Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 991
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @sowa uspokój się @sowa nie wiem o co ci kaman, ale na razie to ty żeś dostał rozwolnienia na cztery kible
  2. Wybacz mi, wybacz. Czy mi wybaczysz? TWOJE USTA… Twoje, cudowne usta… Chciałbym.. Chciałbym, tak, chciałbym, lecz cóż mógłbym chcieć? Wiesz o tym dobrze jak i ja… Ale, czy chcesz? Albowiem nie chcę pisać zbyt oczywiście, albowiem wiem… Powiedz mi, wiesz? Czy wiesz? To prawda, nie znam cię. Nie znam. Ale czy mnie znasz? Powiedz mi szczerze jak bardzo, jak bardzo mam cię jeszcze znać, poznać, dopoznać, abyś… Nakrzycz na mnie, nazwymyślaj… Uderz w twarz… Kocham cię… Tak po prostu, zwyczajnie… Pocałuj. Pocałuj i już nie odrywaj zmyślnych ust… Nie. Nie odrywaj, tylko przywrzyj do samej głębi poznania. Do samej głębi, tej najgłębszej z tych najgłębszych doznań… Twoje usta… … te twoje wilgotne usta… Czy wiesz ile bym dał, abym mógł ich dotknąć, musnąć i poczuć muśnięciem swoich warg? Czy wiesz? Powiedz mi, czy wiesz? Staram się dojrzeć, wypatrzeć, dopatrzeć głębię twoich źrenic, poprzez czerń… Poprzez, poprzez… … poprzez… Jest tyle tego: „poprzez”. Kocham cię… Wybacz zakochanemu mężczyźnie, po prostu wybacz. Wybaczysz? Ja nie chciałem. Chciałem tylko namalować twoje spojrzenie, twoje usta i oczy… Chciałem tylko… Wiem, nie wolno mi, ale chociaż poprzez ekran monitora, poprzez skaczące piksele, które wysypują się zewsząd, wysypują się z opuszczonych kątów samotności, poprzez piksele mżącej szarością ciszy Chciałbym, tak, chciałbym, ale nie mogę, ponieważ nie mam życia, nie mam… Wiesz, pracuję na popołudnia, na te cholerne popołudnia… Bo nie mam życia, kiedy nie mam ciebie… Więc pozostaje mi jedynie obraz twojej twarzy, obraz twoich ust i okrytych czernią oczu, okrytych, jakby nieprzeniknioną czernią mieniącego się kosmosu… I twoje włosy… Ten zapach twoich włosów… Więc, jedynie… — cóż mogę, jedynie? Zanurzyć się w milczeniu twojego oddechu, w milczeniu niewypowiedzianych słów. Do kogóż mogłyby być one skierowane? Do kogóż? Czy mam znowu iść, pomiędzy spękane mury opuszczonego miasta? Powiedz… Powiedz to, patrząc mi prosto w oczy… Mów… Za tobą szelest wiatru, szelest rozchwianych gałęzi, dębów, kasztanów, ścieżki milczącego ogrodu… Słoneczne prześwity… I woń kwiatów przejmująca, mdląca, natchniona… Za tobą ogród pełen tęsknoty i oczekiwania. Za tobą, za tobą… … cóż właśnie za tobą? Stań na chwilę, zatrzymaj się, obejrzyj… Za tobą niebo błękitne… … za tobą miłość… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-07-08)
  3. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  4. Arsis

    czas na książkę..

  5. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  6. Arsis

    czas na książkę..

