-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@violetta komuś się, widzę, nudzi. a nudź się, nudź...
-
Wiesz, tak mi jakoś. Za oknem deszcz stuka o blaszane parapety. Za oknem szumiący wiatr. Kwiaty w wazonie, miłe dla oka barwy. Na stole okruchy chleba raniące do krwi. Rozsypane resztki, porzucone wspomnienia. Krawędź filiżanki nosi ślad twoich ust, z której piłaś jeszcze kawę o poranku. Smutno mi, bo ty… Bo widzę cię teraz zamkniętą w krysztale ciszy, wśród chłodnych płaszczyzn wilgotnych ścian. Wilgotnych od łez, od samotnych, pustych nocy… Gdzieś tam, daleko. Gdzieś tam… Bo ty. Ty… Ty… Kocham cię. Ale chyba już o tym wiesz. Wiesz, prawda? Jedyna, moja. Kocham cię, bo tak, bo tak właśnie jest. Chodź. Przeniesiemy się w czasie, w głęboką otchłań nieistnienia. I będziemy tak. Będziemy zawsze. Powiedz mi… Wiem. Widzę w twoich oczach blask, ten oto blask. Ten blask, co jest jedyny taki. Ten właśnie blask… Nie musisz mi nawet nic mówić. Ja, wiem… Ja, wiem. Ja, wiem. … wiem… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-25)
-
Nuklearne popołudnie. Słoneczny skwar. Na ostatnim piętrze czteropiętrowego bloku przyklejona do szyby moja twarz. Melancholia i smutek. Nieustające odliczanie. Tykający w uszach czas. To koniec. Ten oto koniec. Ten koniec… Tyle tych końców mających nastąpić w krótkim unicestwieniu eksplodującej wodorowej bomby. W ryku budzącego się Lucyfera. Tykanie ściennego zegara. Chrzęst zegarowego mechanizmu. Kapiąca woda do przerdzewiałego zlewu w monotonni przeciągającego się konania. Ktoś tu umarł i umiera po raz wtóry. I umiera wciąż, mimo że już dawno umarł. Rozsypał się w proch. Ale to ciągłe konanie. Umierałem już tyle razy, to i mogę umrzeć po raz kolejny. Jedno więcej czy mniej, co za różnica. A czy to kogoś… A gówno to ich. Niech się bawią i gżą w głupkowatej choreografii niby-szczęścia. Napijesz się ze mną? Masz, pij! Wychyl ten kielich do dna, tę resztkę krwi. Marynarz tak pięknie się uśmiecha, prosi i kusi spod przystrzyżonego krótko wąsika, tego wąsika, ach, tego… Aż chciałoby się zaśpiewać na modłę Sempolińskiego. Wyrecytować te słowa Hemara. Spogląda na mnie zalotnie w nabitej błyszczącymi ćwiekami czarnej skórze. I zrobiło się momentalnie sado-maso, pejczowato… … świsty, batogi, rozkoszne jęki… Odwracam głowę… Kto tu jest? Na podrapanych drzwiach jakieś napisy, bazgroły pięciolatka… Klęczę albo stoję przed wielką planszą z kolorowymi kołami obrazującą spektrum autyzmu, bądź sam tylko Zespół Aspergera… Przed moimi oczami migotanie blasku i barw. Na liściach szeleszczących dębów, kasztanów kładzie się jaskrawa smuga. W lustrze zniszczona twarz od ciągłego otwierania i zamykania zapiaszczonych powiek.. Pod powiekami pulsujące obrazy czegoś, czegoś… Czego? Nacierają na mnie artefakty dawnego, chorego życia, wśród zrywających się do lotu szeleszczących gazet: Ponawiane z uporem maniaka kręcące się jak w starych, czarno-białych filmach noir nagłówki: Autism Spectrum Disorder, Asperger’s Syndrome… Asperger’s Syndrome! Asperger’s Syndrome! Asperger’s Syndrome! Atakują mnie. Napastują jakieś widziadła o stalowych dziobach i ze skrzydłami tnącymi warstwy atmosfer… Jestem tutaj i znowu mnie nie ma. Ale znowu jestem tu i gdzie indziej… To jakaś pracownia pozazmysłowego postrzegania rzeczy, choć w okrutnej scenerii absolutnego osamotnienia. * Jaki znowu wiersz! Czego znowu! * Jakieś nagłe wtrącenie i walenie łbem o betonową ścianę… * Za ścianą, za szafą, za fotelem o podartych oparciach od ciągłego pocierania dłońmi podczas epileptycznego umierania z pianą na ustach. Ktoś umarł. Czy to ja? Ktoś już umarł, ale żyje. Przecież żyje, tak jak w snach o moim ojcu! Ojciec przychodzi i odchodzi. Coś mówi. Porusza sinymi ustami jakie miał, leżąc w przycmentarnej kaplicy, w