięcie kolorowe papierki, lecz nie widzę, kto… To ty? Znowu milczysz. * Zamiast odpowiedzi, słyszę daleki, natarczywy brzęk nieistniejącego telefonu. Kto do mnie dzwoni, kiedy nie dzwoni nikt? Wybudziły mnie nacierające zewsząd zmory. Przenikają przeze mnie w potędze nocy, w jakiejś tajemniczej gestykulacji przekazu, w kakofonii szmerów. Siedzę w blasku księżyca otępiały, nie rozumiejąc niczego. Nie wiedząc od kiedy istnieję, ani kim jestem, ani jaki jest w tym wszystkim cel. W półmroku pustego pokoju głowa opada mi na oparcie głębokiego fotela. Zatapiam się w gorączkowym, piskliwym szumie nadciągającego koszmaru, zahipnotyzowany przekrzywionym na podłodze, okiennym prostokątem srebrnego światła. * Zaduch ciemnego pokoju… Spocone szyby… Trzeszczące deski podłogi od nieustannych kroków… Chodzenie w kółko w odorze rozkładu… Zabiła już tysiąc razy. Jej ręce. Spójrzcie na jej ręce! Jej fartuch upstrzony czerwonymi kwiatami. Chrapliwy oddech mięsożercy. Szczerzą zęby odrąbane głowy, mnożą zdumione spojrzenia na widok zagadkowej śmierci… … jakieś niejasne grymasy, błyski szklanych oczu… Chodzi wokół. Zagląda do pieca pełnego czarnych, rozsypujących się kości… Nadciąga… Jest blisko, oddala się… Węszy… Oblizuje się lubieżnie… Niedojedzone kawałki mięsa drżą na talerzu… Kroki… Nieustanne sapania i znowu kroki… Podchodzi do drzwiczek zlewozmywakowej szafki, szarpie za uchwyt… Przestaje… Kręci nieśpiesznie gałką, jakby w zastanowieniu… Jakieś sprośne odgłosy zza ściany. Odrażające mlaskania w odorze rozkładu. Rzężenia… Kolejne życia, kolejne śmierci, Nie wiadomo, kto żywy, kto martwy… * Brunatne na ścianach plamy, sufitowe zacieki. To jest jakaś niezwykle ostra, rozepchnięta aż po kres samotność. Wyrazista. Dojmująca jak grób. Przepoczwarzająca się w bolesnym pulsowaniu, niczym rozogniony stan zapalny w przebiegu dręczącej choroby. Przede mną prowadzące w dół kamienne schody. Jakieś Katabasis, w przeciwieństwie do Anabasis, wydychające z siebie piwniczną, zatęchłą woń. W otchłani mrocznych korytarzy błądzę, wśród jaskiniowych nawisów, grawitacyjnych nacieków. Grota, to? Zaiste, przedsionek do nie wiadomo czego, ale za to bardzo odludnego. Ohydna ciemność poluje na swoje ofiary. Jak ogromna ropucha wyłapuje swoim lepkim, długim jęzorem. Po czym połyka z obrzydliwym mlaśnięciem. * Czy ktoś tu jest? Coś miało być, ale rozpłynęło się, umarło, mimo że nigdy tak naprawdę nie powstało. * Jesteś? (Włodzimierz Zastawniak, 2023-05-30)
  16. Coś mnie wypluło z odrazą w bezdenną otchłań skotłowanej, sinej nocy, pełną jakichś szmerów, piskliwych szumów. Pamiętam ten krzyk skierowany ku gwiazdom, który szedł z głębokiego grobu mojej matki. Opłakiwała śmierć kolorów, gdyż widziała już wszystko w szarości poprzez martwe oczy. I przechodzą przez moje ciało inne ciała. Skąd one się tu wzięły? Nie wiem, ale wiem, że płynę, Nie wiadomo, kto jest żywy, kto martwy. Ja? Czy one? Ciężko stwierdzić, gdyż zdetonowana czarna dziura wiruje wokół mojej głowy i wciąga załamujące się na krawędzi źrenic światło. Wsysa nie tylko materię, lecz i czas. Ale słyszę wciąż echa. Pierzchania kroków z przeszłości. Pokasływania. Szurania przesuwanych w tę i z powrotem, knajpianych krzeseł… To znów tętent kopyt cwałujących diabłów. Moje odbicie z lustra roi się w każdym załomie, w każdej płaszczyźnie i cieniu. Powiela się. W gorączce, w malignie… Pełznie. Czołga się spocone i cuchnące. Zdycha w pełnej pajęczyn, blaszanej paszczy potwora W ciągnącej się donikąd plątaninie rur. Skulone pod wielką, żeliwną wanną. Pomiędzy jej krótkimi, krzywymi nogami, jak u wiedźmy. Mieni się lśniące, śliskie ciało. W drżeniach zimnego płomienia trzymanej oburącz świecy… Moja pokręcona, własna egzystencja. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-05-28)
  17. @Somalija prawie codziennie przychodzi do mojego kibelka hydrauliczna inspekcja czy coś nie cieknie i czy rury trzymają pion, nie mam czasu nawet na w...e, zaczynam się już nie wyrabiać, bo zdążam dosłownie w ostatniej chwili, jeszcze trochę a zastaną mnie na nim w trakcie posiedzenia...
  18. @Somalija remonty, remonty... końca nie widać jak tej plątaniny bulgoczących rur...
  19. @Somalija żaden ze mnie rekin. szczęka nie ta, płetwa ogonowa nie ta
  20. @Somalija żaden ze mnie rekin, raczej leszcz, na leszcza z harpunem?
  21. @Somalijazawsze może być siatka rybacka na grube ryby...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...