  7. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  8. Przechodzą. Przeszli. Ale ilekroć… Ilekroć jeszcze… I przechodzą wciąż przez zwielokrotnione gorączką niewyobrażalnie ostre warstwy sennego koszmaru. Te widma przemieszczają się w czasie. Wychodzą z przeszłości. Przechodzą przez teraźniejszość cieniem. I wchodzą w przyszłość, niknąc w zamykającej się za nimi ścianie. Siedzę w głębokim fotelu wpatrzony w srebrny na podłodze prostokąt. Księżycowe piksele mnożą się i dzielą. Mżą jakimś dziwnym blaskiem odbitym od nie wiadomo czego. Ktoś wciąż dzwoni, kiedy nie zdzwoni nikt. Podnoszę słuchawkę telefonu i słyszę piskliwy szum, jakieś odległe, dźwiękowe halucynacje podobne do szeptów i gwizdów. Zaiste, ktoś coś mówi. Ktoś coś przekazuje z przeszłości w nader zawoalowany sposób. Żeby tylko mógł się wyrażać jaśniej… Jaśniej… Moje skronie płoną od nadmiaru ciśnienia, od natłoku wizji. Wszystko płonie i drży na krawędziach milczących przedmiotów. Wszędzie kamienne twarze, obojętne spojrzenia. Okryte zakurzoną folią rzeźby, popiersia… Mijam pootwierane na oścież, bądź lekko uchylone drzwi w długim i mrocznym korytarzu w blasku pełni. Pomieszczenia, sale, pracownie, klasy… W ich wnętrzu zarysy regałów, laboratoryjnych stołów, tablic, plansz, poskręcanych pod dziwnym kątem zabiegowych foteli… I zwoje kabli, gruz, potłuczone szkło, szary pył… Mdląca mieszanina jakichś starych chemicznych odczynników miesza się z odorem śmierci. W szklanych gablotach medyczne eksponaty. Ludzkie, nie-ludzkie ze śladami straszliwych chorób. W mroku jakieś światło. Migocząca jarzeniówka wydaje ciche brzęczenie. Ktoś tu był. Na ścianach tak jakby rozmazane ślady krwi. Pod sufitem plątanina żeliwnych rur rozszerza się lejowato jak ramiona szeroko rozwarte jak grób. Ktoś tu był… Na chromowanym stole wśród chirurgicznych narzędzi — wyszczerbiony stołowy nóż. Coś się na mnie patrzy. Coś mnie obserwuje. Wiem. Czuję to aż nazbyt po lodowatych na plecach dreszczach. Na blacie stołu wyskrobane: nie ma miłości! Tak, miłość została tu zaszlachtowana jak świnia w strugach tryskającej krwi. Brunatne plamy. Wszędzie brunatne plamy… A corpus delicti? Gdzie jest corpus delicti? Ach, wyszczerbiony, stołowy nóż z drewnianą, wytartą od wielokrotnych powtórzeń rękojeścią. Jej ręce… Spójrzcie na jej ręce! Jej sukienka upstrzona czerwonymi plamami. Jej chrapliwy oddech mięsożercy. Szybki oddech… I odwrócone białkami oczy jak w ekstazie dokonywanego mordu! Wszędzie oczy, oczy… Twarze zdumione potęgą śmierci. Śmiertelne spojrzenia tak jak u mojej umierającej matki. Zdziwione tym otwierającym się mrokiem tajemnicy. I wszystko pokryte kurzem. Grubą warstwą kurzu i zapomnienia. Zatem pełznę w świetle jarzeniówki. Stąpam na czworakach i grzebię… Grzebię w rupieciach, gruzie. Otwieram szafki, odsuwam szuflady… Co znajduję? Okruchy przeszłości, pozostałości, artefakty dawno minionych epok. Z zakurzonych okładek wysypują się zdjęcia, zapisane pozdrowieniami pocztówki. Stare zdjęcia, stare zdjęcia… Wszystko stare, zmurszałe, pokryte zapleśniałym grzybem… Wiele, wiele liter, pourywanych zdań, poprzecieranych, zaplamionych tekstów… Ktoś tu kogoś kochał i przelewał całe swoje serce na papier. Ktoś tu kogoś kochał… Sięgam, macam rozedrganą dłonią… Szukam… Szukam wciąż… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-07-02)
  9. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  10. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  11. Arsis

    czas na książkę..

