Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    5 038
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @violetta co złego to nie ja, Wiola. ale piosenka będzie, i pomyślę o piosence dla Agi...
  2. @Somalija nie za bardzo, bo niedowidzę maleństwa. widzę za to ciebie
  3. @violetta seszele i mauritius zaleje podnoszący się ocean, niech uciekają na księżyc, tam jest spokój, mimo braku atmosfery, wiatru słonecznego i promieniowania kosmicznego, ale zawsze mogą zamieszkać w kraterze, dajmy na to Tycho @Somalija na jakiej znowu obczyźnie? jaki rowek? i jakie znowu mandarynki??
  4. @Somalija aha, czyli dawno nie było piosenki...
  5. @Somalija śniłaś ogień... czekaj, bo Wioletta patrzy i słucha...
  6. @Somalija Debil pierdzielący o tzw "terrorze praworządności". pierdzielący o "arogancji władzy", etc. szkoda, że nie był taki odważny, kiedy był podwładnym konusa. szkoda, że wtedy nie mówił o arogancji władzy, bucie, chamstwie, cynizmie, karierowiczostwie itd...
  7. @Somalija więźniami politycznymi są np Andrzej Poczobut, skazany przez tego kryminalistę Łukaszenkę (swoją drogą czy to nie Karczewski, jako ówczesny marszałek senatu właśnie po powrocie od Łukaszenki, chyba w 2017 roku,, nie pierdzielił, że to ciepły, kochający Białorusinów człowiek? ) widzieliśmy potem jak ten kochający i ciepły Łukaszenka ich traktował po tych tzw wyborach prezydenckich, co się działo na Białorusi. więźniem politycznym to również Aleksiej Nawalny, którego Putin próbował otruć, a jak się nie udało to go wtrącił do łagru, gdzieś na dalekiej północy Rosji... co się z nim dzieje? ponoć jest już na skraju żywota...
  8. @Somalija a propos tego dwójmyślenia, to jest już nie do zniesienia to wmawianie, że ułaskawił tych dwóch cwaniaków w 2015, mimo że każde dziecko wie iż nie można ułaskawić kogoś, kto jest osobą niewinną, bo co to jest ułaskawienie? to uwolnienie od kary, a karę można dostać jak Sąd orzeka prawomocnie winę. tylko że w 2015 Sąd rejonowy orzekł karę, ale nieprawomocnie. dlaczego nieprawomocnie? nieprawomocność jest wtedy, kiedy masz jeszcze drogę odwoławczą, czyli że możesz zaskarżyć wyrok do wyższej instancji, w tym przypadku do Sądu okręgowego. wtedy ten debil, zrobił to błyskawicznie, na mocy art. Konstytucji bodajże 139 i jak to określi, uwolnił ich i wymiar sprawiedliwości w swoisty sposób (nie wiem, co oznacza to sformułowanie "w :swoisty sposób") z kolei teraz, kiedy zostali skazani prawomocnie, to ten cwaniak już kombinuje i nie ułaskawił ich od razu, a teraz mógłby to zrobić zgodnie z prawem, tylko podrzucił ten gorący kartofel Bodnarowi. ręce opadają, co wyrabia na kacza banda... @violetta
  9. @Somalija jego akolici rozpoczęli morderczy taniec na jego plecach o schedę, on nawet nie wie, że już go tak na prawdę nie ma... tylko te przeraźliwie tępe bochenki, witki, czarnki, morawieckie. błaszczaki... o maliniaku już nie wspominając, który w grudniu 2019 roku w ramach tej tzw pisowskiej dekomunizacji sądów, zaprzysiągł na sędziego TK byłego towarzysza z pzpr, rzetelnego oskarżyciela ówczesnej solidarnościowej opozycji, prokuratora stanu wojennego, odznaczonego brązowym krzyżem zasługi w czasach Polski Ludowej, Piotrowicza... i nie wiem czy tego ten debil nie wiedział, czy zrobił to specjalnie... @violetta czytam, co to jest to vansire. takie do tańca na plaży o zachodzie słońca...
