-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@violetta witam panią...
-
W gruzowisku coś się porusza, w barłogu ze szmat i łachmanów. Świszczący oddech. Nerwowe zamykanie i otwieranie zapiaszczonych powiek. To koniec. Łykam kęsy powietrza gęste od piwnicznych wyziewów. Od jęków splątanych, ciągnących się znikąd, donikąd rur, z których wycieka czarna cuchnąca maź. Kim jesteś, rozpięty na krzyżu i wpatrzony w ziemię tym zwielokrotnionym spojrzeniem owadzich oczu? Albo — raczej — czym? W aureoli zeskorupiałej rdzy, w brunatnych smugach zacieków. Przeogromna cisza wrasta korzeniami głęboko w ziemię. W melancholii blasku, w znoju jakiegoś oczekiwania… Wspina się po ornamentach pozrywanych tapet przeciągły krzyk dawnego przerażenia. Gdzieś w oddali czasu, w ogromnym przeciągu trzask drzwi bez klucza… Kto miał przyjść? Kto? Nie przyjdzie nikt. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-29)
-
drogie panie, kto tu się kogo boi, hę? wirtualny świat? wszyscy jesteśmy w matriksie i nic nas już nie uratuje... i może tak na otarcie łez el mariachi w wielkich meksykańskich sombreros?
-
" W uroczej kawiarence"
Arsis odpowiedział(a) na aniat. utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aniat. Czy w kawiarence "Sułtan" Przed panią róża żółta? Czy obok pan, co miał Tę różę i pani dał? Czy oni tam są? Czy oni tam są? nie ma... albo są, ale inni... -
@Somalija tak, to prawda. pozostanie po nas jedynie absolutna nicość... energia rozproszy się do zera, aby, być może, zrobić miejsce dla całkowicie nowego wszechświata o zupełnie odmiennych zasadach fizyki... ale w multiwszechświecie wszechświatów jest na pęczki, jedne umierają, w ich miejsce tworzą się nowe i tak w nieskończoność... a propos. istnieje nieskończona liczba naszych wersji. w jednej jesteśmy smutni, w drugiej szczęśliwi, w innej chorzy, jeszcze w innej jesteśmy okazami zdrowia, albo znowu biedni,, w następnej bogaci, tępakami, geniuszami, nierobami, odkrywcami, artystami etc...
-
" W uroczej kawiarence"
Arsis odpowiedział(a) na aniat. utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@aniat. taki klimat turnauowsko-starszopanowy. brakuje tylko pajączka, co wyszedł z róży, bo zapach go odurzył. pijany jakby krzynkę szedł, snując pajęczynkę... -
Dobrze. Niech tak będzie. Już nie ma nic. Chciałem napisać wiersz, ale upiłem się. Nie będzie wiersza., bo i po co? Miał być wiersz o miłości. Jakiej? Tej jedynej. Ale nie będzie. Nic nie będzie, bo i po co miałoby być? Nie ma. Nie ma nic. Po prostu nie ma. Nieco trzeszczący dźwięk winylowej płyty roznosi się po pustym domu. Temat miłosny z filmu „Lolita”, mistrza Ennio Morricone, albo jakiś inny rozchodzi się echem. Trącam w pasji pustą butelkę. Spada ze stołu z trzaskiem rozbijanego szkła. W mdłej poświacie sufitowej lampy coś się rozwiera i przeinacza w półmroku przedpokoju. Niewyraziste, nieostre, próbujące oswoić w sobie pustkę opuszczenia. Patrzę na popękany sufit. Na żeliwną rurę w kącie pokoju. Na te falujące płachty pajęczyn łaskoczące twarz… To znowu mnie przyciąga. Mówi do mnie. Szepcze, gdzieś z wysoka. Jest nade mną. Tak, jest nade mną. Jest tam od dawna. Od bardzo dawna. Od momentu moich narodzin w pochmurny, deszczowy dzień. Od całej wieczności. Od początku czasu. To coś się przemieszcza. Słyszę wyraźnie powolne kroki i trzeszczenie uginających się stropowych desek. To jest i jednocześnie tego nie ma. I znowu jest. Przechodzi z przeszłości w przyszłość, przekraczając teraźniejszość w jakimś niejasnym rozwidleniu, gdzieś w kaskadach zatęchłego powietrza. Patrzyłem od zawsze na sufitowe plamy zacieków. Miały one takie interesujące kształty i formy. Niby