Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 863
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Somalija poproszę
  2. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  3. @Somalija to ładnie, wzorowa Mama
  4. @Somalija w gumofilcach z wystającą słomą
  5. @Somalija ja tam wolę iść do sklepu osobiście, podtykać, pomacać, bo przez net się naciąłem... też muszę sobie kupić jakieś trepy, gumofilce takie do garnituru
  6. @Somalija powinienem zmienić nick na trzy kropki
  7. @violetta to już niemal hardcore, takie maniakalno-depresyjne. nie dość, że za rękę, to jeszcze stoi w parku
  8. @Somalija co miłe?
  9. @violetta z domem za rękę, interesujące, takie trochę psychodeliczne...
  10. @Somalija ...
  11. Śpiewam i tańczę. Nie, nie śpiewam i nie tańczę. Powiedz, gdzie ty jesteś? Ja tylko tak. ja tylko tak chciałem… Zresztą wiesz. Wiesz, prawda? W pustym pokoju. W półmroku pokoju. W szarej, deszczowej egzystencji. W kroplach ściekających mi po rzęsach, twarzy… Gdzie jesteś? Powiedz… Ja nie tańczę. Nie prawda… Nie tańczę i nie śpiewam... Tęskno mi… A czy tobie… Piszę do ciebie list, pisałem. Coś pisałem. Co? Nie pamiętam. Urwane w połowie zdania, jakieś gryzmoły, schizofreniczne wizje w odmętach mroku. Strumień świadomości wylewa się ze mnie i zalewa niezapisane do końca kartki, albo i zapisane, tylko nie wiadomo czym… Poplamione, podeptane, pogniecione kartki… Powiedz, gdzie ty jesteś? Ja jestem tutaj, o, tutaj… Spójrz na mnie. Jestem tutaj i nigdzie. Jak długo? Nie wiem. Ale wiem, że czekałem we śnie i czekam nadal, zaplątany jak motyl w pajęczej sieci żeliwnych rur. Wsłuchany w ich jęki i bulgoty… Plątanina starych żeliwnych rur. Rdza pokrywająca moje dłonie… To miał być wiersz? Nie. Nigdy nie będzie to wierszem, bo i nigdy nie miało to był gównianym, pieprzonym wierszem. Ugładzonym, wymuskanym, wycacanym… Co najwyżej brudną maligną chorego umysłu zanurzonego w oparach rozgorączkowanego absurdu. Gdzie ty jesteś? Jesteś? Gdzie? Szukam cię i nie widzę. Macam wokół rozedrganą ręką jak ślepiec. Nie widzę nic. Niczego. Nic… Wiesz, kocham cię. Tęskniłem i tęsknię jak wtedy, kiedy wracałem w środku lata, w pomarańczy zachodzącego słońca. Wracałem w pełnej melancholii samotnego człowieka. Skąd? To nie ma znaczenia, skąd. Wracałem pustym autobusem… Spoglądając przez okno… A wszędzie rozkopane doły. Jeden wielki plac budowy. Były kładzione torowiska, rozjazdy, betonowe płyty nie wiadomo czego. Betonowe tunele, wzmocnione fundamenty. Spawacze w czarnych maskach przypięci do butli ze sprężonym powietrzem… Wiszący jak grona na krzewie. W chmurze pyłu, w jaskrawych blaskach acetylenu wznosiła się kratownicowa wieża do samego nieba pełnego ptaków. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-11)
  12. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Cicho tak. Przechodzę w słonecznych prześwitach, co się zalęgły w gałęziach rozkołysanego drzewa. Gdzie tak idę? Podążam powietrzem, niedomówieniem, wyszeptaną zaledwie chwilą. W tych cienistych smugach zapomnienia, w tych ramionach mrocznych i zimnych. Czy ty mnie… Powiedz… Ja szepczę, niosąc na ustach twoje imię. I jeszcze, i wciąż, i raz jeszcze w tej otchłani nieba. Ptaki fruną w migocie blasku. I mnożą się nawoływania, i dzielą. Scalają na nowo w jeden pogłos życia. Tak mi jakoś. Gdzieś tutaj, bądź gdzieś… Przybywam z głębokich pokładów czasu, zbyt odległych, aby można je było przywołać w pamięci. Przybywam, materializując się we śnie. Po co? Nie wiem, ale wiem, że wychodzę drzwiami otwartymi na przyszłość, następując