  10. @Somalija nie wspomnę już o tzw. angsocu, czyli dwójmyśleniu (nowomowie) sprzecznej pod względem logicznym, przekręcanie faktów przez partyjnych notabli przy jednoczesnym wierzeniu, że prawda nie została pogwałcona...
  11. @Somalija Aga, tu nie chodzi tylko o tego patafiana Ziobrę, tylko o całą tę zgraję, którą doskonale opisał wiele lat temu George Orwell. były tam jakieś ministerstwa miłości, prawdy, czy dobrobytu, a w gruncie rzeczy to były apoteozy terroru, niepojętego łgarstwa i głodu, aaale motłochowi można było wmówić, że jest świetnie, mimo że wpierdzielali jakieś bezsmakowe papki w zawalonych odpadkami stołówkach i byli na ciągłych podsłuchach (pegasus?) czy w okach kamer, np dwoje kochanków, którzy musieli się kamuflować i jechać okrężną drogą na miejsce schadzki w środku lasu, sądząc, że nikt ich tam nie przyłapie. otóż, mylili się. Czy robiące zawrotne kariery najgorsze ścierwa o proweniencji karaluchów w garniturach. skąd my to znamy. Jakiś wszechwiedzący Wielki Brat (Kaczor?) oraz wmawianie motłochowi, że ich kraj to największa potęga pod każdym względem, prawnym, gospodarczym i mająca jedynie słuszną rację we wszystkim etc, co musi prowadzi wojnę z innymi (pisokomuna z UE?) czy wreszcie zmienianie historii, wymazywanie faktów i wstawianie w ich miejsce nie mających miejsca zdarzeń (próba wygumkowania Wałęsy?) Orwell przedstawił nam te realia już tyle lat temu, lecz wciaż jest tylu kretynów...
  12. @violetta że nie było dawno piosenki?
  13. @Somalija banda nawiedzonych, odstawionych od koryta orwellowskich świń. słychać było jeno przeciągły kwik... @violetta a podatki nie są związane z polityką, przynajmniej po części?
  14. @Somalija "falset bez testosteronu", dobre... @violetta nie "dajmy spokój z polityką", tylko trzeba ja trzymać za rogi, bo inaczej ona chwyci ciebie, aż zawyjesz...
  15. @violetta zastanawia mnie tylko ta astrowa pierzynka na piersiach...
  16. @Somalija zaśpiewaj rzewnie w duecie...
  17. @Somalija zakochałaś się w Marcinie, to zrozumiałe, przystojny, mądry jak omnibus, model...
  18. Arsis

    Znane czołówki

    Magazyn Kryminalny 997
  19. Arsis

    Znane czołówki

    Sonda
  20. Arsis

    Testy

    1952 rok. Amerykański test atmosferyczny "Easy". Detonacja ładunku na 90. metrowej wieży. Operacja "Tumbler–Snapper". NTS (Nevada Test Site) 12 kiloton.
