Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    5 038
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @violetta szukasz Wielkiego Gatsby, z powieści F.S. Fitzgeralda. np takiego Roberta Redforda, względnie Leonardo DiCaprio, którzy go grali
  2. @Somalija widzę, że głodny bym u ciebie, Aga nie chodził @Somalija lina partii to jedno, a drugie to przeraża mnie fakt, że ci dwaj kryminaliści klaszczą sobie na tych kaczych spędach jak wczoraj z uśmiechem na swoich cynicznych gębach a konus jak gdyby nigdy nic. Albo jest jest skończonym debilem i nie wie, że pałętają mu się w partii przestępcy (przerażające) albo to skończony cynik i wie, że są przestępcami ale zgrywa to, co zgrywa @Arsis podejrzewam, że nakazał temu debilowi na ich ułaskawienie, bo mają za dużo haków zarówno na niego i innych partyjnych towarzyszy.
  3. Arsis

    Progresywnie

  4. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  5. Arsis

    czas na książkę..

  6. Arsis

    czas na książkę..

  7. Arsis

    czas na książkę..

  8. Arsis

    Przeczytane, polubione...

  9. @Somalija cześć, Aga, ja jak zwykle nie na temat. Masz piosenkę, bo chyba dawno nie było...
  10. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  11. Tam jest ukryty jakiś mechanizm. Bez wątpienia. To wiruje i drży. Wydaje z siebie cichy pomruk. Jakieś tryby, przekładnie, ciągnące się znikąd donikąd kable…. Skorodowane rury. Przeguby. Łącza. Rozgałęzienia… Nastawnie prądu, rezystory, transformatory… Zrywy. Przepięcia i zwarcia… Uderza w nozdrza mdława woń elektryczności. Piwniczne schody. Piwniczny odór rozkładu. Zgnilizna. Chłód. Tam jest ukryty włącznik/wyłącznik wszystkiego… Prastary mechanizm w otulinie kurzu i pajęczyn. Przedwieczny… Monotonne tykanie wielkiego zegara niesie się echem po mrocznych korytarzach pustego domu. W opuszczonych pokojach lodowate oddechy ścian, otwierające się i zamykające martwe usta. Spierzchnięte. Sine. Trzeszczące przy każdym poruszeniu powłoki. Jakby ktoś cos mówił. Ale nie mówi. Ale, tylko nic. Ale nic… Zwisające z karniszy płachty zasłon, kotar, firan, stor… Jakieś podarte łachmany. Pogniecione. Zdewastowane przez czas…. Lecz oto wyłania się z głębin mżących pikseli łoże śmierci. Prujący swoim galionem fale oceanu żaglowiec-widmo. Okadzają umysł nacierające zewsząd majaki i zwidy, jakieś senne reminiscencje. Wychodzą. Przechodzą. Idą na przestrzał. Znikąd-donikąd. W tym swoim niekończącym się korowodzie. Nie wiadomo po co. Zanurzone w wiecznej zmarzlinie przeszłości. Gdzieś coś… — i znowu coś… — i znowu… Coś… To ja oddycham, szepcząc do samego siebie. Lustro stojącego trema pokrywa para z moich ust, zacierając ślady nędznej egzystencji, która się kolebie na boki i chwieje. Wszystko się chwieje. I wszystko pokrywa się szronem, trzaskającą powłoką lodu, który rozpełza się wzorzyście po każdym przedmiocie, po mnie… Umierałem już tyle razy, więc mogę umrzeć raz jeszcze. Szelesty i szmery za drzwiami, za kotarą. Za powłoką nocy. W świetle wiszącej lampy. W świetle kinkietu… Na podłodze, cóż na podłodze… Zwinięte w kłębek drżące jestestwo… Kogoś. Czegoś. Niczego… Albowiem niczego… Zaprzepaszczone w czasie truchło. Klekoczące