próg z cichym trzaskiem dębowej deski. Spoglądam przez ramię i widzę przeszłość (dawną teraźniejszość) w wirującym kurzu zapomnienia. W przedpokoju, w tym chwilowym bycie, słońce kładzie ukośne promienie światła na ścianie, podłodze, na każdym sęku, pęknięciu, załomie… … wbijającej się pod paznokieć drzazdze, kiedy ściskam, ściskałem drewnianą poręcz schodów, dotykałem ramy obrazu, niczego… Ja tu byłem, nie będąc wcale. Bądź jestem. Coś się pomieszało, ugrzęzło w chaosie. Spadło z łoskotem, z brzękiem tłuczonego szkła… I jeszcze raz, i wciąż… Szło jak ginące z wolna echo, długo, długo… odbijało się od sufitów, ścian… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-07)
  15. Jestem tutaj. Jestem tu… Gdzież ty? Mów do mnie. Nie milcz! Mów. Pełna tej miłości, która, którą… … której… W kaskadzie blasku, w migoczących prześwitach na liściach wierzby, kasztanu… Mów do mnie. Nie milcz! Mów… Jesteś i milczysz, mając kamienne usta zimnego posągu. Milcząc jak przedmiot, jak popiersie w zapomnianym muzeum czasu. W którym słychać ciche trzaski rozsychającej się, ułożonej w jodłę dębowej klepki o zwietrzałym zapachu woskowej pasty. Jestem tutaj i czekam. W samotności, w przedpokoju… W pokoju pełnym pomarańczowego światła. W tym właśnie, w którym umarła przed laty moja matka, patrząca teraz oczodołami zasklepionymi ziemią spod lastrykowej płyty zimnego grobu. * Za oknami szum zielonych liści spętanych jakimś przesileniem, szeptem liściowego bożka. I ta łuna nadciągającego zmierzchu, co mami i kusi tęsknotą, melancholią, smutkiem… W którymś ostatnim dniu lata na ścieżce, na asfalcie parkowej alei… Pośród stąpań, chrzęstu kamieni. Czy mnie słyszysz? Ja słyszę i czekam, płynąc powietrzem w przezroczystej aureoli nieba. Czy ty mnie… Powiedz, czy mnie… Ja — tak. Ja — wiem. Ja — czuję… W koegzystencji szeptów i cieni, co wydłużają się pod wieczór, przerastając drzewo. W nieostrej widzialności kształtów. Tam, nad łąkami w awangardzie snów. Płynących jak dym nad ziemią… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-05)
  16. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  17. Arsis

    Progresywnie

  18. Arsis

    Progresywnie

  19. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  20. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  21. Byłaś tam. Byliśmy razem. W blasku gorejącego nieba drżały cienie na popękanej ścianie pustego domu. Zaciskałem powieki, zaciskam nadal. Pod powiekami trzepotanie skrzydlatego blasku całego w czerwieni. Zagłębiamy się w morzu piskliwego szumu, w oceanie eksplodującej z rykiem gorączki, która spopiela labirynty mózgu z wielkim trzaskiem rozpadającego się dachu. A więc znowu bomba. Na języku metaliczny posmak, orgazm nuklearnego rozszczepienia. Wpatrujemy się w płonącą zagadkę, w świetlistą tajemnicę czasu, w tajemnicę olśniewającego światła, które kładzie się blaskiem na drewnianej, wytartej przez dekady podłodze, blacie stołu, krzesłach, książkach… I pełznie, i łasi się do nas, przymila w swojej potędze śmierci. I rozpełza się aż do oślepienia… Chodź i weź mnie za rękę, albowiem błądzimy, gdzieś w czeluściach ciszy. W którymś deszczowym dniu, na stepie. Pośród drapiącej nasze gołe łydki wysokiej trawy. Jesteśmy tutaj. Byliśmy. W pustym domu mokre, popękane ściany. Ściekają z nich smugi wilgoci. Brunatne zacieki… W szarym półmroku wpadającym przez okno otwartym na pochmurny step. W obskurnym świetle wiszącej na kablu żarówki jawi się wykrzywiona twarz umarłego dawno ojca. Coś mówi, szepcze. Jest. Nie ma. I znowu jest, ale w innym miejscu