  21. Cienie na ścianie. Cienie wokół mnie. Na zewnątrz. Wewnątrz. Wszędzie… Skąd te cienie? Te skrzydła motyla, ćmy… Wokół mnie cisza rozkłada skrzydła w piskliwym szumie gorączki. Za oknem noc. Za oknem szelest wiatru. Za oknem liście drzew. Za oknem szum przejeżdżającego ulicą samochodu. Za oknem noc. Nic. bezgraniczna otchłań kosmosu. Na stole butelka, kieliszek, pęknięty talerz z okruszynami czerstwego chleba. Gdzieś tutaj, dawno temu. Gdzieś tutaj albo tam, w zasłonach spopielałego mroku. W zasłonach sennej maligny która kłębi się wciąż i faluje. Na stole uśmiecha się do mnie George Ballantines. Uśmiecha się poprzez szkło i etykietę siedmioletniego trunku. Ładnie. Ładnie tak. Ładnie i kusząco. Uśmiecha się, poruszając wąsem, coś jak Wołodyjowski albo Łomnicki grający Wołodyjowskiego. W każdym bądź razie uśmiecha się do mnie poprzez wąs albo bardziej wąsik. Ach, ten wąsik. Uśmiecha się do mnie. Uśmiecha… Kto tak się do mnie uśmiecha? Kto? Nie pamiętam,. albowiem uciekł mi wątek, jak sen, który rozprasza się w oknie poranka, kiedy na niego spoglądam. Uciekł. Znikł. Przeistoczył się w nic. W noc. W dzień. W nic. Gdzieś daleko, gdzieś bardzo daleko chodzi po bezdrożach tęsknota. Gdzieś tam, w krainie takiej albo innej. Gdzieś tam albo nigdzie. Chodzi po polach, błąka się. I szuka, szuka. Szuka… Kto tak kogo szuka? Albo czego? Nie ma już żadnego znaczenia. Ważne jest samo szukanie. Sam moment szukania. Tak jak w malarstwie ważny jest nie obraz, ale moment tworzenia. Otwieram oczy. Zamykam oczy. Ile jeszcze razy? Ile? Jestem w jakimś mieście. Nie wiem, co to za miasto. Ale jakieś duże i gwarne. Nowosybirsk? Być może. Albo może i jakieś inne. Nowoczesna zabudowa miesza się ze starą. Z drewnianą, chylącą się ku upadkowi. Tu kiedyś. Tu dawno, dawno, dawno, dawno temu… Słońce pada na moją twarz. Moje oczy. Ach, moje oczy… Zasłaniam je dłońmi. Była dopiero noc. Jest dzień. jakże dręczący i ciężki. Pełen hałasu i dymu. Pełen spalin, potu i krwi… Pełen cichego jęku. Cichego wołania… Nie. Nie ma żadnego hałasu ani spalin. Patrzą na mnie jedynie opuszczone ściany. Czarne oczodoły okien i drzwi. Zarośnięte, zakrzaczone podwórka z resztkami huśtawek, które wiatr porusza niewidzialną ręką. Jedynie duchy. Jedynie opuszczenie. Jedynie nicość. Jedynie zapuszczony ogród zapomnienia. Słońce na mojej twarzy. W błękitnym niebie pojedyncze białe obłoki kończącego się lata. Szumiąca w uszach piskliwa cisza. Jakaś tęsknota. Oczekiwanie. Za czym? Już za niczym. Więc skąd ten ból przeszywający serce? Nie wiem. Nie rozumiem, ale jest jakieś oczekiwanie, które czai się i spogląda na mnie z każdego kąta, zza każdego załomu. Spogląda na mnie melancholią. Oczami szeroko otwartymi na bezkresny wiatr. Zarośnięte ulice opuszczonego miasta. Pochylające się coraz bardziej bloki w tym milczeniu kończącego się życia. Ktoś tu umarł. Umarł i to wiele razy. I za każdym razem. I jeszcze. I znowu. I wciąż od nowa… Umiera. I znowu umiera. Aby ponownie umrzeć poprzez niedoumieranie. Łopoczą plakaty na odrapanych murach. Jakieś uśmiechnięte twarze. Jakieś oczy i usta. Czyjeś oblicza. Wychodzę. Schodzę schodami. Przekraczam wyrwane z zawiasów