kośćmi szkieletu… Puste oczodoły jakiejś ptasiej czaszki wpatrzone za kanapą w drewniany cokół regału. Nisko. Nisko. Tak bardzo nisko… Coś szamocze się w sobie. Chrzęści i zgrzyta… Próbuje się wspiąć po półkach, aby dosięgnąć czegoś wyżej i wyżej… Bądź wyżej… Porusza wolno przezroczystymi skrzydłami. Skąd nagle skrzydła? I coraz bardziej puszyścieje w przelocie ćma o rozdygotanych czółkach. Tańczy wokół żarówki. Odbija się. Wznieca kłęby kurzu podczas zagadkowej metamorfozy własnego cienia. Na brzegach książek jarzą się złote litery. Ściśnięte. Upchnięte. Leżące w nieładzie. Czasopisma. Gazety. Broszury. Pożółkłe plakaty… Nieistotne. Już nie mające znaczenia resztki… Wyłania się w czarno-białej scenerii pierwszy aparat do naświetlań. Lata pięćdziesiąte jakiegoś taszkienckiego szpitala. Aparat roentgena… Sołżenicyn sponiewierany kobaltową bombą po wiecznym osiedleniu w kazachskim Kok-Tereku. Czy przeżyje? Przeżył, jak Oleg Kostogłotow, jego bohater z „Oddziału chorych na raka”… Walające się, wyblakłe egzemplarze powieści, wspomnień Ilii Erenburga, Maksyma Gorkiego, Osipa Mandelsztama, Izaaka Babla… Poza Sołżenicynem i Erenburgiem reszta stracona w latach wielkiej czystki… Ktoś się kogoś bał. Bał się kogoś. Ktoś. Kogoś, ktoś… Na pożółkłym plakacie uśmiechnięty Ray Charles w tych swoich ciemnych okularach i niesamowitą wręcz bielą zębów. Spogląda na mnie uważnie. Obserwuje każde moje poruszenie. Wszędzie jakieś stare telewizory o popękanych kineskopach. Radiole. Zwoje poplątamych kabli. Rozbite szkło. Gruz… Piwniczny zaduch śmierci w opuszczonym, drewnianym domu na Nevada Test Site… Z przybitą do ściany tablicą: Operation Teapot. Nuclear test Apple II. May 5, 1955. Leżę, leżąc w barłogu ze starych gazet, papierów, czasopism… Czegoś wciąż szukam. Wertuję poplamione, pełne nowotworowych guzów, narośli stronice dawnych już dziejów. Rozdziały o chorobie von Recklinghausena, czy innych śmiertelnych malformacjach podobnych do przebiegu zespołu Proteusza. Joseph Merrick. Człowiek słoń. Nat King Cole. Humphrey Bogart. Gary Cooper. John Wayne. Susan Hayward. Agnes Moorehead. Pedro Armendáriz. Paul Newman… I wszyscy inni umarli na raka. W dalszym ciągu unosi się wokół nich mdława woń radiacji oraz gęsta otulina gryzącego, papierosowego dymu. Nieposkromiona śmierć… One wychodzą ze ścian. Wciąż wychodzą z cichym szelestem, szuraniem... Te zjawy i zwidy o nieustalonych rysach twarzy. Te widma umarłych dawno ludzi. Wychodzą i giną w drzwiach do drugiego pokoju. A w pokoju tym lodowata pustka i piskliwy szum bezgranicznej ciszy. Królestwo melancholii, tej właśnie, która odcisnęła swoje piętno jak ślad na łóżku po umarłej na nim mojej matce. Odcisk podłużny w skołtunionej kołdrze. Pasujący do trumny, do tych sosnowych desek wprawdzie, ale klasy deluxe, bez sęków i wypaczeń. Nie. Ona wciąż tu leży i patrzy się tym wzrokiem pełnym bezgranicznego zdziwienia. Wpatruje się w dziwne na suficie kształty. W półmroku tym. W mroku. W świetle padającym z ukosa… Skąd ten blask? Z jakich pokładów przeszłego czasu? Ktoś tu umarł. Kto? Ach, tak. Usta mojej matki są już z sinego kamienia. Jakiego? Należałoby zapytać o to geologa. Albo innego specjalisty od tysiącletnich nawarstwień. Kamienny wzrok widzący wieczność w mrokach niepamięci. Patrzy się na mnie. Patrzy przeze mnie, jak przez warstwę przezroczystego powietrza, nie mając już w swoim widzeniu życia. Lecz jedynie śmierć. Jedynie śmierć. Śmierć. Śmierć, jedynie… (Włodzimierz Zastawniak, 2024-01-25)