i czasie. Pomyliły mu się sny. Chciał wejść do innego. Wszedł nie tymi drzwiami. Gdzie ty jesteś? Gdzie? Nie widzę ciebie, albowiem płyniesz dostojnie powietrzem, płyniesz w chmurze pełnej deszczu i męki cierpienia. Poruszasz obrzękłymi ustami, coś do mnie mówisz. Nie słyszę. Niedosłyszę, ponieważ zagłusza cię z niesłychanej oddali pożoga rozpędzonego czasu. Wicher unicestwienia rozszarpuje kształty, podarte łachmany wlokące się znikąd, donikąd. Z jednego odmętu do drugiego, z jednego koszmaru w drugi… Gdzie ty jesteś? Szukam, macam w ciemności, ale słyszę nieustanny szmer i szelest dobiegający z kątów pustego domu. W którymś dniu jesieni, na stepie… Nie. Nie… A więc w pustym domu (albo laboratorium?) w odorze chemikaliów, walających się wszędzie medykamentów… Skąd to się nagle tu wzięło? Nie wiem, nie mam pojęcia. To tak jak w rozgorączkowanym śnie, gdzie zjawy przechodzą jedna po drugiej. Gdzie przekształcają się i giną w otwartych szeroko ustach umierających, umarłych, konających w męczarniach, skonanych, sztywnych, sinych od opadowych plam… To się wciąż tworzy i tworzy na nowo. To się przemienia i nie przemienia zarazem. To jest tutaj całą wieczność i nie jest… Albo i jest… A więc w pustym domu… Znowu wracam do początku, do źródła… Przede mną zatrzaśnięte drzwi z mosiężną, porysowaną i zaśniedziałą tabliczką: „Return to the Origin”… A więc to tutaj. To stąd wydobywa się szmer rozpędzonego źródła, który buzuje w moich pulsujących uszach każdego dnia i każdej nocy, podczas każdej chwili samotności trwającej wiecznie i wiecznie, podczas gdy trwa wiecznie… Słychać jakieś skrobania za drzwiami, za szafą z odpadłym na froncie fornirem, za popękaną, pełnej zacieków ścianą… Kto tu jest? Czy jest tu, kto? Zatem, kto? Bądź, raczej, co? Nikt. Nic. To tylko nic. To cisza i pisk w moich uszach. To piskliwe szmery w radiowym głośniku ustawionym między kanałami. Wysypują się z niego niczym drobinki piasku na bębenki moich uszu. A w nich prawdziwa otchłań samotności i pustki. A więc w pustym domu… W półmroku pochmurnego zmierzchu przysuwam się do drgającej membrany głośnika, aby utonąć w tym deszczu z kosmosu z ręką na potencjometrze jakiejś przemyślnej aparatury badawczej o zmiennej wartości rezystancji… Trwałe to i niezniszczalne, prawie wieczne… Zaiste, automatyka przemysłowa wymaga trwałości urządzeń. A więc z ręką na pokrętle do płynnej regulacji falownika… Jakiś zakład przemysłowy, badawczy? Pełno tu porzuconego żelastwa, pozwijanych kabli, walających się transformatorów, tranzystorów, pomieszczeń pełnych przerdzewiałych nastawni, rozdzielni ze zwisającymi przewodami… Tablice, schematy instalacji elektrycznych, wykresy, matematyczno-fizyczne wzory, liczby stąd do nieskończoności… Pełno tu wszędzie. Pod stopami opiłki żelaza, cuchnące smarami tokarki, stojące pod ścianami frezarki z opuszczonymi głowami… Pełno tu wszędzie… W powietrzu odór potu, chłodziwa, krwi… I wszędzie jakieś gzymsy, uginające się od porzuconego złomu półki, blaszane rynny, kominy, jakiś olbrzymi kompleks nadawczo-odbiorczy… Wielkie talerze skorodowanych anten, obracających się niegdyś na szynach radioteleskopów, teraz żałosnych, groteskowych karykatur samych siebie… Ktoś dzwoni. Telefon niemiłosiernie brzęczy. Czarna słuchawka, czarny ebonitowy aparat z przezroczystą ponumerowaną tarczą i otworami na palec. Ktoś bez wątpienia dzwoni, ale, kto? A więc znowu powrót do dzieciństwa. Podnoszę słuchawkę. W słuchawce jedynie piskliwy szmer i ktoś nadający z wielkiej odległości na falach eteru, lecz zbyt zawile, abym