otwartej jeszcze trumnie. Asperger’s Syndrome — mówią wciąż widma o nieustalonych rysach twarzy. Takie to wszystko pod jedną linijkę, takie pospolite i bez wyrazu… Ha! Przechodzę dalej, przynajmniej staram się iść. W drugim pokoju łózko z pogniecioną pościelą. Tu leżała moja umierająca z kolei matka z utkwionym w suficie wielkim zdziwieniem. Ale zamknęła powieki. Sama, układając się do wiecznego snu. I tak oto śpi, śniąc razem ze mną, kiedy śnię o niej w sen zapadając się potrójny. O czym? Nie wiem. Ale zapewne… Zapewne… Kto tu jest? Dlaczego słyszę ciągłe drapania i szmery za drzwiami, za ścianą? Atak mięsożercy nie musi być nagły. Łasi się do mnie i przymila, udając kwilenie lecącego majestatycznie albatrosa. Ojciec już umarł. Matka też. Przychodzą zatem do mnie. Chodzą. Wchodzą i wychodzą oknem otwartym na przyszłość albo na ciągłe zapomnienie. I tak wylewa się ze mnie strumień świadomości. Wylewa się, przelewa. Brunatne zacieki na suficie, ścianach… Chodzę wkoło, czekając i trzymając się usilnie starych, żeliwnych rur, które ciągną się kilometrami Przezywają wszystko… Końcowe odliczanie na pustyni. Gong wiszącego zegara… Krzyki umierającej matki, umierającego ojca i mnie, kiedy miałem, kiedy mam 3 lata albo i mniej. Raczkuję po parkiecie pustego korytarza… W echach agonii, w kurzu, w apopleksji… Na ścianach jakieś obrazy, portrety przodków, co patrzą obojętnie na każde moje poruszenie. A więc znowu przeskok w czasie. Odrodziłem się na nowo, ale tylko na chwilę. Leżę twarzą do ziemi. Na zewnątrz samotnego domu. Wokół mnie skrzą się drobinki rozpalonego w słońcu kwarcu. Wypadłem z wózka? Widzę ojca jak wychodzi z domu i idzie po twardym piasku pustyni. Idzie, kulejąc na prawą nogę… Oddala się, malejąc na tle widnokresu, w rosnącym coraz bardziej słońcu…Idzie za rękę z matką, idąc powoli, powoli… powoli… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-21) https://mickchillage.bandcamp.com/track/pixels-iii-pt-1
-
Tęsknię za tobą, tak po prostu. Kocham cię. Byłaś tu i jesteś, i jesteś wszędzie. To było wtedy, pod wieczór. W lecie dusznym i parnym. Byliśmy… Wśród kwiatów, wśród płatków nasturcji, w cienistości, w blasku… Pamiętam… Cóż pamiętam? Pamiętam twoje oczy i usta twoje, olśnione blaskiem wieczoru. Drżące w kącikach refleksy… Pamiętam… i pamiętam wiele. A czy ty… Powiedz, czy ty… Budzę się w jakimś starym pogorzelisku pełnym skorodowanego żelastwa. Wokół mnie, nade mną kłębowisko żeliwnych rur, poplątanych kabli… Opuszczona fabryczna hala, cuchnące smarami wypatroszone frezarki, pozacierane tabliczki znamionowe, walający się pod nogami pogięty złom. Co to takiego? Nie mam pojęcia. Od zawsze to nie miało sensu Dokąd one… Dokąd tak… Donikąd tak… Tak jakby zastały krwiobieg kogoś albo czegoś… Jakiegoś pradawnego bytu, zagadkowej egzystencji. Czekałem wtedy na przystanku, jeszcze żyła moja matka, ale wiedziałem, że już wkrótce jej nie będzie. Ona umarła i umiera nadal, umierając w nieskończoność na moich rękach z wielkim zdziwieniem w oczach. Takim niepojęcie wielkim. Tak więc przechodzę przez długie przedpokoje, ciemne pokoje z oknami zaciągniętymi ciężkimi storami. Ranią mnie i oślepiają nitki deszczowego świtu, które przesączają się, które wpadają, które… Tak więc przechodzę powoli, albo raczej płynę wcale nie dotykając ziemi. Więc skąd to skrzypienie podłogi? Ułożonych w jodłę dębowych klepek? Opuszczona otchłań wypełniona potęgą piskliwej w uszach ciszy, mżeniem wirujących cząsteczek kurzu w szarych tu i ówdzie prześwitach… Skąd idą? Dokąd? Spójrz, znowu się zapadłem w bezkresie, tym właśnie bezkresie. Wyszedłem z ziemi, idąc do niej na powrót... włócząc się zatęchłymi piwnicami Ściskam palcami cząsteczki powietrza. Dużo go między tobą a mną, coraz więcej. Oddala nas od siebie rozszerzająca się przestrzeń rozpędzona nieubłaganą entropią. Aż do ostatecznego rozdarcia, unicestwienia wszelkich resztek czasu, wszelkiej pamięci. Spadają zewsząd wzniecane przez wiatr szeleszczące gazety, śmieci, ptasie pióra i powtarzają się w oddali wciąż jakieś westchnienia na zasadzie echa. Czyje? Nie wiem. Twoje? Moje? … niczyje… Nie ma to już żadnego znaczenia, albowiem nie ma… . (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-19)