twarze, niby chmury, obrysy kontynentów, nieistniejących wysp na oceanie życia. Zamykam oczy, otwieram. W jakimś nagłym przypływie pamięci uśmiechnięta twarz mojego ojca, przemyka wraz z błyskiem słońca na szkłach jego okularów. Przyszedł mnie odwiedzić, ale znowu znika w odmętach ciemności, machając mi na pożegnanie w jakimś takim tkliwym milczeniu opuszczonej egzystencji. A, gdzie moja umarła matka? — pytam. „Będzie następnym razem” — szepcze. — „Śni się teraz komuś innemu”. Wiem, odwiedzają mnie razem, czasami osobno, ale są. Dobrze, że są, że ich widzę w zdrowiu i szczęściu. Ale częściej są smutni, kiedy na mnie patrzą. Moja umarła matka ostatnio chyba płakała, ocierając ukradkiem łzy. Ale dobrze, że są. Gorzej, jak ich nie ma przez dłuższy czas. Wtedy nadciąga zło. Chcę coś powiedzieć, przywitać się, ale nie pozwala mi na to zamroczenie umysłu. Wyciągam drżącą rękę i trwam wygaszony w sobie, wyciszony w chłodzie osamotnienia. Rozbiło się, roztrzaskało się z hukiem wszystko to, co miało być piękne. I jeszcze do tej pory łomocze, tłucze się z echem w labiryntach mózgu. I jeszcze do tej pory rozsadza czaszkę pulsujący ból śmiertelnej gorączki. I jeszcze do tej pory rozmawiam sam ze sobą, rozmawiam ze swoimi własnymi odbiciami, których pełno w każdym szczególe kryształów i luster. Na zewnątrz szum drzew, szum przejeżdżającego pod oknami samochodu. Za oknami granatowa noc. Chłód. Mrok samotności. Za oknami nic, jedynie kroki jakiegoś spóźnionego przechodnia giną w poszumie czyjegoś głębokiego oddechu. W tkliwej melancholii dusznego lata, w której coś wciąż płacze i łka. W aromacie kwiatów, korzeni, ziół, w aromacie spalin… Wypadło mi z ręki. Rozbiło się. Roztrzaskało z hukiem w drobny mak. Nie mam siły zbierać tych kawałków, są zbyt drobne i ostre. Nie mam siły na nic. Kto jest we mnie? Kto to jest? Czy jest ktoś we mnie? Kto miał przyjść? Nie przyjdzie nikt. I czyj to śmiech? Kto się ze mnie wciąż śmieje i drwi? I te głosy w pęknięciach przedmiotów, ścian… Upadłem i nie mogę wstać. Czy ktoś mi poda rękę? W deszczu. W ciągłym deszczu, w którym ktoś przegląda się w kałuży. Upudrowana twarz. Umalowane z przesadą usta. Czerwona na policzku łza… To ja. To ja sam odnajduję siebie w sękach i słojach podłogowej klepki. Płyną tak te obrazy wolno nad ziemią. Płyną jak mgły nad kartofliskiem, nad łąką, nad polem… Do kogo ja to mówię? Do nikogo. Bo i do kogo mógłbym tak mówić? Do kogoś wymyślonego w tekstach, które i tak nie są wierszami. Które są… — właśnie, czym? Pamiętam, że urodziłem w deszczu., w którymś zimnym dniu maja. Urodziłem się w szarości świtu. Pamiętam tylko opuszczoną salę z oślepiającą bielą i mżące piksele w kolorze chromu. Nie było nikogo, tylko deszcz dzwonił o blaszane parapety uchylonych, wysokich jak witraże okien. W ogromnym przeciągu otwarte na przestrzał drzwi. Plamy zacieków, kilometry poplątanych, żeliwnych rur, wirujący kurz… Czy jest tu kto? Pytam w zasadzie samego siebie. Czy ktoś tu jest? Tu jest tak cicho, przeszyte cichością opuszczonego cmentarza, w którym jedynie szelest drzew, w którym jedynie czyjeś niespieszne kroki. Miałem coś dalej zrobić, ale, nie pamiętam, co. Noc mnie otula bezkresem mroku przejrzyście i tkliwie wśród rozedrganych cieni. Wśród dopalających się wokół świec. Szepcze jakieś niewysłowione żale. Szepcze tak… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-27)
-
1
-
biegnę po ukwieconej łące po złotym piasku rozgarniając kłosy złotego zboża upadam wstaję ze śmiechem wiatr rozwiewa włosy słońce ogrzewa twarz… ― składam się teraz z samego światła (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-26)
-
-
@Somalija ładne...