zrozumiał ów specyficzny przekaz. Odkładam słuchawkę z cichym stęknięciem widełek. Lecz sznur jest odłączony. Gruby elektryczny sznur zwisa ze stolika i wije się po podłodze niczym czarny wąż… Znowu krótkie brzęknięcie telefonu. Cisza… I znowu… Jakieś takie zrywy połączenia, krótkotrwałe (nieustanne) próby połączenia, kogoś lub czegoś niematerialnego, co próbuje wpłynąć na materią widzialną, wejść w jakąś swoistą koegzystencję nie wiadomo po co. Zagłębiony w wielkim fotelu siedzę i dumam. Wyrwany ze snu przez nieustanne nawoływania i szepty. Wpatruję się w podłogę, w ten odbity blask pełni księżyca, co się wsącza przez otwarte szeroko okno. Za oknem noc i szum strzelistej topoli, dębów, kasztanów… I znowu nie ma tu logiki, choć w śnie mało kiedy jest potrzebna logika. A więc w pustym domu słychać gong stojącego zegara, północ, pierwsza w nocy, trzecia… Przechodzą zjawy i nikną, paradują w jakimś nieokreślonym tańcu. Jakieś fanaberie, półsenne dziwadła… Rozmaite gesty, symbole i znaki… I przechodzą powoli, jak ustępujący atak choroby. Przechodzą powoli te wszystkie niedowidzenia, niedosłyszenia i piski… Siedzę ociekający potem, chłodziwem, krwią… Poraniony opiłkami żelaza, chrzęszczącym pod stopami rozbitym szkłem… Wsłuchany w szemrzący wykwit bakterii w kątach ciemnego, pustego domu, w oddalające się kroki nie wiadomo kogo… W czyjś gorący oddech, w rozkoszny jęk mięsożercy zagłębiającego się zębami w soczystą, świeżą ranę… A więc jestem. Znowu jestem… Mówię, mówię przez sen, bełkoczę w półśnie, na jawie… Jestem… Jesteś? Czy jesteś? Wiesz, ja jestem, albowiem jestem i czekam, czekając na nikogo. Rozglądam się ni to przez sen, ni to na jawie… Szukam, macam wokół jak umarły ślepiec, gdzieś pomiędzy cieniami, co powrócił znowu do żywych, co zmartwychwstał w mękach powtórnych narodzin. Jak ktoś, kto próbuje z wielkim zdziwieniem rozszyfrować zagadkę światła odbitego na źrenicy oka. I próbuje się wsłuchać w jakieś nawoływania (swoje? nie swoje?) W dobiegające z ukrycia… Gdzieś z wielkich odmętów pustego domu… Między gongami stojącego zegara… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-10-30) https://raisondetre.bandcamp.com/track/destin
  22. W tamtym śnie i w tamtym… A w każdym z nich TY. Wiesz, jak to było? W dusznej godzinie lata, wśród skwaru, pod baldachimem rozłożystych drzew, migoczących słonecznych prześwitów… Na asfalcie parkowej alei nasze ciche kroki, chrzęst żwiru, cienie… Dmuchawce wokół nas, za nami… — wszędzie… W rozpełzłej przy ziemi koniczynie trzmiele huczące basem, puszyściejące w przelocie dzienne, wieczorne motyle. Ptaki przepłukują swoje gardła w jeziorze nieba… i spowite tęsknotą szepty idą w podmuchach nadciągającego zmierzchu, co zwiastuje noc upojną i tkliwą. Idziemy obok, razem… Odbiegasz ode mnie na kilka kroków. Przystajesz, bym cię pochwycił. I pochwycona drżysz, drżąc w moich ramionach od czułości i łez, pragnienia zmysłów. A kiedy chwytasz mnie za dłoń… … przepływamy powietrzem, przepływaliśmy jakieś bramy z paproci i kwiatów w gęstniejącej, miękkiej jak jedwab ciszy… Byliśmy w Raju, będąc jeszcze i raz jeszcze ten jeden, jedyny… Czas tu nie ma znaczenia, choć i tak zapętla się dziwnie, kołysze. Jesteśmy, byliśmy, będąc albo nie będąc, albo jeszcze… Kiedy przechodziliśmy w teraźniejszość jasną smugą słonecznego blasku, to wkraczając w przyszłość, tkwiliśmy jeszcze w przeszłości pełni sentymentalizmu i wzruszeń. Byliśmy i będziemy, albowiem będziemy…, (Włodzimierz Zastawniak, 2023-10-27)
  23. Arsis

    czas na książkę..

×
×
  • Dodaj nową pozycję...