poluzowanych futryn drzwi. Na zewnątrz ciepły wiatr i zleżały zapach zielska, korzeni, więdnących kwiatów. Wyrastające chaszcze ze szczelin chodnikowych płyt. Niosą się jakieś wołania po bezkresnych polach, po stepach, po rzadkich brzozowych lasach… Gdzieś tam daleko melancholia. W przeświecających blaskach, w migocie liści przytulam się do białej brzozowej kory. Obejmuję. Całuję sęki, wyczuwając na języku słodkawy smak żywicy. Moje palce. Moje dłonie stają się lepkie. Od przytulania i gładzenia. Od pieszczot. Przykładam ucho do drzewa. Wsłuchuję się w ten szept, w tę cichą opowieść o życiu albo raczej o umieraniu. Jeszcze raz. Jeszcze raz. I jeszcze… Trawa wokół moich nóg. Zielona, łaskocząca mnie trawa. Gładzi mnie źdźbłami. Przymila się. Słońce powoli zachodzi, promieniując czerwienią między gałęziami. W świergocie ptaków. Nie. Nie w świergocie. W moim oddechu. W szumie szeleszczących liści. W cichym skrzypieniu syberyjskiej tajgi. Słońce dotyka już ziemi, choć tli się jeszcze. A ja nie mogę się ruszyć spętany cieniem swojej własnej ręki, którą podniosłem w zachwycie. Do kogo tak? Do czego? Do niczego. Podniosłem ją do ust, tłumiąc dłonią ciężki oddech westchnienia. Ptaki. Ptaki. Gdzie tu ptaki? U wodopoju. Na cienistych zboczach majaczących wzniesień. Znad jakich pól te milczące stada? Czemu milczą? Albo może ich wcale nie ma? Więc dlaczego je widzę? Nie, nie widzę. W kawalkadzie sunących mgieł już tylko ciemna ściana nadciągającego zmierzchu. Pełznie znad torfowisk flotylla oparów. Takich niskich, tuż przy ziemi stężałej w bezruchu i chłodzie. Powiedz mi. Powiedz… Kto ma mi cos powiedzieć? Ach, to ja sam do siebie tak szepczę. Szepczę wciąż w nawale słów, wypowiadanych jakby we śnie. Znam je na pamięć, tak jak umiem na pamięć słońce i wiatr. Tak jak umiem na pamięć deszcz. I moje ręce, którymi się obejmuję w samotnym tańcu. I moje oczy przyzwyczajone do przestrzeni. Do przestrzeni już bez ciebie. Do cichej przestrzeni, w której sen… (Włodzimierz Zastawniak, 2024-01-01)
  22. @violetta co to jest?
  23. @Somalija kto się rozbiera?
  24. Siedziałem w przedziale pociągu, obserwując beznamiętnie rozpędzoną za oknem monotonię krajobrazu… Sady, pola, łąki… Lśniące stawy… Poprzetykane żółtymi kwiatami gęste kępy traw… Woń letniego powiewu… Po łagodnych, zalesionych zboczach wspinał się razem z cieniem giętki bluszcz, goniąc umykającą wciąż linię horyzontu… Ważyły swoje skrzydła płonące ptaki… Promieniowały tą jasnością niemą, której wtórowały kryształowe rozbłyski szemrzących strumieni… Pulsowały mi skronie od dudniących pod żelaznymi kołami drewnianych mostów, przerzuconych nad lśniącymi wstęgami ziemskiego krwiobiegu, niczym wielkie rezonansowe pudła… Usypiałem, oparty czołem o szybę… Białe obłoki, ścinane przez szkło, przybierały rozmaite, nietrwałe formy… Drżały od ciepła strumienie atmosfer… Coraz cięższe powieki… Kołyszący, jednostajny rytm… Tam-tam… Tam-tam… Tam-… Ta… T… Obudził mnie świdrujący, przeciągły gwizd hamowania. Rozwarłszy zlepione jeszcze, jakby zapiaszczone powieki, zobaczyłem ― jak przez mgłę ― parterową bryłę brudnego, zaniedbanego dworca. Otworzyłem okno, wychylając ostrożnie głowę. Nazwa