Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 863
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. Arsis

    Soundtracks

  2. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  3. Wysypujące się z szaf kasety magnetofonowe, szpule zleżałej taśmy… Powyciąganej, poplątanej… Zakurzone artefakty zamierzchłej przeszłości o nieznanym źródle. Wszystkie opisane jako EVP, czyli Electronic Voice Phenomena. Szare światło deszczowego świtu, bądź pomarańcz zachodzącego słońca w szparach zaciągniętych zasłon. Wschody i zachody księżyca. Drapiący w gardle kurz pokrywa włosy, twarz i czyjeś lodowate dłonie leżące na oparciach głębokiego fotela. Lodowate i ogromne. Kościste. Doskonale nieruchome. Kto tu jest? Kto? Nikt? Więc, dlaczego wciąż i wciąż te słowa przeszywają labirynty mojego mózgu? Słowa? Jakie słowa? Pełno ich tu. Przeszywają każdą komórkę mojego ciała jak ukłucia rozpędzonej radiacji. Pełno ich tu. Coś niewyraźnie mówią, szepczą. Łkające wykwity fantasmagorii. Coś wciąż i wciąż… Kto tu jest? Sterty pożółkłych ze starości gazet walają się pod nogami. Krzyczące nagłówki: „Pierwsze testy nuklearne na atolach Bikini i Eniwetok! Próba wniebowstąpienia na Mururoa, Johnston Island, Montebello Islands… Spalone ciała chorych na raka pod pierwszymi aparatami do radioterapii… Pierwszy sztuczny satelita… Pierwsze aparaty do leczenie chorych na Polio, przypominają raczej blaszane trumny…” Z ogromnego fotosu na przeciwległej ścianie spogląda na mnie uśmiechnięty Ray Charles, z olśniewającą bielą zębów i w charakterystycznych czarnych okularach, jakby spawalniczych goglach… Wszędzie walają się Jakieś pogniecione kartki, pozapisywane, pokreślone, poplamione, podeptane… I ta nikła woń ni to chemicznych odczynników, ni to trupiego rozkładu. Na końcu długiego, pełnego cieni korytarza zarys nie wiadomo czego. Skrzypienia drewnianej podłogi od moich kroków? Nie moich? Więc czyich? Pustka i samotność. Dalekie echa przebytej śmierci, która przeryła pazurami popękane ściany z ogromnym rykiem wszelkiego unicestwienia, zgarniając płaty tynku, odpadającej farby… Gruz i pył. Jakieś drapania za uchylonymi drzwiami, jednymi, drugimi… Za porzuconym stosem drewnianych radiol, popękanych, czarno-białych kineskopów… Odległe, powolne kroki czegoś, co się wspina z mozołem po schodowej klatce… Potęga pozazmysłowego postrzegania rzeczy nasila się. W jakiejś agonii niecierpliwego oczekiwania, w jakiejś dziwnej zawiesinie bytu, kiedy idę, kiedy przechodzę powolnym krokiem… W mrocznych pokojach, na szpitalnych łóżkach bez materacy… — podłużne, nieruchome kształty. Przykryte kołdrą szarego pyłu, okruchami tynku. Nie wiadomo czy to coś żyje, czy jest martwe jak głaz. W każdym razie leży to tu od dziesięcioleci, od momentu pojawienia się tego blasku, które stało się niejako zaczynem długotrwałej apopleksji, która skończyła się wielkim spokojem, ciszą i zejściem do pełnego pajęczyn zimnego labiryntu katakumb. Swoiste Katabasis eis antron. Wszystko jest tu martwe w obliczu wielkiego krzyża, z którego zwisa coś, co jest niepodobne do niczego. Wielookie monstrum z wieloma odnóżami. Pająk? Istota zakorzeniona w absolutnej martwocie i mroku. Przylepiona do nieskończonego kłębowiska żeliwnych rur w kącie wielkiej i ciemnej, tak jakby fabrycznej hali. Trwająca