  12. Podejdź do mnie tak powoli i kochaj się ze mną, pokaż w płomieniach świec lśniącą gładkość swoich nóg. Rozbierz. Zdejmij, zerwij ubranie. Chodź i pocałuj, tak czule, namiętnie, szalenie… Pozwól się dotknąć. Ja tu jestem i czekam na ciebie, jedyna… Wpij się w usta wilgotne. Obejmij kark, plecy, pośladki. I zatańczmy na środku pokoju, w objęciach nagości… Pozwól się pieścić. Tak pragnę cię całować, wodzić palcami gładką skórę szyi, wtedy, kiedy odchylasz w ekstazie głowę. A twoje długie włosy opadają ci wzdłuż pleców. Zdejmuję ci sukienkę, abyś mnie olśniła blaskiem, który prześwituje, gdzieś z wnętrza, jakby zaczajony, gotowy do galopu skowyt intensywnego orgazmu. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze chwila. Pozwól się napatrzeć, nadotykać i nacałować. Twoje ramiona… Szepczę ci do ucha coś, co tylko my rozumiemy i pragniemy chciwie. Rozpinam twój stanik uwalniając piersi. Biorę je w dłonie i delikatnie ściskam… Mówisz do mnie, prosisz o więcej. Rozchodzi się bicie serca, przyspieszony oddech, kiedy przygryzam twoje sutki, coraz bardziej nabrzmiałe i twarde… Gładzisz moje ramiona, tors, przywarta ściśle i szczelnie. Masuję twój brzuch. Szybkim ruchem zrywam ci stringi. Spadające na dywan odtrącasz stopą, gdzieś w kąt pokoju… Pod napiętą skórą wyczuwam wezbraną rzekę krwi, pełną gotowość. Chcesz? Wiem, że chcesz… Całuję ci brzuch, zbliżając się do tej cudownej, jakże wrażliwej różowości. Zlizuję słonawe krople spomiędzy rozchylonych płatków, spomiędzy rozwartych palców o paznokciach pomalowanych na czerwono. Dotknij i popieść. Wyczuj twardość, to płonące pulsowanie. Nie żałuj uścisków, Odsłoń przejrzałą śliwkę, weź do ust. Będę gładził twoje włosy a ty będziesz na mnie patrzeć, gdzieś z dołu, z pokładów boskiej rozkoszy. Nie przestawaj, och, nie… Chodź tu do mnie. Usiądź. Powoli, ale do końca. Nasuń się i unieś… I znowu… powoli… … powoli… Tak sensualnie wyginaj lśniące ciało. Niech na ciebie popatrzę, nasycę się twoim widokiem. Podtrzymuję ci rozsunięte, drżące uda, kiedy podnosisz się i opadasz, odchylając głowę z głębokim westchnieniem, jękiem i blaskiem w oczach… Kocham cię. Kocham… Zmieniamy tempo, zwalniamy, to znowu przyspieszamy. Miarkujemy rozkosz, aby nie uleciała za szybko. Niech trwa w nas ekstaza. Niech trwa w nas głębia kosmosu… * Budzimy się z uśmiechem w słonecznej smudze, nadzy, wtuleni w siebie. Zakochani… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-05-14)
  13. To jest, gdzieś tutaj. Macam w ciemności. Macam… — lecz nie znajduję… Otacza mnie jakaś przedziwna lotność majaczących obrazów. Jakieś fragmenty z poszczególnych etapów dawnych epok. Gdzieś coś się czai. Wiem, to. Wiem. Przechodzi. Snuje się w odmętach niedoistnień. Coś się przemieszcza w oddechu nocy bez tumultu pierzchań, szurań i stukotu obcasów i echa chrząknięć i pokasływań. Coś się przemieszcza i mży tą szarością mżących pikseli. W półmroku korytarza, pustego pokoju, gdzieś w labiryntach opuszczonego domu donośny gong stojącego zegara. Gdzieś tutaj albo nieco dalej