miejscowości nic mi nie mówiła, więc zacząłem studiować mapkę trasy nad oparciem siedzenia, wodząc palcem po kolejnych, oznaczonych cyframi punktach. Otworzyły się niespodziewanie drzwi. Zobaczyłem kątem oka wchodzącego mężczyznę koło pięćdziesiątki. Nie wyróżniało go nic szczególnego, ot przeciętny obywatel… Po grzecznościowym, wymówionym półgłosem przywitaniu, usiadł sztywno naprzeciw mnie, kładąc sobie na kolanach czarny neseser. Przymknął oczy. Wyglądał niby zwyczajnie. Lekko łysiejący, szpakowaty z kilkudniowym zarostem. Ubrany przeciętnie, choć schludnie. Ciemno-szary garnitur, biała koszula, poluzowany u szyi czarny krawat, czarne, nieco zakurzone półbuty… Sprawiał wrażenie przybitego… Biła od niego jakaś trudna do zdefiniowania zagadkowość… Pociąg znowu ruszył, mijając wolno opuszczone, stacyjne zabudowania… Powiewały bezgłośnie zasłonki… Promienie zmierzchającego dnia okrywały podłogę przedziału pomarańczowymi smugami światła… Panował całkowity spokój… Mężczyzna najwyraźniej nie miał ochoty ze mną rozmawiać. Ja zresztą też. Głowa zaczęła mi powoli opadać… Już ogarniał mnie kolejny sen, kiedy nagle usłyszałem głęboki głos mojego współtowarzysza podróży: ― Wiem, że to pana wszystko nuży ― odparł spokojnie, aczkolwiek stanowczo. Spojrzałem na niego zaskoczony. A on ciągnął dalej: ― Zastanawiał się pan nad tym, co nas otacza? Nad sensem stworzenia? Jakie ma pan koncepcje? ― Szczerze mówiąc, nie mam chyba żadnych. Wie pan, codzienne obowiązki, problemy. ― Próbowałem jakoś uciec od tych nader zaskakujących pytań. ― To chyba sprawa dla filozofów. ― Ściekały mi po plecach krople zimnego potu. ― Ma pan rację. Myślało już wielu… Począwszy od Platona, poprzez Kanta… aż do teraz... ― Pisze pan książkę, artykuł albo scenariusz? ― Nie piszę żadnej książki, ani scenariusza. ― Zmarszczył brwi, jakby go chwycił bolesny skurcz. Wyraźnie cierpiał. Nie wiedząc czy nie przekroczę delikatnej granicy, zapytałem: ― Proszę wybaczyć moją niedyskrecję… Ma pan jakieś zmartwienie? Choć może nie powinienem… ― Nic nie szkodzi. Śmiało. Milczałem. ― Wyczuwam u pana lęk. ― Lekki grymas politowania wykrzywił mu spierzchnięte usta. ― No cóż… Każdy ma jakieś kłopoty, niespełnione marzenia… ― Wobec tego odpowiem panu, ale uprzedzam… ― dozna pan ogromnego szoku! ― Mianowicie? ― Spytałem zdziwiony. ― Słyszał pan o Wielkim Wybuchu? ― Owszem, słyszałem. Mężczyzna kontynuował dalej swój wywód: ― Pierwotna nukleosynteza nastąpiła dokładnie 14 mld lat temu. Była początkiem wszystkiego. Ów początek wyłonił się z niewyobrażalnie gorącej i gęstej osobliwości, czyli punktu, gdzie przyspieszenie grawitacyjne, gęstość, temperatura ― były nieskończone. Osobliwość miała zerową objętość, zerowy fizyczny sens. Nagle ― pod postacią gwałtownego rozbłysku światła ― zaistniały: czas i przestrzeń,. Ten najwcześniejszy moment jest tzw. Erą Plancka, bądź wczesnym wszechświatem kwantowym. Era ta trwała od t = 0 do t = 10 do minus 44 sekundy. Do jej zrozumienia aspiruje między innymi Pętlowa Grawitacja Kwantowa, M-teoria, czy Teoria strun… Nie będę tego rozwijał… Po niej nastąpiła Era wielkiej unifikacji, poprzedzająca Erę inflacji, jej istnienie