  12. @violetta wiem, one spływają po tobie, po twojej skórze lśniącymi w słońcu perlami, rozpromieniając ją miliardami iskier, sprawiając, że stałabyś się istotą z blasku... @Somalija nie możesz być w czarnej dziurze, ponieważ po przekroczeniu horyzontu zdarzeń stałabyś się częścią niezbadanej osobliwości...
  13. @violetta cząstki bez-masowe to nie głupotki, one istnieją, np fotony, które należą do grupy tzw bozonów. fotony to inaczej światło... promień światła nie ma masy... @Somalija czy wiesz, Aga, że kiedy stanęłabyś np na szczycie mount everestu, to czas biegłby u ciebie odrobinę szybciej niż na powierzchni ziemi,w dolinie? znalazłabyś się o ułamek sekundy w przyszłości... oczywiście byłyby to wartości niezauważalne, ale zasada jest taka, że im większa grawitacja, tym wolniej płynie czas a im wyżej (dalej od ziemi to grawitacja słabnie) Dlatego uważa się, że we wnętrzu czarnej dziury czas stoi w miejscu, jak również nie ma tam i przestrzeni. wszystko tam jest sprasowane do doskonałego absolutu, do punktu, do osobliwości...
  14. @violetta jestem bez-imieninowy i bez-urodzinowy. Żyję w bez-czasie, jak ta bez-masowa cząstka. Wiesz, że cząstki bez masy nie "odczuwają czasu"? Im to rybka czy istnieją ułamek milisekundy, czy całą wieczność, dla nich to bez różnicy. Te cząstki poza brakiem masy, nie posiadają także ładunku elektrycznego i na dodatek nie wchodzą w interakcje z otoczeniem za pomocą oddziaływania elektromagnetycznego. Są jak duchy. A duchom czas nie jest potrzebny.
  15. @Somalija od 15 października słychać przeciągły odstawionych od koryta kwik... @violetta Prezydent? gdzie? bo żeby był, to musi najpierw nim być... a widzę, tylko nic...
  16. @Somalija Wójcik ma na twarzy coś z knura, takiego wypisz-wymaluj knura z Folwarku Zwierzęcego, Orwella. Taki jeden z tych równiejszych, którzy prawo mają absolutnie gdzieś... ps. całe szczęście, że nie doszedł, bo dopiero wtedy byłaby jazda...
  17. @Somalija "Wójcik bliski orgazmu", no wiesz, Aga...
  18. @Somalija właśnie stoi nade mną na arenie gladiator, przystawiając mi miecz do gardła. Czeka na gest Nerona. Spójrz, właśnie wali kciukiem w ziemie z silą młota pneumatycznego. a gladiator patrzy się na mnie z błyskiem w oku, tuż przed wykonaniem z rozkoszą pchnięcia...
  19. @Somalija jak Violi, to i Tobie, Aga...
  20. @violetta dobry wieczór, miała być piosenka... @violetta
  21. @Somalija miniemam, ze zakochałabyś się w nim...
  22. @Somalija tytuł skojarzył mi się z "Nowym początkiem", w reżyserii Denisa Villeneuv'a. To jeden z moich ulubionych filmów min z powodu obecności uwielbianego przeze mnie Foresta Whitaker'a, czy Jeremy Rennera... Ale również muzyka... Nasze, ziemskie barany już chciały walić w obcych z armat, no bo po coż mieli by oni do nas przylatywać, prawda? A Oni przylecieli, z powodu wręcz przeciwnego, a te nasze durnie...
  23. Arsis