widziałem twarz umarłej matki. Matka spoglądała na mnie. Nie. Ona tylko udawała patrzenie zatopiona w głębokościach mrocznej łazienki. Gdzieś z wysokości żeliwnych rur, rur skłębionych pod wzdętą nawałą popękanego sufitu. Wyglądała, jakby wisiała na krzyżu. Patrzyła się tym wzrokiem pustym. Beznadziejnie pustym, w którym szalał jedynie lodowaty wiatr zaśnieżonych pustkowi. Patrzyła się na mnie, kiedy ja trzymałem w dłoniach rozedrgany płomień świecy. Z potwornej oddali zaświatów z szalejącym wichrem tęsknoty. Z zakamarków nie wiadomo czego. Z zaprzepaszczonych momentów… Nie ma. Już nic nie ma. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-07-01)
  14. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  15. Matka przychodzi zawsze w nocy, przychodzi dziwnie blada. Wie, że będzie umierać, choć przecież już umarła. Ale jeszcze chodzi i mówi, mimo że skóra jej twarzy zwisa sinymi płatami. Przychodzi i dziwnie się na mnie patrzy, tym wzrokiem trupa, chcąc mi przekazać jakąś utajoną wiadomość z zaświatów. Stoi i patrzy się na mnie, stoi… Stoi. Stoi…. I patrzy się tym wzrokiem strupiałego trupa. Choć w ostatnim widzeniu starała się to ukryć tak, jak się ukrywa zmarszczki pod grubą warstwą pudru. Nie musisz już, mamo. Nie trzeba. Wiem, że już nic z tego nie będzie. Przepraszam cię. Pójdę na twój grób i położę ci na płycie czerwone róże, zapalę świeczkę. Tobie, ojcu i babci, której nie znałem. Ale zapalę, bo tak trzeba. I postoję w słońcu albo w deszczu, w zimnie albo upale… Ale będę. Tak, będę… Przepraszam cię, ale piszczy mi w uszach. To od ciśnienia. Słyszę szumy i gwizdy. Jakby przekaz z kosmosu od obcej, absolutnie obcej formy życia. Powiedz, dlaczego mnie wybrali? Ach, tak. przez tę moją niekompatybilność z tym światem. A czy będę kompatybilny z nimi? Nie widzę ich twarzy. Ale słyszę jakieś szumy, szmery i niewyraźne jak w gorączce słowa… Ciekawe, o czym to. O mnie? Opowiadają moje dzieje? Być może. Opowiadają samym sobie dzieje mojego żałosnego życia. Być może jacyś ichni naukowcy wzięli sobie na karb mój przykład. Ale, dlaczego akurat mój? Przecież jest tyle innych, pięknych…. Wręcz modelowych… Tu nie ma nic. Jedynie pustka i ból. Lodowata otchłań kosmosu. Ja już nie zmuszam do niczego. Kogo? Kogo, kogo… Już nikogo. A czy kogokolwiek zmuszałem do czegokolwiek? Nie wiem, nie pamiętam. Ale już nie zmuszam. Już nie zmuszam….Już nie. Już… Podchodzę do splątanych w rogu pokoju rur. Żeliwnych. Pokrytych stłuszczoną, odpadającą farbą żeliwnych rur. Widzę, jak się rozchodzą wieńcem pod brunatnym od zacieków sufitem. Widzę, jak falują na nich pajęczyny. I widzę jestestwo jakiegoś martwego życia. Tam coś umarło, mimo że wciąż żyje. Mimo że przychodzi i objawia się srebrne w pełni blasku księżyca. Blade lica i usta. Nieruchome oczy. Mimo że wciąż udaje życie. Mimo że wciąż udaje normalne funkcjonowanie. Takie funkcjonowanie, jak gdyby nigdy nic. Ale to jest przecież nieżywe. Martwe w swojej martwości kamienia. Martwe i lodowate niczym bryła lodu. Podchodzę do otwartego na oścież