opisał Alan Guth. Dopiero od tej chwili zaczynają obowiązywać prawa ogólnej teorii względności Einsteina. Kolejne etapy: Era elektrosłaba, kwarkowa, kwadronowa, leptonowa, promieniowania, materii, galaktyczna… Początek, zatem ― nie był zamianą materii w energię, tylko odwrotnie ― energii w materię. Wszystko kipiało od wysokoenergetycznego promieniowania gamma oraz Roentgena. Wielki Wybuch ogarnął od razu całą przestrzeń… Przestrzeń i czas tworzy materia i antymateria, czyli elektrony i pozytony. Podczas swoistego baletu śmierci ulegały one stopniowo anihilacji, stając się fotonami, czyli właśnie światłem. Ostatecznie zwyciężyły te pierwsze, dzięki czemu istnieje materialny świat i wszystkie żywe organizmy. Dzisiejsza ucieczka galaktyk nie następuje od jakiegoś wyróżnionego punktu, tylko każda odbiega od każdej, niczym rodzynki na rosnącym cieście. Wszechświat przypomina kształtem ogromny, puchnący balon. ― Zada mi pan pytanie: a co jest poza jego granicami? ― Otóż poza nimi istnieje coś zupełnie innego z kompletnie odmiennymi prawami fizyki. Doskonały absolut wszechistnienia. Zilustruję to prostym, obrazowym przykładem. Proszę sobie wyobrazić nieskomplikowaną myślowo grę, tzw. „Strzelankę” na automacie. Na pewno je pan pamięta. Były bardzo popularne w latach 80. Otóż można sterować w niej rakietką klawiszami albo joystickiem w górę, w dół, w bok. Obracać, strzelać do przeróżnych dziwadełek, które ją próbują atakować itd. Ale postanawia pan sprawdzić, co się stanie, gdy skieruje się nią, czy raczej przybliży do krawędzi monitora. I co się dzieje? Ku pańskiemu zdziwieniu (choć doskonale pan wie, że inaczej być nie może) nie wylatuje ona poza obręb monitora i nie lata panu po pokoju, tylko leci od przeciwnej strony ekranu, będąc cały czas w jego obrębie. Dlaczego tak się dzieje? Bo dla tej rakietki to właśnie ten ekran monitora jest prawdziwym wszechświatem, dostosowanym do jej, nazwijmy to, potrzeb. Nie wylatuje na zewnątrz monitora, bo to „zewnątrz”, jest dla niej zupełnie obcym wszechświatem, o zupełnie odmiennych dla niej prawach fizyki. To samo dzieje się z nami. Nie przeskoczymy do multiwszechświata, czy innego wszechświata w nim zawartym, bo panują tam zupełnie odmienne dla nas prawa fizyki uniemożliwiające nam wniknięcie… ― Zanudzam pana? ― Ależ nie. Niech pan mówi dalej… ― Tylko… ― Zatem, istnienie osobliwości zostało potwierdzone matematycznym założeniem, tzw. metryką Friedmana-Lemaitre'a-Robertsona-Walkera. Według niej wszechświat wykazuje jednorodność i izotropowość. Jego elementy: przestrzeń, czas, materia, antymateria, energia, oddziaływania słabe, elektromagnetyczne… ― Tylko? ― Właściwie, dlaczego mi to pan opowiada? Jest pan fizykiem? ― Zapytałem nieco poirytowany. ― Nie. Chociaż… czy ja wiem… ― Nie rozumiem? ― Widzi pan… jestem stworzycielem tego wszystkiego. ― Kpi pan ze mnie?! ― Mówiłem przecież o niewyobrażalnym szoku… ― Hahahaha! ― Parsknąłem nerwowym śmiechem, obejmując dłońmi brzuch, ale po chwili poczułem wściekłość, będąc przekonanym, że facet robi mnie w konia. ― Żarty!? ― Wrzasnąłem. ― Pił pan? ― Znowu ogarnął mnie śmiech. ― Nasze gwiazdy powoli gasną, nie ma dla nich ratunku. Materia