-
Skąpani w słońcu, w pyłkach lata. Na pociętej cieniście parkowej alei. Jesteśmy tutaj. I jesteśmy, będąc jeszcze. Powiedz mi, mówiąc szeptem. Mów i muskaj czule. Dotykaj palcami twarzy. Dotykaj ustami ust. Mów. I nie przestawaj, albowiem w tym przestaniu nagłym serce boleśnie przestaje bić. Albowiem w tym nieistnieniu nie ma nic gorszego od śmierci. Więc całuj i zmyślnych nie odrywaj ust. Całuj i mów. Tutaj, w tkliwym ogrodzie, w pełnej melancholii czerwonych róż. W kwiatach, w anemonach, w kosmosie podwójnie pierzastym… W szumie liści i w tym wietrze, co łka. * Otwieram oczy — nie ma ciebie. Zamykam — jesteś. Dotykam ręką tej drżącej na ścianie poświaty bijącej od stawu. Krew pulsująca w skroniach. Szum. Cała ziemia jest pusta, kiedy nie widzę ciebie. I choćby tak dotknąć, poczuć, choćby grudkę twojej uśmiechniętej twarzy. Rozrzuconych na płótnie, rozwianych włosów. I choćby okryć się niebem, w którym jeden tylko anioł. To moje o tobie wyobrażenie. Mąci mi się w głowie, albowiem jesteś powietrzem, które pieści wzdętymi żaglami obłoków. Jesteś westchnieniem Poranną rosą na trawie. Drżącą pajęczyną… Kocham cię… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-17)
-
Nie ma ciebie. Pochłonęło cię światło. Rozbłysk słońca przeszył równinę nieskończonego stepu. Mój dom porośnięty kępami trawy, korzeniami, wątłym zielskiem. Mój dom, który widzę i czuję, przeszyty na wylot strzałą czasu. Nie ma ciebie. Wiem. Nie trzeba. Nie mów. Wiem wszystko. Rozumiem. Może kiedyś, w następnym rozdaniu będzie nam dane. Może kiedyś… Lecz nie teraz. Czas się pożegnać… Choć mówię to do samego siebie. Wokół mnie powiewają jakieś szmaty, poszarpane łachmany… Rumowisko śmierci… Gruz i szkło. Szary pył… Przywieram czołem do ściany, przywieram ustami do obsypującej się szczeliny, w której czerwieni się cegła… Całuję namiętnie, jakby usta kochanki, czując na języku gorzkie drobinki kwarcu, cementu. Ktoś mnie woła, szepcze… Ktoś wymawia moje imię. Kto? Kto tu jest? Odwracam się, lecz nic. Jedynie wiatr i cień obłoku na ścieżce, między skamieniałymi koleinami dalekiej drogi. Gdzieś tam, jakieś ranione, bliskie śmierci zwierzę snuje się i miota, chwieje…Idzie przez niepotrzebne nikomu zagaje. Nie. To raczej wszystko przekształca się w mojej wyobraźni, ulega metamorfozie jak we śnie. Byłaś tutaj, w gorącej godzinie upalnego lata. Twój profil odbijał się w szybie otwartego szeroko okna. Byłaś już wtedy milczeniem w powiewie wiatru dalekim, w słońcu, w kobaltowym niebie. Patrzyłem na ciebie i patrzę nadal. Wznosi się w porywach silnika kosmiczny pocisk (Concorde), przecinając skrzydłami elegie powietrza w uskoku czasu. Powoli, tak bardzo powoli rozwija za sobą długi, biały, skłębiony warkocz Andromedy, który mogłabyś teraz upleść i który mógłbym trzymać w dłoniach, mimo że byłby kruczoczarny jak twoje włosy. I znowu wiatr rozwiewa śmieci, omiata skronie. I znowu cisza opuszczonego miejsca wzmaga szum wezbranej w żyłach rzeki krwi. Przesypują mi się przez drżące palce artefakty dawnego życia. Jakieś prześwietlone foliały, klisze, poplamione, porysowane fotografie uśmiechniętych twarzy. Kto to taki? Patrzące na mnie widma umarłych, gdzieś z głębokich warstw celuloidowej przeszłości. Czarno-białe pozostałości, rozrzucone wokół okruchy zapomnienia. Stosy pożółkłych gazet, plakatów, folderów... Wszystko to, co po nas zostało. Niepotrzebne nikomu szczątki. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-16)
-
Podążam przez życiodajne dalekie łąki, polany. Podążam przez gorące lato ścieżkami wieczności. Przez jakiś odmęt pamięci pełen owadzich bobrzmień, barwnych rozwarstwień kwiatów. Pod kloszem błękitu, słońca. Pod flotyllą białych obłoków, które płyną, które niosą się, gdzieś nie wiadomo dokąd. W powolnym majestacie nieskończoności huk odrzutowca w prologu pędu nasila się i niknie. Jakaś forma egzystencji rozprasza się w długim, białym, puszystym warkoczu. Jestem w słońcu i w słońcu idę do ciebie. Chcę w ten sposób oswoić w sobie twoją nieobecność. Zaciskam mocno powieki. Otwieram. Pomiędzy nami ogrom powietrza i czasu. Zapach ogrodu. Plątanina łodyg, korzeni i kroki cichnące w zgiełku traw, w szeleście. To moje miejsce w pół drogi do ciebie. . Słyszysz? Nie słyszysz. Nie ma ciebie. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-03-15)
-
2