okna. Wchodzę po stołku na lastrykowy parapet…. Wiatr owiewa moje skronie, rozwiewa włosy…. Jest dzień, środek upalnego lata. Jest jakiś dzień, mimo że przed chwilą była noc. Ale jest dzień. Zatem staję na lastrykowym parapecie i zaczynam błądzić w zakamarkach wspomnień. Szumi wiatr. Rozwiewa włosy… Szumi jak tchnienia mojej matki, która umierała jak ten sen szumiący i tkliwy… Szumi. Szumi mi w uszach… Rozkładam ramiona, robiąc ten jeden, jedyny krok, wpadając w otchłań złudnej nicości… Kiedy otwieram oczy, mości się wokół mnie przytłumiona zieleń drzew. Za mną nic. Nie ma żadnego okna ani parapetu. Za mną nic. Tu już nikt nie wejdzie. Jestem bezpieczny. Jest tylko przytłumiona zieleń drzew. I szelest liści, ciche skrzypienia dębów, kasztanów. Tu już nikt nie wejdzie… Tak oto odpoczywam w świetle rozjarzonego dnia. W świetle upojnego lata. Ale tylko ja. Nikt więcej. Bo i nie musi tutaj nikogo być. Nie musi, ponieważ nie zmuszam do niczego. Nie zmuszam, tak, nie zmuszam. Obraz nieżywej matki zniknął albo przynajmniej mam taką nadzieję, że zniknął. On nie ma tu wstępu. Nikt nie ma tu wstępu. Odczepcie się! Dajcie mi spokój! Nie odwiedzajcie już mnie, błagam. Pójdę sobie tam, gdzie nie ma już nic. Albo jest, tylko niewidzialne. Pójdę sobie. Tak, pójdę sobie… Do kogo to piszę? Mówię? Do nikogo. Bo nie ma już nikogo. I nigdy już chyba nie było. Do kogo to mówię? Wybacz, że mówię nieskładnie i bełkotliwie. Wypiłem trochę i mieszają mi się wątki, epoki i lata. Ja już nie wiem, gdzie jestem. Tu, czy gdzie indziej? A zresztą, jakie to ma znaczenie? Nie ma już żadnego. Bo i kogo to obchodzi? Nikogo. Absolutnie nikogo. Zanurzam się w przytłumioną zieleń szeleszczących, szumiących liści dębów, kasztanów a może i strzelistych topól? Wchodzę w przytłumioną zieleń szumiących drzew. Sam. Sam, jak ten palec drwala. Dlaczego? Bo nikogo już do niczego nie zmuszam. Tak, nie zmuszam do niczego. Odpoczywam teraz, ponieważ niedowidzę. Ciśnienie miażdży mi pulsujące skronie, wzrokowe nerwy… Ja chyba niedługo umrę tym umieraniem nieobchodzącym nikogo. Jak się umiera w ten sposób? Otóż umiera się po cichu albo po kryjomu. Umiera się i już. Tak, już. To nic takiego. To nic popularnego. To taka prosta śmierć niekompatybilnej z życiem jednostki. Lecz… — właśnie, co lecz? Umarłem? Żyję jeszcze? Chyba jeszcze żyje, bo boli mnie serce. Boli mnie tym ciągłym umieraniem. Tym ciągłym nawarstwianiem się nicości… Żyję, ponieważ czuję i czuję wciąż, choć już nie powinienem przecież niczego czuć. No i popatrz, upiłem się. Nakrzycz na mnie, nazwymyślaj mi. Upadłem i nie mogę wstać. Tak jakoś nie mam siły się podnieść. Ale mam prośbę, nie nachodź mnie już więcej. Ja już nie chcę niczego, po prostu niczego. Tak to już jest, że niekompatybilność jest masakrowana trybami codzienności. A to są tryby nie do zniesienia. Wybacz, ale boli mnie głowa od ciśnienia. Od pulsującej nawały myśli… Starałem się jak mogłem… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-06-30)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...