ulega entropii, czyli stopniowemu rozproszeniu. Grawitacja słabnie. Zabije ją Wielkie Rozdarcie… Wszelkie molekuły, nawet te subatomowe, zostaną całkowicie rozerwane. Nie będzie nic. Zdębiałem do reszty. Miałem odczucie jakiegoś wariackiego snu. ― Nie, nieee! Dosyć! ― Zaprotestowałem, zasłaniając sobie uszy. ― Ależ tak! ― Zaszeptał, niemal rozsadzając mi czaszkę, jak czytający myśli telepata! ― Nasz wszechświat nie jest jedyny. ― Dodał już normalnym głosem. ― Słucham? Nie zwracał uwagi. Mówił dalej: ― Są ich miliardy. Każdy ma swojego Boga, istotę fizyczną i nie-fizyczną zarazem. Zrodzoną z osobliwości i jednocześnie nią będącą. Jestem jednym z miliardów ― odparł. ― Inne wszechświaty? ― Zapytałem, niemal łkając. ― Powstają w bezkresnym nad-wszechświecie albo inaczej, multiwszechświecie, którego nawet ja ― nie mogę ogarnąć rozumem. ― Multiwszechświecie? ― Puchną, pękają… niby bąble wrzącej wody… Wiecznie… ― Chce pan powiedzieć, iż… rozmawiam nie z człowiekiem, lecz… ― Bogiem? ― Tak. Uderzyła mi do głowy krew. Mężczyzna otworzył neseser, wyjmując dwie nieprzezroczyste fiolki. ― Jeśli te substancje połączę ze sobą oraz wstrząsnę ― nastąpi kres naszego wszechświata. Będzie nowy Wielki Wybuch, który go błyskawicznie unicestwi… Unicestwi razem ze mną... Pierwsza zawiera pramaterię, tzw. Ylem, nad-gęstą ciecz jądrową sprzed 14 mld lat. To zaczyn pierwszych pierwiastków chemicznych. Druga ― mieszankę wspomnianego wcześniej wysokoenergetycznego promieniowania gamma i Roentgena. Istnieje taka teoria Alfa-Beta-Gamma… ― Być może słyszał pan o niej? ― Jakiś absurd! ― Krzyknąłem. ― Żaden absurd ― syknął przez zęby, ściskając dłońmi obie fiolki. ― A więc, totalny idiotyzm! ― Przekonać pana? Mój czas upłynął. Każdy cykl ma swój kres. Powstanie nowe, lepsze... Wszyscy Bogowie tak czynią. To rodzaj ewolucji, rozumie pan? ― Ale, po co mi pan o tym mówi, znaczy, po co mi o tym mówisz… Boże? ― Nie mogłem wymyślić nic rozsądnego, więc wyszeptałem jedynie: ― Dlaczego? ― Zaczynał je powoli odkręcać. Bolesne pulsowanie rozsadzało mi skronie. Najpierw pomyślałem, że chcę, ponieważ byłem przekonany, iż z tego i tak nic nie będzie, gdyż rozum nakazywał mi traktować to wszystko jak jakieś bajdurzenia wariata. Jednakże zwyciężył pierwotny instynkt przetrwania. ― Niee! ― Wrzasnąłem, skacząc mu momentalnie do gardła. Doszło do szarpaniny. Fiolki spadły na podłogę. Wytrzeszczał przekrwione oczy, charczał… Moje palce coraz mocniej ściskały jego krtań… Miałem tego wszystkiego dość! Pociąg gwałtownie szarpnął. Poleciałem do tyłu, uderzając boleśnie potylicą o coś twardego. Usłyszałem trzask pękającej szyby… Zdążyłem jeszcze zobaczyć Boga, wstrząsającego szybko obie substancje i ― przeszywający wszystko potok jaskrawo-niebieskiego światła… Potem… ― nie było już NIC. (Włodzimierz Zastawniak, Sierpień, 2015) *** Bibliografia: 1. Alan Dressler (1995): Podróż do Wielkiego Atraktora (przekład: Jerzy Lewiński). Zysk i S-ka Wydawnictwo (1996) 2. John Gribbin (1986): W poszukiwaniu wielkiego wybuchu (przekład: Piotr Amsterdamski). Zysk i S-ka Wydawnictwo (2000)
  25. @Somalija aaa, skoro tak, to nie przeszkadzam
×
×
  • Dodaj nową pozycję...