w odmętach wieczności jak nowotworowa narośl karmiąca się szlamem, zastałym krwiobiegiem rozsypującego się z wielkim chrzęstem truchła. Coś wciąż szeleści w nieustannym piskliwym szumie gorączki ni tu, ni tam. Ni to nigdzie, bądź tuż obok. I znowu tam, i tam… * Budzę się na zimnej posadzce łazienki. Dlaczego tu? Nie wiem. Nie pamiętam niczego z przeszłego życia. W półmroku, w drgającym blasku dopalającej się świecy. Mnożą się na ścianach cienie i widma. Co ja tu robię? Co tu robiłem? Kroczy przede mną wielka żeliwna wanna. Kroczy na małych nogach. Kroczy, przestępując w miejscu tak jak inne czworoboki, krzesła, fotele... I kołysze się na boki albo i nie kołysze się wcale. Stoi w miejscu od całych dekad. Skorodowana, w rdzawych zaciekach od kapiącej nieustannie wody. Całkowicie martwa… Martwa… MARTWA… I te szelesty, nieustanne piskliwe szmery… Od czego to? Drżą membrany głośników, jakby coś się chciało wysypać na zewnątrz, i rozpełznąć po kątach lodowatego grobu. Lecz tylko kurz wiruje w powietrzu. Przepływa wolno przed moimi oczami. Osiada na źrenicach, twarzy… W żeliwnych rurach jakieś jęki i bulgoty, wyciekający czarny, cuchnący szlam. Nawoływania z nieskończonych czeluści kosmosu. Krótkie radiowe rozbłyski od rozpadających neutronowych gwiazd? Pulsarów? Magnetarów? Zderzających się ze sobą czarnych dziur? Te źródła promieniowania nie są być może pochodzenia naturalnego, tylko sztucznego. Od kogo, zatem? To coś przypomina Fast radio burst, w skrócie FRB, czyli ultraszybki (milisekundowy) rozbłysk radiowy o pozagalaktycznym źródle pochodzenia. Z pewnością trwają nieustanne próby nawiązania kontaktu w kakofonii klekotów i szmerów. Pierzchających szurań ocierających się o mnie zwidów o nieustalonej proweniencji, konturach i rozmytych rysach twarzy. Staram się wyłowić, zrozumieć cokolwiek z tych odmętów kotłującej się maligny, z tego kłębowiska piskliwej w uszach ciszy. Mówią do mnie, albowiem mówią… I łaszą się u mych stóp i przymilają pośród rozmaitych gestów, niezrozumiałych znaków i symboli. Drwią ze mnie i szydzą z powodu całkowitej niemożności zrozumienia. Czemu nie mogą się wyrażać jaśniej? Śmieją się? Płaczą? Umarli? Zapomniani? W kakofonii modulowanych gwizdów … Płyną, płyną na falach eteru… Te istoty spoza wszelkiego czasu, samotne… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-10-22)
  4. @violetta a, wygłupiam. zmienione dla mnie? nie zasługuję
  5. Arsis

    Neo-Prog

  6. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  7. @Łukasz Jasiński nie zwycięskiej partii, tylko większości parlamentarnej. chyba że pisokomuna będzie chciała stworzyć rząd mniejszościowy, który na pierwszym głosowaniu o wotum nieufności zostanie pogoniony do diabła. liczy się WIĘKSZOŚĆ PARLAMENTARNA, w Konstytucji nie ma nic o zwycięskiej partii, bo można wygrać, ale bez większości, bez odbioru
  8. @Somalija na razie próbuję rozszywrować to, co napisała mi violetta @Somalija co u mnie? jestem zakatarzony, pokasłuję, nie czuję smaku ani zapachu @violetta jestem zaskoczony, jeśli mi oczywiście dobrze przetłumaczył translator
  9. @Somalija poddaje się
  10. @Somalija jak Gabriel Garcia Marquez? Aga, no co ty? Że realizm magiczny? nie, Aga, to żaden realizm magiczny, to bardziej schizofrenia, czy jakaś inna osobowość mnoga...