    Progresywnie

  24. A więc to tędy wychodzą. Wychodzą ze ściany i idą. Idą zamaszystym krokiem na przestrzał. Przez środek pokoju w świetle wiszącej lampy. Wychodzą zawsze w nocy, kolebiąc się dziwnie na boki i podzwaniając małymi dzwoneczkami w tym osobliwym korowodzie omamów i zwidów. Nie dostrzegają mnie wcale. Przechodzą przeze mnie, aby wtopić się na powrót w senny bezkres przeciwległej ściany. Za oknami noc. Za trzaskającymi okiennicami w rytmie bijącego serca. Okiennice uderzają o futryny rytmicznie, tak bardzo rytmicznie, podczas gdy firanki wybrzuszają się na podobieństwo wzdętych wiatrem żagli oceanicznego brygu. Wychodzą. Przechodzą w noc. W nic. W łoskot. W ciszę. I znowu w łoskot, jakby bijącego rękami kowala młota w kowadło. W głuchy tętent buzującej w uszach krwi. W rozpalone do czerwoności jestestwo. W gorączkową scenerię martwego krajobrazu. Leżę na podłodze. Na dywanie. Na niczym. Na łące. Wdychając zapach wirującego kurzu śnię snem wiekuistym i ostrym zarazem. Śnię zwinięty w kłębek przerażenia albo raczej zatopiony w jakiejś przeszłej iluminacji dawnego życia. W nieokreśloności zdarzeń stępionych na krawędziach skrzydeł przez atrofię pamięci. Przechodzą. Przelatują niczym ptaki nad polami pożółkłej wegetacji. Nie. To światło żyrandola rozlewa się mdławą poświatą po mnie, po dziwnych obrysach słoi dębowej klepki, po sękach, po fornirze szafy, po zasłonach, w których majaczą jakieś wiry, skłębione obłoki, przełęcze i jary, przecinające wszystko mroczne rozpadliny… Ja tu jestem w jakimś nieodgadnieniu. W czymś pomiędzy. Między czymś a czymś. Między czasem a bez-czasem. W jakimś spowolnieniu. Coś się przede mną świeci. Lśni i migocze blaskiem odbitym od księżyca albo od gwiazdy porzuconej na krawędzi szyby. Próbuję dotknąć. Musnąć drżącymi palcami. Chwycić oburącz i stwierdzić twardość zimnego kamienia. To coś jest martwe i nigdy nie mogło być żywe. Lśni przede mną w piskliwej tym razem ciszy. Dosięgam ów przedmiot. To kryształowa popielniczka po ojcu z brunatnymi śladami od żarzących się papierosów, które ojciec dociskał po skończeniu palenia. Artefakt prehistorycznych dziejów w nawale pulsującego światła. Od czego to pulsowanie? Od trawiącej mnie gorączki. Od bijącego serca. Od napastujących mnie haustów powietrza, kiedy je łykam chciwie i pożądliwie rozwartymi szeroko spierzchniętymi ustami. Coś się we mnie złamało z chrupotem uschniętej gałęzi. Nie mogę się ruszyć. To znaczy ruszam się, ale jakoś inaczej, tak jak można się poruszać wyłącznie podczas próby wniebowstąpienia, w którejś tam fazie sennej maligny. Jestem. Nie ma mnie. Albo znowu jestem, nie będąc wcale, gdzieś wśród miotanych wiatrem gałęzi jaśminu, miedzy czarnymi skibami ziemi, kiedy wzruszam je całym swoim martwym ciałem, nie mogąc się pogodzić ze śmiercią. Gdzieś na piaszczystej drodze, na łące, któregoś tam dawno przeszłego lata… * I tu przerwałem na chwilę pisanie, albowiem rozbolała mnie głowa od nadmiaru powietrza… * Siadam