-
W starym szpitalu stare odrapane łóżka. Odpadająca płatami farba ze ścian, płachty pajęczyn, kurz… Betonowa podłoga, pojedyncze klepki i okna szeroko otwarte na zieleń szumiących drzew. Za oknami otwartymi na przyszłość słońce zsuwa się jaskrawo po liściach dębów, kasztanów… Za oknami nadciągający zmierzch, co skrywa się jeszcze za sztachetami malw, za drewnianym płotem pełnym glinianych dzbanów i jakichś podartych szmat. Za oknami melancholia ścian posiniaczonych, nasiąkniętych wilgocią. Za oknami… Cóż jeszcze za oknami? Niesie się piskliwy szum świdrujący omszone kamienie. Jesteś tu jeszcze? Do kogo tak szepczę? W rozkołysanej scenerii krajobrazu, zamiast twarzy dostrzegam olśniewającą aureolę blasku. * Zaskoczyłem samego siebie, przyłapawszy się na wzgardzie do nie wiadomo czego. Zapatrzony w utopiony wizerunek marynarza na etykiecie Tom of Finland, oblizuję się lubieżnie. Obcisła skóra sado-maso. Wąsik, ach, ten wąsik. Błysk ćwieków, źrenic… Otwieram oczy. Zamykam… Ćwiczę zamykanie i otwieranie powiek w jakimś dziwnym tańcu, w mizdrzeniu się do czegoś w oparach absurdu. * I znowu idę polami, jakby we śnie. Niosę w ukryciu miłość, okrywając ją ciężkim oddechem i połą płaszcza przy sercu. Wypada mi spod pazuchy butelką, roztrzaskując się o kamienie. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie wiem. Już nic nie wiem. Nie wiem nawet czy jestem, będąc gdzieś tutaj i nie będąc zarazem. Wszystko zapomniałem, ulegając atrofii pamięci. Jak ty miałaś na imię? Zofia? Teresa? Mijają mnie zapomniane widma o twarzach poznaczonych pikselami czasu. Omiatają mnie piwnicznym chłodem/ Idę polami. Bezdroża wokół i wszędzie. I wciąż tylko, i wciąż jakieś szepty, oddechy wiatru, nocy… Chodzę w kółko jak na oddziale dla umysłowo chorych. Błądzę. * Budzi mnie łoskot zapadającej się w sobie wielkiej góry, wielkiego masywu na wyobraźnię. Przelatują ze świstem blaszane ptaki. Rozbryzgują się o ceglany mur z chrzęstem pękających skrzydeł. W smrodzie wyciekającego zewsząd smaru wysypują się opiłki żelaza zamiast piór/ I nacierają z gwizdem na pulsujące membrany bolących uszu koszmary sennej maligny… * Co? Że nie ma wiersza? No nie ma i nie będzie. Zresztą nigdy go nie było. Bo i po co wiersz? Już ja dam wiersz, że aż wam pójdzie w pięty! Te wszystkie czterotakty, dziesięciotakty z nieznośną lekkością oddechu, bądź pauzą na oddech… Będzie pauza, oj, będzie, ale na rzyganie! Zasadzać łapy w rozwarte, skorodowane dzioby i pędem do kubła! Wy, udawani pięknisie, pachnący fiołkowymi perfumami, a tak na prawdę śmierdzące błazny z dziurami w zębach. Wszystko zarzygane, opbrzygane, jak w luksusowej stołypinówce nocnego ekspresu do syberyjskiego łagru. Uwaga! Czas na wypróżnianie! Walą kolbami po zadach. Odbijają nerki. Nikt nie zostaje w tyle! Kto zostaje, temu kula w łeb! Nie ma zmiłowania. Już ja wam dam zmiłowanie… Pędzą na trzaskający mróz, na ujadający wściekłymi psami mróz, w którym uryna zamarza, nie dolatując do celu i zwisa łamiącymi się patykami z zawszonych gaci. Lecz nikt nie zdąża, Każdy lezie po każdym, umazany gównianym pancerzem po samą szyję, co pęka, rozlatuje się na kawałki przy najmniejszym poruszeniu. * Na lichym ogrodzeniu otaczającym pustkę zwisają resztki z szarą sierścią kozła. Nie przeskoczył. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-11-16)