  11. Piskliwy w uszach szum rozsadza czaszkę. Szmer. Bolesne pulsowanie z wodospadem płynącej w żyłach krwi. Półmrok. Szare światło poranka opada wirującym kurzem na brwi. Pozrywane przez wiatr tapety lizą mnie chciwie po twarzy. Gdzie ja jestem? Tak jakby w oparach absurdu. Gdzieś tutaj byłem. Jestem… Wyrwane z zawiasów drzwi zwisają resztkami drzazg. Pod paznokciami krew, pył i brud kilkudziesięciu lat. Kiedy rozdrapuję rany spróchniałych ścian, przesypuje się przez palce tynk, odpadająca płatami olejna farba. Wszystko odpada, przepada, upada… Na podłodze rozrzucone pożółkłe stronice gazet, czasopism, niedokończonych listów, jakieś fragmenty zaczętych opowiadań, wierszy, esejów… Plakaty, fotosy uśmiechniętych, umarłych dawno aktorów zwisają krzywo ze ścian. Patrzą się na mnie. Liczą każdy mój krok, kiedy odbijam się w sino-szarych ekranach popękanych kineskopów. Pod opuchniętymi stopami chrzęst potłuczonego szkła, gruz. Zawadzam wciąż o plątaniny jakichś ciągnących się kabli, pogiętych blach, sterty porzuconych transformatorów, roztrzaskanych obudów drewnianych radioli… Pleśń i grzyb, rozkład, unicestwienie dawnego życia w straszliwej pożodze eksplodującego niegdyś słońca. Jakieś nadpalone rysunki, szkice twarzy i dłoni, techniczne schematy, wykresy, kolumny liczb, dojmująca woń chemicznych (szpitalnych?) odczynników, odór rozkładu, który zalągł się w kątach pomieszczeń, na zaplamionych, cuchnących moczem materacach szpitalnych łózek, w oszklonych niegdyś, teraz skorodowanych gablotach, na półkach pełnych zestarzałych lekarstw, flakonów, butelek, archaicznych strzykawek… Wielooka, odrapana lampa zwisa martwo nad chirurgicznym stołem, popękane płytki zielonkawej glazury, terakoty. Na ścianach tak jakby ślady rozmazanej krwi… Pierwszy aparat do naświetlań z brunatnymi plamami od promieniowania przeszywającego wciąż ze szmerem i mdławą wonią radiacji membrany moich uszu. Blaszana skorupa z powyrywanymi kablami, które zwisają smutno do samej ziemi. Ktoś tu kiedyś umierał na raka w beznadziei ratunku. Skąpany promieniami X doznawał powolnego wniebowstąpienia w jasnej smudze nuklearnego blasku. Ktoś, gdzieś, kiedyś… Ktoś już… Już tylko nic… Na blacie stołu piszę palcem twoje imię. W szarym pyle koślawe litery. Mącą mi się w głowie niedookreślone wizje skażone atrofią pamięci. I wszystko jest jakieś senne, i wszystko jest zapomniane. Okryte wiekuistą ciszą. Przeszło, minęło. Nie. Nie minęło,. lecz wryło się we wszystko sentencją, jakby na nagrobnej płycie, mimo że pozacierane i niewyraźne. Coś tu dawno umarło. Przemieniło się w spróchniałe resztki rozsypującego się truchła. Mój ojciec, co dawno skonał, coś do mnie wciąż mówi, szepcze. Nie słyszę. Niedosłyszę, albowiem zagłusza go szum upływającego czasu. Choć czasem słyszę pojedyncze słowa w głębokich odmętach wyostrzonej gorączką sennej maligny. Coś mówi do mnie, coś usiłuje przekazać poprzez zagadkowe znaki i symbole. To jest coś jak EVP (Electronic Voice Phenomena) czyli nagrania analogowe, bądź cyfrowe o nieznanym źródle pochodzenia. Być może to tylko modulacja skrośna, bądź apofenia, czyli nieumotywowane dostrzeganie związków z towarzyszącym doświadczaniem nienormalnej znaczeniowości. Jestem zatem nienormalny? Wariatem piszącym wariackie, schizofreniczne teksty o maniakalno-depresyjnym podłożu? Być może. Tak czy owak widzę to bowiem również po jego sinej, trupiej twarzy. Trupiej, ponieważ jest absolutnym nieboszczykiem, zakorzenionym od dawna w swoim królestwie niebytu, tak jak ja w swojej pustce. Stoi w kącie pokoju, między regałem a zawalonym papierami i gruzem biurkiem. Po chwili znika w słonecznej aureoli ogromniejącego świtu. Był. Nie ma. Lecz znowu jest. Nie, to tylko cień mojej własnej ręki, którą uniosłem na pożegnanie. I która zamarła w bezruchu doznanego osamotnienia. On tu był. Dostrzegam wgniecenia na fotelu. Poprzecierane oparcia, kiedy opierał na nich za życia ręce. Kiedy tarł nimi w ekstazie epileptycznego napadu pełnego białej piany. Wypaloną od papierosa ciemnobrązową dziurę… On tu był, lecz umarł, rozsypał się już dawno w proch. Umarł wprawdzie, gdzie indziej, ale przybył aż tutaj, aby do-umrzeć do samego końca, niemalże w moich objęciach, albowiem umierając wcześniej, nie-do-umarł, wcale. I zostało mu jeszcze trochę z umierania, mimo że tam umarł tak jak należy, tak jak nieboszczykowi. przystało żegnać się ze światem. Połamane krzesła, półki, drzwiczki od szafek… Szukam w nich czegoś namiętnie. Jakieś wyblakłe pocztówki z widokiem na morze, życzenia na święta… To wszystko już tak mało istotne, nieważne… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-10-16)