przy stole i zaczynam znowu pisać, mimo środka nocy. Jakaż to targnęła mną zmiana nastroju. Jakież to niejasne w swojej istocie. Strumień świadomości nieoczekiwanie skręca, wije się jak rzeka. Targany nawałą imaginacji. Wpatrzony w marynarza w jakimś takim dziwnym stroju sado-maso. W skórzanej kurtce nabitej srebrnymi ćwiekami na etykiecie butelki Tom Of Finland. Marynarz patrzy się na mnie zalotnie. Porusza wąsem, coś na podobieństwo Wołodyjowskiego albo Łomnickiego, co grał Wołodyjowskiego. Brakuje mu tylko szabli, którą by tylko siekał na lewo i prawo. Ale ma za to błysk w oku i chęć do skonsumowania nabrzmiewającej czułości, którą próbuję wyrazić poprzez mimikę twarzy i wyzywającą pozę. Jest piękny, taki przystojny. Można by było spróbować. Posmakować do ostatniej kropli nektaru życia. * W którymś upalnym dniu lata, wśród skwaru. W którejś sennej godzinie oczekiwałem ojca aż przyjdzie, przybędzie w jasnopopielatym garniturze i z teczką. Uśmiechnięty. W tych swoich przyciemnionych od blasku okularach, nagrzany słońcem. Czekałem aż przybędzie prosto z piekarni, z pachnącymi jeszcze bułkami. Nasłuchiwałem chrzęstu żwiru od jego kroków. I czekałem długo, aż do wieczora. I dłużej, trzymając w rękach gliniany dzbanuszek jak to dziecko z syndromem Aspergera, czy innym spektrum autyzmu.. Pamiętam, że usiadłem w drzwiach. I oparłszy się plecami o ścianę obserwowałem srebrną smugę wschodzącego księżyca, co wspinała się, szła, pełzła i dotykała mojego bucika, bądź mojej gołej stopy, mojej dłoni, odsłoniętego ramienia… Lecz nie przyszedł. A czekałem długo, skubiąc swoją siwiejącą już brodę i zdrapując paznokciem łuszczącą się farbę z futryny otwartych na oścież drzwi. Coś przez chwilę zaszurało, zaszeleściło, stuknęło, jakby owad o blaszaną konewkę. Zatrzeszczało jak pusta huśtawka poruszana niczyją ręką. Zamilkło. Ucichło. Choć znowu przez chwilę… Nie. Rozpłynęło się w nic. W skrzydlaty wiatr tchnący chłodnym powiewem w przeciągu od dalekich pól. Kto tu jest? Próbuję otworzyć zlepione ściśle oczy. Rozewrzeć krawędzie tak jakby zapiaszczonych powiek. Kto tu jest? Czy jest tu kto? Nasłuchuję. Macam, macam. jak ślepiec, który wysila swoje zmysły zaraz po przebudzeniu. Macam wokół, lecz natrafiam na korzeń, kamień, ułamaną gałązkę. Coś szepcze do cienia, do krzaku pachnącego bzu, co zaszedł znienacka temu czemuś drogę. Co to za szept? A może czyj? Nasłuchuję uważnie… Coś przemyka chyłkiem, niepostrzeżenie, ukryte szczelnie przed światem. Nasłuchuję. Znowu nic… Odlatuje za to z furkotem skrzydeł przeciągły gwizd wilgi. Tak oto przeszło. Przeminęło. Albo wcale tutaj nie było. Otwieram oczy i widzę migot słońca w gałęziach topoli. Szeleszczą, klaszczą drobne liście. Witają albo żegnają kogoś tkliwie. Owiewa moje skronie jakiś nikły powiew, jakby muśnięcie czyichś dłoni przemyka czule po mojej twarzy. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-01-15)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...