  12. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  15. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  16. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  17. @violetta odezwała się człowieczka
  18. Wiesz, idę z cieniem, bądź w blasku nicości. W gałęziach szmer upływającego czasu… Idę ścieżką wolno i w pochyleniu z rękami trzymanymi z tyłu. Idę z cieniem, który snuje się razem ze mną krok w krok. W koronach drzew migot liści, taki jesienniejący z wolna, przeszyty rdzą. Lecz nie buntuję się przeciw perspektywie nadciągającego końca, gdyż kocham cię właśnie w myślach. Kocham na jawie i we śnie. Który to już raz sennym wydajesz mi się niebem? Trzymam twoją dłoń w ekstazie oczekiwania. Tak, jak można czekać jedynie na Raj. Zawsze jesteś, choć nie zawsze cię widzę. Jesteś w tym swoim jestestwie, bardziej do mgły podobnym niż żywym. Ale jesteś i ja jestem. Jesteśmy tak, że bardziej już nie można być, mimo że enigmatycznie i w jakiejś pogmatwanej percepcji czasu. Tylko tutaj albo wszędzie. W jednoczesnym odczuwaniu wszystkich światów. Nasze obrazy jak dym z łęciny płyną. Nad łąką, nad lasem. I dalej. Za las… Gdzieś w przestwór obłoków w drgającym powietrzu. W niebie. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-10-01)
  19. Wiesz, jakoś tak mi smutno i tęskno. Jesteś daleko, gdzieś nie wiadomo gdzie… Jesteś daleko, a ja… A ja tutaj w ciemności i mroku… A ja... Powiedz mi, mów, wyszeptaj to słowo… Wiesz, jakoś tak tęsknie, jakoś mi tak… Stoję w oknie i patrzę na ciemne zarysy drzew. Ciemne, bo to noc. Ta noc, co mnie tłamsi i dusi. Ta noc… Idę, spaceruję w blasku księżyca, gwiazd… Przytulam się do ścian starej kamienicy, do zarysów rozkołysanych drzew. Kto tu jest? To ty? Dlaczego milczysz? Powiedz mi, mów… Matko, to ty? Widzę twój wizerunek. Umarłaś przeszło dwa lata temu…Twoje ciało zdążyła pokryć w grobie zielonkawa pleśń. Więc skąd nagle w księżycu twoja twarz? W odmętach pustki idę wciąż, rozgarniając iskry gwiazd. Jestem sam i czekam na twoje przybycie, kochanie. Czekam na ciebie tutaj, właśnie tutaj, w srebrnej aureoli księżycowego blasku. Znajdziesz mnie. nad ziemią tam, jak dym z komina płynie. Nisko, nisko… A może wysoko? Jakaś nikła poświata w oknie… To ty? Przyszłaś, nie mówiąc mi wcale? Lecz w tym oknie, w tym pokoju nie mieszka nikt. Nie mieszka od kilkudziesięciu lat. Ktoś tu kiedyś umarł, ktoś tu żył. Ale teraz jarzy się poświata w błękitnawym blasku duchowej egzystencji. Kto tu jest? Już wiem. Kochasz mnie. Tylko kochasz enigmatycznie, Kochasz mnie, kochając w konspiracji, podczas długich wieczornych spacerów i medytacji wśród gwiazd. Jesteś niewidzialna jak powietrze Kocham cię, kochając raz jeszcze. Kocham cię jak wiatr, co otula wszytko cichym szelestem drzew. Wiesz, jestem zagubiony. Moje ucieczki kończą się zazwyczaj na dworcach, na których jestem jako ja, i nie-ja, albo jako on albo ono… Jest mi zimno a w tym zimnie, tylko ty. A w tej tęsknocie, a w tej otchłani nocy… Nie! Nie zdradzę twojego imienia, niech pozostaną w niewiedzy te łazęgi znad nieświadomych pól. Kocham cię… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-09-29)
  20. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  21. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  22. @violetta nie muszę tam być, trzeba do cholery myśleć, bo to jest przerażające, że w obliczu wpadnięcia Polski w łapy putina, bo to nam grozi, jeśli pisobolszewia dalej będzie przy władzy czy inna (kon)federacja rosyjska wejdzie z nimi w koalicję, są tacy, co się zastanawiaj, myślą, dumają etc... @violetta u mnie w robocie też jest dużo Ukraińców, Białorusinów, niech sobie będą, my też szukaliśmy w latach 80. schronienia w Niemczech czy gdzie indziej na zachodzie
×
×
  • Dodaj nową pozycję...